Społeczeństwo
Aleksander Łukaszenka na mistrzostwach Białorusi w rąbaniu drewna opałowego, listopad 2022 rok. (Fot. exsilentroot / Shutterstock)
Aleksander Łukaszenka na mistrzostwach Białorusi w rąbaniu drewna opałowego, listopad 2022 rok. (Fot. exsilentroot / Shutterstock)

Nazywa pan rządy Aleksandra Łukaszenki "kartoflaną dyktaturą". Z jednej strony to określenie osłabia ich grozę, a z drugiej – brzmi diabolicznie. Przeraża fakt, że "frytka z wąsem" – użyję pańskiego określenia prezydenta Białorusi – potrafiła podporządkować sobie naród.

Łukaszenka jest prawdziwym wcieleniem zła. Naturalnie, co jakiś czas urządza teatr, w którym stara się pokazać jako dowcipny człowiek, ale częściej popada w groteskę, choćby wtedy, gdy uczestniczy w zawodach rąbania drewna albo gdy dla odmiany paraduje z kałasznikowem. To świadoma kreacja. Jest niezwykle sprytnym, skutecznym i okrutnym politykiem, który od początku swojej kariery politycznej robił absolutnie wszystko, żeby zdobyć władzę w kraju, i nie wahał się przed żadnymi działaniami, żeby ją utrzymać. Stworzył machinę, która – jak w typowej dyktaturze – niszczy ludzi. Rok 2020 był dla wielu Białorusinów przełomowy – stał się momentem otrzeźwienia i zrozumienia, że nie da się stać z boku, tyle że po tym zrywie ponownie wielu z boku stanęło, tak byli przerażeni skalą represji. Dziś boją się w jakikolwiek sposób reagować, choć zrozumieli, że żyją w tym, co mój kolega żołnierz określił jako śmierdzący obóz koncentracyjny.

Czy Łukaszenka od początku, czyli od 1994 roku, grał w teatrze politycznym, czy przez lata ewoluował? 

Skłaniam się ku wizji, że był to od początku człowiek wyrachowany, a wszystkie jego opowieści o tym, że nie należy dopuścić do powstania dyktatury, i oficjalna krytyka komunizmu to była po prostu gra. Owszem, widział potrzebę zreformowania Związku Radzieckiego, ale nie jego likwidacji. Był człowiekiem zawodowo powiązanym z radzieckimi służbami specjalnymi – służył w wojskach ochrony pogranicza, które podlegały KGB – zawsze też był sceptyczny wobec narodowej idei Białorusi. W 1994 roku wygrał wybory, bo udało mu się wciągnąć naród do tej swojej gry pozorów. Jak każdy polityk, który zamierza zaprowadzić dyktaturę, nie miał żadnych oporów, by kłamać, obiecywać niestworzone rzeczy, bo od początku wiedział, że żadnego rozliczenia tych słów nie będzie.

Wybory w Białorusi odbyły się późno w porównaniu z Polską, Ukrainą czy Rosją.

Tak, dopiero w 1994 roku, a więc wtedy, kiedy choćby w Polsce pojawiły się już pierwsze efekty wolnorynkowych reform. Dodajmy – nie te oczekiwane. W 1994 roku ludzie w Polsce rozczarowali się już Wałęsą, a w Rosji przestali kochać Jelcyna. Na tej fali urósł Łukaszenka, który mimo wszystko nie należał do starego komunistycznego establishmentu, starającego się zachować władzę. Z tym że w Białorusi szans nie miały zarówno skompromitowany komunizm, jak i nowe, prozachodnie, proliberalne siły, które też się w pewnym stopniu skompromitowały przez chaos gospodarczy, biedę i bezrobocie czasów transformacji. Wtedy właśnie, jak rycerz na białym koniu, pojawił się Aleksander Łukaszenka, który krytykował i jednych, i drugich. Oferował trzecią drogę i wydawał się wielu osobom najbardziej racjonalny. Z jednej strony miał doświadczenie – był figurą widoczną w ZSRR, gdzie w latach 80. media radzieckie promowały go jako sprawnego dyrektora przedsiębiorstwa rolnego, ale jednak krytykował komunizm, więc nie był postrzegany jako jego kontynuator. Z drugiej strony nie był rewolucjonistą wywracającym wszystko, co znane, do góry nogami. To spowodowało, że wygrał wybory z 80-procentowym poparciem. I to były jedyne uczciwie wygrane wybory, bo wtedy naprawdę nie miał możliwości, by wpłynąć na ich wynik. Po prostu grał tak dobrze, że wpisał się idealnie w złoty środek oczekiwań narodu. Osiągnął cel: przejął władzę, by już nigdy przed nikim się nie tłumaczyć.

Aleksandr Łukaszenka, Mińsk 2019 rok. (Fot. Shutterstock)

I to "przed nikim" można by rozumieć bardzo szeroko, bo w latach 90. Łukaszence, ośmielonemu sukcesem, zaczął się marzyć fotel lidera odnowionego Związku Radzieckiego. Tylko jak to pogodzić ze złożoną relacją z Putinem? Ona opiera się na wyrachowaniu, na zbieżnych interesach czy może wręcz na przyjaźni?

Nie dostrzegam w tej relacji nawet śladów przyjaźni. Za to co jakiś czas pojawiają się poszlaki, że relacja pomiędzy dyktatorami nie należy do prostych, że "wbijają sobie szpilki". Ambicje Łukaszenki, żeby stać się nowym liderem jakiegoś odnowionego Związku Radzieckiego, z obecnej perspektywy wydają się nam absurdalne, bo niby w jaki sposób lider małej Białorusi miałby stać się szefem tak wielkiego organizmu. Ale na początku lat 90. XX wieku aż tak absurdalne to nie było. Zresztą ten sam schemat myślowy ujawniał się kilka razy u Putina. Jego wojna z Ukrainą też wydaje się absurdalna, ale jeśli nieco przestawimy myślenie, klocki zaczynają się układać. Dla nas upadek Związku Radzieckiego i szerzej jeszcze, rosyjskiego imperium, to zdarzenia, które miały miejsce ponad 30 lat temu, dziś zamknięta historia. Ale dla Rosji ten upadek i rozpad to jest wciąż proces, który może postępować. Z podobnego założenia mógł wychodzić w latach 90. Łukaszenka, który zawsze czuł się człowiekiem radzieckim, a nie Białorusinem. To, że wyobrażał sobie siebie jako generalnego sekretarza czy prezydenta państwa związkowego, wpisuje się doskonale w tę logikę. Mamy przecież do czynienia z człowiekiem, który przeszedł wszystkie szczeble w drodze do prezydentury kraju, więc czemu nie mógłby mieć więcej? Zahamowań nie miał i nie ma na pewno.

Pokojowi Białorusini przeoczyli dyktaturę?

Wielu z tych, z którymi rozmawiałem, mówi wprost, że żyli swoim normalnym życiem i "to się wydarzyło". Wydarzyła się dyktatura. Bardzo często działania podejmowane przez polityka, który  demontuje instytucję państwową mającą na celu dbanie o przejrzystość, uczciwość i demokrację, nie dają poczucia, że dzieje się coś złego. Jeden człowiek nie wydaje się aż tak niebezpieczny. To jest lekcja, o której raz za razem zapominamy, podczas gdy cel demokracji polega właśnie na tym – patrzeć na ręce.

Podobnie jak w Rosji i Ukrainie, także w Białorusi istnieją duże różnice pomiędzy bogatymi i biednymi, co ma także charakter systemowy. Zdjęcie ilustracyjne - Komarovsky market. Styczeń 2025 rok. (Fot. REUTERS/Evgenia Novozhenina)

Demokracja ma wiele wad, ale jej sens to właśnie pilnować, by istniał system przeciwwag, zabezpieczeń, które sprawią, że dyktator nie wyrządzi zbyt wielu szkód, zanim się go od władzy odsunie. Bo demontaż takiego systemu jest możliwy. Tylko skąd Białorusini, podobnie jak inni przedstawiciele narodów postradzieckich, mieli o tym wiedzieć? Na terenie Białorusi nigdy wcześniej nie istniała demokracja. Oczywiście istniały książki, gazety, istnieli ludzie, którzy byli oczytani, podróżowali, coś widzieli, coś rozumieli, ostrzegali, protestowali, bili się z milicją, ale było ich za mało. Niestety, większość społeczeństwa starała się w latach 90. po prostu jakoś przetrwać te naprawdę trudne czasy transformacji.

Nie umieli korzystać z demokracji?

Nie byli nauczeni, jak się z nią obchodzić, nie wiedzieli, że powinni coś zrobić, że mają prawo. Podoba mi się wypowiedź białoruskiej lekarki, którą przytaczam w książce, że polityką trzeba się zajmować jak myciem zębów. Jest to nudne, nie daje żadnej szybkiej nagrody, wymaga taplania się w politycznym błocie, ale po prostu dwa razy dziennie po dwie minuty trzeba się tym zająć. A jak jest źle, to – korzystając dalej z tej metafory – iść do lekarza i ząb, który jest nie do uratowania, trzeba wyrwać. Najlepiej służą do tego wybory. Tyle że ani Białorusini, ani Rosjanie, ani zresztą wielu Ukraińców tego nie umiało, bo skąd? Ludzie zajmowali się swoimi biznesami, pracą, rodzinami, a na politykę zabrakło czasu. W 2020 roku przyszło otrzeźwienie – i to wtedy już dla milionów ludzi, bo w akcjach protestacyjnych naprawdę brały udział miliony. Mówimy o kraju, który liczy sobie trochę ponad 9 mln obywateli – według oficjalnych statystyk. Jeśli więc 2–3 mln ludzi było jawnie niezadowolonych, to robiło wrażenie. Zwłaszcza że nie oglądaliśmy wtedy aktywności zwolenników Łukaszenki, pomijając tych umundurowanych.

Prawdę mówiąc, obecnie co druga rozmowa z Białorusinami zawsze dociera do rozważań, czy trzeba było i można było zrobić więcej, co by się wtedy stało, czy gdyby Białorusini chwycili za broń, byłyby ofiary? I czy wtedy – to jest częsty argument wielu moich białoruskich przyjaciół – agresja rosyjska nie zostałaby skumulowana właśnie przeciwko Białorusi? Czy nie doszłoby do wojny? Nie da się tego wykluczyć, ale też nie jesteśmy w stanie stwierdzić tego na pewno. Białorusini dużo czasu poświęcają na przepracowanie traumy i próbę zrozumienia, jaki to wszystko miało sens. Przy takiej okazji pojawia się też pytanie, jak świat powinien reagować na takie wydarzenie. I nie mam dobrej odpowiedzi na to pytanie.

Mińsk, maj 2023 rok. (Fot. George Trumpeter / Shutterstock)

Jak się tam żyje? Bo chyba nie wiemy i operujemy kliszami: czyste ulice, 67 potraw z ziemniaka i dobrze wykształceni informatycy.

To jest kraj, który funkcjonuje w sposób podobny, jeśli chodzi o ogół przyzwyczajeń, do reszty przestrzeni postradzieckich, tylko że faktycznie jest dość biednie, nawet jak na standardy Europy Wschodniej. Do tego – podobnie jak w Rosji i Ukrainie – istnieją tu bardzo duże różnice pomiędzy bogatymi i biednymi, co ma także charakter systemowy. Ludzie wierni są włączeni w struktury, które otwierają szersze możliwości, niedostępne dla Białorusinów, którzy władzy popierać nie chcą. Faktycznie jest tam do pewnego stopnia spokojniej, czyściej, bo też i Białorusini są bardziej uporządkowani, spokojniejsi, ale gdyby się teleportować na ulice Homla, to można by nie rozróżnić, czy to Homl, czy ukraiński Czernichów, z podobnymi do siebie blokowiskami i sklepami. Ale na jeden szczegół różnicujący zawsze zwracają uwagę moi białoruscy przyjaciele – wyroby mleczarskie. Są z nich dumni. Nawet jeśli nie są dumni z kraju, który je produkuje. Taki to ich charakter. Unikatowość życia de facto sprowadza się jednak przede wszystkim do tego, że ludzie boją się otwarcie ze sobą rozmawiać na tematy, które mogą być "niewłaściwe". To wynika nie tylko z obawy przed donosem i  konsekwencjami, ale też z głęboko zakorzenionego podziału społeczeństwa. Mimo że możemy zakładać, że większość w Białorusi chciałaby żyć inaczej, to jednak są tam także fani Łukaszenki, ZSRR, zwolennicy napaści na Ukrainę. Dlatego często rozmowy są ograniczane przekonaniem, że lepiej nie wchodzić na drażliwe tematy, "żeby się nie kłócić".

Za co można trafić do więzienia?

Katalog powodów jest długi. Na cenzurowanym jest przede wszystkim krytyka Łukaszenki i wszelkie przejawy nieposłuszeństwa wobec władzy. Łukaszenka wielokrotnie był na czele pochodu przeciwko Zachodowi, i w zasadzie to on stał się pionierem retoryki, że cały Zachód jest wrogi Białorusi. Później podchwyciła to Rosja. Wszelkie przejawy sympatii dla Polski, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych są groźne. Zdarzały się też takie przypadki, że za samo posiadanie książki, która zostanie uznana za niewłaściwą, można trafić do białoruskiego więzienia. Nie ma jakiejś określonej listy, a jeśli jest, to jej nie znamy, ale to może być na przykład podręcznik odkłamujący historię. Bo też na liście przewinień znajduje się cała narodowa symbolika białoruska. Nawet język białoruski, choć Białoruś w teorii ma dwa języki urzędowe – rosyjski i białoruski. W praktyce funkcjonuje się tam jednak, używając rosyjskiego. Praktycznie cała edukacja jest przymusowo realizowana po rosyjsku, co wpływa na kształtowanie kolejnych pokoleń. Ale używanie rosyjskiego jest też popularne z czysto praktycznego powodu. Jest językiem dawnego imperium. Jeśli człowiek będzie mówił tylko po białorusku, to dogada się tylko w Białorusi, jeśli będzie mówił po rosyjsku, będzie zrozumiały nawet w Uzbekistanie, Kazachstanie i w Gruzji. W książce opisuję historię mężczyzny, który chciał, żeby jego dziecko uczyło się po białorusku. I choć w teorii państwo powinno mu to umożliwić, to w dużym ośrodku znalazł tylko jedną szkołę, która się na to zgodziła, gdzieś na drugim końcu miasta. Przez dziesięciolecia skutecznie, powoli, systematycznie wypiera się ten język ze świadomości.

Mecz fazy ligowej Pucharu Konferencji UEFA Legia Warszawa - Dynamo Minsk 7 listopada 2024 roku. (Fot . Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl)

Szkoła jest wykorzystywana do tworzenia obywatela podporządkowanego władzy?

To, co wpaja szkoła, działa nawet szerzej, w całej warstwie kulturowej, bo dzieci i młodzież uczy się na przykład wspólnej historii rosyjsko-białoruskiej, ale już nie białoruskiej. My, Polacy, często sobie nie uzmysławiamy, jaki ogrom wspólnej historii mamy z Białorusinami. Gdy czytamy u Mickiewicza "Litwo, ojczyzno moja…", to dla naszych sąsiadów jest to jednoznaczne z osadzeniem w Wielkim Księstwie Litewskim, czyli przede wszystkim na terenach obecnej Białorusi. Tymczasem historię nie tylko się wymazuje, ale też przedstawia według pożądanego klucza. Uczy się, że pierwsze państwo białoruskie to była Białoruska Socjalistyczna Republika Radziecka, co zakrawa na smutny żart, bo przecież nie było to niezależne państwo. Białorusini są narodem, który cały czas próbuje stworzyć prawdziwą państwowość, którą mu ukradziono. Także wtedy, gdy "obiektywny czynnik wygody" sprawił, że zagłosowali po raz pierwszy na Łukaszenkę. W ostatnich latach ludzie tak długo natrafiali na przeszkody, że albo się poddali, albo wyjechali. Nie mam konkretnych danych statystycznych, bo to dość płynne kwestie, ale można założyć, że większość tych, którzy nie chcieli się pogodzić z realiami, Białoruś opuściła. Mówi się nawet o 500 tys., a może i więcej.

Pisze pan w książce, że młodzieży wpaja się, że nic od niej nie zależy.

Tak, bo to jest element sztucznie tworzonego marazmu. Typowy modus operandi dyktatorów – nauczyć ludzi bezradności, wpoić przekonanie, że polityką nie należy się przejmować, że trzeba ją zostawić Putinowi i Łukaszence. Zresztą Łukaszenka oraz szef komisji wyborczej podkreślają, że trzeba pomyśleć o przejściu na model chiński, jeśli chodzi o wybory prezydenta. Ludzie powinni się zająć pracą w fabryce, a nie angażować w politykę.

Z oficjalnych danych wynika, że w Białorusi jest około 1,5 tys. więźniów politycznych. To dane ze stycznia 2024 roku prezentowane przez Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiosna".

Trudno operować pełnymi danymi dotyczącymi liczby więźniów politycznych w Białorusi – to po pierwsze. A po drugie – niech nas ta liczba nie uśpi i nie uspokoi. Obecnie łatwo uzyskać ten sam efekt represji przy mniejszej skali osadzeń w więzieniach, bo każdy taki przypadek jest o wiele lepiej nagłośniony. Często chodzi o osoby znane z przestrzeni publicznej, do ludzi przenikają relacje o torturach, więc strach jest wszechobecny. Działania represyjne Łukaszenki mają konkretny cel – utrzymać społeczeństwo w absolutnym posłuszeństwie. Dotknięci represjami są nie tylko ci, którzy zostali pobici, torturowani, uwięzieni, skazani. Represje nie zawsze mają wymiar brutalności fizycznej, ale także są związane z utratą pracy, brakiem awansu, utratą biznesów, niemożnością kształcenia. W każdej dyktaturze społeczeństwo dzieli się na więźniów i strażników, tutaj też jest taka grupa, do której należą milicjanci, OMON-owcy [OMON – Otriad mobilnyj osobogo naznaczenija, czyli jednostki sił specjalnych – przyp. red.], funkcjonariusze KGB, dyrektorzy przedsiębiorstw państwowych, którzy zarabiają na systemie i pilnują tej rzeczywistości.

Autor książki 'Białoruś. Kartoflana rewolucja' Marcin Strzyżewski (p). (Fot. Archiwum prywatne Marcina Strzyżewskiego)

Choć latami Łukaszenka deklarował przyjaźń z Rosją, ale de facto też był hamulcowym, który pilnował, by nie poszła za daleko, niedawno poinformowano, że zgodził się na rozmieszczenie rosyjskich obiektów i jednostek wojskowych na terytorium Białorusi. 30 lat uników i koniec?

Obiekty wojskowe były na terenie Białorusi od rozpadu ZSRR. To, co zobaczyliśmy ostatnio, to jest gest. Przecież gdy Rosja potrzebowała lotnisk, to korzystała z nich, jeśli potrzebowała poligonów – także. Ta decyzja niewiele zmienia, chociaż jest możliwe, że Łukaszenka, który jednak też się starzeje, widzi, że okoliczności się zmieniają. Być może czuje ryzyko, że jeśli Rosja uderzy mocniej, to wydarzy się to, czego długo nie chciał – wchłonięcie kraju. Mimo wszystko jednak cały ten taniec wokół tematu zbliżenia z Rosją w mojej ocenie wygląda tak, jakby Łukaszenka chciał być blisko, żeby mieć szansę wskoczyć na tron, jeśli ten okaże się pusty, a jednocześnie pozostawać wystarczająco daleko, żeby cały czas zachować pozycję tzw. Pierwszego – jak się go określa. Nie prezydent, nie wódz, nie Łukaszenka, tylko "Pierwszy". Jest to ważne też dlatego, że póki Białoruś jest niezależna formalnie, to on tym "Pierwszym" jest, ale jeśliby została wchłonięta, to jego ambicje zostałyby boleśnie ukłute. Stałby się jakimś gubernatorem, być może nawet wicepremierem kraju związkowego, ale najważniejszy by nie był, co dla człowieka z tak dużymi ambicjami byłoby trudne do zaakceptowania.

"Póki mnie nie zabijecie, innych wyborów nie będzie" – powiedział w 2020 roku Łukaszenka na spotkaniu z robotnikami w fabryce.

To niestety jest bardzo mocny cytat. Rzucił te słowa w twarz protestującym. To jest dla mnie najważniejsza i najbardziej szczera deklaracja tego człowieka w jego politycznej karierze.
Marcin Strzyżewski. Youtuber, wolontariusz, pisarz. Z wykształcenia filolog rusycysta. Od ponad dwóch lat pomaga żołnierzom, cywilom i zwierzętom. Autor książki "Białoruś. Kartoflana dyktatura", która ukazała się 26 lutego 2025 roku w wydawnictwie Szczeliny.
Lidia Raś. Dziennikarka, redaktorka. Pasjonatka teatru i literatury, wielbicielka czeskiej Pragi i polskich gór. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kiedyś m.in. w Dzienniku Gazecie Prawnej, obecnie w Weekend.gazeta.pl.