Społeczeństwo
W noc, w którą zatonął Heweliusz, nad Bałtykiem szalał huragan. Strażacy z Trójmiasta nie pamiętali takiego dyżuru od dekad (Fot. Artur Kubasik / Agencja Wyborcza.pl)
W noc, w którą zatonął Heweliusz, nad Bałtykiem szalał huragan. Strażacy z Trójmiasta nie pamiętali takiego dyżuru od dekad (Fot. Artur Kubasik / Agencja Wyborcza.pl)
  • "Na jakim statku pływa teraz Andrzej?! – zapytał. – Na Heweliuszu. – Zatonął dzisiaj w nocy".
  • "Twój Leszek przyszedł do mnie, był w pomarańczowym kombinezonie i powiedział, że nie żyje".
  • Przechył na burtę zbliżał się do 70 stopni. Zapadła cisza. "Na tym łączność z promem została przerwana. Na zawsze"

Mieszkająca w Gdańsku Anna Korzeniowska, żona pierwszego elektryka z Jana Heweliusza Andrzeja Korzeniowskiego, z powodu wyjących syren nie mogła spać, a kiedy w końcu usnęła, śniła jej się czarna woda zalewająca miasto. Rano była zmęczona tym koszmarem. I wtedy coś ją tknęło. Pierwszy raz w życiu powiedziała córce: "Chodź, Zosiu, pomódlmy się za tatusia". Potem odprowadziła małą do szkoły. Po powrocie do domu usłyszała dzwonek domofonu. To był przyjaciel jej męża.*

– Na jakim statku pływa teraz Andrzej?! – zapytał.
– Na Heweliuszu.
Potem wybrzmiała długa cisza, a po niej jego słowa:
– Ten prom zatonął dzisiaj w nocy. 

Huragan, który w  położonym nad Morzem Północnym niemieckim landzie Szlezwik-Holsztyn zerwał w nocy wiele dachów, między innymi z kościelnej wieży w Lubece i z budynku ratusza w Kilonii, na wybrzeżu Bałtyku siał jeszcze większe spustoszenie. Strażacy z Trójmiasta nie pamiętali takiego dyżuru od dekad. W niektórych domach wylatywały szyby z okien. Połamane drzewa zniszczyły dziesiątki samochodów i zatarasowały drogi. Według Dyrekcji Okręgowej Dróg Publicznych w Gdańsku tylko w tym rejonie na jezdnie spadło pół tysiąca drzew. Ze starych gdańskich kamienic leciały dachówki, wyły syreny alarmowe aut, a pijacy, nie mogąc spać, wyszli ze swoich melin, awanturowali się i doprowadzili do rekordowej liczby policyjnych interwencji. Wiatr zerwał też wiele linii telefonicznych, energetycznych i trakcję kolejową.

"Szybka Kolej Miejska na odcinku od Wrzeszcza do Sopotu nie kursuje z powodu braku napięcia! Proszę korzystać z innych środków komunikacji!" – pasażerowie na dworcach SKM od świtu 14 stycznia słyszeli taki komunikat. Kilka statków zerwało się z cum, jak na przykład zbiornikowiec Blue Lady stojący w Gdańskiej Stoczni Remontowej.

Irenę Brudnicką, żonę starszego mechanika Tomasza Brudnickiego, w jej gdańskim domu budził w nocy odgłos łamiących się gałęzi drzew. Rano wstała, odprawiła syna do szkoły i poszła na zakupy. Znajomi, których spotkała, wracając do domu, dziwnie się na nią patrzyli. W końcu koleżanka wzięła ją na bok i powiedziała, co się stało. Gdy otępiała wróciła do domu, był tam już syn. Nauczyciele w szkole słuchali radia i zwolnili go z zajęć.

Mirosława Sychta z Lęborka, żona starszego marynarza Bronisława Sychty, miała tej nocy sen, w którym zamknięto ją w jakimś klasztorze. Był tam zwyrodnialec, który gwałci i morduje kobiety, a zakonnice nie pozwalają stamtąd uciec. Rano jak co dzień poszła do małego sklepu spożywczego, który prowadziła. Zadzwonił syn: "Mamo, ciocia pyta, jak nazywa się statek, na którym pływa tata".

Teresę Pycińską, mieszkającą w Szczecinie żonę radiotelegrafisty, w nocy budziła podrywana wiatrem klapa od śmietnika. Rano zadzwonili z PLO i powiedzieli, że była katastrofa, ale Leszek został uratowany. Teresa pojechała do matki, która leżała w szpitalu po ciężkiej operacji. Ustaliła z pielęgniarkami, że zadbają, by nie słuchała radia, bo po co ma się stresować wiadomościami na temat Heweliusza. Półprzytomna matka wyszeptała: "Twój Leszek przyszedł do mnie, był w pomarańczowym kombinezonie i powiedział, że nie żyje". 

Prom Jan Heweliusz w Świnoujściu, 10 października 1986 roku (Fot. Użytkownik o nicku Balcer, praca własna, CC BY 2.5/Wikipedia Commons)

Jolanta Ułasiewicz wyjątkowo nie włączyła radia w swoim warszawskim mieszkaniu. Sama nie wie, dlaczego nie zrobiła tego także w samochodzie, którym jechała do kuzyna, aby odsłuchać raport nagrany przez męża na automatyczną sekretarkę. Tego dnia raportu nie było. Kiedy na ekranie telewizora zobaczyła przewróconego do góry dnem Heweliusza, wiedziała, że Andrzej nie wróci.

Agnieszka Behrendt, żona chiefa zmiennika Marka Behrendta, włączyła radio od razu po przebudzeniu. Mówili o promie, trwającej na morzu akcji ratunkowej, tratwach, szalupach, śmigłowcach. Spakowała ciepłe ubrania męża, bo pomyślała, że jego mogą być mokre, i pojechała taksówką na dworzec kolejowy, z którego odjechał pociąg do Świnoujścia. 

Barak

Mimo porywistego, lodowatego wiatru na terminalu promowym w Świnoujściu od rana zbierali się gapie, członkowie marynarskich rodzin i reporterzy. Wszyscy liczyli na to, że okręty ratownicze, pływające do Ystad polskie promy oraz statki handlowe, które znajdowały się w pobliżu katastrofy, przywiozą rozbitków. Bliscy członków załogi Heweliusza i dziennikarze, którzy mieli dobre kontakty, mogli wejść do stojącego tu baraku PLO, w którym były grzejniki.

"Kierownik Gerard Reszke (szef biura PLO w Świnoujściu) siedzi przy wciąż odzywającym się telefonie, a po jego twarzy spływa pot. Przyszedł, choć jest na zwolnieniu z powodu półpaśca i  ma silny ból… Telefon dzwoni cały czas, ambasady austriacka, skandynawskie, nawet amerykańska i dziennikarze z całego świata"  – w taki sposób opisał to, co tam zobaczył, Bogdan Czubasiewicz, dziennikarz "Głosu Szczecińskiego", który zwrócił uwagę na zapłakane oczy żony oficera pożarowego z Heweliusza Janusza Subickiego ze Świnoujścia.  

10. rocznica katastrofy promu. Co roku na cmentarzu spotykają się bliscy ofiar katastrofy (Fot. Damian Kramski / Agencja Wyborcza.pl)

Zmarły w 2004 roku Bogdan Czubasiewicz miał kwiecisty styl, a w 1993 roku był już legendą dziennikarstwa morskiego. W czasach PRL-u, kiedy przesiadywał w szczecińskim klubie dziennikarskim Wersalik, założył miesięcznik "Rybak Dalekomorski", został jego redaktorem naczelnym i w tej roli opłynął prawie cały świat na pokładach trawlerów. W 1993 roku polskie rybołówstwo dalekomorskie upadało, a Czubasiewicz znów zajął się chodliwym tematem. Kiedy przyjechał samochodem do Świnoujścia, przy nabrzeżu Kościuszkowskim stał już prom Mikołaj Kopernik.

"Na pokładzie ładunkowym rozsypana tarcica. Wyleciała z wielkiego tira. Drewno w szalejącym piekle rozbiło naczepę i uszkodziło cysternę z olejem, na szczęście nie rozbijając jej. Dwa samochody węgierskie, z butelkami, także przesunęły się, a szkło rozbiło się na kawałeczki" – napisze w "Głosie" Czubasiewicz. Według niego kapitan Kopernika Edward Bieniek miał na twarzy wypisany ból i zmęczenie. Bieniek powiedział, że był ostatnim człowiekiem rozmawiającym z kapitanem Andrzejem Ułasiewiczem.

– Najpierw słyszałem go na szesnastym kanale UKF – opowiadał dziennikarzowi. – Mówił, że ma przechył trzydzieści stopni, i ogłosił alarm opuszczania statku. Stacja brzegowa wywołała Heweliusza, pytając o pozycję. Ułasiewicz odpowiedział, że przechył na burtę dochodzi do siedemdziesięciu stopni, i zapadła cisza.

"Na tym łączność z promem została przerwana. Na zawsze". – Gdy Czubasiewicz zapisuje w swoim notesie ostatnie słowa dramatycznej relacji kapitana Bieńka, wśród ludzi zebranych na nabrzeżu rozchodzi się informacja, że podobno w niemieckich szpitalach są jacyś rozbitkowie. (...)

Informacje 

Alicja Kochanowska, żona starszego marynarza Leszka Kochanowskiego ze Świnoujścia, o wszystkim dowiedziała się o godzinie 10.30 z lokalnego radia. Kiedy usłyszała o wielu ofiarach, przypomniała jej się przepowiednia Cyganki, która wywróżyła mężowi, że zginie na morzu. Niedługo potem w innej stacji powiedzieli jednak, że całą załogę uratowano.

Tego dnia do polskich, niemieckich i skandynawskich redakcji od rana napływały sprzeczne informacje dotyczące tego, ilu ludzi wyciągnięto z wody. Podawano, że uratowani są na innych polskich promach, które były w pobliżu. Mówiono, że na dryfujących po Bałtyku tratwach znajdują się jeszcze żywi ludzie i helikoptery zaraz ich stamtąd wyciągną. W Polsce panował informacyjny chaos, a rodziny i dziennikarze bezskutecznie próbowali się czegokolwiek dowiedzieć, dzwoniąc do PLO, Euroafriki, Urzędu Morskiego i Kapitanatu Portu.

"Kurier Szczeciński", który był wtedy popołudniówką oddawaną do druku nad ranem, zdążył zamieścić na pierwszej stronie informację wielkości pudełka od zapałek pod tytułem Heweliusz do góry dnem. Szczecinianie w porze obiadowej przeczytali między innymi: "Polski prom samochodowo-kolejowy »Jan Heweliusz« dryfuje wywrócony do góry dnem 20 mil na wschód od Rugii. Według rzecznika Bundeswehry wiele osób utonęło". W tym czasie niemiecka telewizja publiczna z Meklemburgii-Pomorza Przedniego informowała, że uratowanych może być niewielu. Polskie stacje radiowe i telewizyjne były jednak ostrożne w ocenie rozmiarów katastrofy. Rodziny wciąż wierzyły, że to ich bliscy są już bezpieczni w jakimś szpitalu albo znajdują się na tratwach i za chwilę zostaną uratowani. Na Bałtyku trwa przecież akcja ratunkowa.

Ręce i nogi 

Prawie nikt, poza najważniejszymi ludźmi w państwie, nie wiedział wtedy, że pierwszy polski helikopter Marynarki Wojennej z bazy w Darłowie pojawił się na miejscu katastrofy dopiero o godzinie 10.15, czyli prawie sześć godzin po wezwaniu pomocy przez Heweliusza.

Pomnik Ofiar Katastrofy Promu Jan Heweliusz na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie (Fot. Użytkownik o nicku Kapitel, praca własna, CC0/Wikipedia Commons)

Nieco wcześniej, bo o 9.55 dopłynął tam statek Huragan ze Świnoujścia. Nad morzem wciąż krążyły niemieckie i duńskie helikoptery. Na miejscu była niemiecka Arkona, która od ponad trzech godzin kierowała akcją, Hans Lueken ze Stralsundu, prom Śniadecki oraz statki handlowe Teliga, Stefan, a także duńska Jolanda, mająca kłopoty z własnym ładunkiem (z tego powodu odpłynęła, by schronić się za Rugią). O godzinie 10.30 Huragan przejął od Arkony obowiązki koordynatora akcji ratowniczej. Niemcy mieli na pokładzie dwóch uratowanych marynarzy, a poza tym byli poobijani, z tego względu popłynęli do Sassnitz.

Dowodzący Huraganem kapitan Andrzej Ganther umówił się z dowódcą Teligi, że będą szli równolegle, by dokładnie spenetrować wybrany pas. Marynarze Ganthera, którzy w pewnym momencie zaczęli krzyczeć: "Kapitanie! Tam coś pływa!", pojęli, że to rozbitkowie, więc chcieli im jak najszybciej pomóc. Szybko zorientowali się jednak, że ludzie unoszący się na powierzchni wzburzonego morza już nie żyją. Z powodu wielkich fal nie byli w stanie sami ich wyławiać, dlatego naprowadzali na nich helikoptery.

– To było makabryczne – mówił po kilku dniach dziennikarzom kapitan helikoptera Mi-14 Wiesław Cuper, który wierzył, że leci ratować ludzi. – Przylecieliśmy za późno.

Polskie śmigłowce krążyły nad wodą, ratownicy schodzili na linach w dół, ale w wodzie i na tratwach pozostały już tylko trupy. Martwi byli nawet ci, którzy mieli na sobie skafandry termiczne. Polacy, Niemcy i Duńczycy wyławiali ich i transportowali na ląd lub przekazywali na pokład Śniadeckiego.

– Było potwornie zimno i grabiały mi ręce, kiedy technik pokładowy opuścił mnie ze śmigłowca do pierwszej tratwy – opowiadał dziennikarzowi "Dziennika Bałtyckiego" bosman Jerzy Marciniak, ratownik Marynarki Wojennej. – Były w niej dwa ciała ludzi, którzy przywiązali się linkami, więc musiałem je odcinać.

Marciniak znalazł też dwa ciała pod przewróconą tratwą – stewarda Szydłowskiego i oficera pożarowego Subickiego.

Teresy Sienkiewicz, która po przewróceniu tratwy również została uwięziona w pułapce, nigdy nie odnaleziono.

W pewnym momencie kapitan Andrzej Ganther z Huraganu oglądający wzburzone morze przez lornetkę zobaczył jakąś małą postać w zalanej wodą tratwie. To była czteroletnia Milenka. Tak się wtuliła w ojca, że ratownicy z helikoptera nie mogli rozdzielić skostniałych ciał. Położyli ich na pokładzie 107 Śniadeckiego razem, tak jak umarli. Kiedy wiatr nieco osłabł, Huraganowi udało się podpłynąć do człowieka, który w zesztywniałych dłoniach wciąż trzymał tasiemki jaskrawego pasa ratunkowego. Dwaj marynarze położyli się na pokładzie, a jeden z nich zahaczył bosakiem o pas. Kiedy zaczęli ciągnąć, na bosaku pozostał tylko niezapięty kapok, a ciało zniknęło pod wodą.

Załogi helikopterów przez wiele godzin wyciągały trupy z morza i tratw. O godzinie 16.35 ze względu na zapadający zmrok Śniadecki został zwolniony z akcji, wówczas na jego pokładzie było ich szesnaście. O godzinie 17.30 akcję na morzu przerwano do świtu następnego dnia. Wcześniej jednak bosman Jerzy Marciniak dostrzegł w wodzie oderwane ręce i nogi, a starszy chorąży Stanisław Szymański rozerwane ciało w kapoku. Nie wiadomo, czy to dzieło śruby napędowej Arkony, czy też innego statku i czy nieszczęśnicy zostali rozczłonkowani za życia czy po śmierci.

*Publikujemy fragment książki Adama Zadwornego "Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku", która ukazała się 13 listopada 2024 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.