Sala kontroli lotów nr 2
Centrum Lotów Kosmicznych imienia Lyndona B. Johnsona, Houston
28 stycznia 1986 r., 8:30
Kawa jak zwykle była paskudna: gorzka i słaba, w kolorze herbaty; prawie na pewno nie nadawała się do picia. Mimo wszystko napełnił kubek, wrócił do konsoli i podpiął słuchawki z mikrofonem. To miał być długi poranek. Steve Nesbitt wcześnie pojawił się w pracy. Sprawdził najnowsze prognozy pogody dla przylądka Canaveral, a potem poszedł obok stawów z kaczkami do Budynku 30, gdzie wjechał windą na trzecie piętro, do Mission Control (Centrum Kontroli Misji). Na podstawie tego, co widział w telewizji, dzisiejszy start wydawał się bardzo mało prawdopodobny: na Florydzie było bardzo zimno, z elementów wieży startowej zwisały półmetrowe sople. Wszystko wskazywało na to, że misja promu kosmicznego oznaczona jako 51-L po raz kolejny się opóźni.
Nesbitt pracował w dziale public affairs NASA od ponad pięciu lat. Był na miejscu podczas triumfalnego pierwszego startu promu kosmicznego w 1981 roku, pomagając odpowiadać na setki pytań prasy i mediów z całego świata. Od tego czasu stał się głównym sprawozdawcą Mission Control – komentował na żywo z Houston prawie każdy z 24 lotów wahadłowców. Mimo to wciąż odczuwał zdenerwowanie.
Odpowiedzialność za tłumaczenie przytłaczającego żargonu i skrótów używanych przez inżynierów NASA i astronautów na język zrozumiały dla opinii publicznej rozpoczynała się od komentarza w czasie odliczania przed startem, który rozbrzmiewał z głośników na przylądku Canaveral. Później, gdy odliczanie dochodziło do zera, a rakieta startowała, Nesbitt komentował wszystko, co się działo. Nie miał żadnego scenariusza, a wiedział, że jego słowa trafiają na żywo do każdego, kto ogląda start w telewizji – czy to w trzech ogólnokrajowych sieciach, czy na niedawno uruchomionym kanale kablowym CNN, czy za pośrednictwem dedykowanego kanału satelitarnego NASA. Musiał więc polegać na własnej "liście wydarzeń", zawierającej wszystkie najważniejsze etapy wznoszenia się wahadłowca na orbitę okołoziemską – od powolnego obrotu po opuszczeniu platformy startowej do momentu wyłączenia głównych silników na skraju przestrzeni kosmicznej.
Wyciszone otoczenie pomieszczenia kontroli lotów zostało zaprojektowane tak, aby każdy z kontrolerów mógł się skupić na własnych zadaniach; dopiero niedawno obok konsoli dyrektora lotu zamontowano telewizor, na którym można było obserwować wahadłowiec w locie. Nesbitt rzadko miał czas, by patrzeć na ekran, bo skupiał się na konsoli przed sobą. Miał na niej dostęp do informacji o statku kosmicznym w czasie rzeczywistym: na swoim zestawie słuchawkowym mógł słuchać dziesiątek komunikatów wymienianych między grupami inżynierów NASA i kontrolerami lotu w wewnętrznej sieci komunikacyjnej; na dwóch czarno-białych monitorach widział dane telemetryczne przesyłane z wahadłowca z powrotem na Ziemię – aktualizowane co sekundę kolumny liczb, opisujące każdy z tysięcy parametrów technicznych istotnych podczas lotu.
Nesbitt miał do wyboru ponad 70 takich kanałów informacyjnych, ale dwa z nich były dla niego najważniejsze: "Procedury operacyjne lotu" – dane na temat wydajności silników wahadłowca – oraz "Trajektoria", kanał informujący o prędkości, wysokości i odległości od celu. Choć każdą potrzebną informację miał na wyciągnięcie ręki, nadal stresował się koniecznością komentowania wszystkiego na żywo, toteż często ćwiczył. Poważnie traktował swoje obowiązki i nie znosił, gdy inni komentatorzy używali kwiecistego języka w stylu hollywoodzkich specjalistów od PR. Chciał mówić prosto i zrozumiale.
Tym razem jednak Nesbitt z zadowoleniem przyjąłby kolejne opóźnienie lotu: był w złej formie z powodu przeziębienia, które złapał poprzedniego dnia, bolało go gardło i nie był pewien, czy zdoła mówić przez cały czas lotu promu na orbitę bez nadwerężenia głosu i chrypki. Czekał w ciszy na swoją kolej: na moment zapłonu silników wahadłowca i gigantycznych rakiet nośnych na paliwo stałe; czekał, aż sprawozdawca pracujący na przylądku Canaveral ogłosi, że Challenger opuścił wieżę startową.
Była niemal dokładnie 11:38, kiedy Nesbitt zobaczył, że cyfry na jego ekranie zaczynają się zmieniać. Kilka sekund później wcisnął przycisk na mikrofonie i zaczął mówić: – Obrót potwierdzony. Challenger leci teraz w pozycji odwróconej.
Przy sąsiedniej konsoli lekarka wojskowa nadzorująca misję od strony medycznej, ubrana w pełny mundur marynarki wojennej, uważnie wpatrywała się w duży telewizor po drugiej stronie pomieszczenia. Cały start wyglądał po prostu idealnie. Challenger był w powietrzu niecałe pół minuty, kiedy Nesbitt podał kolejny komunikat: – Silniki zaczynają zmniejszać moc do 94 procent – powiedział. Normalna moc przez większą część lotu wynosi 104 procent. Na chwilę zmniejszymy moc do 65 procent.
Siedząca obok lekarka obserwowała wahadłowiec wzbijający się coraz wyżej w stronę chmur wiszących nad Atlantykiem. Nesbitt nadal wpatrywał się w monitory.
– Prędkość 2257 stóp na sekundę – mówił. – Wysokość 4,3 mili morskiej. Downrange distance 3 mile morskie*.
Liczby sugerowały, że wszystko jest w porządku. Sześćdziesiąt osiem sekund po starcie Nesbitt ogłosił kolejny ważny punkt z leżącej przed nim listy.
– Silniki zwiększają ciąg. Trzy silniki pracują obecnie z mocą 104 procent.
Trzy metry od niego siedzący w kolejnym rzędzie konsol astronauta Richard Covey potwierdzał właśnie tę zmianę z dowódcą wahadłowca:
– Challenger, pełna moc.
– Przyjąłem, pełna moc.
Lot trwał już minutę i dziesięć sekund.
Cztery sekundy później Nesbitt usłyszał w słuchawkach głośne trzaski.
Lekarka obok niego zobaczyła, jak Challengera przesłania wielka kula pomarańczowo-białych płomieni.
– Co to było? – zapytała. Ale Nesbitt wciąż wpatrywał się w monitory.
– Jedna minuta, pięćdziesiąt pięć sekund. Prędkość 2900 stóp na sekundę – mówił. – Wysokość dziewięć mil morskich. Downrange distance siedem mil morskich**.
A potem podniósł głowę i podążył za wzrokiem lekarki, wbitym w ekran telewizora. Stało się coś strasznego. Po Challengerze ani śladu – w miejscu, gdzie się przed chwilą znajdował, widać było tylko błyskawicznie rosnącą kulę ognia i smugi spalin pozostawiane przez dwie rakiety wspomagające, skręcające w przeciwnych kierunkach. Konsola Nesbitta nie dostarczała żadnych wiadomości: strumienie danych zatrzymały się w miejscu. Wokół niego siedzieli oszołomieni i zaszokowani kontrolerzy lotu. Nikt nic nie mówił.
Nesbitt wiedział, że musi coś powiedzieć, ale nie miał żadnych informacji na temat tego, czego właśnie był świadkiem. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Myślał o swojej odpowiedzialności wobec opinii publicznej, wobec rodzin astronautów. Przypomniała mu się sytuacja sprzed niemal pięciu lat, kiedy doszło do zamachu na prezydenta Reagana: Dan Rather, prezenter wiadomości stacji telewizyjnej CBS, ogłosił wtedy, że zginął sekret prasowy Białego Domu, James Brady; później okazało się, że Brady, choć kula trafiła go w głowę, przeżył. Nesbitt nie chciał popełnić podobnej pomyłki.
Chwila ciszy ciągnęła się już pół minuty. Bolesna, martwa cisza wypełniła obieg informacji NASA i trwała całą wieczność. Na ekranach telewizorów biała chmura dryfowała z wiatrem; szczątki i odłamki opadały w kierunku powierzchni oceanu. Dyrektor lotu na próżno usiłował uzyskać jakiekolwiek odpowiedzi od członków swojego zespołu.
Minęło 41 sekund, zanim Steve Nesbitt ponownie się odezwał: – Kontrolerzy lotu bardzo uważnie analizują sytuację – powiedział, a jego głos był płaski i beznamiętny. – Najwyraźniej mamy do czynienia z poważną awarią.
Część pierwsza: OSTATNI CZŁOWIEK NA KSIĘŻYCU
Ogień w kompleksie startowym nr 34
Martha Chaffee była właśnie w kuchni, gdzie robiła hot dogi na kolację dla dzieci, kiedy przez okno zobaczyła stojącego przed frontowymi drzwiami Michaela Collinsa; dokładnie w tym momencie zrozumiała, że została wdową. Astronauci i ich rodziny tworzyli niewielką, zwartą społeczność – mieszkali obok siebie w dzielnicy, którą zwali żartobliwie "Togethersville"***. Tego dnia kilka żon astronautów zgromadziło się w salonie należącego do Chaffeech domu z żółtej cegły przy Barbuda Lane. Ktoś wspominał o jakimś wypadku, ale z początku nic nie wskazywało na to, żeby Martha miała się czym niepokoić: samochody stojące na ulicy mogły być po prostu częścią normalnego piątkowego popołudnia, kiedy ludzie kończyli pracę i wracali do domów. Poza tym choć mąż Marthy, Roger, brał udział w jakichś ćwiczeniach na przylądku Canaveral, nie był przewidziany do udziału w locie. A jednak teraz przed jej drzwiami stał Michael Collins, sam, z poważną miną. Powód mógł być tylko jeden.
– Wiem, Mike – powiedziała Martha, kiedy otworzyła drzwi. – Ale i tak musisz mi to powiedzieć.
Odwróciła się, a Collins w ciszy ruszył za nią przez wąski przedpokój. W salonie, gdzie jej dwójka dzieci oglądała telewizję, ktoś wyłączył odbiornik, zanim zaczęły się wiadomości. Był 27 stycznia 1967 roku.
***
Trzydziestojednoletni Roger Chaffe był najmłodszym i najmniej doświadczonym z trzech astronautów wyznaczonych do załogi Apollo 1, pierwszego załogowego lotu w ramach nowego programu NASA – programu, którego ostatecznym celem miało być lądowanie człowieka na Księżycu. Ciemnowłosy, przystojny Chaffee był astronautą niecałe trzy lata i jeszcze czekał na swój pierwszy lot w kosmos. Status nowicjusza podkreślały dziecinna twarz i drobna budowa ciała. Droga jego kariery była niemal archetypiczna: niegdyś był harcerzem, wcześnie złapał bakcyla związanego z lotnictwem, razem z ojcem – znanym pilotem – budował modele samolotów. Skrupulatny i pracowity, skończył studia inżynierskie na Purdue University, później sam został pilotem lotnictwa marynarki wojennej. Jeszcze na studiach poznał Marthę, królową zjazdu absolwentów college’u; wkrótce został jej oddanym mężem, sam opracował projekt ich domu w Houston, a w wolnych chwilach relaksował się, konstruując strzelby i robiąc do nich amunicję, której następnie używał w czasie weekendowych wypraw myśliwskich.
Dowódca misji Apollo 1, doświadczony astronauta Gus Grissom – drugi Amerykanin w kosmosie, niski, prostolinijny 40-latek, pilot doświadczalny, znany z tego, że lubił wypić i był kobieciarzem – określał Rogera jako "wspaniałego chłopaka". W ciągu tych kilku miesięcy, jakie spędzili na wspólnym treningu, młodszy mężczyzna okazywał podziw dla doświadczonego dowódcy, między innymi naśladując charakterystyczną mowę ciała Grissoma i jego soczyste słownictwo; było to na tyle osobliwe, że koledzy często mu z tego powodu dokuczali. Trzecim członkiem załogi był starszy pilot Ed White, także doświadczony astronauta i zapalony sportowiec, którego wizerunek odcisnął się w pamięci całego narodu, kiedy jako pierwszy Amerykanin odbył "kosmiczny spacer", opuszczając kapsułę Gemini IV nad Pacyfikiem, połączony z nią jedynie błyszczącą pępowiną, która dostarczała mu tlen.
W czasie gdy Chaffee, White i Grissom dowiedzieli się, że zostali wyznaczeni do misji Apollo 1 – w ramach której mieli spędzić 14 dni na orbicie okołoziemskiej, sprawdzając działanie wielu nowych, skomplikowanych systemów skonstruowanych na potrzeby przyszłej wyprawy na Księżyc i z powrotem – wyścig kosmiczny między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim wywoływał coraz większe emocje. W maju 1961 rok, kiedy prezydent Kennedy ogłosił, że przed końcem dekady Amerykanie wyślą człowieka na Księżyc, niedawno utworzona Narodowa Agencja Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (National Aeronautics and Space Administration, NASA) nie zdołała jeszcze nawet wysłać człowieka na orbitę okołoziemską, a tymczasem doświadczała kolejnych upokarzających porażek z rąk Rosjan. Zaledwie miesiąc wcześniej pierwszy człowiek znalazł się na orbicie – i był nim radziecki kosmonauta Jurij Gagarin.
Jednak w ciągu kolejnych pięciu lat stale rosnąca liczba naukowców, inżynierów i techników zaangażowanych w eksperymentalny projekt inżynieryjny na bezprecedensową skalę dokonała serii przełomów, dzięki którym NASA zdołała zniwelować opóźnienie w stosunku do radzieckiego programu kosmicznego. W lutym 1962 roku John Glenn jako pierwszy Amerykanin trafił na orbitę okołoziemską – on i sześciu pozostałych astronautów programu Mercury zostali uznani za bohaterów narodowych. W czerwcu 1965 roku Ed White odbył swój niezwykły spacer kosmiczny, a w grudniu tego samego roku załogi Gemini VI i Gemini VII dokonały pierwszego w historii spotkania na orbicie. W czerwcu 19664 roku trójnoga, w pełni automatyczna sonda kosmiczna Surveyor 1 jako pierwszy amerykański pojazd w sposób kontrolowany wylądowała na Księżycu, skąd przesłała do Centrum Kontroli Misji w Houston ponad 11 tysięcy zdjęć.
Perspektywa wysłania na Księżyc misji załogowej nie wydawała się już poza zasięgiem NASA – wciąż jednak pozostawała ogromna liczba trudności i przeszkód, które trzeba było pokonać, aby wysłać człowieka na Srebrny Glob i bezpiecznie sprowadzić go z powrotem. Do upływu terminu wyznaczonego przez Kennedy’ego pozostały zaledwie trzy lata, tymczasem technologie niezbędne do osiągnięcia tego celu – potężne rakiety Saturn V, kapsuły Apollo zdolne bezpiecznie przewieźć trzyosobową załogę przez ponad 400 tysięcy kilometrów przestrzeni kosmicznej i delikatny, przypominający owada lądownik, który miał umożliwić ludziom dotarcie na powierzchnię Księżyca – były dopiero w fazie projektowania lub budowy. Kolejne etapy procesu wiązały się z kolejnymi problemami…
* Odpowiednio: 687,9 m/s, 7,9 km, 5,5 km – przyp. tłum.
** Odpowiednio: 884 m/s, 16,7 km, 13 km – przyp. tłum.
*** Gra słów. Ang. "together" znaczy "razem", "wspólnie", a końcówka "-ville" często występuje w nazwach miejscowości – przyp. tłum.
*Publikujemy fragment książki Adama Higginbothama "Katastrofa Challengera" w przekładzie Jana Halbersztata, która ukaże się 29 stycznia 2025 roku nakładem Wydawnictwa SQN.



