Arku, oddałeś swojemu partnerowi Markowi nerkę i uratowałeś mu życie. To drugi w Polsce udany przeszczep od niespokrewnionego dawcy. Ale zanim do niego doszło, musiało się stać coś niedobrego.
Arek Musielewski: Dokładnie 26 stycznia 2024 roku, w piątek, Marek wreszcie postanowił sobie zmierzyć ciśnienie. Od kilku dni bolało go z tyłu głowy. Okazało się jednak, że na naszym ciśnieniomierzu pojawił się komunikat o błędzie numer 5. Oznacza on, że ciśnienie było tak wysokie, że nie można go było zmierzyć. Marek mówi: "Słuchaj, pojedziemy sobie na SOR, tak dla jaj, i poproszę ich, żeby mi zmierzyli ciśnienie". Gdy zbadał go lekarz, Marek miał ciśnienie 260 na 160.
Marek Świerzko: Lekarz zapytał, czy dobrze się czuję, a ja na to, że świetnie. Boli mnie tylko głowa, ale niedawno wróciłem z pracy i funkcjonuję normalnie. Lekarz wysłuchał i zdziwił się, że jestem w stanie stać na nogach. Powiedział, że muszę mieć bardzo mocne żyły, skoro nie doszło do ich pęknięcia albo udaru przy tak wysokim ciśnieniu.
A.M.: Jeszcze tego samego wieczoru zaczęli Markowi robić szereg badań. Kreatynina była bardzo wysoka, tak jakby nerki nie filtrowały krwi. Lekarz zdecydował, że już Marka nie wypuszczą, że go przewożą do szpitala. Marek wyszedł do mnie z kluczykami od samochodu i ze łzami w oczach powiedział: "Jedź do domu, bo ze mną jest źle".
Przestraszyłeś się?
A.M.: Do dzisiaj to we mnie siedzi. Poszedłem do auta i płakałem, że mogę już Marka nie zobaczyć.
M.Ś.: Miałem szczęście w nieszczęściu, że wtedy na SOR-ze dyżur miał nefrolog, któremu coś w moich wynikach nie pasowało. Powiedział, że czeka na mnie łóżko w szpitalu we Wrocławiu.
A.M.: Potwierdziły się przypuszczenia lekarzy, że nerki Marka nie pracują. Nie wiadomo było jednak, czy na jakiś czas, czy na zawsze. Trzeba było zrobić biopsję – na wyniki czekaliśmy do kwietnia.
M.Ś.: Konieczne były dializy, trzy razy w tygodniu. Lekarze założyli mi cewnik, połączyli go z aortą. Po tygodniu założono na rękę przetokę, ponieważ istniało ryzyko, że dostanę sepsy.
Aż w końcu lekarze zyskali pewność?
A.M.: Nie wiadomo, czy to nadciśnienie uszkodziło nerki, czy też to one, uszkodzone, spowodowały ogromny wzrost ciśnienia, ale lekarze nie mieli wątpliwości, że konieczny jest przeszczep. Marek został wpisany na listę oczekujących, a w tym samym czasie ja zacząłem robić sobie badania.
Po co?
A.M.: Wyczytałem, że jest coś takiego jak przeszczep krzyżowy. Myślałem, że znajdziemy parę, która też czeka na przeszczep, moja nerka trafi do chorej osoby z tej pary, a druga zdrowa osoba odda nerkę Markowi. Podczas badań okazało się jednak, że my z Markiem mamy taką samą grupę krwi i wszystkie inne parametry, więc nie potrzebujemy przeszczepu krzyżowego.
M.Ś.: To zupełnie tak, jakbyśmy byli bliźniakami genetycznymi. Niesamowite, bo jesteśmy identyczni.
A.M.: Od 13 lat jesteśmy razem i trzeba było poważnej choroby, żeby okazało się, że łączy nas jeszcze więcej niż wzajemna fascynacja i miłość.
M.Ś.: Nie wiedziałem, że Arek robi badania. Nie powiedział mi też, że zdecydował się oddać mi nerkę. Zakomunikował mi to dopiero na początku czerwca.
Jak zareagowałeś?
M.Ś.: Byłem bardzo zaskoczony. Prosiłem go, żeby tego nie robił. Myślałem: jest jeszcze młody – ma 37 lat – i ta nerka może mu się przydać. Po co mają go okaleczać?
A.M.: Nikt z bliskich nie wpływał na moją decyzję, nie próbował mnie od niej odwieść. To dało mi siłę. Kiedy jednak zobaczyłem łzy mojej mamy przed operacją i usłyszałem od niej słowa: "Do zobaczenia po wszystkim", to uświadomiłem sobie, że mogę zamknąć oczy i już z tego szpitala nie wrócić. Tak samo jak i Marek. Ale mama nie przekonywała mnie do zmiany decyzji. Wiedziała, że gdyby coś Markowi się stało, to miałaby wyrzuty sumienia do końca życia.
Kiedy odbył się przeszczep?
A.M.: Najpierw, gdy już mieliśmy wszystkie niezbędne badania, ostateczną zgodę musiał wyrazić Sąd Rejonowy w Oławie. Miał ma to siedem dni i w tym czasie podjął decyzję. W Polsce nie wolno sprzedawać organów, więc bez zgody sądu przeszczep nie byłby możliwy.
M.Ś.: Sama operacja odbyła się w poniedziałek, 9 grudnia. Wcześniej lekarze się z nami spotkali i w najdrobniejszych szczegółach wytłumaczyli nam, na czym polega operacja. Arek miał swój zespół lekarzy, a ja miałem swój.
A.M.: Ja byłem pacjentem urologii, a Marek transplantologii w tym samym szpitalu. O 7.00 rano – wszystko pamiętam ze szczegółami – wzięli mnie na salę operacyjną i wycięli mi nerkę. Około dwóch godzin później na tę samą salę przywieźli Marka i przez kolejne trzy czy cztery godziny go operowali. Po 48 godzinach wypuścili mnie do domu. Czekałem na wieści, co z Markiem.
M.Ś.: Moje ciśnienie jeszcze nie do końca się uregulowało lekami, więc musiałem zostać w szpitalu do 18 grudnia. Ale teraz czuję się już bardzo dobrze.
A ty, Arku, jak się czujesz?
A.M.: Też dobrze. Nieco się garbię i za bardzo pochylam do przodu; może to przez te szwy. Trochę też jeszcze jestem obolały, bo jednak to była ingerencja w zdrowe ciało. Na szczęście wszystko odbyło się laparoskopowo. Lekarze zrobili mi cztery dziury i piąte cięcie, którym wyjęli mi nerkę.
M.Ś.: Przez trzy miesiące obaj musimy nosić specjalne pasy, żeby wszystko się nam dobrze zagoiło.
A.M.: Leki immunosupresyjne Marek będzie musiał brać do końca życia. Po przeszczepie to konieczność.
W najbliższym czasie musimy się bardzo pilnować i izolować. Nie możemy się spotykać z bliskimi czy z przyjaciółmi, bo nawet małe kichnięcie jest dla Marka bardzo niebezpieczne. Jego odporność jest obniżona do zera, a organizmu nie można obciążać, żeby przez kolejne tygodnie nie zauważył, że ma jakąś obcą nerkę. Potem się przyzwyczai. W takim domowym inkubatorze będziemy co najmniej do początku stycznia.
Arku, czy Ty na którymkolwiek etapie miałeś wątpliwości, czy to na pewno dobra decyzja?
A.M.: W ogóle nie miałem momentu zawahania. Być może początkowo nie zdawałem sobie sprawy, z czym ta moja decyzja się wiąże. Ale byłem pewien, że chcę oddać Markowi moją nerkę.
M.Ś.: Jeszcze przed samym przeszczepem powiedziałem Arkowi, że może zrezygnować i nie będę miał o to do niego pretensji ani żalu. Chodziłbym na dializy i czekał, aż trafi mi się inna nerka.
Ale w duchu, przyznaję, myślałem sobie: jak dobrze, że mi ją da. Chciałem mieć jak najkrócej dializy, chciałem jak najszybciej zacząć normalnie funkcjonować.
A.M.: Co ciekawe, dawca może się wycofać w ostatniej chwili, nawet po szeregu badań albo na stole operacyjnym, gdy lekarze są gotowi do przeszczepu. Wiedziałem jednak, że tego nie zrobię, bo zawiódłbym cały szpital, ale przede wszystkim Marka i siebie.
Przeszczepy od żywych dawców są w Polsce wciąż, niestety, rzadkością. Stanowią około 5 proc. wszystkich wykonywanych przeszczepów. Arku, twój krok to prawdziwy heroizm.
A.M.: Nie czuję się jak bohater. Przeczytałem, że w Stanach 50 proc. społeczeństwa oddałoby nerkę drugiej osobie, a u nas tylko 5 proc. osób by się na to zdecydowało. Każdy z nas ma jedną trzustkę, wątrobę i serce, ale nerki mamy dwie, a jedna wystarczy do życia.
Chcemy o tym trąbić – nie trzeba się bać badań dla potencjalnego dawcy. Zaczyna się od zwykłego pobrania krwi, to nic strasznego. Co więcej, po oddaniu Markowi nerki jestem pod stałą opieką lekarzy. Jeśli okazałoby się, że z moją nerką jest coś nie tak, wskakuję jako pierwszy na listę oczekujących na przeszczep, bez kolejki.
M.Ś.: Można uratować komuś życie. Nerka od żywego dawcy zwykle przyjmuje się praktycznie momentalnie, ta od Arka zaczęła od razu pracować, jeszcze na stole operacyjnym. Inaczej jest z nerką od dawcy zmarłego. Zdarza się, że zaczyna pracować po siedmiu dniach albo później. A czasem w ogóle. Organizm częściej odrzuca takie przeszczepy.
Czujecie się teraz jeszcze bardziej ze sobą połączeni?
M.Ś.: Tak, jesteśmy rodziną.
A.M.: Ktoś nas niedawno zapytał, czy jesteśmy za legalizacją związków partnerskich. Odpowiedziałem, że tak, jesteśmy za, ale czy my potrzebujemy ślubu i obrączek? Złoty krążek nic już nie zmieni w naszym związku. Marek ma więcej niż papier z urzędu stanu cywilnego. Ma cząstkę mnie.
M.Ś.: W wypisie ze szpitala mam informację, że nerka pochodzi od Arkadiusza Musielewskiego. To najlepszy dowód naszej miłości.
Czego was nauczyła ta historia?
M.Ś.: Żeby żyć chwilą.
A.M.: Ale też ostrożności, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Choroba Marka spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Podczas najbliższej wizyty w styczniu Marek dowie się od lekarza, czy może wsiąść do samolotu i czy możemy gdzieś polecieć. Na razie wiemy, że nie możemy się wybrać w lot międzykontynentalny, ale w Europie chyba nie będzie problemu.
Jesteśmy uzależnieni od podróży. Przed chorobą Marka wyjeżdżaliśmy gdzieś cztery czy pięć razy w roku. Przed samym przeszczepem, między dializami wyskoczyliśmy w weekend na pizzę do Włoch. Gdy wróciliśmy, Marek znów miał dializy.
M.Ś.: Włochy to nasz ulubiony kierunek. Byliśmy tam cztery razy, w tym dwa razy samochodem, od Wenecji, przez Rawennę, Rzym, Monte Cassino i Neapol.
A.M.: W kwietniu obaj mamy urodziny – ja 11 kwietnia, a Marek 19 – więc chcielibyśmy się wybrać gdzieś za granicę. Obaj jesteśmy zodiakalnymi Baranami.
A jak wyglądały początki waszego związku?
A.M.: Poznaliśmy się 2011 roku, przez internet.
M.Ś.: Szybko się spotkaliśmy, bo internet był wtedy bardzo słaby.
A.M.: Gdy Marek przekroczył próg mieszkania, które wtedy wynajmowałem, i zobaczyłem jego wielkie czarne oczy, zapytałem: "Czy ty jesteś Włochem?". Odpowiedział, że nie, ale że wiele osób go o to pyta.
Pracowałem wtedy w perfumerii i zaocznie studiowałem. Marek pomagał mi w opiece nad moim psem, więc to był dobry pretekst, żebym do niego przyjechał i żebyśmy pobyli razem. Gdy skończyłem studia, otworzyłem firmę, która zajmuje się projektowaniem sportowej bielizny. Okazało się, że potrzebuję miejsca magazynowego, na szczęście Marek ma dom, więc mogłem wszystko przywieźć do niego. Potem moja Iga się oszczeniła, więc zadzwoniłem do Marka i powiedziałem: "Nie mogę zostać w bloku z pięcioma szczeniakami, czy mogę do ciebie przyjechać?".
M.Ś.: "Oczywiście, przyjedź do mnie" – powiedziałem.
A.M.: I już tak zostałem. Od sześciu lat mieszkamy razem.
Co w sobie lubicie?
M.Ś.: Mnie podobają się Arka włosy, jego styl bycia i poczucie humoru.
A.M.: Kiedy się poznaliśmy, Marek był taki grzeczny, ułożony. Od kiedy jesteśmy razem, nabrał dystansu, potrafi z siebie żartować. Już nie jest taki poważny, teraz jest otwartym facetem. Cieszę się, że udało mi się go rozkręcić. Podoba mi się też w nim to, że ma dobre serducho. Od samego początku czuję jego ciepło i serdeczność.
Czego mam wam życzyć na Nowy Rok?
M.Ś.: Żebym dożył stu lat. W zdrowiu.
A.M.: Teraz wiemy, że zdrowie jest najważniejsze. Gdy go komuś życzymy, wydaje nam się to takie oklepane, ale to ono najbardziej się nam przyda.
Arkadiusz Musielewski. Zajmuje się projektowaniem i sprzedażą sportowej bielizny.
Marek Świerzko. Pracuje w logistyce. Mieszka razem z Arkiem w Jelczu-Laskowicach.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Prowadzi też własny talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka Włoch, włoskiego, kawy i słoni.





