Część pierwsza: "Nie ma tego Stronia"
Darek
"Zakaz wstępu" – widnieje na domu Darka. Fundamenty popłynęły z rzeką, pod domem zieje dziura. Darek nie wie, czy dom będzie się nadawał, nie wie, czy warto. Po prostu sprząta.
Darek mieszka całe życie w Stroniu, jednym z miast najbardziej zdewastowanych przez powódź. Wychował się w domu położonym tak blisko rzeki, że mógł rzucać w wodę kamieniem.
Nie mieści mu się w głowie, że tak teraz wygląda jego rodzinny dom. Rozmawiamy w czwartek. Zaczęło się dokładnie tydzień temu. Wtedy nie pomyślałby, że…
W 1997 nic specjalnego się tu nie wydarzyło. Rzeka naniosła kamieni na podwórko, zalała łączkę przed domem. Tyle. Skoro wtedy była powódź tysiąclecia, to myślałem, że nie może być gorzej. Wtedy tama w Stroniu wytrzymała – poziom wody podnosił się spokojnie. Woda była wielka, ale nie dzika. Tym razem miało być inaczej.
W czwartek już siąpiło. Darek oceniał, jak jest źle, po schodkach prowadzących do rzeki. W czwartek woda zalewała trzy schodki. W piątek: pięć, ziemia była tak namoknięta, że nie piła już wody. Sobota rano: dziewięć schodków pod wodą. Wtedy zaczął się bać.
Po południu zaczęło mu zalewać podwórko.
– Kolega przywiózł worki z piaskiem. Za mało ich było. Okazało się potem, że nie ma już ani worków, ani piasku.
Zabezpieczyli tylko drzwi – z przodu i z tyłu domu. Straż przejechała ulicą, ogłosiła, żeby wszyscy się ewakuowali do wyższych części miasta. Darek nie chciał. Został. A razem z nim syn, żona i teściowa.
Kiedy w sobotę woda zaczęła się wlewać do domu, walczyli. Było późne popołudnie. Syn leżał na podłodze i nogami pchał drzwi, żeby woda się nie wlewała. Darek od drugiej strony, ponad workami, wylewał wodę łopatą od śniegu. Woda sączyła się dalej.
– Widziałem, że nie mogę z tym wygrać. Wynosiliśmy co cenniejsze rzeczy do góry. Niektóre zostawiliśmy na dole, na takich rusztowaniach prowizorycznych. Nic to nie dało. Zdecydowaliśmy się na ewakuację. Było ciemno, 20.00.
Syn wrócił po nich samochodem. Na jezdni ponad domem wody też było na kilkanaście centymetrów. I szybko przybywało. Na podwórku było jej po pas. Wychodzili przez okno, teściową wynieśli na barana. Darek się cofnął, żeby zamknąć okno.
– Prąd był taki, że ciężko było wrócić. Pojechaliśmy do kuzynki, wyżej. W niedzielę, koło 21.30 widziałem, że ulica zamienia się w rzekę. Podjechało wojsko, powiedzieli, że od kuzynki też trzeba uciekać. Trafiliśmy do szkoły. Po 40 minutach: trzeba uciekać jeszcze wyżej. Mówią, że tama już przecieka. Teściowa się przewróciła, nie mogła iść.
Renata, żona Darka mówi: Ja bez niej nie wyjdę, to jest moja mama. Strażacy: My się mamą zaopiekujemy, proszę się ewakuować. Teściowa pojechała do gimnazjum, a my wyżej, do kolegi. Koło południa przyszedł znajomy i mówi: Tamy nie ma. I się rozpłakał. My o piętnastej mogliśmy już zejść na dół. Wróciliśmy zobaczyć, jak wygląda dom.
Darek mówi żywo, ale spokojnie, jak reporter relacjonujący wydarzenia. Nagle głos mu się łamie, odwraca się ode mnie.
– Ręce opadają – przechodzi mu przez ściśnięte gardło. – W 2020 roku, po śmierci mamy, wszystko wyremontowałem. Wszystko było nowe. Pracowałem za granicą, po 14 godzin, żeby to tak wyglądało. Całe życie na to pracowałem – mówi.
Być może by usiadł w niedzielę i siedział tak do dziś, ale przyszli ludzie: kuzynka, znajomi, "od strony żony kuzyna syn". – A ja nie mogę tak, że oni robią, a ja siedzę – mówi Darek, wraca jego życzliwe opanowanie. – Kolega Andrzej dzwoni i mówi: Idź do urzędu, przywieźli jedzenie, przywieźli chemię, są narzędzia. Strażacy byli, pytali, czy wodę wypompować. I Mariusz Kluza był, co ma firmę budowlaną. Wszyscy, wszyscy, którzy mi pomagają, nie sposób wymienić. Dziękuję z serca. Bardzo – rozkleja się zupełnie.
Jego człowiek przyjechał koparką, nasypali pod dom, trzyma się. Gościu pyta, czy czegoś jeszcze nie potrzeba. Aśka, kuzynka, mówi dla żartu: Wódka się skończyła. I następnego dnia facet – nie znam gościa – przyjechał z whisky i piwem. Za free.
Za dużo ludzi chce mu pomagać, Darek czuje, że nie da się w takich warunkach poddać. Sprząta.
Nie chcę widzieć
Idę najbardziej poszkodowanymi ulicami Stronia: Nadbrzeżną, Mickiewicza, Kościuszki. Mijam zawalone domy, kupy śmieci i mebli. "Anulowano" – wypisano na jednym budynku. Nie wiadomo, czy chodzi o kamienicę, o Stronie czy o poprzedni "zakaz wstępu".
Andżelika prowadziła sklep z pamiątkami: – Chce pan magnes ze Stronia? Na pamiątkę? Może pan sobie wziąć. My nie sprzedamy tego. A komu? Zanim wrócą turyści… Nie poznaję tych okolic. Nie mogę patrzeć na tych ludzi. Mieli swoje mieszkania, biznesy… Wszyscy pracowaliśmy na to, jak to Stronie wyglądało. Nie ma tego Stronia.
Stronie cuchnie szlamem, brzmi agregatami prądotwórczymi. Pełno tu żołnierzy, hufców ochotniczej straży pożarnej, kamizelek ratowników. Niektórzy mieszkańcy dopiero oswajają się z tym, co się stało.
Jacek, fizjoterapeuta: – Wie pan, że ja myślałem, że nie przeżyję? Wyszedłem, żeby samochód przestawić, kiedy zaczynała się zbierać woda. I nie zdążyłem. Pękła tama, woda pojawiła się nagle. Skaczę na okienko i trzymam się kurczowo pręta wystającego ze ściany, bo wiem, że mnie zniesie. Minuta, dwie. Szopa ceglana obok. Chwila i zaczyna się przechylać, prąd ją porywa. Myślę, że zwali się na mnie, ale nie mam jak się ruszyć. Woda mną szarpie, na dach nie sięgnę. Stoję tak nie wiem ile, 40 minut, godzinę? Modliłem się tylko: Boże, pomóż mi, Boże, pomóż mi. Szarpie mną, woda zimna. Zszedłem, jak się uspokoiło. Patrzę, naprzeciwko był budynek policji. Nie ma. Słyszałem, jak się walił. Nie ma śladu. Nie mogę się ruszyć, bo wszystko pod wodą. Muszę dostać się do domu, ale korytarz cały zalany, ciemno. Szedłem, a później musiałem zanurkować pod framugą. Zimna, brudna woda. Dzwonię na 112. Ręce mi chodzą tak. Ze zmęczenia, zimna i strachu. Proszę się nie denerwować, mówią mi.
Co dalej z tym? Nie wiem. Nie wiem.
Za kilka tygodni Stronie będzie wyglądać jak plac budowy, teraz wygląda jak pobojowisko.
Irena: – Córka miała sklep. Wszystko woda wyniosła, z metkami, wszystko nowe. Resztę pomogli wyczyścić wojskowi. Pracują super. Tyle dobrego, że jest pomoc. A miasto? Serce ściska.
Tutaj jest strasznie, a niżej, gdzie woda była jeszcze większa, w ogóle nie chodzę. Przez ulicę Dolną wczoraj jechałam z synem. Mówię mu: Jedź szybciej, bo ja nie mogę na to patrzeć. Wnuczka mówi: Babcia, nie chodź. Ja nie chodzę na ulicę Dolną. Nie chcę widzieć.
Józef: – Dolna od zawsze jakaś przeklęta jest.
Adam
Nieopodal ulicy Dolnej mieszka Adam. Przed jego domem, jak przed każdym w okolicy, hałda śmieci. Na drzewach niżej jeszcze niedawno można było zobaczyć blachę i śmieci pozawijane wokół nich. Agregat napędza pompę, która ciągnie wodę z piwnicy, dookoła kręcą się wojskowi.
Na parterze domu niewiele zostało.
– Ja nie płaczę. Wiem, że inni ludzie mają gorzej. Może mi łzy lecą. Ale ja przeżyłem. Cieszę się z tego – mówi.
Jest starszym mężczyzną, z twarzą poznaczoną bruzdami zmarszczek, brudną ręką zbiera z niej łzę. – Do wywalenia. Do wypir***a, wszystko. Parter, woda po sufit. Wszystkie meble, wszystko.
W domu kręcą się terytorialsi, przyjechali z Braniewa. On dziś nie da rady im pomóc. Wczoraj nosił wiadra szlamu, dziś może tylko siedzieć. Dziś jest wtorek? Środa? – pyta. Jest czwartek.
– Tata, idź się połóż – mówi jego córka Natalia.
– Nie mam siły – odpowiada.
Natalia żartuje, że ojca wywiezie na taczkach, Adam się uśmiecha.
Przeżył dwie powodzie, trzeciej nie przeżyje, mówi. Kiedy przyjechało wojsko i krzyczeli, że ewakuacja, wody było już po pas. Adam nie miał siły iść przez wodę. "Nie czułem gruntu. Zabierała mnie ta woda". Przy domu była koparka. Ktoś pomógł mu się wdrapać na łyżkę, która przeniosła go w trochę wyższe miejsce. Zabrał ze sobą dowód i kartę bankomatową.
Trafił do gimnazjum, które przerobiono na punkt ewakuacyjny. Wpadł tam na płaczącą kobietę.
– Mnie samochód zabrało – mówi ona.
Adam nie wytrzymał.
– Co pani gada? Co pani p***i w ogóle? – podniósł głos. Bolało go serce.
Zaraz później trochę mu lepiej. Bo w 1997 roku, pamięta, trzy dni nie miał chleba. Jakiś "frajer" sprzedawał bochenki po 10 zł jeden. A teraz?
– Przychodzą i pytają, czy nie jestem głodny. Jest co jeść, co pić. Ubrania proponowali, ale mówię, że nie chcę, niech dają bardziej potrzebującym. Tym, co nic nie mają, nic – mówi. Znów nie płacze, chociaż może lecą mu łzy. – Ważne, że dzieci żyją, że wnuki żyją... Dziękuję, dziękuję. Mamy świetną, mamy zaj***ą pomoc. Wojsko pomaga od samego początku. Dziękuję im. Dziękuję. Przeżyliśmy – powtarza.
Natalia uspokaja, że u góry będzie się dało mieszkać.
– Tata, mieliśmy zanieść do urzędu wniosek o zapomogę dla właścicieli domów – woła do niego.
JAK MOŻNA POMÓC?
- Wpłać przez stronę PAH: www.pah.org.pl/wplac
- Wpłać poprzez BLIK: wpłat można dokonywać na nr tel. 453 021 973 z dopiskiem "SOS POWÓDŹ"
- Przekaż przelew na konto: 02 2490 0005 0000 4600 8316 8772 z dopiskiem "Powódź – pomagam"
- Wesprzyj zbiórkę na Zrzutka.pl: www.zrzutka.pl/sospowodz
Część druga: Stójków. "Cały czas tu jestem i tu będę"
Pomiędzy Stroniem a Lądkiem-Zdrojem leży wieś Stójków. Dzieli ją na dwie części asfaltowa droga. To, co powyżej drogi, w większości ocalało. Przez wszystko niżej przeszła woda. Chcę zjechać na dół, ale urywa się asfaltowa droga, która powinna tam prowadzić. Z wysokości nie widać nawet, czy w zalanej części ktoś został.
Jest inna trasa. Pierwszą osobą, którą w dole Stójkowa spotykam, jest Grzegorz. Jest z synem. Syn jest przygnębiony. Grzegorz mówi, że nie uronił łzy i nie wie, skąd ma taką siłę. Jest wściekły.
– Nikt tu nie był. Nikt. Nikt z władz, żadnego wojska. Sąsiad pierwszy przyjechał zapytać, czy czegoś nam potrzeba. Wodę zostawił, jedzenie. Mam teraz cztery skrzynki chleba. Za dużo nam dali. Co ja mam z tym zrobić? – pyta bezradnie. Mówi, że chleba nigdy nie wyrzucał. – Z rzeką mam, k***a, puścić? A o ewakuacji nikt, k***a, nie poinformował.
Jego sąsiedzi słyszeli wezwania do ewakuacji. Kiedy woda w rzece opadła, pojawiły się służby z pytaniem, czy ktoś potrzebuje pomocy. Jego dom stoi nieco dalej od drogi.
– Sami musieliśmy decydować: jechać czy zostać.
Kiedy poziom wody się podnosił, uznali, że żona z matką pojadą do góry. Ulokowały się u obcego człowieka, z zupełnie innej części Polski, który miał tu swój domek. Przyjechał, powiedział, że mogą zostać tyle, ile potrzebują, i pojechał.
Grzegorz tymczasem został z synem i patrzył, jak przybywa wody. Najpierw ze schodów, później z okna na pierwszym piętrze.
Syn płakał, Grzegorz nie. Czuł tylko, jak rwie go od środka. – Nie chodzi o pieniądze, to jest twój azyl, twój dom, pierd***a mać.
O pieniądze też chodzi.
– Co odłożyłem, wkładałem w dom. Na dole, w garażu, miałem narzędzia, bo budowlanką się zajmuję. I to popłynęło. Połowy nie ma. Nas nie było stać, żeby sobie wybudować jakąś willę wysoko, ubezpieczyć tak, żeby otrzepać ręce. Nic nawet nie wynosiłem, bo, k***a, mówili w telewizji: maksymalnie jak w 1997. W 1997 tu woda na podwórko podeszła. A teraz? Ruina. W Lądku, w Stroniu służby się nazjeżdżały. Zima za pasem. U nas też służby powinny napier***ać! – wścieka się.
Płaci podatki i to powinno, k***a, działać w obie strony. Nikt nie przyjechał zobaczyć, czy dom się w ogóle nadaje do zamieszkania. Do wczoraj nic nie ruszał, bo czekał na kogoś z firmy ubezpieczeniowej, bo później będzie: "O, czemu pan ruszał, nie możemy panu wypłacić".
Będzie chciał wystąpić z pozwem zbiorowym.
– Przeciwko władzom, które zarządzały zaporą. Nie wiem, czy większa część Polski, cała Polska będzie chciała wystąpić przeciwko premierowi, który powiedział: "Nie panikujcie. Nie będzie źle".
Powodzi się
Idę porozmawiać ze Zdzisławem, rolnikiem, który mieszka kilkaset metrów w górę rzeki. Mijam po drodze brodatego mężczyznę, który przekonuje, że nadchodzi koniec świata. – Już tu jest – mówi. Nie wydaje się tym szczególnie zmartwiony.
Idę dalej. Asfaltową drogę w części porwała rzeka, idzie się po podwórkach. Sąsiadka Grzegorza, Kasia, miała płot zawinięty wokół bramy, która teraz stoi pośrodku niczego. Ona też została, kiedy zerwała się tama. Woda zalewała dom po gzyms, a ona sądziła, że to zrzut. Że celowo ją zalewają, żeby uratować miasto. "Boże, zostaw mi dom" – modliła się. Mówi, że ona ten dom kocha.
– Zresztą gdzie ja pójdę? Nawet jakbym chciała sprzedać, to kto tu teraz kupi?
Nie wie jeszcze, jak poukłada swoje sprawy. Miała pracę zaklepaną w kuchni, ale kuchnię zmyło. Została z kredytem, 2300 raty, jeszcze osiem lat. W zeszłym roku skończyła remont.
– Powodzi się – żartuje.
40 ton
Pan Zdzisław remontu nie zaczął, chociaż planował.
– I już c**j, nie zrobię – stwierdza.
40 ton zboża i dwie krowy utopione. Domu nie ubezpieczał. Zresztą co by z tego było? Kiedyś był ubezpieczony: spadł z traktora, druty w nodze ma do dziś, a wypłacili mu siedem stów.
Ma 67 lat. Kawaler, bezdzietny. Chodzimy po podłodze, która ugina się przy każdym kroku. Święty obrazek na ścianie u góry ocalał, ubrania z dołu komody nie.
Dwóch żołnierzy przyszło dziś do niego. Zastaję ich w jednym z pokoi, gdzie przecinają dywan i wyrzucają go przez okno na rosnącą hałdę śmieci.
Trzeba opróżnić zalane szafki i szuflady. Pakujemy pamiątki: psa z porcelany, szklanego ptaka wypełnionego szklanymi paciorkami i talerzyk z Janem Pawłem II. Kolczyki po mamie.
Pana Zdzisława znajduję na strychu. Siedzi w kucki w plamie słońca wpadającego przez dachowe okno. Wygląda w tej pozycji na drobnego.
– Trzeba iść – mruczy do siebie i schodzi do żołnierzy.
Potem
Jego sąsiadka Danuta dom ubezpieczyła. Może coś dadzą?
– Kawy panu nie zrobię – uśmiecha się przepraszająco. Opowiada, jak zbierała szlam do wiaderka i po trochu wynosiła. Ludzie mówią, że boazerię i szafki trzeba będzie wyrzucić. Ale może to jeszcze się nada? Przeschnie? Ma 2000 emerytury na siebie i syna, który jest chory.
Gdy rozmawiamy, na jej podwórko zajeżdża biały land rover. Kierowcą jest "Trawa" z Łodzi. Zebrał pieniądze, nakupował baterii, latarek, wody i prowiantu i ruszył po okolicznych wioskach. Zaraz później do domu pani Danuty wchodzi dwóch mundurowych, pytają, jak mogą pomóc. Wyglądam na dwór. Stójkowo nagle się zaludniło: pojawił się ciężki sprzęt, dalej stoi mężczyzna z kamerą z logo TVN.
Danuta na odchodne daje mi garść cukierków od "Trawy". Cieszy się, że będzie mieć dla wnuków.
W drodze powrotnej mija mnie duża grupa wojskowych z łopatami i łomami. Jest ich, jak mówi jeden z nich, 70. Z Sieradza.
Są też u Grzegorza. Wspólnymi siłami właśnie przepchnęli samochód, który blokował wjazd na posesję. Zaraz ma podjechać koparka, żeby odgruzować podwórko.
– To się ogarnie. – Mężczyzna spojrzenie ma już inne, łagodniejsze. – Będzie można… cokolwiek. Jest, jak jest, zapachu trochę... Ja robię w budowlance. Ogarniemy. Zimę tu spędzimy. A potem będziemy wiedzieć, co i jak dalej.
CZĘŚĆ TRZECIA: BARDO. "Przyszli znikąd"
Woda porwała dobytek Grzegorza i popłynęła w dół, na Bardo, około dwuipółtysięczne miasteczko nad Nysą Kłodzką.
Historycznie to są dwie miejscowowści. Haag, miejscowość na dole, była zamieszkana przez uboższą ludność. Haag jest położona na tarasie zalewowym, u góry ludzie żyją normalnie. A tu walczą o byt – mówi Tomasz Karamon, pisarz, który pochodzi z Barda i jest znawcą jego historii – z pasji.
Przedstawia mnie swojemu przyjacielowi Janowi Giejsonowi. Jan jest tutejszym rzeźbiarzem, znanym z figur maryjnych. Obecnie napieprz***ą go plecy, ponieważ wczoraj wynosił lodówkę.
Jest bardzo spokojny, biorąc pod uwagę fakt, że w niedzielę rzeka urwała mu tylną ścianę domu, tam gdzie była jego pracownia. Odbuduje, a na razie będzie mieć pracownię w kuchni.
Tomek mówi, że kiedy przyjechał pomagać Jankowi, najbardziej uderzył go szlam. Wszędzie był szlam, cuchnął odchodami i lepił się do wszystkiego jak rzep.
Janek wzrusza ramionami.
– W 1997 roku to było źle. Teraz psychicznie się trzymam dobrze. Człowiek się przyzwyczaja.
Wtedy odbudowywał z żoną przez pięć lat. Miał już 77. urodziny i nie wie, czy doczeka, jak tu będzie porządek zrobiony. Ale rzeźby zdążył uratować. Dłuta miał na klatce na piętrze. Stamtąd torbę porwała woda, ale dłuta znalazły się u sąsiada. Jan nie ma ochoty na zwierzenia, więc proszę, żeby mi pokazał dłuta.
– Ojjj, tylko gdzie one są? – frasuje się rzeźbiarz. Czy ktoś ich nie wyrzucił przypadkiem? Przez jego podwórko przewinęło się dzisiaj kilkanaście osób.
Kręcimy się w kółko, Jan coraz bardziej strapiony. Torba jak torba, pakunek w błocie, można pomylić ze śmieciem. – Ojojoj – mruczy Jan – to będzie żal.
W końcu znajduje. – To żem się drugi raz ucieszył – mówi.
Zgodnie z obietnicą pokazuje: "v" do włosów, nożyk, którym może całą rzeźbę zrobić. Nożyki najkrócej wytrzymują. Młotek ma ten sam od ponad 40 lat.
Plemię
Tomek Karamon mówi, że najważniejsze jest plemię, które człowiek ma dookoła siebie. Pierwszego dnia, jak woda opadła, przyszło wojsko. Dużo pomogli uprzątnąć. A później, jak mówi Tomek, własnymi siłami. Siłami sąsiadów, krewnych, znajomych, znajomych znajomych, którzy ściągnęli swoich znajomych. Pospolite ruszenie. W Bardzie siedzibę ma lokalny deweloper – od powodzi jego ciężki sprzęt i ludzie pomagają w czyszczeniu domów i udrażnianiu ulic.
Starsi mieszkańcy Barda, z którymi rozmawiam, wydają się pogodzeni z losem.
– Na emeryturze jestem, mam czas. Pomalutku… – śmieje się Henryk, chociaż woda zalała jego ukochanego fiata i wdarła się do domu. – Zdjęcie? Dobrze! Tylko że to nie moja kupa śmieci. Widzi pan, każdy ma swoją przed domem, żeby sąsiedzi się nie pogniewali…
Córka Henryka, Katarzyna, pogodzona wcale nie jest.
Piękne rzeczy
Katarzyna w Bardzie jest znana z tego, że ma niesamowitą więź z przedmiotami: im starszymi, tym lepiej. Ma fantastyczną, legendarną rękę, żeby przedmioty stare przerabiać i odnawiać. Prowadziła sklep z porcelaną, teraz wszystko zalane. Z podwórka sprzedawała odnowione meble.
Urządziła sobie nimi cały dom. Kredensy, komody, krzesła i wszystkie meble, ale też emaliowane talerze, stare sztućce, nawet zlew, po Niemcu był jeszcze, z kamienia, teraz rozbity. Z mężem od 18 lat dokładała co chwila nowy przedmiot do domu.
– Przez 18 lat każda szafeczka, po jednej, odnowiona, odmalowana... – opowiada Kasia. Wszystko było z drewna, wszystko spuchło, woda przewaliła szafę ze starą porcelaną, 11-letni syn miał pokój i nie ma pokoju. Piętro, obecnie zawalone rzeczami, przetrwało. Kiedy rozmawiamy, znajomi rozciągają namiot, pod którym rzeczy będą mogły schnąć.
Ale Kasi najbardziej szkoda jest ogrodu. Był tak piękny, że lokalna prasa zjeżdżała się, żeby robić zdjęcia. Altanka, stare beczki, usypana z piasku plaża nad rzeką… Kiedy opuszczała dom, pożegnała się ze swoim ogrodem, "pa pa" mówiła do kwiatów.
– One dalej tam są, pod tym mułem – wzdycha.
Ogród znała co do centymetra. Nigdy nie siedziała, zawsze w czymś dłubała. Nie była w stanie przestać.
W tym domu spędziła najlepsze 18 lat swojego życia. I nie żałuje, było warto. Ale czy tam wróci?
– Boję się – mówi.
Powódź była w 1997, w 2010 zalało jej ogród. Przez kolejne 14 lat budowała go od nowa. Boi się, że znów stworzy coś pięknego i to straci. Nie chce tego powtarzać w kółko.
– Kto mi zagwarantuje, że za rok nie będzie to samo? – pyta jej mąż. – Albo za 30 lat? Nawet jeśli mój syn miałby to przechodzić znowu, ja dla niego tego nie chcę.
Zgodzili się z żoną, że będą musieli poszukać swojego miejsca gdzieś wyżej.
Balbina
Bożena, która mieszka kilkaset metrów od nich, też nad rzeką, oznajmia, że ona nigdzie się nie rusza.
Początkowo w powódź nie wierzyła. Była na wakacjach nad morzem, kiedy zadzwoniła do niej koleżanka, że może być źle. Jej partner mówił: Daj spokój, nakręcają nas media. Jaka powódź? W sobotę sprawdzała już co kwadrans poziom rzeki. Mieszkała w dwupiętrowym budynku. U góry swoje mieszkanie i pokój dla gości, na dole biura dla dwóch dziewczyn, które pracowały w jej firmie, świadczącej usługi opiekuńcze. I gastronomię - "Kuchnię domową", której nie zdążyła jeszcze ubezpieczyć. Obiecała sobie, że będzie robić najlepsze placki ziemniaczane.
W jednym budynku miała wszystko, dosłownie wszystko, razem z kredytami. Wyjechała w poniedziałek, kiedy już wiedziała, że wszystko będzie zalane.
Pierwszy raz się popłakała, kiedy zobaczyła filmiki. Drugi – kiedy dotarli do Barda. Było już ciemno, zapadała się w szlamie na podwórku. Próbowała otworzyć drzwi do własnego domu – nie dało się. Nie mogła zobaczyć, co jest w środku.
– Nie wiem, dlaczego akurat to tak na mnie zadziałało – mówi. – Chyba po prostu to, że nie mogę wejść do swojego domu.
Uratowało ją to, że w krzakach usłyszeli gęganie gęsi, która zaplątała się w śmieci. Piotr – partner – wyciągnął ją z wody, dali jej kocie jedzenie, bo nie mieli nic innego (zjadła), i nazwali ją Balbiną.
Bożena wróciła tam następnego dnia. Okazało się, że drzwi blokuje szafka. W świetle dnia nie wyglądało to tak strasznie, ale kiedy w końcu znaleźli się w środku, poczuła przerażenie. "To zajmie tygodnie, samo sprzątnięcie tego".
Ale niedługo później zaczęli schodzić się ludzie. Dawni pracownicy, ich rodziny, siostrzenica ściągnęła kolegów. Wolontariusze. Bożena kupiła dla nich pizzę. Wszyscy wtedy pojawili się na podwórku i zobaczyła nagle, że jest ponad 20 osób. Ludzie po prostu przyszli, znikąd, żeby jej pomagać. I wtedy Bożena poczuła, że znów może się śmiać, poczuła, że napełnia ją siła. Pomyślała, że odbudują i będzie jak nowe. I tym razem nie odpuszczą władzy – krajowej, lokalnej, jeszcze nie wie jakiej i w jaki sposób. Ale nie odpuszczą, aż nie zabezpieczą dobrze Barda.
Mariola, mama Bożeny, nie gryzie się w język.
– Ja już tyle łez wypłakała, że ja to p****ę – mówi. – Teraz będziemy sprzątać.
Tego samego dnia po Balbinę przyszedł dawny właściciel. Gęś postanowiła u Bożeny zostać.
Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu Polska Stories. Obecnie współpracuje z redakcją Weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m. in w Dużym Formacie i Tygodniku Powszechnym. Lubi słuchać, jak ludzie mówią.

