Rozmowa
Miejscowość Chałupki. 15.09. 2024 rok (Fot. Dominik Gajda / Agencja Wyborcza.pl)
Miejscowość Chałupki. 15.09. 2024 rok (Fot. Dominik Gajda / Agencja Wyborcza.pl)

Idzie wielka woda, są miejsca w Polsce, w których mieszkańcy są wzywani do ewakuacji, i są takie osoby, które tych wezwań nie słuchają. Zostają w domu czy mieszkaniu na przekór wszystkiemu. Wydaje się, że najbardziej naturalnym odruchem na świecie jest ratowanie życia. Co się takiego dzieje w ludziach, którzy postępują inaczej?

Każdy człowiek jest inny, przyczyn może być bardzo wiele, natomiast tą, która według mnie może być podzielana przez większość tych osób, jest fundamentalny brak zaufania do państwa, do instytucji tego państwa, do służb publicznych.

Człowiek nie wierzy w to, że państwo się nim zaopiekuje. Nie ma poczucia bezpieczeństwa. Nie odczytuje wezwania do ewakuacji jako takiego, które ma na celu jego dobro. Dlatego woli pozostać na miejscu. Tam, gdzie instynktownie czuje się najbezpieczniej – w swoim domu.

Ponieważ nie ma poczucia, że jeśli pójdzie za wezwaniem do ewakuacji, to kiedy woda opadnie, państwo mu pomoże odbudować ten dom?

To po pierwsze, ale zostaje też przecież cały dorobek życia, o którym nie wie, czy zostanie prawidłowo zabezpieczony, czy nie zostanie rozkradziony.

Jak popatrzymy na społeczeństwa zachodnie – nie trzeba daleko szukać, weźmy Niemcy – tam ludzie bezwzględnie słuchają tego, co im organy państwa mówią. Mają się ewakuować, to się ewakuują. Postępują dokładnie według wytycznych, a dzieje się to dlatego, że wiedzą – i wierzą w to – że wszystkie nakazy są wydawane z myślą o ich najlepiej pojętym interesie.

U nas tego nie ma. Polacy nie postrzegają państwa jako swojego przyjaciela. Odwrotnie – raczej się instytucji państwa boją, boją się opresyjności, kar. Pierwszy lepszy przykład z brzegu: policja. Na Zachodzie ludzie podchodzą do policjanta na ulicy, żeby poprosić o pomoc. U nas na widok policji boimy się mandatu.

Ewakuacja w Czechowicach - Dziedzicach. 15.09.2024 rok (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl)

A kierowcy ostrzegają się przed policją światłami.

Otóż to: chrońmy się nawzajem! Przed "nimi". Przed tym wrogim, opresyjnym państwem i jego przedstawicielami.

Dlatego też teraz na terenach powodziowych są osoby, które zamiast słuchać wezwań do ewakuacji, wolą polegać na sobie, na lokalnej społeczności na zasadzie: jesteśmy tutejsi, sami sobie poradzimy najlepiej.

Bo nie ufamy państwu!

Lądek - Zdrój pod wodą. 15.09.2024 rok (Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl)

Potwierdzają to badania opinii publicznej: co drugi obywatel naszego państwa nie ma zaufania do rządu, co trzeci – do władz lokalnych. Dlaczego tak jest? Będziemy się cofać do czasów zaborów, kiedy władza z zasady była opresją, czy do PRL, kiedy jak się dało "wykiwać" państwo, to się to robiło?

A co w 1939 roku zrobił polski rząd? Emigrował!

Ale żeby zrozumieć, dlaczego obywatele nie ufają państwu, nie trzeba się cofać w czasie tak daleko. Polska polityka generalnie jest niestabilna. Zmiana władzy oznacza najczęściej zmianę od krańca do krańca. Nie ma poczucia ciągłości, stabilności, ale też władza jest postrzegana jako sfera walki o wpływy, a nie jako troska o obywateli.

Jak prześledzi się polityczne newsy, to tam jedni drugich ścigają, tropią afery, których dopuścili się przedstawiciele przeciwnej opcji politycznej. W wiadomościach ze świata polityki nie ma wspólnej troski o dobro mieszkańców tego państwa. W efekcie nie ma poczucia, że polityka, działalność publiczna jest oparta na zasadach etyki. Jeśli co chwila słyszymy, że na ważnych, świetnie płatnych, ale też bardzo odpowiedzialnych stanowiskach umieszczani są ludzie z nadania partyjnego, bez kompetencji, to nie sprzyja to zaufaniu do państwa.

A jeśli nie ufam państwu i jego instytucjom, to co mi pozostaje? Polegać na sobie, na rodzinie, na najbliższych.

Gdyby to była rozmowa politologiczna, socjologiczna, moglibyśmy pozostać na tym poziomie rozważań, ale mówimy o instynkcie przetrwania, instynkcie samozachowawczym. Jak idzie kataklizm, to co robią zwierzęta? Uciekają. Ucieczka wydaje się odruchem atawistycznym. A tu idzie fala powodziowa!

Niekoniecznie. Poczucie bycia u siebie, bycia razem – na swoim, z rodziną, z bliskimi – jest bardzo kojące! Może być nawet bardziej kojące i silne niż instynkt samozachowawczy.

Kiedy wypowiedziałaś słowo "fala", od razu mi przyszły do głowy inne fale, o których się nie mówi, a mianowicie pocovidowa i powojenna. Te wydarzenia są wciąż bardzo żywe w podświadomości nas wszystkich. Lęk o życie, o zdrowie – ale też o dorobek życia, bo przecież wiele osób straciło możliwości zarobkowania – z czasu pandemii nie pozostał bez echa. Widzimy to jaskrawo wśród młodzieży, ale też dojrzałe oraz starsze osoby zgłaszają się po pomoc psychiatryczną i psychoterapeutyczną. Te osoby mówią: "Mam wybuchy płaczu, a nie wiem, dlaczego tak się dzieje", "Cierpię z powodu napadów lęku".

Skoro mamy w sobie tyle lęku, to jeśli na to wszystko jeszcze idzie powódź, to zapytam jeszcze raz: czemu nie uciekamy?!

Dlatego że na pierwszy plan wychodzą takie pierwotne instynkty jak schować się. Najbezpieczniej w swojej jaskini! Z rodziną! Chrońmy, co nasze!

Nie będziemy polegać na tym, co nam mówi państwo, sami musimy o siebie zadbać. Jak my tego nie zrobimy, to nie zrobi nikt.

Tak samo było po agresji Rosji na Ukrainę. Obserwowaliśmy piękny, wielki, spontaniczny oddolny ruch. Ludzie jeździli na granicę, gościli u siebie Ukrainki i ich dzieci. A przecież państwo deklarowało, że uchodźcom pomoże. Nikt na to nie czekał! Sami to zrobiliśmy.

Czechowice-Dziedzice (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl)

Z kolei Ukraińcy budzili podziw świata, że walczą o ojczyznę, a filozof Tomasz Stawiszyński zwracał uwagę: "Wielu ludzi postanawia po prostu bronić swoich domów, swojej rodziny, swojej ukochanej okolicy. Stają do walki o jedyną rzeczywistość, w której czują się naprawdę u siebie". Znowu to samo: mój dom! W normalnych okolicznościach w codziennym życiu człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak wielką siłę mają otaczające go mury.

Zdecydowanie. Człowiek potrafi za to oddać życie. To jest moje miejsce na ziemi. To jest mój świat. Gdzie miałbym pójść?

Tylko że kiedy idzie woda i wiesz, że nic nie jesteś w stanie zrobić, że to wszystko zostanie zniszczone, wtedy pozostanie na miejscu jest totalnie irracjonalne!

Pamiętaj o myśleniu życzeniowym! Różne fantazje się pojawiają w takich momentach. "Nam się to nie przydarzy", "A może pójdzie bokiem i ominie nasz dom?" 

Myślenie życzeniowe jest silnie podsycone brakiem zaufania do instytucji publicznych. Tu nie ma wiary, że ktoś się mną zaopiekuje, kiedy ja z tego domu wyjadę, a po wszystkim pomoże mi wrócić i na nowo urządzić sobie całe życie. To jest lęk przed tym, że po powrocie nie zastanę tam nic.

Nysa Kłodzka przerwały wały przeciwpowodziowe (Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl)

Że woda opadnie, zostaną ruiny, a ja usłyszę: radź sobie sama. Wracając jeszcze do tego, jak wielką wartością jest dom: kiedy pracowałeś w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach, jak duże znaczenie dla pacjentów miało bycie wypisanym i powrót do siebie?

Gigantyczne! Miałem nawet takich pacjentów, którzy potrafili postawić sprawę w ten sposób: jak już zupełnie stracę kontakt z rzeczywistością, wtedy możecie mnie wziąć do szpitala, ale póki mam świadomość – stanowczo odmawiam!

Zobacz, mówimy o pójściu do szpitala. Szpital z zasady, z samej definicji powinien być miejscem, do którego człowiek idzie z wiarą, że się nim zaopiekują, że go uleczą. A u nas jest strach, co tam się będzie ze mną działo. Część osób uważa, że jak nie zapłacisz, jak nie masz znajomości, to wyjdziesz z gronkowcem albo że "wyjeżdżasz do zakopanego", czyli na śmierć. Zwróć uwagę na nomenklaturę: ty się do szpitala "dajesz zamknąć!".

Natomiast spośród osób hospitalizowanych znałem również takie, które się wypisały na własne żądanie tylko po to, żeby umrzeć we własnym domu. Wśród swoich!

Bycie u siebie to jest wielka siła.

Nysa. Rzeka przerwała wały przeciwpowodziowe i wdarła sił do miasta . 15.09.2024 roku (Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl)

Nie ufamy państwu, myślimy życzeniowo – woda ominie mój dom, moją dzielnicę – a czy uważasz, że wśród osób na terenach powodziowych są takie, które odmawiają ewakuacji, świadomie decydując: umrę tutaj?

Nie, uważam, że to nie jest zawoalowane samobójstwo. To jest poczucie: ja muszę! To ja muszę się zatroszczyć o rodzinę, ochronić swój dobytek, bo nikt tego nie zrobi za mnie.

Dr Jonathan Britmann (Fot. Archiwum prywatne)

Powódź kolejny raz wyzwoliła w Polakach wielką solidarność: wpłacamy pieniądze na zbiórki dla powodzian, pomagamy również na miejscu. To jest kolejna po 1997 roku powódź, w 2020 roku wybuchła epidemia koronawirusa, a za granicą wciąż trwa wojna. Sam mówiłeś: to są kolejne fale, które nie zostawiają nas takimi, jakimi byliśmy wcześniej. Powódź również odciśnie na nas ślad.

Kolosalny! Jedna fala nakłada się na drugą, później przychodzi trzecia fala, podczas gdy my mamy jeszcze niepoukładane w głowie sprawy z pierwszej fali.

To, że się o czymś nie mówi, nie znaczy, że tego nie ma – powtarzam jak mantrę, ponieważ jestem pewien znaczenia tych słów. To wszystko w nas żyje, zostaje w naszych głowach.

Woda wdarła się do Lądka - Zdroju. 15.09.2024 rok (Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl)

Kiedy w Ukrainie wybuchła wojna, byli psychologowie, którzy na pytania o to, jak chronić swoją psychikę wobec bombardujących nas newsów z wojny, odpowiadali: "Proszę tego nie czytać. Odciąć się". Takie rady są bardzo nieobywatelskie. Jak to się odciąć? Jeśli nie będę wiedziała, co się dzieje, to np. nie dowiem się, że mogę pomóc, wspierając tę czy tamtą zbiórkę.

Ja również się nie zgadzam z radami pod tytułem: proszę nie czytać wiadomości i nie oglądać telewizji. Stąd tylko krok do postawy: nie będę chodził na wybory i głosował, bo ja w tym wszystkim nie chcę brać udziału.

Zatem nie uciekamy od rzeczywistości. Ale jak chronić swoją psychikę w ciężkich czasach?

Powtórzę: to, że się o czymś nie mówi, to nie znaczy, że tego nie ma!

Warto wyrażać swoje emocje, nazywać je, rozmawiać. I oczywiście jeśli człowiek ma możliwość działania, pomagania innym – należy to robić.

Pomagając, pomagamy także sobie, ono ma walor terapeutyczny, bo m.in. daje poczucie sprawstwa.

Na pewno.

Człowiek pomaga człowiekowi! To jest piękne poczucie solidarności, ale powtórzę: w naszym kraju w dużej mierze bierze się to z braku zaufania, że państwo się o nas zatroszczy. Jak nie my, to nikt!

A wracając jeszcze do "dobrych rad" kolegów po fachu w stylu "proszę nie czytać wiadomości": nie ma czegoś takiego jak odcięcie się! Tak się nie da. Owszem, możesz coś zepchnąć do nieświadomości, ale ta i tak to "wywala": albo w koszmarach sennych, albo objawach somatycznych, lękach o nieznanej przyczynie.

A dlaczego? Właśnie dlatego, że jest nienazwane, nieprzepracowane.

Lęk to dziś główna emocja, która jest w ludziach zgłaszających się po pomoc terapeutyczną?

Prócz problemów indywidualnych – tak. "Co z nami będzie? Czy znowu będzie covid i nas zamkną w domach? Czy będzie wojna?"

Ludzie są przestraszeni i zdezorientowani. Takie sformułowania jak "wojna hybrydowa" co chwila się pojawiają w debacie publicznej i budzą lęk. "Co to w ogóle znaczy? Czy ta wojna już trwa?"

Ludzie czują lęk, brak im poczucia bezpieczeństwa.

Zobacz wideo To, że się o czymś nie mówi, nie znaczy, że tego nie ma

Co państwo powinno w tej sytuacji zrobić, żeby się swoimi obywatelami zaopiekować, żeby te kolejne fale nieszczęść nas nie zatopiły?

Nie ma złotego środka. To jest jak fantazja pacjentów, że dostaną tabletkę, która rozwiąże ich problemy. Takiej tabletki nie ma.

Tak samo państwo może jedynie podjąć trud rozpracowywania i polepszania stanu psychicznego swoich obywateli. Na pewno warto by było powołać zespół ekspertów, którzy udzieliliby rządzącym wskazówek, co dałoby obywatelom poczucie bezpieczeństwa, jak można ich wspierać. Czy potrzebne są kampanie społeczne, czy inne rozwiązania.

Na pewno wielkie znaczenie ma też to, jak każdego dnia uprawia się politykę. Jak obywatele widzą rządzących, jak postrzegają swoje państwo.

W krajach skandynawskich czy w Niemczech jest ordnung! Jest komunikat, są procedury, nikt z tym nie dyskutuje. Obywatele mają przekonanie, że jeśli ktoś ich wzywa do ewakuacji, to robią to profesjonaliści, którzy najlepiej wiedzą, co robić w sytuacji kryzysowej.

To się wszystko bierze z zaufania, którego u nas jest ciągle za mało, a na które trzeba sobie zapracować. Zasłużyć.

Jonathan Britmann. Doktor nauk medycznych. Kierownik Centrum Zdrowia Psychicznego w Grodzisku Mazowieckim. Specjalista psycholog kliniczny oraz terapii środowiskowej, certyfikowany superwizor i psychoterapeuta.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. W 2016 r. otrzymała honorowe wyróżnienie Festiwalu Sztuki Faktu oraz została nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt: anna.kalita@agora.pl.