Społeczeństwo
'W Polsce są zawody bardziej i mniej pożądane, a to automatycznie wpływa na samoocenę osób je wykonujących.' (Fot. Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl)
'W Polsce są zawody bardziej i mniej pożądane, a to automatycznie wpływa na samoocenę osób je wykonujących.' (Fot. Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl)

Z badań wynika, że 65 proc. Polaków wiąże sukces z wysokimi zarobkami, a 74 proc. – z prestiżem i uznaniem. Czy to jednak jedyna interpretacja tego pojęcia? I czy można w dzisiejszych czasach nie gonić za sukcesem?

"A jak znowu ci się nie uda?"

36-letni Kazik jest programistą, od dwóch lat pracuje jako freelancer, w maju przeprowadził się do Oslo. – Zarabiam tylko tyle, żeby starczyło mi na czynsz i jedzenie. Mieszkam z trzema innymi osobami, również migrantami. Jedyne, co posiadam na własność, to motocykl, który kocham. Mam dużo czasu wolnego, który jest mi bardzo potrzebny. Wiele osób nie rozumie, dlaczego wybieram życie za niezbędne minimum w jednym z najdroższych krajów w Europie – opowiada.

Kazik bardzo dobrze wie, co to znaczy czuć presję, głównie ze strony rodziny. – Czasem miałem wrażenie, że żyję w cieniu mojej siostry, która ma dzieci i odnosi sukcesy zawodowe – jest znaną projektantką, pracowała w telewizji jako jurorka w jednym z programów rozrywkowych. Przez długi czas czułem, że i ja powinienem udowodnić swoją wyjątkowość, odnieść sukces. Tymczasem jestem raczej introwertykiem, który wykonuje zadania we własnym tempie. Mam także ADHD, więc mam spore problemy z koncentracją – kontynuuje.

Zdjęcie ilustracyjne (Krzysztof Ćwik / Agencja Wyborcza.pl) , Zdjęcie ilustracyjne (Krzysztof Hadrian / Agencja Wyborcza.pl)

Kazik nie czuje się rozumiany przez swoich bliskich: – Mój wujek, który zrobił wielką karierę w korporacji, wciąż się dziwi, dlaczego i ja nie mogę pójść tą ścieżką. Podobnie myśli mój stryj, który również wiele osiągnął w branży IT. Babcia, która bardzo się o mnie martwi, dzwoni do mnie ostatnio i mówi: „Syn sąsiadów kupuje już drugie mieszkanie na kredyt. Kiedy ty weźmiesz kredyt, Kaziu? Banki dają kredyty, trzeba korzystać". A ja jedyne, co bankom, zawdzięczam, to zaburzenia lękowe, ponieważ jednocześnie spłacałem leasing za motocykl i pożyczkę, którą zaciągnąłem na wyjazd do Portugalii. Równocześnie pomagałem spłacać kredyt mojej byłej dziewczyny.

Dziś Kazik nie podziela wszystkich wartości swoich bliskich, jednocześnie przyznaje, że bardzo długo tego typu komentarze mocno pracowały w jego głowie. – Głupio mi nawet o tym mówić, ale jak kilka lat temu kupiłem sobie samochód – za gotówkę – to w końcu poczułem, że coś osiągnąłem. Stał się dla mnie wyznacznikiem statusu, a przy okazji moim małym domkiem. Uwielbiałem w nim przesiadywać wieczorami, czułem, że to moje miejsce na ziemi, mój dach nad głową, którego nikt mi nie zabierze. Tam czułem się bezpiecznie – opowiada.

Dwa lata temu nastąpił zwrot w życiu Kazika. – Po czterech miesiącach pobytu z dziewczyną w Portugalii, gdzie pierwotnie zamierzaliśmy zostać na dłużej, wróciłem do Polski w bardzo złym stanie – spłukany, w depresji, kompletnie wypalony zawodowo, zmęczony siedzeniem przed komputerem i kodowaniem. Nie byłem w stanie patrzeć w stronę laptopa. Rzuciłem pracę programisty i zatrudniłem się jako pomocnik przy remontach. Samochód sprzedałem, bo nie byłem w stanie go już utrzymać – dodaje.

Nowe zajęcie okazało się bardzo wyczerpujące fizycznie. – Poczułem także, że mocno zbiedniałem. Powoli zacząłem wracać do pracy programisty, ale na spokojnie, brałem pojedyncze zlecenia, nie chciałem się zarobić. Dużo w moim życiu zmieniła diagnoza ADHD, która sprawiła, że przestałem się czuć jak leń i człowiek porażka – przekonuje. 

Oslo (Sandra Sev Jarocka/Shutterstock.com) , Mieszkańcy Oslo (Shutterstock.com)

Kazik postanowił znów wybrać się w podróż, tym razem do Norwegii. – Gdy ojciec usłyszał o moim pomyśle, to powiedział, nawiązując do mojego pobytu w Portugalii: „A jeśli znowu ci się nie uda?". Trudno jest słyszeć coś takiego od bliskiej osoby, funkcjonować w rodzinie jako ten, któremu się nie udaje.

Dojechałem do Oslo i zakochałem się w tym miejscu. Wynajmuję pokój w drewnianym domku, mam widok na zieleń – opowiada.

36-latek podkreśla, że w Norwegii nie czuje presji ze strony społeczeństwa na osiąganie wyników, ciągły rozwój zawodowy. – Tu nikt nie przejmuje się tak bardzo tym, gdzie pracuję, na jakim stanowisku. Czas płynie wolniej. Po pracy rzadko się rozmawia o pracy. Ludzie zarabiają przyzwoite pieniądze również w takich zawodach, jak kelner, barista czy stolarz. Te zawody są szanowane. Wszyscy żyją na podobnym poziomie. Po pracy dużo czasu spędzają na dworze, spotykają się ze znajomymi, intensywnie uprawiają różne sporty. Wypożyczalnie sprzętu sportowego są za darmo. Nie ma tu presji na bycie wyjątkowym, ludzie raczej nie chcą się wyróżniać. Nawet profile dziewczyn na Tinderze są do siebie bardzo podobne.

I dodaje: – W Warszawie wyznacznikiem statusu jest to, że ktoś może sobie pozwolić na picie kawy codziennie w kawiarni. Pamiętam, że czułem się źle, że mnie na to nie za bardzo stać. W Norwegii wyjścia do kawiarni i restauracji są bardzo drogie ze względu na dobrze wynagradzaną pracę obsługi, dla wielu Norwegów wizyta w kawiarni to święto, raczej nie robi się tego codziennie.

Kawa (Alina Gajdamowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Podobnie jest ze sprzątaniem i drobnymi remontami. – Kolejna miara sukcesu w Polsce – masz osobę do sprzątania, która przychodzi do ciebie raz w tygodniu, służbę, która i sprząta, i gotuje, albo robotnika od napraw. W Norwegii tego typu usługi są tak drogie, że niewiele osób z nich regularnie korzysta. Większość osób robi takie rzeczy własnoręcznie – mówi Kazik.

Zobacz wideo Gonić za szczęściem czy jednak odpuścić? Pytamy ekspertkę

Stoję w miejscu

40-letnia Martyna: – Mimo że na co dzień nie czuję, że ktoś gardzi tym, co robię, mam wrażenie, że w dalszym ciągu trudno mi zaakceptować to, że dobrze się czuję, bo nie robię kariery. Od sześciu lat pracuję w jednej firmie. Dostaję podwyżkę tylko wtedy, gdy trzeba wyrównać pensję do inflacji.

Martyna pochodzi z zamożnej rodziny. – Mój ojciec pracował przez całe życie na wysokim stanowisku. Mieszkaliśmy w dużym domu z ogrodem, najpierw w jednym, potem w drugim, wyjeżdżaliśmy co najmniej dwa razy w roku na wakacje za granicę, co najmniej raz w tygodniu chodziliśmy do drogiej restauracji. Zarówno ja, jak i moja siostra mamy na własność mieszkania, które kupił nam ojciec. Zawsze czułam, że nie zasługuję na to, co mam, bo nie robię takiej kariery jak on, bo nigdy nie stać by mnie było, żeby samej zarobić na mieszkanie. Na co dzień żyję oszczędnie, bo moja pensja nie pozwala mi na życie na takim poziomie, na jakim żyłam, będąc jeszcze na garnuszku rodziców – opowiada.

Skończyła dwa kierunki studiów – psychologię i polonistykę. Po studiach przez półtora roku pracowała jako PR-owiec, ale wciąż nie była pewna, czy to jej droga. – Miałam okres, w którym pracowałam także jako kelnerka. Nigdy nie zapomnę, jak jeden klient zadał mi pytanie: "Wydaje się pani taka inteligentna, chyba nie będzie pani do końca życia kelnerką?". Z jednej strony było mi miło, bo uznał, że jestem inteligentna, z drugiej – gardził pracą, którą wykonuję. Akurat wtedy nie miałam perspektyw na zmianę pracy, więc bardzo mnie to zdołowało – wspomina Martyna.

Zdjęcie ilustracyjne (Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl)

Jak wyznaje, zawsze zazdrościła osobom, które od liceum wiedziały, co chcą robić w życiu. – Moje poszukiwania, rozmyślanie, wątpienie bardzo męczyły moich rodziców, także jednego z moich partnerów, który od 12. roku życia wiedział, że chce być architektem. Ciągle powtarzał, że żyję w krainie "nie wiem, nie wiem" – dodaje.

Po trzydziestce Martyna znalazła pracę w wydawnictwie, z którym nie rozstała się do dzisiaj. – W międzyczasie urodziłam dziecko, przeszłam na trzy czwarte etatu. I wciąż zbieram się, żeby powiedzieć szefowi, że wolałabym na pełen etat już nie wracać. Odpowiada mi to, że moja praca nie jest stresująca, nie wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Uwielbiam mieć stałą pensję, etat. Mój ojciec był człowiekiem bardzo przebojowym, stwarzał pozory, jakby pracą się nie stresował, tylko sprawiała mu czystą przyjemność. Zmarł na zawał serca kilka lat temu, więc wiem, że to nie była cała prawda.

Martyna przyznaje, że dużo czasu zajęło jej zaakceptowanie tego, że nie jest jak ojciec, że nigdy nie będzie jej stać na wybudowanie domu czy nawet zakup mieszkania. – Nawet na kredyt – jak podkreśla. – Wzięcie kredytu wiązałoby się dla mnie ze zbyt dużym stresem, zawsze muszę być na plusie, mieć jakieś oszczędności, żeby czuć się spokojnie. Nie stać mnie na wiele rzeczy – żeby wyjechać ze znajomymi na wakacje do pięciogwiazdkowego hotelu za granicę, muszę oszczędzać przez kilkanaście miesięcy – ale za to mam więcej czasu wolnego w ciągu tygodnia, jak kończę pracę, to zamykam laptop i o niej nie myślę. Wakacje spędzam z rodziną w górach, gdzie moja ciocia prowadzi pensjonat, albo nad morzem u mamy. Noclegi mamy za darmo – opowiada.

Wciąż dotyka ją, gdy jej znajomy, który od kilkunastu lat pnie się po szczeblach kariery w branży technologii, mówi jej: "Martyna, marnujesz się w tej firmie, mogłabyś robić o wiele bardziej ambitne rzeczy". – Głos surowego ojca, który mówi: "Jesteś niewystarczająco dobra, niewystarczająco ambitna", odzywa się od czasu do czasu w mojej głowie. Zdarza mi się przelewać te niespełnione oczekiwania na partnera, zwłaszcza wtedy, gdy ma gorszy okres w pracy – ma mniej zleceń albo kiedy więcej przeznacza czasu na swoje pasje, bo potrzebuje odpoczynku.

"W Warszawie jest tyle okien do umycia"

67-letnia Małgorzata: – Jestem magistrem psychologii, przez 20 lat pracowałam jako dziennikarka. Od kilku lat prowadzę jednoosobową firmę cateringową. Niejednokrotnie spotkałam się ze zdziwieniem – zazwyczaj od obcych osób, nie bliskich – że wydaję jedzenie podczas konferencji, w której mogłabym bez problemu brać udział.

W życiu Małgorzaty nastąpił zwrot, gdy została zwolniona z redakcji jednego z pism kobiecych. – W wielu redakcjach w Polsce panuje przekonanie, że jak się zmieni całą załogę, to nagle dział zacznie przynosić zyski. Rotacja pracowników jest więc duża. W ciągu 20 lat pracowałam w kilku redakcjach, ostatecznie – jak się domyślam, z powodu wieku – zostałam zwolniona. Za chwilę miałam wejść w okres ochronny przedemerytalny, była to więc ostatnia szansa, żeby mnie zwolnić – opowiada.

Jak mówi, dobrze zarabiała, miała oszczędności, więc nie spieszyło jej się do powrotu na rynek pracy. – Jednego byłam pewna: że nie wrócę już do mediów. System korporacyjny jest toksyczny. Jeśli firma jest duża, to podejście do pracy jest czysto biznesowe. Liczy się zysk, a nie człowiek. Nie wystarczy mieć przyzwoitego przełożonego – przekonuje.

Gdy córka Małgorzaty postanowiła otworzyć firmę cateringową, kobieta uznała, że jej w tym pomoże. – Karmienie innych jest zapisane w naszym DNA, tak okazujemy miłość, troskę. Gotować kochały wszystkie kobiety w mojej rodzinie. W firmie byłam jednak tylko pomocnicą, więc gdy moja córka stwierdziła, że wyjeżdża w podróż dookoła świata, byłam przekonana, że nasza działalność umrze śmiercią naturalną. Tak się jednak nie stało – opowiada Małgorzata.

O usługi firmy zabiegali stali klienci, którzy polecali ją znajomym. – Nie miałam ciśnienia na zarabianie nie wiadomo jakich pieniędzy, miałam już emeryturę. Cieszyłam się, że mogę wybierać klientów, z którymi chcę współpracować, że się nie zapracowuję na śmierć, tak jak to robiłam na etacie w redakcjach. Stawiam na współpracę z tymi, z którymi jest mi blisko ideologicznie – wyznaje.

Zdjęcie ilustracyjne (Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Często zapewnia catering podczas konferencji naukowych organizowanych przez uczelnie. – Zdarza się, że wdam się w rozmowę z uczestnikami konferencji, zazwyczaj są to dużo młodsze osoby ode mnie. Gdy tylko dowiadują się, co w życiu robiłam, że mam dużą wiedzę psychologiczną, w dodatku mówię płynnie po angielsku, to otwierają szeroko oczy ze zdziwienia i zastanawiają się, dlaczego robię to, co robię. Wtedy sobie myślę: dziecko, jak ty nic nie wiesz jeszcze o życiu – śmieje się.

Małgorzata nigdy nie miała problemu z tym, że "stoi przy garach". – Nigdy nie bałam się, że sobie w życiu nie poradzę, bo przecież „w Warszawie jest tyle okien do umycia". Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że moje podejście do pracy jest dość niepopularne – dodaje.

Małgorzata przekonuje, że jest typowym przedstawicielem swojego pokolenia, dla którego bardzo istotnym elementem życia była praca, to, żeby się wzbogacać, zapewnić rodzinie godny byt. – Tylko że ja mam to już za sobą – pracę po kilkanaście godzin na dobę, stres związany z tym, czy uda się wykonać projekt na czas. Stać mnie było na drogie wakacje, ale nie miałam czasu, żeby na nie jechać, bo pracodawca nie pozwoliłby mi wziąć dwutygodniowego urlopu. W tej chwili żyję na bardzo podstawowym poziomie, nie mam żadnych oszczędności, jeśli nagle mnie stać, żeby gdzieś wyjechać, np. za granicę, po prostu tak robię i sprawia mi to wtedy ogromną przyjemność. Lubię luksusy, ale ich brak nie wpływa na mój poziom szczęścia. Mam dom z ogrodem, w którym jestem szczęśliwa, dorosłe, samodzielne dzieci – przekonuje.

Od czasu do czasu jakiś znajomy pyta Małgorzatę, czy nie kusi ją powrót do pracy intelektualnej. – Czasem kusi, chociażby wtedy, gdy biorę udział w konferencji, która bardzo mnie interesuje, bo dotyczy psychologii, antropologii. Ale do wieczora mi przechodzi i od rana znów mogę z uśmiechem na ustach karmić ludzi – podsumowuje.

Presja na sukces

– Polska w dalszym ciągu jest krajem na dorobku, społeczeństwo ma zakorzenione przekonanie o tym, że sukces wiąże się z powiększaniem zasobów, w tym tych materialnych. Cechami pożądanymi społecznie są: ambicja, skuteczność, wytrwałe dążenie do wyznaczonego celu. Jeśli ktoś taki nie jest lub za długo szuka swojej drogi, może być postrzegany przez innych jako nieprzystosowany albo taki, który sobie nie radzi. Tymczasem bycie ambitnym i nieustanne pięcie się po szczeblach kariery wiąże się także z pewnymi zagrożeniami. Może prowadzić do zaniedbania w innych obszarach życia, np. w relacjach z bliskimi, do wypalenia zawodowego, zaburzeń zdrowia psychicznego – mówi Aleksandra Penza, psycholożka biznesu.

Jak dodaje, ambicja może również wynikać z potrzeby podniesienia lub utrzymania wysokiego poczucia własnej wartości. – Na poczucie własnej wartości wpływa to, ile zarabiamy, że awansujemy, że otrzymujemy coraz więcej obowiązków, odpowiedzialnych zadań. Fakt, że nas stać na kupno nowego samochodu, wyjazd za granicę, może być ważną składową naszej samooceny – dodaje.

Przyglądając się ambicji zawodowej, czyli sferze osiągania sukcesów w karierze, zdobywania awansów czy rozwijania kompetencji zawodowych, należy wskazać, że w Polsce role zawodowe są wciąż dość sztywne i jasno zdefiniowane. – Są zawody bardziej i mniej pożądane, a to automatycznie wpływa na samoocenę osób je wykonujących. Od strony postrzegania społecznego te „gorsze" to zawody związane z pracą fizyczną, te „lepsze" – intelektualną. Choć, co ciekawe, obecnie coraz częściej to za pracę fizyczną można otrzymać wyższą pensję niż za intelektualną, chociażby w branży produkcyjnej, gdzie szuka się specjalistów, nie zmienia to faktu, że przekonania społeczne nie nadążają za zmianami gospodarczymi – wyjaśnia psycholożka. 

Zdjęcie ilustracyjne (Shutterstock.com)

W dalszym ciągu, jak dodaje, jeśli młodzi wybierają pracę fizyczną czy zatrudnienie w branży gastronomicznej, to traktują je w kategoriach pracy dorywczej, tymczasowej. – Praca kelnera czy sprzedawcy w Polsce jest w większości przypadków dość nisko opłacana, często osoby pracujące w tych branżach nie otrzymują także stałej umowy, więc nie mogą liczyć na jakąś stabilizację. To sprawia, że mało kto wiąże z takim zawodem przyszłość, w związku z tym taka praca nie cieszy się dużym uznaniem – dodaje.

Młodzi wchodzący na rynek pracy muszą się zmierzyć nie tylko z oczekiwaniami społecznymi, lecz także z oczekiwaniami swoich bliskich, którzy reprezentują określone podejście do pracy, życia. – Nie jest łatwo w Polsce dokonywać mezaliansu zawodowego, bo trudno funkcjonować w opozycji do tego, co społecznie pożądane. Dla człowieka bardzo istotne jest bycie akceptowanym przez swoją grupę społeczną. Ważna jest jednak nie tylko akceptacja, ale też możliwość uczestniczenia w aktywnościach grupy. Jeśli moją grupę stać na dwutygodniowe wakacje all inclusive czy na picie codziennie kawy w kawiarni, a mnie nie, bo wybrałem nie karierę w korporacji, ale pracę w piekarni, to automatycznie mogę czuć się wykluczony – wyjaśnia psycholożka.

Gdy człowiek nabierze już kompetencji, stanie się specjalistą w swojej dziedzinie, spełni społeczne oczekiwania, to jest bardziej skłonny coś w życiu zmienić i postawić akcent nie na to, co osiąga, ale jak się w życiu czuje.

– Coraz więcej osób na pewnym etapie przewartościowuje swoje życie i zaczyna budować swoje dobre samopoczucie nie na tym, ile osiągnęło, ale jakich ma ludzi wokół siebie, ile czasu poświęca na odpoczynek, przyjemności. Wciąż trudno jest jednak zacząć z tego pułapu. Poświęcanie dużo czasu na przyjemności czy odpoczynek nie jest w Polsce postrzegane jako coś pozytywnego. Masz dużo czasu wolnego? To znaczy, że jesteś leniwy, mało ambitny. To może wywołać silne poczucie winy, niemożność zobaczenia, że w tym odpoczynku, czasie dla siebie jest wiele drogocennych elementów, które po prostu czynią nas szczęśliwymi i budują nasz dobrostan psychiczny – dodaje.

To także powoli się jednak zmienia. – Coraz więcej mówi się o tym, jak ważne jest zdrowie psychiczne i w związku z tym odpoczynek, jak istotne jest zachowanie balansu między życiem prywatnym i zawodowym, a nie ciągłe gonienie za sukcesem – podsumowuje psycholożka.

Czym jest sukces

Kazik: – Sukces jest dla mnie pozytywnym rezultatem – zgodnym z moimi oczekiwaniami – moich ukierunkowanych i zaplanowanych działań. Na przykład z sukcesem przeprowadziłem się do Norwegii, bo mam tu gdzie mieszkać i czuję się bezpiecznie, ale nie mogę powiedzieć, że z sukcesem tu osiadłem, bo to się stanie, kiedy znajdę sobie pracę i otrzymam numer personalny. Natomiast na takim bardziej ogólnym poziomie sukces to dla mnie osiągnięcie stanu, w którym czuję, że żyję w zgodzie ze sobą, nieważne, co robię.

Martyna: – Człowiek sukcesu to dla mnie ktoś, kto robi to, co lubi, ale jednocześnie nieustannie się w tym rozwija, pogłębia wiedzę, myśli twórczo. I przy tym jest w stanie zachować równowagę między życiem prywatnym a zawodowym, dba o relacje z bliskimi, przyjaciółmi.

Małgorzata: – Miarą sukcesu jest to, w jakich relacjach człowiek pozostaje z innymi. Dla mnie bardzo ważne są osoby mi najbliższe, ale także przyjaciele – to duża grupa osób, które znam od podstawówki. Dużo inwestuję w te relacje. Źle się czuję, jeśli wiem, że przez jakiś czas zaniedbywałam daną przyjaźń. Jeśli chodzi o sukces zawodowy, to z perspektywy matki dwójki dzieci najważniejsza jest dla mnie zaradność, poczucie, że wiem, że sobie poradzę, że moje dzieci sobie poradzą. Najważniejsze, żeby miały takie źródło dochodu, które sprawi, że będą się czuły spokojne, że nie będą wieczorem zasypiać z lękiem, czy starczy im na podstawowe produkty.

Tekst pierwotnie ukazał się 3 września 2024 roku.

Aleksandra Penza. Psycholożka biznesu, badaczka, wykładowczyni akademicka na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, z wykształcenia psycholożka i kulturoznawczyni. W mediach od 2011 roku.