Społeczeństwo
Barcelona znów - w czerwcu 2025 roku - protestowała przeciwko masowej turystyce. (Radu Bercan / Shutterstock.com)
Barcelona znów - w czerwcu 2025 roku - protestowała przeciwko masowej turystyce. (Radu Bercan / Shutterstock.com)

Masowa turystyka to zmora dla mieszkańców. Rosnące ceny mieszkań i usług powodują, że ci wychodzą na ulice. W czerwcu 2025 roku protesty ponownie miały miejsce np. na Majorce czy w Barcelonie. W tym ostatnim mieście demonstranci oblewali turystów wodą z plastikowych pistoletów.

Pani mieszka w Gdańsku, pracuje w Sopocie. Czy skutki masowej turystyki dają się we znaki mieszkańcom Trójmiasta?

Prawda jest taka, że podobnie jak w wielu miastach turystycznych, także w przypadku Trójmiasta ruch skupia się w bardzo określonych miejscach. W Sopocie to Monte Cassino i okolice molo.

W Gdańsku – ulica Długa i promenada nad Motławą.

Właśnie. Wystarczy wejść w jakąś mniejszą uliczkę czy przejść 50 m dalej i nagle ludzi jest dużo mniej, jest o wiele ciszej, zarówno w dzień, jak i w nocy. Sopot borykał się z innym problemem, który również jest konsekwencją masowej turystyki, mianowicie z wynajmem krótkoterminowym. 

'Takie statki wpływają również do portu w Gdyni czy Gdańsku. A potem autokarami turyści przemieszczają się zwykle w kierunku centrum, najczęściej na kilka godzin, i nie korzystają ani z usług zakwaterowania, ani gastronomicznych'. (Fot. Michał Ryniak / Agencja Wyborcza.pl)

Mój kolega wyprowadził się z rodziną – żoną i dwójką małych dzieci – z centrum Sopotu właśnie z tego powodu, że mieszkał w budynku, w którym mnóstwo mieszkań było wynajmowanych w ten sposób. Jak opowiadał, wielokrotnie w nocy ktoś próbował wejść do ich mieszkania, bo pomylił piętra, kiedy wracał z imprezy, o hałasie na klatce schodowej, potłuczonym szkle na posadzce już nie wspomnę. Jak powiedział, czarę goryczy przelał moment, w którym wyszedł rano z mieszkania i poślizgnął się na schodach na czyichś wymiocinach.

W Trójmieście na szczęście – ale i w innych miastach Polski – władze zaczęły dostrzegać ten problem. Wybrzmiało to również bardzo wyraźnie w kampaniach przed wyborami samorządowymi. Z opowieści znajomych, którzy mieszkają na jednym z sopockich osiedli, gdzie problem hałasu w związku z wynajmem krótkoterminowym był bardzo duży, wiem także, że służby zaczęły poważniej traktować zgłoszenia mieszkańców i szybciej na nie reagować.

Z kolei z relacji jednego z mieszkańców kamienicy przy ulicy Szewskiej w Krakowie, którą w 2024 roku opisała wyborcza.pl w artykule "Mieszkańcy pozywają Kraków za pijanych imprezowiczów. Bo hałasują w centrum", wynika, że służby działają jednak bardzo opieszale. Pisze on: "Przez hałas nie mogłem spać całą noc. Prosiłem o interwencję policję i straż miejską. Strażnicy przyjechali i powiedzieli, że nic nie mogą zrobić, a policja dotarła dopiero o czwartej rano, kiedy już się trochę uspokoiło". Wraz z innymi mieszkańcami pozwał miasto za hałas.

Skuteczność działania służb jest bardzo ważna, muszą reagować i muszą reagować szybko. W cywilizowanym kraju sytuacje, o których pani opowiada, po prostu nie powinny mieć miejsca. I to nieważne, czy ich sprawcami są turyści, czy nieturyści. Dyscyplinowanie hałaśliwych turystów to jedno. Ważne są jednak także innego rodzaju regulacje.

Jakie?

Na przykład tworzenie rejestru lokali wynajmowanych krótkoterminowo, tak aby regulować ich liczbę czy kontrolować to, czy spełniają one chociażby wymogi przeciwpożarowe. Władze Sopotu zwróciły także uwagę na problem wyludniania się centrum miasta ze względu na wzrost cen najmu. Efekt jest taki, że jest mnóstwo mieszkań przeznaczonych na najem krótkoterminowy, które poza sezonem stoją puste.

Koleżanka wynajmuje lokal w taki sposób w Gdańsku. Mówi, że nie opłaca jej się przechodzić na najem długoterminowy, ponieważ finansowo wyszłoby jej to podobnie albo gorzej, a tak przynajmniej ma poczucie – bo korzysta z usług agencji – że co kilka dni ktoś do tego mieszkania zagląda, sprząta je itd.

No właśnie. Można więc wprowadzić takie regulacje, które sprawią, że najem długoterminowy zacznie się bardziej opłacać.

Tłumy na plaży (Fot. Karolis Kavolelis / Shutterstock)

Mam wrażenie, że w 2024 roku nastąpił boom – protesty na Majorce, ludzie są zdesperowani i wręcz straszą turystów, każą im wracać do domów. Protesty w Barcelonie, protesty w Krakowie. Mimo że tanie loty nie mają już wiele wspólnego z nazwą, to na lotniskach jest coraz więcej pasażerów. Ludzie spragnieni podróży zrobią wszystko, żeby gdzieś wyjechać. Nic się nie liczy – tłumy na lotniskach czy nawet ryzyko, że lot zostanie odwołany lub nie będą mogli wejść na pokład z powodu coraz częściej stosowanego przez przewoźników overbookingu.

I w tym roku jest jeszcze więcej turystów niż w ubiegłym. Ale to, że odnotowujemy wzrosty, naprawdę nie jest niczym dziwnym – ludzie się bogacą, także Polacy, oferta lotów jest coraz bardziej szeroka i zróżnicowana, podróżowanie przestało być przywilejem, ale stało się czymś normalnym, bardziej dostępnym dla wszystkich. Pandemia była momentem, w którym z wiadomych powodów wszystko się na chwilę zatrzymało, natomiast po ogłoszeniu jej zakończenia, wracamy na dawne tory.

Dyskusja o negatywnych skutkach masowej – choć ja bym użyła raczej terminu zorganizowanej – turystyki i związanego z nią tzw. overtourismu [z ang. nadmierna turystyka – przyp. red.], bo to ona powoduje najwięcej szkód, toczy się już od kilku lat, chociażby w Dubrowniku, Amsterdamie czy Rzymie. Pandemia wyciszyła pewne zjawiska, które teraz wracają.

I ludzie są wściekli, jak na Majorce i każą turystom wracać do domów. Wręcz przepędzają ich z plaż.

I o ile na Majorce rzeczywiście ludzie są wściekli, o tyle narracja w Barcelonie jest już nieco inna. Protestują nie mieszkańcy, lecz aktywiści, którzy nie chcą wyrzucać turystów z miasta, ale przede wszystkim kierują swoje głosy do władz, aby zajęły się ustaleniem jakichś zasad współżycia turystów i mieszkańców.

Mieszkańcy Krakowa również nie wyganiają turystów, pozywają miasto.

Zgadza się. Dyskusja o zrównoważonej turystyce – choć powiedziałabym raczej: zrównoważonym rozwoju turystyki – jest ważna, ale nie zapominajmy o tym, że dochody z turystyki są ogromne i jest to bardzo istotna część budżetu większości krajów turystycznych. To nie jest tak, że decydenci na szczeblu krajowym czy lokalnym w Hiszpanii chcieliby, aby turyści przestali odwiedzać ten kraj. Pamięta pani, co działo się podczas pandemii? Kryzys opanowywał kraje, które przede wszystkim żyły z turystyki.

Państwa chcą przyciągać do siebie turystów i często w tym celu przeprowadzają kompleksowe działania: nawiązują relacje z biurami turystycznymi i przewoźnikami, tworzone są nowe połączenia lotnicze z określonych krajów. Dlaczego kilka lat temu tak popularne były podróże do Czarnogóry? Właśnie dlatego. Efekt jest taki, że wszyscy zaczynają podróżować w to samo miejsce i zaburzać życie lokalnym mieszkańcom, niszczyć ekosystem. Tak może się stać. Dlatego należy wdrażać rozwiązania, które zbliżą nas do złotego środka. Na pewno nie zniechęcać turystów do odwiedzania danego miejsca. Tych rozwiązań jest naprawdę wiele.

Na przykład jakie?

Rozmawiając o zrównoważonej turystyce, mówimy o trzech jej filarach: środowiskowym, związanym z dbaniem o zasoby naturalne danego miejsca, społecznym, związanym z prowadzeniem działalności z uwzględnieniem lokalnych społeczności, w ich interesie oraz gospodarczym, czyli dbaniem o to, aby prowadzenie danej działalności było rentowne, lecz nie kosztem dwóch pierwszych filarów. Nie jestem w stanie podać uniwersalnych rozwiązań, bo każde miejsce boryka się z nieco innymi problemami i każde ma swoją specyfikę. Natomiast za każdym razem powinniśmy brać pod uwagę te trzy kwestie.

Jednym z takich bardzo specyficznych miejsc jest Wenecja czy Dubrownik.

Tak. W przypadku Wenecji problem dotyczy całego miasta, a Dubrownika – bardzo małej przestrzeni, która po prostu w wakacje pęka w szwach. W Dubrowniku już kilka lat temu podniesiono podatek turystyczny, mocno też ograniczono liczbę statków wycieczkowych. Podobny ruch został teraz wykonany w Wenecji – statki nie mogą wpływać już do centrum miasta, czyli w rejon placu Świętego Marka i wyspy Giudecca. Te ogromne statki powodują naprawdę duże szkody. Proszę sobie wyobrazić, że nagle z pokładu takiego wycieczkowca wylewa się na ląd kilkuset ludzi. W Trójmieście też się to zdarza, ponieważ takie statki wpływają również do portu w Gdyni czy Gdańsku. A potem autokarami turyści przemieszczają się zwykle w kierunku centrum Gdańska, najczęściej na kilka godzin, i nie korzystają ani z usług zakwaterowania, ani gastronomicznych.

W Wenecji wprowadzono też od tego roku zakaz używania głośników przy oprowadzaniu grup turystycznych i ograniczenie liczby uczestników takich wycieczek do 25. W trakcie oglądania miasta zakazane jest też zatrzymywanie się w wąskich uliczkach, na mostach i w przejściach.

W tym roku wprowadzono tam także pilotażowo w okresie wakacyjnym nakaz zgłaszania przyjazdu turystom "jednodniowym", którzy nie mają planu nocować w mieście, i wnoszenia w związku z tym przez nich opłaty w wysokości 5 euro. Nie jest to jednak na tyle wysoka kwota, aby zniechęcić do odwiedzenia miasta, czyli to rozwiązanie raczej nie ma na celu ograniczenia liczby turystów w mieście. Łatwo też ją obejść, bo wystarczy zarezerwować nocleg, z którego ostatecznie nie trzeba skorzystać. Natomiast wpływy z opłaty funkcjonującej przez trzy miesiące wyniosły ponad 2 mln euro i przerosły oczekiwania władz miasta. Wnioskuję, że w przyszłym roku może się pojawić analogiczne rozwiązanie.

Krupówki, Zakopane. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl)

W ogóle mam wrażenie, że te wszystkie regulacje są naprawdę bardzo łagodne.

Czas pokaże, czy rzeczywiście będą miały jakiekolwiek przełożenie na życie mieszkańców tego miasta lub na stan zabytków. Wszystko zależy też od skuteczności działań służb, czyli egzekwowania przez nich prawa. 

Tych rozwiązań, jak pani widzi, może być naprawdę wiele. W Rzymie np. zakazano siedzenia na Schodach Hiszpańskich, jedzenia w okolicy fontann i innych zabytków, chodzenia bez koszulek. W Amsterdamie przeprowadzono szeroką kampanię zachęcającą do omijania najpopularniejszych atrakcji miasta na rzecz innych, równie ciekawych, ale mniej znanych. To też zresztą ważny kierunek przeciwdziałania nadmiernej turystyce, która wynika z koncentracji w czasie i miejscu. Przestrzenne rozszerzenie oferty turystycznej to więc jedno z rozwiązań.

Ale co ważne, zrównoważona turystyka to także turystyka rozłożona na cały rok, a nie tylko skoncentrowana na sezonie wakacyjnym. Sezonowość miejsc turystycznych jest dla nich zabójstwem. Przez dwa–trzy, maksymalnie cztery miesiące jest ruch, a potem miejsca wieją pustką.

Doskonale pamiętam, jak wybrałam się z partnerem do Puglii w kwietniu. W Alberobello czy w Materze turystów mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. Kilka lat wcześniej byłam tam w wakacje. Tłumy.

Ogromnym wyzwaniem dla wielu miejsc turystycznych jest wydłużenie tego sezonu. W niektórych z uwagi na charakter miejsca nie będzie to raczej nigdy możliwe, jak nad polskim morzem.

To się jednak już dzieje. Z jednej strony sprzyjają temu przemiany w sposobie podróżowania. Lata temu wyjeżdżało się raz, dwa razy w roku na długi pobyt, minimalnie dwutygodniowy. Dziś długi pobyt oznacza pobyt tygodniowy, a oprócz tego wyjeżdża się kilka razy w roku na weekendy czy przedłużone weekendy. Na te potrzeby odpowiadają biura podróży i przewoźnicy, którzy tworzą bardzo różnorodną ofertę zarówno wyjazdów, jak i lotów przez cały rok.

Trzeba zachęcać ludzi, żeby Wenecję odwiedzali w listopadzie, a nie w sierpniu. Jest tam równie pięknie, proszę mi uwierzyć. Podobnie Dubrownik – pamiętam, że tam byłam kiedyś w czasie wakacji i nie spotkałam ani jednego mieszkańca miasta, może poza sprzedawcami, choć i oni zwykle byli sezonowymi pracownikami z innych części kraju lub też cudzoziemcami. Było to bardzo smutne.

Mam wrażenie, że cały czas traktujemy turystę jako istotę nieświadomą, która planując podróż, nie myśli o tym, jak spędzić wakacje w sposób zrównoważony. Rozmawiamy o regulacjach, które turystą pokierują tak, że będzie on zmuszony, przynajmniej w jakimś stopniu, podróżować w sposób zrównoważony. Na czym powinniśmy się bardziej skupić: na wdrażaniu regulacji czy budowaniu świadomości i zniechęcaniu ludzi do określonego typu podróżowania?

Ciekawe pytanie. Myślę, że te regulacje są bardzo ważne, zwłaszcza w kontekście turystyki zorganizowanej. Na poziomie turystyki indywidualnej mam wrażenie, że ta świadomość społeczna i ekologiczna jest coraz większa i dotyczy coraz większej grupy ludzi, choć zapewne wciąż jest to niewielki procent społeczeństwa, który w ten sposób myśli o podróżowaniu.

W sposób zrównoważony można jednak podróżować na wiele sposobów, nie tylko poprzez rezygnację z lotów samolotem albo wakacji all inclusive. Można odwiedzać te najbardziej oblegane destynacje poza sezonem, zamiast ulegać modzie na dane miejsce, wybrać inne, mniej popularne.

Piazza di Trevi, Rzym. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl)

Moja ciocia, jak usłyszała od sąsiadów, a potem od znajomych, że byli na Cyprze, a potem jeszcze przeczytała w internecie artykuł o tej wspaniałej wyspie, od razu wykupiła tam wycieczkę. Była już w tym roku dwa razy.

Tak to właśnie działa. Dlatego warto być czujnym i zastanowić się, czym naprawdę kieruję się przy wyborze danego kierunku lub formy wypoczynku. Czy ta potrzeba wychodzi naprawdę ze mnie, czy jest sztucznie generowana.

Ja latem wyjeżdżam na Kaszuby, nie marzą mi się wakacje all inclusive na Majorce czy Cyprze, fakt, że tam nie jeżdżę, nie sprawia, że czuję się gorsza, wykluczona, że coś mnie omija. I mam wielu znajomych, którzy mają podobne podejście. Śledzę różne profile w mediach społecznościowych, które promują zupełnie inne podróżowanie niż to proponowane przez biura podróży. Często uwzględniają zasady zrównoważonej turystyki, ale też coraz bardziej popularne są różne formy turystyki kwalifikowanej powiązanej z aktywnością fizyczną.

Biorę jednak pod uwagę to, że żyję w bańce. Nie każdy chce się zaszyć na Kaszubach czy w Bieszczadach, choć i tam już jest coraz mniej miejsc, gdzie można się zaszyć. Ludzie generalnie lubią być tam, gdzie są inni ludzie, pandemia jeszcze tę potrzebę nasiliła. Wystarczy pojechać na Półwysep Helski latem, żeby to zaobserwować – plażowicze tworzą takie skupiska, wystarczy pójść 300 m dalej i tam już nie ma ludzi. Chcemy być tam, gdzie inni, chcemy robić to, co inni.

A może, idąc tym tropem, wmówiono nam, że podróżowanie kształci, poszerza horyzonty, jest nam potrzebne? Może tak naprawdę nic nie wnosi do naszego życia, jak twierdzą niektórzy filozofowie, i dla wszystkich byłoby najlepiej, jakbyśmy z niego zrezygnowali?

O nie, z tym się nie zgodzę. Podróżowanie jest dobrodziejstwem, turystyka jest dobrodziejstwem. Mamy prawo z niej korzystać. Natomiast jej form jest bardzo wiele, jest ich coraz więcej. Bo klient jest coraz bardziej różnorodny i ma coraz bardziej różnorodne potrzeby. Różnorodność bardzo sprzyja zrównoważonej turystyce, więc moim zdaniem idziemy w dobrą stronę.

Cały czas rozmawiamy jednak o skutkach masowej turystyki w krajach rozwiniętych bądź rozwijających się. Bo tam ludzie mają zasoby, żeby protestować, żeby sprawę nagłaśniać, żeby dyskutować o czymś takim jak zrównoważona turystyka. Natomiast rzadko kto wspomina o miejscach, gdzie w ogóle trudno mówić o jakimkolwiek zrównoważeniu.

Zobacz wideo Pyzy drożdżowe, pampuchy, buły na parze [NA TROPIE SMAKU]

Jakie to miejsca?

To przede wszystkim kraje o niskim poziomie rozwoju gospodarczego, które są bardzo atrakcyjne turystycznie, jak chociażby kraje Morza Karaibskiego, gdzie nie ma praktycznie żadnej polityki turystycznej i zarządzania turystyką. Pieniądze trafiają przede wszystkim do kieszeni zagranicznych inwestorów, którzy otwierają tam swoje hotele i nie myślą o tym, że degradują środowisko naturalne.

Lokalna społeczność angażowana jest do pracy wyłącznie na najniższych stanowiskach, jest nierzadko wyzyskiwana, nie inwestuje się w żaden sposób w jej rozwój. To kraje, które borykają się z naprawdę poważnymi problemami, jak korupcja, bieda. Natomiast tam nie obserwujemy szumu medialnego, a to też są skutki masowej turystyki.

Problemy mieszkańców Majorki, Barcelony czy Krakowa nie są błahe. Rosnące czynsze, hałas, wyludnianie się centrów miast.

Jasne. I ja tego nie bagatelizuję, ale wierzę w to, że poradzą sobie z tymi problemami. Mają do tego narzędzia. Ludzie mają zasoby, aby wyjść na ulice, protestować, są na tyle wykształceni, aby napisać pozew do miasta. Mieszkańcy wysp karaibskich – niekoniecznie. Warto o tym pamiętać, wykupując kolejną wycieczkę na Dominikanę czy Haiti.

Tekst pierwotnie został opublikowany 14 sierpnia 2024 roku.

Monika Bąk. Dr hab. nauk ekonomicznych, prof. Uniwersytetu Gdańskiego. Pełni funkcję dziekana Wydziału Ekonomicznego oraz kierowniczki Katedry Ekonomiki Transportu. Prowadzi badania naukowe w obszarze nauk społecznych. Zajmuje się społecznymi, ekonomicznymi i środowiskowymi aspektami zrównoważonego rozwoju w ujęciu mikro- i makroekonomicznym. Jej zainteresowania dotyczą szczególnie transportu i mobilności oraz turystyki, jak również efektów transformacji gospodarczej w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. 

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. W mediach od 2011 roku. Słuchanie ludzi to, obok tańczenia, jej ulubiona aktywność. Wierzy, że każda historia jest wyjątkowa. To, co jednak w każdej opowieści najcenniejsze, to jej walor uniwersalny. Takie historie chce opowiadać.