Społeczeństwo
'Dentysta pracujący z dziećmi powinien lubić swoją pracę, lubić dzieci, mieć do nich podejście'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Michał Łepecki / Agencja Wyborcza.pl)
'Dentysta pracujący z dziećmi powinien lubić swoją pracę, lubić dzieci, mieć do nich podejście'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Michał Łepecki / Agencja Wyborcza.pl)

Ma pani ponad 30 lat doświadczenia w leczeniu zębów u dzieci.

Dokładnie w tym roku mija 30 lat, odkąd z koleżanką otworzyłyśmy pierwszy gabinet dentystyczny dla dzieci w Warszawie. Wtedy gabinetów stomatologii dziecięcej w ogóle nie było. Pamiętam, jak jeździłyśmy po różnych wydarzeniach i festiwalach i uczyłyśmy rodziców i dzieci, na czym polega profilaktyka stomatologiczna u najmłodszych, jak myć zęby itd. W przedszkolach organizowałyśmy różne zabawy dla dzieci wokół zębów i dbania o nie.

Coś się zmieniło w ciągu 30 lat? 

Na pewno wzrosła świadomość rodziców na temat tego, jak należy dbać o zęby dzieci. Kiedyś podejście było raczej takie, że mleczaków nie trzeba leczyć, bo przecież i tak wypadną. Wiele osób nie zdawało sobie zupełnie sprawy z konsekwencji, jakie może mieć nieleczenie pierwszych zębów.

A jakie są te konsekwencje? Dlaczego leczenie mleczaków jest tak ważne?

Nieleczone mleczaki też bolą. Po drugie, konsekwencją ich nieleczenia jest ich usunięcie. Z kolei utrata tych zębów prowadzi do problemów ze zgryzem i wad wymowy. Nie mniej istotna jest estetyka. Nigdy nie zapomnę mojego małego pacjenta Grzesia – a było to ze 20 lat temu – miał sześć i pół roku i próchnicę siekaczy górnych. Całe zęby miał czarne, lapisowane [zabieg zatrzymujący próchnicę – przyp. red.]. Ale zostało mu raptem półtora roku do ich wymiany na stałe. Mówię do jego mamy: "Przeczekamy, nie ma sensu ich już ratować". Ale ona mnie błaga: "Niech pani coś zrobi, bo to dziecko przestało się uśmiechać, koledzy się z niego śmieją". Zrobiłam, co mogłam – założyłam wypełnienia przy całkowitej chęci współpracy małego pacjenta. Zęby stały się białe.

Na kolejną wizytę Grzesio przyniósł mi prezent. Dwa zdjęcia – jedno podpisane "przed leczeniem", na którym widać Grzesia, jak zaciska zęby, i drugie, podpisane "po leczeniu", z Grzesiem uśmiechniętym od ucha do ucha.

'Ważne, aby był czas, żeby dziecko oswoiło się z miejscem, żebym mogła z nim porozmawiać, pokazać mu wszystkie przyrządy'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Władysław Czulak / Agencja Wyborcza.pl)

Wzruszające. Coś jeszcze się zmieniło przez kilkadziesiąt lat?

Dużym plusem było kiedyś to, że w wielu szkołach były gabinety dentystyczne. Dzięki temu dzieciom sprawdzano regularnie stan uzębienia, leczono im zęby. Dziś w niewielu placówkach są stomatolodzy. Cały ciężar odpowiedzialności za dbanie o uzębienie dzieci spada na rodziców. A wciąż wielu z nich nie wie, jak poprawnie szczotkować dzieciom zęby, skąd bierze się próchnica, jak często dziecko powinno odwiedzać dentystę, jakie są podstawowe zasady diety, mylą fluoryzację z lakowaniem. Myśli pani, że ktokolwiek pyta osobę, którą chce zatrudnić jako nianię, czy ma zdrowe zęby?

Ja nie zapytałam…

No właśnie, a próchnica to nie tylko efekt złej diety. To przede wszystkim choroba zakaźna. Wystarczy, że niania ma próchnicę i poliże łyżeczkę, z której potem dziecko coś zje. Już jest ryzyko, że przeniesie na nie chorobę. Próchnicą też często zarażają się dzieci od siebie nawzajem – w żłobkach, przedszkolach.

Czyli fakt, że dziecko ma próchnicę, nie oznacza, że rodzice pozwalali mu jeść ciągle słodycze?

Nie, choć dieta to podstawa. I na nią mamy wpływ, tak samo jak mamy wpływ na utrzymanie higieny w jamie ustnej. To, na co nie mamy wpływu, to podatność zęba na tę chorobę czy wady rozwojowe zęba, które mogą przyspieszać jej rozwój, jak np. hipoplazja [genetyczna choroba powodująca niedorozwój szkliwa – przyp. red.]. I tak, możemy mieć dziecko, które je słodycze i pije słodkie soki, kiedy chce, ale nie ma podatności na próchnicę i tej próchnicy nie będzie miało albo będzie się ona rozwijać bardzo powoli, i takie, które mimo starań, aby jeść zdrowo i dokładnie myć zęby, próchnicę mieć będzie. Należy jednak podkreślić, że dbanie o higienę i odpowiednią dietę może bardzo spowolnić proces próchniczy.

Ale szczerze – mogłabym na palcach jednej ręki policzyć pacjentów, u których nie leczyłam ani jednego mlecznego zęba. Większość dzieci ma ubytki. Najczęściej są one spowodowane właśnie niezdrową dietą i nieprawidłowym myciem zębów.

Dostępność produktów z cukrem jest ogromna, są różnego rodzaju soczki, wody smakowe, chrupki, czipsy.

To prawda. Oczywiście to rodzic decyduje, co wkłada do koszyka i podaje dziecku, ale w pewnym wieku nie da się już tego do końca skontrolować – dziecko w wieku szkolnym trafia do nowego środowiska, rodzice tracą je z oczu. Często też dostaje kieszonkowe, a w sklepikach szkolnych nie sprzedają raczej wyłącznie owoców i sałatek. Dziecko na tym etapie życia wybiera to, co mu smakuje, a nie to, co mu nie szkodzi. Kluczem jest więc wypracowywanie tych zdrowych nawyków od samego początku.

'Jak dziecko nie współpracuje z jednym stomatologiem, rodzic musi szukać takiego i takiej metody, która umożliwi rozwiązanie problemu'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Dominik Werner / Agencja Wyborcza.pl)

Czyli?

Podstawowym napojem powinna być woda – ale nie smakowa, tylko czysta – z butelki lub kranowa, jeśli w danym mieście jest zdatna do picia. Żadnych słodzonych soków! Jeśli dziecko koniecznie chce zjeść coś słodkiego, to wyłącznie po głównym posiłku i najlepiej, jak zje dwa cukierki naraz niż jeden teraz, a za godzinę drugi. Nie pijemy soków owocowych między posiłkami. Jeżeli chcemy dać dziecku sok, to najlepiej z samych owoców i jednorazowo. Półtorej godziny przed snem nie jemy i nie pijemy nic słodkiego, nawet naleśników z dżemem zrobionych przez babcię. W owocach też jest cukier.

Jest pani w stanie po uzębieniu dzieci wywnioskować, jakie grzeszki żywieniowe popełnili rodzice i dzieci?

Raczej ciężko. Chyba że się przyznają. Często jestem jednak w stanie stwierdzić, co dziecko jadło danego dnia, bo przychodzi do mnie z niedomytymi zębami. O, widzę, że dzisiaj była pizza na obiad, bo są resztki oregano. Na przykład.

Mam jednak takich pacjentów – i wbrew pozorom zdarza się to naprawdę często – u których proces próchniczy zaczyna się nie w zębie, ale między zębami. A to można zobaczyć tylko w trakcie badania dentystycznego. I nagle rodzic dzwoni do mnie: "Mojemu dziecku odpadło pół zęba! A nigdy nie miało ubytków!". Teoretycznie dzieci także powinny zęby nitkować, ale z doświadczenia wiem, że u cztero- czy pięciolatka nie jest to po prostu realne, zwłaszcza że mleczaki mają charakterystyczny beczułkowaty kształt i to, co łatwo między nie wchodzi, ciężko wychodzi. Można spróbować korzystać z irygatora do oczyszczania przestrzeni międzyzębowych.

Z którymi niezdrowymi nawykami dzieci czy rodziców walczy się najtrudniej?

Bardzo częstym problemem jest nocne karmienie. Na drugim miejscu smoczek i ssanie palca.

Sama wiem, że rezygnacja z nocnego karmienia nie jest łatwa – mój syn dopiero po 22 miesiącach przestał pić mleko w nocy.

Tak, to trudny temat. Jeżeli dziecko nie ma podatności na próchnicę, to pół biedy, ale są niestety sytuacje, w których nie ma wyjścia, trzeba odstawić nocne karmienie, bo proces próchniczy przebiega tak szybko, że istnieje ryzyko, że dziecko w wieku dwóch–trzech lat może stracić już kilka zębów. Miałam pacjenta, który miał trzy lata i zostały mu tylko dwa zęby w szczęce. Z tego powodu nosił też płytkoprotezę – rodzaj aparatu ortodontycznego z uzupełnionymi zębami, który zapewniał właściwy rozwój szczęki i wymowy. I miał duży wpływ na wygląd pacjenta.

Właśnie przez nocne karmienie?

Między innymi. Ale miał też wysoką podatność na próchnicę. Warto jednak podkreślić, że zazwyczaj dzieci radzą sobie lepiej z odstawieniem nocnych karmień niż rodzice. Wiele osób było w szoku, że ich dziecko tak szybko zaakceptowało brak piersi czy butelki. Warunek jest jednak jeden: trzeba po prostu podjąć decyzję, że to robimy, a nie próbować.

'Miałam pacjenta, którego uczyłam myć zęby przez trzy lata!'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Ihor Bulyhin / Shutterstock)

Jak to zrobić?

Są różne metody. Niektórzy rodzice wolą to zrobić bardziej stanowczo i zazwyczaj w dwa dni mają już odstawione dziecko. Inni stopniowo: jeśli dziecko pije z butelki, z nocy na noc coraz bardziej rozcieńczają mleko, aż w końcu w butelce zostaje tylko woda.

Ssanie smoczka czy palca rzeczywiście jest tak szkodliwe dla zębów? Moja koleżanka, której dziecko ssie smoczek, ostatnio powiedziała: "Nie będę na siłę zabierać mu smoczka, jeśli tego potrzebuje. Wolę mieć dziecko szczęśliwe z krzywymi zębami niż nieszczęśliwe. Najwyżej będzie nosiło aparat".

Ale ssanie smoczka czy palca nie wpływa wyłącznie na zgryz. Może powodować także wadę wymowy. Rozumiem podejście koleżanki, tylko jeśli w tej chwili decydujemy, że ściągamy z dziecka jakąś presję, musimy liczyć się z tym, że później będziemy musieli nałożyć na nie inną. Bo noszenie aparatu ortodontycznego to też presja – trzeba będzie pilnować, żeby dziecko go nosiło. Wizyty u logopedy – kolejna. Wszystko trzeba wyważyć. Jeśli wada już jest spora, prościej i taniej zrezygnować ze smoczka tu i teraz i zatrzymać rozwój dysfunkcji – wad zgryzu, wymowy.

Jakieś dobre rady, jak pożegnać się ze smoczkiem?

Podobnie jak z karmieniem – można po prostu zabrać smoczek, a można odcinać codziennie milimetr smoczka, aż dziecko uzna, że smoczek się zepsuł i ono już go nie chce. Można też w symboliczny sposób pożegnać smoczek, wieszając go na drzewie smoczków – są takie drzewa w wielu miastach.

Dużo problemów z zębami dzieci wynika z zaniedbań rodziców?

Olbrzymi wpływ na stan uzębienia ma postawa rodziców – codzienna, staranna higiena, prawidłowa dieta, regularne wizyty u stomatologa. Jeśli jeden z tych elementów szwankuje, mogą pojawić się problemy.

Ważna jest konsekwencja rodziców. Jak dziecko nie współpracuje z jednym stomatologiem, rodzic nie może czekać, aż nabierze ono gotowości do wizyty u lekarza, tylko musi szukać takiego stomatologa i takiej metody, która umożliwi rozwiązanie problemu. Czas odgrywa olbrzymią rolę.

Czy pani udaje się przekonać dzieci do współpracy?

Często się udaje. Ostatnio był u nas chłopczyk, któremu miałam zrobić prosty i bezbolesny zabieg lakowania zębów, ale absolutnie odmawiał współpracy. Rozmawiałam z nim 40 minut. W końcu stwierdził: OK. Udało mi się zrobić wszystko w parę minut. Chyba sam nie do końca wierzył, że się zgodził.

Czym go pani przekonała?

To był proces. Dentysta pracujący z dziećmi powinien lubić swoją pracę, lubić dzieci, mieć do nich podejście. Na pierwszej wizycie ważne, aby był czas, żeby dziecko oswoiło się z miejscem, żebym mogła z nim porozmawiać, pokazać mu wszystkie przyrządy, opowiedzieć, jak działa turbina, mikrosilnik. Pozwoliła dziecku dotknąć profesjonalnej szczoteczki zakładanej na mikrosilnik, aby się przekonało, że może rzeczywiście trochę drży, ale nic się w związku z tym nie dzieje. Proszę też rodziców, aby nie mówili przy dziecku o bólu, np.: "Pani zrobi tak, że nie będzie bolało". Po takim komunikacie dziecko już wie, że ból może się pojawić.

Są jednak sytuacje, w których trzeba dziecku zrobić jakiś zabieg na cito, bo czekanie, aż do tego dojrzeje, może mieć bardzo nieciekawe konsekwencje – mogą się pojawić stany zapalne, co może się wiązać z jeszcze większymi dolegliwościami bólowymi i znacznie bardziej bolesnym leczeniem lub koniecznością usunięcia zęba. Niestety, bunt jest nie do przełamania.

'Próchnica to nie tylko efekt złej diety, to przede wszystkim choroba zakaźna'. Zdjęcie ilustracyjne. (Fot. Sorapop Udomsri / Shutterstock) , Magdalena Kośmider z pacjentką (materiały archiwalne)

I co wtedy?

Stosujemy premedykację farmakologiczną – podajemy leki, które działają przeciwlękowo, relaksująco, a przede wszystkim powodują niepamięć pozabiegową. U dzieci starszych często stosujemy gaz rozweselający, który także rozluźnia, ma również działanie przeciwbólowe. Innym wyjściem z sytuacji jest znieczulenie ogólne.

Nie jest to szkodliwe dla zdrowia?

Nie. Jeżeli widzimy, że dziecko jest bardzo podenerwowane i nie daje się przekonać na jednej, drugiej, trzeciej wizycie, trzeba pomóc mu się trochę wyluzować. W takim przypadku sprawdza się Dormicum,  bo nawet jeśli robimy coś wbrew dziecku, to ono potem tego nie pamięta. Była raz u nas dziewczynka, której podaliśmy ten lek, wykonaliśmy zabieg, zeszła z fotela i po 30 minutach, w poczekalni, jak już doszła do siebie, zaczęła nagle płakać, że chce na fotel, bo nie pamiętała, że już na nim siedziała.

Albo ostatnio – chłopczyk, siedem lat. Dostał podtlenek azotu, czyli gaz rozweselający. Po zabiegu schodzi z fotela i mówi do mnie: "Ciociu, to było najpiękniejsze, co mnie w życiu spotkało".

Od jakiego wieku można dziecku podać takie leki?

To stomatolog dobiera odpowiedni sposób premedykacji w zależności od wieku i potrzeb.

Nie chcę jednak straszyć, nie wszystkie dzieci boją się dentysty. Przychodzą do mnie i takie, które biją się o to, które pierwsze usiądzie w fotelu. I takich jest zdecydowana większość.

Jak osiągnąć taki efekt?

To ważne, żeby dziecko miało swojego dentystę, żeby mogło z nim zbudować zaufanie, więź. Ja dla moich pacjentów nie jestem lekarką, tylko ciocią dentystką. Zawsze powtarzam, że staram się tak opiekować moimi pacjentami, żeby w dorosłości nie bali się dentysty. Mam mnóstwo pacjentów, którzy przychodzili do mnie jako dzieci, a teraz przychodzą ze swoimi dziećmi, a nawet wnukami.

Kluczowa jest także regularność. Gdy tylko dziecko kończy u mnie wizytę, mówię do rodziców: "Proszę się od razu zapisać na wizytę kontrolną za trzy lub sześć miesięcy".

Nawet jeśli nic się nie dzieje?

Tym bardziej! Po pierwsze, na dziecku wszystko się goi bardzo szybko, ale też szybko się rozwija. A im wcześniej wychwyci się rozwijający się proces próchniczy, tym lepiej – będzie można na niego zareagować od razu i tym samym uniknąć bolesnego leczenia.

Im więcej dziecko ma tzw. wolnych przebiegów, czyli wizyt kontrolnych, podczas których dostaje ode mnie upominki, uczy się myć zęby, omawiamy zdrowe nawyki żywieniowe, tym bardziej lubi te wizyty i tym chętniej potem daje sobie zrobić coś mniej przyjemnego. Dziecko obyte z dentystą, z gabinetem, z tym, że tu coś brzęczy, a tu syczy, ma zupełnie inny stosunek do zabiegów niż takie, dla którego jest to coś nieznanego, obcego. Mam takich pacjentów, z którymi nie mam żadnych problemów z leczeniem, bo mnie lubią, bo się mnie nie boją, mają do mnie zaufanie.

Z czegoś jeszcze wynikają problemy z uzębieniem dzieci poza tym, że nie dają się leczyć?

Z niewiedzy lub błędnych przekonań rodziców. Dziś największą konkurencją lekarzy jest dr Google, który różne rzeczy podpowiada... Po drugie – ludzie mają teraz taką skłonność, aby najpierw radzić się obcych w mediach społecznościowych, a dopiero potem lekarza.

Mam wrażenie, że obecnie każdy temat jest kontrowersyjny. Nawet to, kiedy zacząć myć dziecku zęby i czy pastą z fluorem, czy bez.

Dlatego trzeba się odnosić do wytycznych. Są badania, które pokazują, że bakterie wywołujące próchnicę mogą bytować w jamie ustnej dziecka, jeszcze zanim pojawią się pierwsze zęby, dlatego można spotkać się z opinią, aby przemywać dziecku dziąsła gazikiem już od urodzenia. Na mycie zębów jest ostatni dzwonek, gdy pojawia się w buzi pierwszy ząb. Warto jednak wcześniej przyzwyczajać dziecko do tego, że coś się mu w buzi robi, żeby potem nie było problemów ze szczotkowaniem zębów.

Po drugie, do pierwszego roku życia myjemy dzieciom zęby pastą bez fluoru, a od pierwszego – z fluorem w ilości 1000 ppm. Musimy oczywiście pilnować, żeby dziecko nie zjadało pasty, i kontrolować ilość wyciskanej pasty na szczotkę. Do trzeciego roku życia wyciskamy pasty wielkości ziarna pieprzu – taka ilość wystarczy, żeby umyć wszystkie zęby, po trzecim roku życia – wielkości ziarna groszku.

Zobacz wideo Wypalenie zawodowe uznane za poważne zagrożenie dla zdrowia

Z tym myciem zębów naprawdę jest taki problem?

Ogromny! Dzieci myją zęby, ale nieskutecznie! Miałam pacjenta, którego uczyłam myć zęby przez trzy lata! Łatwo odkładał mu się kamień na zębach i nigdy nie udawało mu się go domyć. Dopiero od kilku miesięcy przychodzi na wizyty z idealnie wyczyszczonymi zębami. W teorii wszystko brzmi łatwo, ale jak przychodzi do praktyki, to nagle się okazuje, że dzieci nie umieją wymiatać, tylko szorują, i zawsze są miejsca, których notorycznie nie domywają. Podczas wizyty zawsze ćwiczymy z lusterkiem, stosujemy pastę edukacyjną, która barwi płytkę zęba na zielono, żeby dziecko zobaczyło, gdzie są te newralgiczne miejsca.

Rodzice mnie często pytają, jaka szczoteczka jest najlepsza. Ja odpowiadam: "Szczoteczka może mieć nawet właściwość lotu w kosmos, ale jeśli technika jest zła, to żadna szczoteczka nie domyje zębów".

Zaraz się okaże, że ja nie wiem, jak odpowiednio myć zęby…

Proszę się nie śmiać – pod koniec studiów też dostaliśmy takie zadanie i muszę pani powiedzieć, że marnie nam to wyszło… Tylko jak rozmawiam z rodzicami o myciu zębów dzieciom, to najczęściej słyszę, że to raczej walka niż mycie albo że dziecko gryzie szczotkę, a nie myje zęby. Dziecko musi kojarzyć mycie zębów z czymś miłym, podobnie jak wizyty u dentysty. To nam, rodzicom, stomatolog kojarzy się z czymś strasznym, dlatego chcemy unikać częstych wizyt, podświadomie przerzucamy na dziecko swój lęk.

Małym dzieciom, takim do roku życia, najlepiej myć zęby na leżąco, tak aby miało podpartą głowę. Starszym najlepiej myć, stojąc za nimi, z głową opartą o nas, jesteśmy wtedy bardziej precyzyjni, łatwiej też odwieść policzek i dotrzeć do trudno dostępnych stref. Bawimy się z dzieckiem w parkowanie szczoteczką do garażu, czyli do buzi, robimy w buzi myjnię samochodową albo organizujemy pokaz mody dziewczynce, do którego musi się przygotować, czyli pięknie uczesać, umyć zęby. Każdy rodzic zna swoje dziecko najlepiej. Kreatywność rodziców nie zna granic.

Magdalena Kośmider. Stomatolożka specjalizująca się w stomatologii zachowawczej. Od 1994 roku współwłaścicielka Gabinetów Stomatologii Dziecięcej MR MED. W latach 1992-2021 asystentką w Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego w Warszawie. Absolwentka Akademii Medycznej w Warszawie.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. W mediach od 2011 roku. Słuchanie ludzi to, obok tańczenia, jej ulubiona aktywność. Wierzy, że każda historia jest wyjątkowa. To, co jednak w każdej opowieści najcenniejsze, to jej walor uniwersalny. Takie historie chce opowiadać.