Za co zostali skazani więźniowie, z którymi pani pracuje?
Dużo jest wyroków za poważne przestępstwa. Gwałty, morderstwa, pobicia, przestępczość zorganizowana. Większość naszych podopiecznych jest po odsiadkach na oddziałach zamkniętych, dla recydywistów. Taki profil mają więzienia, z którymi współpracujemy. Ale są u nas też osoby po mniejszych wyrokach.
W więzieniach prowadzimy warsztaty i programy przygotowania do wolności, ale nasza działalność obejmuje przede wszystkim osoby, które wychodzą na wolność. Pomagamy im wrócić do normalnego życia, o ile pozawalają sobie pomóc.
A często pozwalają?
Różnie. Proponujemy szereg działań: mamy m.in. doradcę zawodowego, psychologa, terapeutę uzależnień, radcę prawnego. Paradoksalnie, najgorzej pracuje się z młodymi osobami, po krótkich odsiadkach, na przykład za jakieś włamanie, kradzież sklepową. Siedzieli rok, dwa. Przychodzą do nas i chcą wyłącznie pieniędzy, bonów żywnościowych, noclegu. Nie są zainteresowani realną zmianą.
Dlaczego?
Bo to nie są ludzie, którym wejście do zakładu karnego burzy całe życie. Oni nie znają "normalności". Zakład karny to nie jest dla nich nic strasznego, odwiedzali tam rodziców, braci, kolegów. Ludzie w "naszych" zakładach to są osoby z takich właśnie środowisk. Po wyjściu z więzienia są zwykle bezdomni. Ale wcześniej też byli. Spali kątem po kolegach, u dziewczyny, czasem w parku.
Podam przykład Dawida*. Jego ojciec przemycał ludzi. I on jako piętnastolatek jeździł z nim i pomagał. Później zajmował się "odzyskiwaniem długów", co oznacza pobicia. Nie miał osiemnastu lat. Powiedział mi, że to lubił.
Poszedł do poprawczaka, wrócił do tego samego życia. Poznałam go, jak dostał rok za jakąś bzdurę. Wyszedł, chciał od nas pieniądze. I ja, i on wiedzieliśmy, że wróci do tego życia. Tak został wychowany. On powinien był być zabrany ze swojej rodziny jako małe dziecko.
Czy w takiej sytuacji w ogóle jest szansa na powrót… przepraszam, na zbudowanie od zera "normalnego" życia?
Tak. Ale z mojego doświadczenia wynika, że ci ludzie musza się więzieniem zmęczyć. Rok w więzieniu nie jest straszny. Wpadną, poznają kolegów i odsiadka się kończy. A jak dostaną pięć lat za recydywę to mogą się zająć szkołą, zdadzą nawet maturę, pójdą na jakiś program… ale potem zaczyna się zwykłe odsiadywanie wyroku. Czyli totalna nuda.
Więzieniem trzeba się znudzić?
Zmęczyć. Bo to jest nuda połączona z ciągłym napięciem. Myślę, że większość więźniów ma za sobą doświadczenie przemocy z więzienia: psychicznej, fizycznej. Niech pan sobie wyobrazi: mieszkać przez pięć lat w celi z mordercą albo gwałcicielem. Nawet ci, co grypsują nie są bezpieczni. Posiadany status chroni ich przed przemocą, mogą go w każdej chwili utracić. W więzieniu człowiek nigdy nie wie, co się stanie. Trzeba spać z jednym okiem otwartym.
Pamiętam wielkiego, groźnego więźnia, który spotykał się ze mną w ramach przygotowania do wolności. Przychodził i przez pół godziny płakał. Nawet nie rozmawialiśmy. A później wychodził z pokoju wyprostowany, z postawą King Konga. Wracał do celi jak król. Ta społeczność nie pozwala na bycie wrażliwym. Więzienie to naprawdę nie jest przyjemne miejsce.
Samo życie w celi, wwiercający się w uszy dźwięk przy otwieraniu drzwi, to, że możesz wyjść na spacerniak na godzinę raz dziennie. To męczy.
Brzmi, jakby psychicznie łamało.
Często – tak. To jest traumatyczne doświadczenie. Ale Dawid zbudował sobie nowe życie po drugim wyroku, sześcioletnim. Fantastycznie się wziął za siebie, kiedy wyszedł na wolność.
On ma siostrę. Jest dużo starsza od niego. Nie wiem, jak to się stało, że ona ma zupełnie inne życie niż on, być może została rodzicom zabrana w odpowiednim momencie. Powiedziała, że mu pomoże zacząć od nowa, ale jeśli wróci do dawnego życia, to nie ma czego u niej szukać. Pozwoliła u siebie mieszkać, załatwiła mu pracę. Do nas przychodzi głownie pogadać, pochwalić się czymś i na terapię: raz w tygodniu, czasem częściej. Miał problemy z narkotykami więc dzwoni, kiedy chce mu się ćpać. Ma dziewczynę. Mówi, że chce mieć takie życie, jak siostra. Widzę, że ona mu imponuje. "Dopiero teraz widzę, jak fajnie może być" – powiedział. Przed tą długą odsiadką to nie mogłoby się zdarzyć.
A co pani robi, kiedy ktoś przychodzi do fundacji z takim nastawieniem, jak Dawid po pierwszym wyroku? Po prostu po kasę?
Wtedy mówię trochę inaczej niż z panem. W wersji, która nadaje się do druku: "przestań nawijać makaron na uszy, chcesz iść w środowisko, chcesz się nachlać, naćpać i szukasz argumentów, żeby nie zrobić nic". Zazwyczaj się śmieją na to. "W sumie to tak".
"Chcesz wyrwać pieniądze, to powiedz! Inni naprawdę chcą pomocy, a ty przychodzisz, opowiadasz głupoty" – mówię. Czasem odsyłam do kuratora, bo on da pieniądze. Albo nawet ja coś daję, bo wiem, że wtedy wróci. Styrany, pobity, bez zębów. Pytam wtedy: "pogadamy jak ludzie? Czy dalej zachowujemy się jak dzikusy?". I zaczyna się normalna, rzeczowa dyskusja – jak możemy mu pomóc.
Wiem, że to dziwnie brzmi. Ale czasami trzeba nimi potrząsnąć. Jeśli osadzony uzna, że jestem słaba, to później nie przyjdzie do mnie po pomoc.
Był jeden pan po narkotykach, nie dał się przekonać, żeby wrócił, jak wytrzeźwieje. Był agresywny. I w pewnym momencie przestałam być miła i odezwałam się do niego naprawdę nieładnie, tak, że nie powtórzę tego panu. Chciałam, żeby uznał, że ja też jestem nieprzewidywalna.
Zadziałało?
"K***a, pani jest bardziej popie***lona, niż ja" powiedział. Poszedł i wrócił trzeźwy. A mnie cały dzień bolał brzuch ze stresu.
Ale u nas pracują prawie same kobiety, mężczyźni się nie odnaleźli w tej pracy. Jakbym pozwoliła, żeby ktoś mną pomiatał, to jutro tego ośrodka by nie było. Muszą wiedzieć, że tu są zasady, że muszą nas szanować. I przede wszystkim: skazany nie może czuć, że się boimy.
A boi się pani?
Czasem się boję. Kiedyś miałam spotkanie indywidualne z młodym przestępcą, ale bardzo niebezpiecznym. Byliśmy sami, w takiej piwnicy, bo zakład nie był przystosowany do spotkań i wtedy środki ostrożności było znacznie mniejsze. Przysunął się do mnie, blisko.
"Boisz się?", zapytał. Powiedziałam, że nie, czego mam się bać? "Przecież ja w każdej chwili mogę ci łeb utrącić". "To zrób to" odpowiedziałam. I wtedy się bałam. Nie pokazałam tego. Ciekawe, że po tym incydencie przychodził na każde spotkania ze mną i przeprosił za swoje zachowanie. Do dziś dzwoni do mnie, kiedy ma problem na wolności.
W fundacji i ośrodku nie ma takich sytuacji. Przychodzą do nas osoby, które szukają jakiegoś rodzaju pomocy, a nie problemów. Są tacy, którzy od razu po wyjściu z więzienia wskakują w dawne środowisko. Nawet nie udają, że spróbują inaczej.
No właśnie, porusza pani ważny temat. W Polsce w ciągu pięciu lat do działań przestępczych wraca ok. 40 proc. więźniów. Są kraje – jak Norwegia czy Hiszpania, które mają ten odsetek o połowę niższy. Dlaczego?
Na terenie, na którym działamy, uważam, że jest bardzo dobrze. Ale wspominał pan o Hiszpanii. Miałam okazję odwiedzić tam takie modelowe więzienie. Mieli jednego wychowawcę na pięć osób. U nas na jednego wychowawcę przypada kilkudziesięciu osadzonych.
Istnieje przepis, który pozwala złożyć wniosek o zapewnienie przygotowania do wolności. Sześć miesięcy przed wyjściem osadzony może skorzystać z pomocy kuratora, służby więziennej i innych instytucji. W tym czasie powinien powstać plan życia na wolności. Ale żeby taki artykuł zrealizować, potrzeba wiele godzin pracy z osadzonym. A kurator ma dużo pracy w terenie, psycholog więzienny w zakładzie. I to, co powinno być cyklem spotkań, jest załatwiane jedną rozmową.
W więzieniach dramatycznie brakuje kadry, do tego stopnia, że nie możemy pracować ze wszystkimi skazanymi, którzy się do nas zgłaszają. Bo nie ma komu ich doprowadzić na spotkanie.
A po wyjściu na wolność?
Tam, gdzie są fundacje, działa to nieźle, zapewniamy kompleksową pomoc. Tłumaczymy czasem podstawowe rzeczy: jak działa smartfon, jak złożyć CV przez internet. Gwarantujemy pomoc specjalistów: od psychologicznej, przez prawną, doradztwo zawodowe, zapewniamy szkolenia zawodowe, pomagamy wynająć pokój, albo miejsce w ośrodku. Zgłaszają się do nas pracodawcy z ofertami pracy. Ale w Polsce działa kilka takich fundacji, jak nasza.
Pomocy powinny udzielać Ośrodki Pomocy Społecznej. Według raportu NIK z 2018 roku, z "państwowe" pomocy postpenitencjarnej korzystał po wyjściu z więzienia mniej niż jeden na pięciu osadzonych. Zazwyczaj to jest pomoc finansowa. Z prawnej czy psychologicznej skorzystało kilka procent. W Ośrodku Pomocy Społecznej 40 proc. osób pojawiło się w tylko raz.
To niestety mogłoby być też o 2024 roku. Nie chodzi nawet o to, że nie ma ośrodków, które pomocy powinny udzielać, tylko o to, jak one działają. Na stronie Funduszu Sprawiedliwości umieszczono listę ośrodków pomocy postpenitencjarnej. Z ciekawości obdzwoniłam wszystkie. Głuchy telefon. Jedna pani oddzwoniła do mnie wieczorem, że pomyłka. A to jest bardzo ważne, żeby człowiek, który chce coś zmienić w swoim życiu miał gdzie pójść. Bo jeśli wróci w dawne środowisko, to przepadnie.
Opowiem panu o Piotrku. Siedział piętnaście lat. Alkoholik, narkoman. Skończył odsiadkę i przyszedł prosto do nas, z dokumentami w foliowej "koszulce". Był zupełnie przerażony, płakał. Dosłownie padł na kolana. Powiedział, że chce wracać do więzienia. Że on się tu nie odnajdzie, że to nie jest życie dla niego. Więzienie przynajmniej znał. Ale wiedziałam, że skoro ze mną rozmawia w ten sposób, to nie chce nigdy więcej tam wracać. Opowiadał mi swoją historię, a ja starałam się znaleźć jakiś zapalnik, który da mu motywację do walki o siebie. I okazało się, że w rodzinie zastępczej ma syna. Jego konkubina była alkoholiczką. Kiedy Piotrek był w więzieniu zostawiła małe dziecko w domu i zniknęła. Po trzech dniach syn trafił do pogotowia opiekuńczego. A matka nie pojawiła się w jego życiu nigdy więcej. Ale Piotrek miał tylko ograniczone prawa rodzicielskie. I po pięciu godzinach rozmowy wiedziałam, że mamy cel, o który będziemy walczyć. Chciał odzyskać syna.
Gdyby tego dnia nie przyszedł do nas, gdyby nikt z nim nie porozmawiał, to poszedłby się napić. Odezwałby się do starych znajomych. Nic by się nie zmieniło. Myślę, że prawie każdy ma w swoim życiu moment, w którym jest gotowy na zmianę. I tego nie można zmarnować.
Co dalej się stało z Piotrkiem?
Razem znaleźliśmy mu pracę, mieszkanie socjalne. Bardzo się starał, nie pił. Mógł odwiedzać syna, więc jeździł codziennie na drugi koniec miasta, w sumie trzy godziny dziennie w komunikacji. Dostał pozwolenie, żeby z nim jeździć na wakacje. Był w nim tak zakochany... "synek", mówił o nim. Zawsze szkliły mu się oczy, jak o nim opowiadał. Został stolarzem, zaangażował się w kościół zielonoświątkowców. Po trzech latach sąd rodzinny przywrócił mu prawa rodzicielskie. Jemu, wydziaranemu, z krzywym nosem, po którym recydywę było widać z daleka. I teraz mieszkają razem. Syn ma trzynaście lat, przychodzi do nas na terapię. A Piotrek studiuje resocjalizację, jest na drugim roku. Jest naprawdę wspaniałym człowiekiem.
A za co był skazany?
Wiem o co pan pyta. On – za włamania, pobicia, narkotyki. Uzbierało się piętnaście lat. Zastanawia się pan, czy gdyby był mordercą, to powiedziałabym, że jest wspaniały. Tak. Skazani mają w sobie dużo wrażliwości, potencjału, talentów. Są wspaniali, tak jak wszyscy inni ludzie. Tylko, że oni zrobili bardzo złe rzeczy. Pracujemy też z osobami, które dokonywały przestępstw seksualnych. Z pedofilami.
Czy praca z takimi osobami nie jest trudna? Emocjonalnie?
Teraz już nie, nie bardziej niż z innymi osadzonymi. Miałam na początku mojej pracy zawodowej doświadczenie z kobietami skazanymi za pedofilię. Te osoby bardzo szczegółowo mi opowiadały, co zrobiły, a ich historie były związane z ciałami małych dzieci. Jakby w ogóle nie rozumiały, jak złe to było, co zrobiły. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, kiedy uciąć takie opowieści. Więc słuchałam.
Całą drogę powrotną przepłakałam. Powiedziałam, że ja do tego w ogóle nie wrócę, że to są jakieś potwory totalne, które nigdy nie powinny wyjść z zakładu karnego, że one nie zasługują na pomoc. Zadzwoniłam do bardziej doświadczonego znajomego. Powiedział mi, że muszę rozróżniać przestępstwo od człowieka, któremu mam pomóc.
To były osoby zaburzone. Wychowały się w rodzinach, gdzie nie było rodziców, byli kaci. Ci "najgorsi" więźniowie często sami jako dzieci byli gwałceni, bici. Jeden z moich podopiecznych, teraz dobrze funkcjonujący, powiedział mi, że jego mama za pieniądze oddawała go koledze. "Sprzedawała". Zawiódł system, ale nie penitencjarny. Zawiedliśmy ich, kiedy byli dziećmi. Gdyby wtedy zareagował jakiś kurator, nauczyciel, sąsiad, urzędnik, to te historie mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej.
Ale tak, spotkania z tymi kobietami dużo mnie kosztowały. Przez kilka miesięcy miałam problem, żeby umyć własną córkę, zobaczyć ją nago, dotknąć, bo przypominały mi się te historie. Teraz praca z pedofilami nie jest dla mnie tak obciążająca. Nie pytam więcej, niż potrzebuję wiedzieć.
A co pani potrzebuje wiedzieć?
Poznałam niedawno Adama. On wyszedł na wolność. Powinien być na wolności, czy nie, nie mnie to rozstrzygać. Odsiedział wyrok, o którym zdecydował sąd.
Adam mówił, że będzie do nas przychodził raz w tygodniu na spotkania z seksuologiem. Zapytałam go, za co ten wyrok. I zaczął kręcić. Najpierw mówił, że to był siedemnastolatek, później wyszło, że dwunastoletni chłopiec. Był taki pobudzony tym, o czym opowiada, kręcił się na krześle. Powiedziałam, że pomogę mu coś z telefonem zrobić i zobaczyłam, że ma poinstalowane wszystkie media społecznościowe. A tam "urabiał" wcześniej dzieciaki.
I tyle potrzebowałam wiedzieć, żeby mieć pewność, że w fundacji nie damy z nim rady i że potrzebuje trafić do specjalistycznego ośrodka. Gdzie teraz się znajduje. Kiedy mam do czynienia z przestępcą seksualnym, to staję na rzęsach, żeby poświęcić mu czas, dać mu najlepszą pomoc, na jaką nas stać. Żeby nie wrócił do przestępstw. Żeby nie przyszło mu do głowy znowu zniszczyć komuś życie. W "Tulipanie" mamy ten sam cel, co służba więzienna. Zadbać o to, żeby ludzie, którzy popełnili przestępstwa, nie zrobili tego nigdy więcej. Ten sam cel, inne metody. Dlatego jestem w stanie pracować z każdym przestępcą. Nie każdym, przepraszam.
Z kim nie?
Z takimi, którzy śmieją się z tego, co zrobili. Mówią, że pocięli kogoś. Że napadli jakąś starszą panią. Że kogoś zabili. Wtedy czuję, taką wściekłość, że sama bym im wymierzyła sprawiedliwość. Bo myślę sobie, że ta pani, której ukradli oszczędności to mogła być moja mama. Że facet, którego pobili, to mógł być mój mąż. I tak im mówię, że mają sobie iść. Że ja nie potrafię im pomóc, bądź odsyłam do innego specjalisty: psychologa, terapeuty. Chyba nic mnie tak nie przeraża jak śmianie się z krzywdy innych, ale walczę z tym, bo wiem, że musze być profesjonalistką. Czasem wracają po jakimś czasie. Przepraszają.
I co pani na to?
"Słuchaj, to może zacznijmy od początku".
*Imiona osadzonych zmieniono.
Monika Skrzetuska. Kryminolog, specjalista ds. resocjalizacji i profilaktyki uzależnień, socjolog. Członek Prezydium Terenowej Rady ds. Społecznej Readaptacji i Pomocy Skazanym Okręgu Szczecińskiego. Ekspert w działaniach międzynarodowych z zakresu resocjalizacji, terapii, pomocy penitencjarnej i postpenitencjarnej. Zachodniopomorski Lider Ekonomii Społecznej.
Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią.

