Rozmowa
Sławomir Sikora (Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl)
Sławomir Sikora (Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl)

Sławomir Sikora miał niespełna 30 lat, gdy wspólnie z Arturem Brylińskim rozkręcał własną firmę. Zaczął ich szantażować znajomy, żądając spłaty wyimaginowanego długu. Zgłosili sprawę policji, ale bez skutku. Pobicia, próby zastraszania, grożenie bliskim tylko się nasilały. W marcu 1994 roku, Sikora i Bryliński zabili swoich dwóch oprawców. W 1997 roku zostali skazani – każdy na 25 lat więzienia. Sikora spędził za kratami 10 lat. 5 grudnia 2005 roku został ułaskawiony przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, a Bryliński pięć lat później przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. On spędził w więzieniu 15 lat.

Dlaczego zdecydował się pan wrócić do wspomnień z więzienia?

Po pierwsze, niekoniecznie najważniejsze, ale mimo wszystko ważne: chcę zarobić pieniądze. Wiem, że wiele osób zacznie kręcić głową i przewracać oczami. Jak to, morderca ma zarobić na własnej zbrodni? Nie dość mu, że wyszedł wcześniej na wolność? Ale ja mam ogromną dziurę w budżecie.

W więzieniu przez siedem lat, z dziesięciu, które tam spędziłem, pracowałem, ale zwykle na pół etatu albo na 7/8. Nigdy na pełnym, żeby ZUS był jak najmniejszy. Oczywiście za każdym razem wyrażałem na to zgodę, ale efekt jest taki, że na przyzwoitą i szybką emeryturę nie mam co liczyć.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

A inne powody?

Chcemy tym filmem pokazać, jak wygląda więzienie. Od czasów, kiedy ja siedziałem, czyli na przełomie tysiącleci, zakłady karne na pewno się zmieniły, ale wiele mechanizmów pozostało bez zmian. Chociażby relacje między współwięźniami, które jak podejrzewam, nadal są, delikatnie mówiąc, napięte. Więzienie nadal we mnie jest, tego się nie zapomina.

Główny bohater, który nazywa się tak jak ja, a którego gra Bartosz Sak, zostaje skazany na 25 lat. Musi walczyć o przetrwanie w środowisku recydywistów. Uczy się zyskiwać sojuszników i przyjaciół, zdobywać szacunek i lawirować pomiędzy więziennymi subkulturami.

Zobacz wideo

Już jeden film o panu powstał – głośny "Dług". Dlaczego zdecydował się pan na własną filmową opowieść?

Tamten film był o mnie, ale i nie o mnie. Krzysztof Krauze spisał to, co miałem mu do powiedzenia, a potem wykreował własną postać. Słabo się w niej odnajdowałem. To był jakby mój niewyraźny cień. Teraz mogę w pełni uczciwie przyznać się do bohatera „Mojego długu". Tak, to ja. Poza tym najnowszy film jest właściwie o czym innym niż historia opowiedziana przez Krzysztofa Krauzego. Jemu chodziło głównie o pokazanie, jak doszło do zbrodni. My dziś opowiadamy o tym, co działo się później. Dla mnie to równie ważne, a chwilami nawet ważniejsze.

Sławomir Sikora i Bartosz Sak (WBF)

Wiem, że był pan na planie filmu, żeby osobiście dopilnować szczegółów.

Nie jestem filmowcem. Na planie przebywałem głównie dla wsparcia, gdyby któryś z aktorów lub członków ekipy go potrzebował. Nie pchałem się do scen, byłem po prostu do dyspozycji. Gdy ktoś chciał, żebym coś wyjaśnił, skorygował, udzielałem wyczerpujących odpowiedzi.

Jak zmieniło pana więzienie?

Musiałem się zamienić w zwierzaka. Kierowałem się pierwszym prawem biologii - chciałem tylko przeżyć. Inaczej bym nie przetrwał. Wydawało mi się na początku, że tego wymaga ode mnie więzienna rzeczywistość. Albo ty, albo ciebie. Albo za wszelką cenę, powtarzam za wszelką cenę, utrzymasz się na wierzchu, albo cię zjedzą.

Siedziałem w ponad 70 celach – 2-, 4-, 6-, 7- i 26-osobowych. Dzieliłem je z ponad tysiącem współwięźniów. W więzieniach panuje ciągła rotacja, żeby ludzie się do siebie nie przyzwyczaili. Za każdym razem była to nowa rzeczywistość, którą musiałem sobie aranżować. 

Może się komuś wydawać, że wie, jak wygląda życie w więzieniu, bo dużo czytał, wiele filmów oglądał. Ale znaleźć się tam z perspektywą spędzenia wielu lat – to uczucie, którego nie sposób sobie wyobrazić.

Wie pani, ja nawet czasem słyszę od znajomych, że w więzieniu jest fajnie, bo można sobie pospać. Jest taki stereotyp, że panuje tam cisza. A nie ma pani pojęcia, jaki tam jest huk. Funkcjonariusze walą zasuwami, że bębenki w uszach pękają.

Albo kąciki toaletowe. Kiedy ja byłem w więzieniu, te zamykane stanowiły pewien luksus. A jak można mówić o jakiejkolwiek resocjalizacji, skoro człowieka odziera się z godności już pierwszego dnia, każąc mu załatwiać się na widoku, w obecności innych więźniów. Znałem chłopaków, którzy przez tydzień albo dwa nie potrafili się wypróżnić. Ze stresu. Sam na początku miałem z tym problem. Dzisiaj, jak odwiedzam więzienia przy okazji różnych debat, z radością stwierdzam, że kąciki toaletowe są zamykane.

Sławomir Sikora podczas wykładu na Uniwersytecie Rzeszowskim, styczeń 2009 rok (Krzysztof Koch / Agencja Wyborcza.pl)

Czytałam też, że wszędzie unosił się smród papierosów.

W pudle śmierdziało beznadzieją i cuchnęło papierochami. Od 1994 roku, kiedy mnie zatrzymano, do 1996 roku, gdy w regulaminie więziennym wprowadzono przepis, że oznacza się cele dla palących, w mojej celi co 20 sekund zapalał się papieros. Wszystko mi śmierdziało. Miałem wszy i świerzb. Jak się potem okazało, wszy były w starych, nie wymienionych siennikach.

Wiem, co to głód, bo byłem przez współwięźniów okradany z jedzenia. Siedziałem w celi na końcu i nagle słyszałem: "Skończyły się ziemniaki". I dostawałem skąpy posiłek, a współwięźniowie właściwie zjadali moją porcję. Kiedyś się postawiłem. Podszedł do mnie jeden z grypsujących, którzy rozdawali jedzenie, i strzelił mnie w głowę z dyńki. Nie przestraszyłem się i zażądałem swojego mielonego. „Nie upier**la się żelaznej porcji" – oznajmiłem. Wszedłem do łazienki, strzeliłem sobie poprawkę, uderzając głową o ścianę, i poskarżyłem się wychowawcy. I zażądałem obdukcji.

I jak się to skończyło?

Przez trzy tygodnie miałem napastnika w szachu. Kończył odsiadywać wyrok za gwałt. Już odliczał dni do wyjścia. Oddziałowy, który był z nim zaprzyjaźniony, chodził za mną i prosił, żebym wycofał skargę. "A co ja z tego będę miał?" – zapytałem. Przenieśli mnie do lepszej celi, dostałem możliwość częstszego kąpania się i mogłem w końcu jeść wszystkie posiłki, nikt mnie z nich nie okradał. Więc skargę wycofałem.

W ciągu 10 lat w więzieniu widziałem na własne oczy handel narkotykami, tolerowanie samosądów, gwałtów. Raz byłem świadkiem zbiorowego gwałtu na młodym chłopaku. "Czy was porąbało? Chcecie jeszcze być oskarżeni o brutalny gwałt?" – krzyknąłem do gwałcicieli. I przestali.

W celi obok siedział chłopak, który zgwałcił i zamordował półroczną dziewczynkę. Dostał 25 lat, jak ja. Często pytają mnie, czy pogodziłem się z wyrokiem. Mówię wtedy, że go przyjmuję. A co miałem powiedzieć? Czułem się tak, jakby wymiar sprawiedliwości napluł mi w twarz, bo postawił znak równości między mną a tym dewiantem.

Pan został skazany wraz z Arturem Brylińskim za to, że zamordowaliście dwóch mężczyzn, którzy was szantażowali, bili, zmuszali do popełniania przestępstw.

Kiedyś w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie przychodzi do mnie oddziałowy i pyta: "Sikora, wy naprawdę odcięliście im głowy, a potem kopaliście je jak piłkę na moście w Górze Kalwarii i piliście wódkę?". Odpowiedziałem: "Panie Zygmuncie, jak powiem, że tak było, to skłamię. Jak powiem, że nie, to mi pan nie uwierzy, bo przecież tutaj wszyscy są niewinni. Zna mnie pan od kilku miesięcy. Niech sobie pan sam wyciągnie wnioski". 

Ja nigdy nie twierdziłem, że jestem niewinny. Przez pewien czas byłem jednym z najgorszych więźniów. Miałem swój gang frajerów, jak nas nazywali grypsujący. Wie pani, jaką miałem radość, gdy do więzienia trafiali skazani za haracze? Niszczyłem ich psychicznie. Podam pani przykład. Każdemu nowemu kazałem się pierwszego dnia rozebrać do naga. On się denerwował, że zrobię mu krzywdę, ja po prostu sprawdzałem, czy nie ma wszy albo świerzbu.

Raz jeden z grypsujących podszedł do mnie i mówi: "Sławek, co ty wyprawiasz, daj już spokój". Powiedziałem mu, że skoro jestem najgorszy, to nie będę udawał niewiniątka. A ponieważ posturę miałem drobną, poprosiłem brata, żeby przywiózł mi sterydy. Nie przywiózł, więc chłopaki mi załatwili. Do więzienia można przemycić wszystko.

Sławomir Sikora spędził w więzieniu 10 lat (Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl)

Gdy był pan w więzieniu, rozpadł się pański związek.

Przez 13 miesięcy narzeczona mnie odwiedzała. Ale z biegiem czasu było jej coraz trudniej, pisała mi w listach, że nie daje rady. Nie chciałem, żebyśmy się rozstali, ale doskonale ją rozumiałem. W 1995 roku wysłała mi list pożegnalny. Pisałem do niej co tydzień jeszcze przez dłuższy czas, bo ja uparty facet jestem, ale bez odpowiedzi. Gdy wyszedłem na wolność, poprosiłem ją w mailu, żeby mi te listy oddała. Odpisała, że je wyrzuciła.

Trafiłem do więzienia w wieku 29 lat i odsiedziałem 3690 dni. Straciłem tam być może 10 najlepszych lat swojego życia.

Jak patrzy pan dziś na ten czas?

W więzieniu czas się zatrzymuje. Dlatego wypracowałem sobie, że odczuwalną jednostką czasu jest dla mnie kwadrans. Nie mniej, nie więcej. Doba ma 96 kwadransów, czyli w sumie ponad 350 tys. kwadransów spędziłem z ludźmi, z którymi nie chciałbym się spotkać nawet na pięć minut. Proszę mi wierzyć, dzisiaj to nawet nie pamiętam, jaki mamy dzień. Czy to wtorek, czy środa. Szybko robię zakupy, szybko pracuję, po więzieniu umiem się też błyskawicznie spakować.

Gdy pojawił się film "Dług", zaczęto o nas mówić. Okazało się, że jesteśmy z Arturem nie tylko mordercami, ale i ofiarami. Trafiłem do mojego ukochanego więzienia we Włocławku. To najbardziej jasny punkt na mapie polskich zakładów karnych. Zacząłem tam czytać i się uczyć, zaproszono mnie do pracy w radiowęźle, reaktywowałem też klub literacki Bartnicka 10. Równocześnie pisali o mnie dziennikarze, zaczęło się dziać. Ludzie zbierali podpisy pod petycją o nasze ułaskawienie.

Aż wreszcie się udaje. 5 grudnia 2005 roku zostaje pan ułaskawiony przez Aleksandra Kwaśniewskiego.

Ta informacja pojawiała się na czerwonym pasku w telewizjach. W szkole nigdy nie miałem świadectwa z czerwonym paskiem, a tu proszę, mam! Mało kto wie, że ułaskawienie odbyło się na zasadach warunkowego zwolnienia. Trwało ono do grudnia 2010 roku. Kilka dni po tym, jak się skończyło, prezydent Bronisław Komorowski podjął decyzję o ułaskawieniu Artura.

Widać, że prezydent czekał, jak będę się zachowywał na warunkowym zwolnieniu. Nie mogłem więc być krnąbrnym obywatelem i komentować wyroku niezawisłego sądu. Nie mogłem też popełnić nawet drobnego wykroczenia drogowego, bo wtedy wróciłbym do więzienia. I musiałbym odsiadywać wyrok 25 lat. Dlatego w tamtym czasie nie zrobiłem prawa jazdy. Jak byłem młody, nie miałem pieniędzy, potem mnie wozili koledzy w firmie, a później samochody wymiaru sprawiedliwości. I tak mi jakoś zeszło do 50. roku życia, kiedy wreszcie zdałem egzamin na prawo jazdy. Dziś sobie myślę – jak ja w ogóle mogłem bez niego żyć? 

Kadr w filmu 'Mój dług'. Piotr Stramowski i Bartosz Sak (Piotr Myszkowski)

Co pan pamięta z pierwszych dni wolności?

Jak pierwszy raz poszedłem z kolegami w góry. Wspaniale się czułem, gdy zobaczyłem tę ogromną przestrzeń. Niektórzy nawet teraz mówią, że jestem naspeedowany. A ja po prostu wiem, co to znaczy stracić wolność. Cieszę się, że siedzę teraz w kawiarni, jem lody, że sobie rozmawiamy. Ale początki, jak się pani pewnie domyśla, wcale nie były łatwe.

Po wyjściu z więzienia system penitencjarny przestał się mną interesować. Kurator żąda, żeby podjąć pracę, ale on jej nie załatwi. Na jeden z pierwszych wywiadów umówiłem się w pizzerii, ale czekałem przy wejściu, pod daszkiem, bo padało. Szatnia kosztowała złotówkę, a ja miałem puste kieszenie.

Przez pierwsze tygodnie po ułaskawieniu wszędzie chodziłem, bo po prostu nie stać mnie było na bilet na komunikację miejską. Chodziłem w butach, do których wkładałem folię, bo miały dziury i przemakały. Wstyd mi było poprosić obcych o pieniądze. Nie miałem też żadnego psychologa, żadnej terapii.

Mnie się wtedy wydawało, że jestem normalny. Dziś wiem, że nie.

Poradził pan sobie.

Jeszcze w więzieniu dużo czytałem. W książkach Sołżenicyna, Grzesiuka, Dostojewskiego, Kępińskiego szukałem odpowiedzi, jak przetrwać. Potem zacząłem patrzeć w głąb siebie.

Autoterapię zacząłem już za kratami. W pewnym momencie postanowiłem odwrócić rzeczywistość. Wmówiłem sobie, że więzienie to wolność, a wszystko poza nim jest niewolą. Chodziłem po spacerniaku z uśmiechniętą gębą. Miałem własny mikroświat.

Wciąż jestem w stanie cofnąć się pamięcią do konkretnego tygodnia, miesiąca i roku. Mogę zlokalizować, gdzie w danym czasie byłem. Wtedy jedynym moim przyjacielem był telewizor. Wie pani, że więźniowie najchętniej oglądają "M jak miłość"? Bo mogą się powzruszać. W celi znów muszą być twardzielami. Dlaczego w Stanach daje się więźniom koty czy króliki? Bo mogą zwierzę pogłaskać, pokazać emocje.

Jak pracowałem w radiowęźle, miałem zakaz puszczania komedii romantycznych i melodramatów. Bo w więźniach zaczynały się budzić uczucia, które z kolei mogły powodować frustracje. A te wywoływały problemy.

W więzieniu panuje spokój, ale on jest iluzoryczny. To tak, jakby pani siedziała na wulkanie.

Kadr z filmu 'Mój dług' (Piotr Myszkowski)

Postanowił pan o tym mówić.

Początkowo robiłem za dziwadło. Zapraszały mnie na spotkania różne uczelnie i organizacje, żeby ludzie mogli zobaczyć i usłyszeć byłego kryminalistę.

W zakładach karnych z kolei dawałem świadectwo. Mówiłem pracownikom więziennictwa: "Drodzy państwo, zostałem skazany na 25 lat więzienia, miałem wyjść na wolność w 2019 roku. A dziś stoję przed wami w garniturze i dzielę się z wami swoim życiem. Proszę, żebyście patrzyli na więźniów jak na ludzi. Któryś z nich może być po odbyciu kary pracodawcą waszego syna albo wnuka." Rozlegały się oklaski. "Panie Sławku, a przyjechałby pan do nas?" – słyszałem od kolejnych szefów więzień.

A jeszcze w więzieniu nocami spisywałem wspomnienia. Powstała z nich książka "Mój dług", która pozwoliła mi przetrwać. A potem, już na wolności, druga – "Osadzony", dzięki której miałem pieniądze na życie poza kratami.

Życie prywatne też się panu szczęśliwie poukładało.

Nawróciłem się u zielonoświątkowców, teraz jestem katolikiem z korzeniami żydowskimi. Mam wspaniałą żonę i troje fajnych dzieci. Co prawda w wieku 57 lat jestem bardziej dziadek niż tata, ale trudno. W gruncie rzeczy czuję się o 10 lat młodszy. Gdy patrzę na moich kolegów rówieśników widzę, że są w zupełnie innym miejscu. Ja dziś przeżywam to, co oni przeżywali kilkanaście lat temu, tylko mam inne doświadczenia. Nie rzucam się na wszystko. Mogę świadomie wychowywać dzieci i poświęcać im czas - ostatnio na przykład pojechaliśmy w góry i pokazałem im taki śnieg, jakiego w mieście nie widziały. Dużo rozmawiamy. Chciałbym, żeby w przyszłości potrafiły sobie radzić z problemami.

Ja na szczęście miałem na siebie jakiś pomysł, ale większość ludzi, którzy wychodzą na wolność, nie ma. Jeszcze w więzieniu zacząłem się przygotowywać do nowego życia. Nauczyłem się pisać dziesięcioma palcami, uczyłem się angielskiego. Gdy po latach wyszedłem, poszedłem na studia, skończyłem kierunek praca socjalna. Zatrudniałem się w różnych firmach, prowadziłem treningi motywacyjne i wykłady na uczelniach. Mam też fundację Warto Żyć. Ponad 37 tys. ludzi podpisało się pod wnioskiem o moje ułaskawienie, więc czułem, że powinienem się za to jakoś odwdzięczyć.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Wie pan, co się dzieje z Arturem Brylińskim?

Mamy z Arturem numery telefonów do siebie. Jak potrzeba, to się zdzwaniamy. Ostatni raz rozmawialiśmy dwa lata temu. Wiem, że poukładał sobie życie i dobrze mu się wiedzie. Powiem tak: nasz wspólny rozdział zakończył się w marcu 1994 roku, kiedy pojechaliśmy do lasu i zabiliśmy dwie osoby.

Sławomir Sikora. Przedsiębiorca, pierwowzór Stefana w "Długu" Krzysztofa Krauzego. On i jego wspólnik Artur Bryliński byli ofiarami wymuszeń, pobić i zastraszeń. W marcu 1994 r. zabili swoich dwóch oprawców. W listopadzie 1997 został skazany na 25 lat więzienia, odsiedział 10 lat. 5 grudnia 2005 r. ułaskawiony przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Autor autobiografii "Mój dług" i współautor książki "Osadzony", którą napisał z Radosławem Grucą.