Kasia mieszka na Lubelszczyźnie. Na co dzień pracuje w markecie na etacie, ale od kilku lat dorywczo jeździ na zbiory owoców. – Jak mam dzień wolny i gospodarze się zgodzą, żebym przyjechała na ten jeden dzień, to sobie dorabiam. Z reguły pracę zaczynam o 8 albo 8.30 – zaraz po tym, jak wyszykuję dzieci do szkoły – i zbieram owoce do około 17 – opowiada.
W trakcie takiej zmiany ma dwie przerwy. Pierwszą około 11 i drugą, obiadową, około 14.30. – W tym roku pracuję przy zbiorach truskawek, w poprzednich latach zrywałam też maliny i fasolkę szparagową. Transport na pole muszę zapewnić sobie sama, ale to mi bardziej pasuje, bo jadę tak, żeby odwieźć jeszcze dzieci do szkoły. Niektórzy w mojej okolicy oferują pracę z zakwaterowaniem, ale to nie dla mnie, ja traktuję to jako dodatek do etatu i dodatkową gotówkę – mówi. – Czy to jest opłacalna praca, to ciężko powiedzieć. Zależy. Są przypadki, gdy gospodarz płaci 4,50 zł za łubiankę (około 2,5 kg), a na skupie dostaje około 3 zł za kilogram. Dla mnie jest to po prostu bardziej opłacalne niż siedzenie w domu – podkreśla Kasia.
Chociaż praca przy zbiorach do najłatwiejszych nie należy. – Najtrudniej jest w upale i słońcu. Strasznie daje w kość takie darmowe solarium. Ale lubię pracę na świeżym powietrzu. No i dodatkową kasę – zaznacza.
"Lekko nie jest"
Yana pochodzi spod Lwowa. Do Polski kilka lat temu przyjechała na studia. Na zbiory owoców jeździ w każdej wolnej chwili. – Teraz łapię się wszystkiego, co w Polsce jest rozchwytywane sezonowo. Najwięcej pracy jest obecnie przy truskawkach, zdarzają się szparagi – tłumaczy.
W pracy przy zbiorach ma doświadczenie. Dorabia w taki sposób od wielu lat. – W naszej miejscowości pod Lwowem często umawialiśmy się z grupą znajomych na wyjazdy wakacyjne, dwa–trzy miesiące pracy i byliśmy w stanie zarobić własne pieniądze. To dawało poczucie niezależności, choć trzeba było ciężko fizycznie pracować – podkreśla. – Nie ma co się czarować, lekko nie jest. Z czasem pracy bywa różnie, raz osiem godzin, a raz tyra się nawet dwanaście. Jak jest z kim porozmawiać, to aż tak się nie dłuży, atmosfera bywa naprawdę fajna. Podoba mi się też to, że zbierając owoce, nie muszę o niczym myśleć. Na co dzień trudniej wyłączyć głowę – opowiada.
Yana pracę przy zbiorach także traktuje dorywczo. – Nie sądzę, żeby ktoś był w stanie pracować w ten sposób cały rok. Opłaca się wtedy, kiedy ktoś niewiele oczekuje od życia, jest młody, chce się trochę uniezależnić, jak ja. "Na truskawkach", jak tłumaczy, dostaje teraz około 4 zł za zebraną łubiankę. Dziennie zbiera kilkadziesiąt. – Ale na dłużej to wyzysk dla organizmu. Widzę po sobie. Po pierwszych dwóch–trzech tygodniach zbiorów zaczynają boleć mnie kolana i bark, bo jednak jest się schylonym cały czas – wyjaśnia. – Nie zawsze w trakcie dnia pracy można pozwolić sobie na porządną przerwę. Teraz, pracując przy truskawkach, w trudnych, zmiennych warunkach pogodowych robię przerwę wyłącznie na toaletę. Długo tak nie popracuję, ale teraz to konieczność, potrzebuję pieniędzy na utrzymanie – zaznacza.
Paulina w maju zdawała maturę, w tym roku po raz kolejny zdecydowała się na pracę przy zbiorach owoców. – W zeszłym roku pracowałam przy zbiorze malin, od 6 albo 7 rano przez osiem godzin. Na plantację musiałam dojeżdżać rowerem godzinę albo jechać ze współpracownikami autem – wspomina.
Dwa tygodnie temu zaczęła pracę przy zbiorze truskawek. – Pracuję od 6 do 11 lub 12, zależy, czy jest dużo truskawek, czy nie. Przerwę mamy półgodzinną, o 8.30 lub 9 – wyjaśnia.
Na plantację dojeżdża sama i sama ze zbiorów wraca. – Jeżdżę na rowerze, ale w tym roku dojazd zajmuje mi jakieś 20 minut.
Taka sezonowa praca to dla niej świetny sposób na dorobienie. – Jak się chodzi na zbiory trzy dni w tygodniu i więcej, to już mi się to opłaca. Za koszyczek zarabiam kilka złotych, ale sporo można ich zebrać. Mam miłą kierowniczkę, spoko ludzie pracują. Truskawki łatwo się zbiera, chociaż nie ukrywam, że czasami mocno bolą mnie plecy po pracy. Ale nie narzekam, lubię to zajęcie – podkreśla.
Walka o pracownika
Izabela Kaczorowska, autorka branżowego bloga o sadownictwie, nie ma wątpliwości, że to już jest trudny rok – zarówno dla pracodawców, jak i pracowników. – Pogoda była bardzo kapryśna, nie było takiej od 30 lat. Susze, przymrozki i gradobicia spowodowały, że owoców jest znacznie mniej. Ceny, które są oferowane producentom, są bardzo mizerne, wręcz nieopłacalne – mówi.
Chociaż, jak wyjaśnia, rynek przeżywa kryzys od lat. – Z roku na rok chętnych do pracy przy zbiorach owoców jest mniej. Moja koleżanka ma w gospodarstwie hotel, w którym zapewnia zakwaterowanie pracownikom. W zeszłym roku miała 60 osób, w tym 17. Mało kto chce podjąć się sezonowej pracy. Także osoby z Ukrainy szukają stałego zajęcia albo wyjeżdżają z Polski w poszukiwaniu lepszej płacy – mówi Kaczorowska.
A to właśnie osoby z zagranicy, jak tłumaczy, stanowią większość pracowników przy sezonowych zbiorach. – Mam wielu znajomych plantatorów, którzy zatrudniają praktycznie tylko osoby z Ukrainy, bo nie mają chętnych z Polski. Co w sytuacji, gdy ich zabraknie? Albo rolnicy będą musieli się przebranżowić, albo kupić bardzo drogie maszyny, które zamiast ludzi będą zbierać owoce – zauważa.
Ale zanim to zrobią, będą walczyć o pracowników. Zresztą już to robią. – Licytują się stawkami i niestety, kto zapłaci więcej, będzie ich mógł zatrudnić. U nas w rejonie płaci się około 2 zł za łubiankę. Jak ktoś nie ma pracowników, to oferuje 3 zł, ale też pokój i wyżywienie. Pracownik może więc wybrać osobę, u której znajdzie lepsze warunki. Rolnicy konkurują ze sobą i sami sobie strzelają w kolano, bo ich dochody będą mniejsze. W biednych gminach, gdzie ludzie żyją z dnia na dzień, chętniej przychodzą do pracy. W okolicach Warszawy, gdzie plantacji jest mnóstwo, wyrywamy sobie pracowników. Prawda jest taka, że jesteśmy uzależnieni od nich: im jest ich mniej, tym gorzej dla branży – podkreśla Kaczorowska.
Pracownicy z różnych stron świata
– Kilka lat temu robiliśmy ekspertyzy, z których wynikało, że kilkaset tysięcy osób podejmuje prace sezonowe w rolnictwie, w tym przy zbiorach owoców. Teraz te liczby są mniejsze. Potrzebne są duże nakłady pracy, a chętnych jest coraz mniej – zauważa dr Paweł Kraciński ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.
Spadek liczby pracowników potwierdzają dane z Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego (KRUS) dotyczące liczby pomocników rolnika ubezpieczonych z tytułu świadczenia pomocy przy zbiorach. W 2024 roku w kwietniu były to 4454 osoby, w 2021 roku w tym samym okresie liczba ta wynosiła 6765 osób.
Bo praca przy zbiorach, jak tłumaczy dr Kraciński, jest wymagająca, a wynagrodzenie nie zawsze idzie w parze z trudnymi warunkami. – Klimat się zmienia, mamy ekstremalne temperatury, a nasze organizmy nie są do tego przygotowane. W konsekwencji ta praca staje się jeszcze bardziej uciążliwa – podkreśla.
Jak zaznacza, przez wiele lat najliczniejszą grupą pracującą przy zbiorach owoców w Polsce były osoby z Ukrainy.
– Dzisiaj to znacznie więcej nacji; rolnicy poszukują chętnych z różnych stron świata. Osoby, które uciekły przed wojną, nie były zainteresowane tego rodzaju pracą, wybrały inne sektory gospodarki. Studenci dużo więcej zarobią w gastronomii, dlatego naturalnie na zbiory się nie wybierają. Nigdy nie słyszałem też o osobach w kryzysie bezdomności, które podejmowałyby prace przy zbiorach. Polacy w ogóle są mało zainteresowani taką formą zarobkowania, jeżeli już, to traktują ją dorywczo, dla wielu nie jest wystarczająco godna. Trend przyszedł z Zachodu. Niemcy, Francuzi nie chcieli pracować w rolnictwie, teraz za nimi idą Polacy – mówi.
Polacy nadal chcą zbierać owoce za granicą, choć powody wyjazdu bywają nie tylko zarobkowe. Piotr wyjeżdża na zbiory od lat. – W zeszłym roku zbierałem tytoń i winogrona w Szwajcarii, później owoce na Korsyce: klementynki, cytryny, awokado, pomelo. Niedawno byłem na szparagach. Za tydzień jadę na czereśnie. Teraz jeżdżę do prac takich, których nie wykonywałem wcześniej, ale już nie dla pieniędzy, tylko żeby zobaczyć coś nowego. Zawsze w inne miejsce, żeby coś pozwiedzać i popracować przy czymś, co jest nowe – tłumaczy.
Chociaż pieniądze na zagranicznych zbiorach, jak mówi, są dobre. – Po odliczeniu kosztów transportu i jedzenia można odłożyć minimum 10 tys. co miesiąc, ale czasem przy zbieraniu owoców zarabia się i 25 tys. na czysto – opowiada.
Zakwaterowanie zapewnia pracodawca, czasami trzeba tylko uiścić opłaty za media. – Wymiar pracy jest różny. Raz od 6 do 14, raz od 8 do 17, a raz od 8 do 18. Bywało, że pracowałem od 6 do 21 przez siedem dni w tygodniu. Robię, ile można. Dogaduję się na siedem dni w tygodniu, a mój rekord to 505 godzin w miesiącu. W trakcie pracy są przerwy – krótkie i godzinna obiadowa – wyjaśnia.
Piotr pracy szuka albo przez internet, albo pyta gospodarzy na miejscu. Przeważnie na wyjazd na zbiory jedzie z kilkuosobową ekipą. – Zawsze jedziemy w cztery osoby, bo w razie problemów grupa ma większą siłę przebicia niż jedna osoba.
Jak zaznacza, w pracy przy zbiorach owoców nie widzi nic trudnego. – Z reguły może ją wykonywać każda osoba bez doświadczenia. Tak, jest ciężka fizycznie, ale ja to lubię. Podoba mi się to, że mogę jeść, co chcę, a waga stoi – uśmiecha się.
Dr Paweł Kraciński podkreśla jednak, że chociaż zarobki za granicą rzeczywiście są lepsze, standardowo nie są to wielkie różnice. Jak się policzy rozłąkę z rodziną, inne miejsce zamieszkania, dojazdy, to nie dla wszystkich będzie to intratna decyzja – zauważa.
Z tym że perspektywy dotyczące zbiorów owoców w Polsce zdaniem eksperta nie są optymistyczne. – Może się to skończyć tym, że jako kraj przestaniemy produkować tak duże ilości owoców sezonowych. Przez wiele lat byliśmy liderem, ale to staje się coraz mniej opłacalne.
Polski rynek osłabia także import truskawek z zagranicy. Jak wyjaśnia dr Paweł Kraciński ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, to poważny problem. - Import na rynku świeżych owoców wpływa na obniżkę cen pierwszych krajowych plonów, gdyż truskawki importowane z południa są wcześniej niż polskie. W przypadku owoców mrożonych i soków negatywny wpływ mamy przez cały sezon. W innych krajach koszty produkcji są niższe, a więc produkty tańsze niż polskie, co powoduje wypieranie krajowych produktów z rynków eksportowych. Znaczna część przetworów z truskawek jest eksportowana - zaznacza Kraciński.
"Traktować na równi"
Mariusz Balcerzak plantację truskawek pod Bydgoszczą prowadzi od lat. W tym sezonie ze względu na kwietniowe przymrozki odnotował straty rzędu 40 proc. Na brak pracowników jednak nie narzeka, ale jak tłumaczy, trzeba się postarać, żeby chętnych w pracy zatrzymać. – Pracowników trzeba szukać. Musimy jeździć po nich i dowozić ich na plantacje. Każda osoba, która się do mnie zgłasza, może spróbować. Nikomu nie odmawiam. Każda para rąk jest ważna, wystarczą tylko chęci. Najważniejszą kwestią jest podejście do człowieka. Każdego trzeba traktować na równo, nie można nikogo poniżać – uważa.
Przy zbiorach na jego plantacji pracują zarówno osoby z Polski, jak i z Ukrainy. – Niestety, coraz mniej młodzieży chce podjąć pracę. A ja naprawdę dbam o swoich pracowników. Na naszej plantacji, jeżeli ktoś chce, to stawka w przeliczeniu na godziny wychodzi od 50 do 70 zł. To jest praca akordowa, zbieramy na kilogramy – wyjaśnia.
Akordowa, czyli wynagrodzenie za pracę jest uzależnione od ilości zebranych truskawek. – Nikogo do niczego nie zmuszam. To ma być wesoła praca, umożliwiająca poznanie nowych osób. Zawsze staram się też nauczyć czegoś pracowników o truskawkach. Tak, żeby do mnie wrócili – podkreśla.
Anna Korytowska. Dziennikarka od tematów społecznych. Lubi ludzi, a każda rozmowa uczy ją czegoś nowego. Chce oddawać głos osobom, które są go pozbawiane.


