Tobiasz, 43 lata: Na pierwszą terapię poszedłem na początku studiów. Miałem zawsze duże trudności w przeżywaniu złości, tłumiłem emocje, co skutkowało niekontrolowanymi wybuchami.
Skorzystałem z poleconej psychoterapeutki, mimo że mieszkałem wtedy w Katowicach, a ona prowadziła gabinet w Częstochowie. Dojazd zajmował mi godzinę w jedną stronę.
Początki były trudne, to było dla mnie wyzwanie, bo musiałem otworzyć się przed kimś obcym i przełamać tabu związane z chodzeniem do psychologa. Był 2000 rok, stygmatyzacja społeczna związana z korzystaniem z tego typu pomocy wciąż była silna w niektórych środowiskach. W dodatku jestem facetem, a wiadomo, jaki jest stereotyp: facet ma być twardy, skupiać się na działaniu, a nie na emocjach.
Dosłownie po kilku spotkaniach przerwałem terapię. Gdy drugi raz odwołałem sesję, bo samochód mi nie odpalił, terapeutka okazała swoje niezadowolenie. Nie za dobrze znosiłem krytykę i po prostu się obraziłem. Teraz wiem, że prawdopodobnie przez to, że znalazłem sobie terapeutkę tak daleko, sam sobie utrudniłem wejście w proces terapeutyczny – taki mechanizm obronny, żeby nie dotknąć tego, co trudne.
Na drugą terapię poszedłem dopiero kilka lat później.
Skończyłem studia w Katowicach, potem przeprowadziłem się do Krakowa, a stamtąd do Warszawy. Był 2008 rok. Na pełen etat pracowałem w agencji reklamowej jako grafik, a po pracy próbowałem malować, czyli robić to, o czym zawsze marzyłem. Wydawało mi się, że podjąłem słuszne decyzje: zadbałem o stronę materialną – w domu powtarzano, że z malarstwa człowiek się nie utrzyma – jednocześnie jakoś próbowałem realizować swoje pasje. Ale to nie działało, czułem ogromne rozczarowanie życiem, w pracy byłem wypalony, a winę za złe samopoczucie zwalałem na pracodawców. Byłem zgorzkniały, stale przyjmowałem rolę ofiary. Jednocześnie czułem, że nie chcę nikomu robić problemów, bo musiałem mieć poczucie, że jestem lubiany. Ukrywałem to, co naprawdę czuję, w sumie sam nie wiedziałem, o co mi chodzi.
Zmieniłem kilka razy pracę, rozstałem się z dziewczyną. Nie poprawiło to mojego samopoczucia, a stres w pracy był nadal ogromny. Pamiętam dzień, w którym prawie umarłem. Przynajmniej tak mi się wydawało. Była 17, siedziałem jeszcze w pracy, nagle poczułem dziwne mrowienie w dłoniach, serce zaczęło mi walić. Decyzja: jadę natychmiast do domu. W metrze wysiadałem na każdej stacji, bo byłem bliski omdlenia. Zamiast do domu pojechałem na izbę przyjęć do szpitala. Przebadali mnie od stóp do głów. Wszystko puściło w momencie, w którym lekarka, która przeanalizowała moje wyniki, powiedziała: jest pan zdrów.
Wiedziałem, że chodzi o psychikę. Wróciłem do domu i zacząłem sobie wkręcać, że cierpię na jakąś chorobę psychiczną, godzinami czytałem w internecie o psychozie, chorobie afektywnej dwubiegunowej i szukałem w sobie ich przejawów. Uznałem, że wrócę na terapię.
Znalazłem psycholożkę pracującą w nurcie poznawczo-behawioralnym. Miała gabinet niedaleko mojej pracy. Sesje odbywały się dwa razy w tygodniu. Terapia pozwoliła mi naprawdę poczuć wewnętrzne cierpienie, które przeżywałem. Jednocześnie czułem, że tylko liznąłem niektóre tematy, chociażby relacji z ojcem alkoholikiem, który całe życie nie potrafił wyjść z roli ofiary, a ja zwyczajnie powielałem ten schemat. Zmieniłem pracę na spokojniejszą, co dało mi możliwość skupienia się bardziej na malowaniu. Zszedłem się z moją eks i podjęliśmy decyzję, żeby razem zamieszkać.
Trochę się zdziwiłem, gdy terapeutka po czterech miesiącach powiedziała: "Już wszystko pan wie", i zasugerowała zakończenie terapii. Może uznała, że bardziej nie jest w stanie mi pomóc. Przez jakiś czas było w porządku, ale znów zacząłem wpadać w stare schematy. Ponownie zmieniłem pracę, na bardziej stresującą, tym razem definitywnie rozstałem się z tamtą dziewczyną. Wpadłem w wir imprez: dużo piłem, wchodziłem w niezdrowe relacje, konfliktowałem się ze znajomymi, przespałem się z dziewczyną kumpla. W pewnym momencie czułem się tak źle, że poszedłem na kontrolę do internisty. Lekarka, wysłuchawszy moich utyskiwań na przewlekłe zmęczenie, zawroty głowy i bóle w klatce piersiowej, zasugerowała szczegółowe badania w instytucie psychiatrii. Zrobiłem. Wyniki w normie. Lekarze stwierdzili ogólne przemęczenie, zalecili odpoczynek.
Wróciłem do domu i znów szukałem w internecie odpowiedzi na pytanie, co może mi dolegać. Trafiłem na syndrom DDA, czyli dorosłych dzieci alkoholików. Temat "liźnięty" już wcześniej wrócił. Czytałem o objawach i miałem wrażenie, że to o mnie. Nie poszedłem na terapię od razu, bo odbywała się wyłącznie w formie spotkań grupowych. Myślałem: ja i terapia grupowa? W życiu. Siedzieć i opowiadać o sobie przypadkowo spotkanym ludziom?
Zamiast na terapię poszedłem jednak do psychiatry. Dostałem leki przeciwlękowe, które mnie uspokoiły i ustabilizowały mój stan, ale nie rozwiązały problemów. Gdy tylko odstawiłem farmakoterapię, wszystkie objawy wróciły. Moja psychiatrka wskazała mi miejsca, gdzie prowadzone są grupowe terapie DDA. – Proszę podzwonić, wybrać ośrodek, który będzie panu odpowiadał – powiedziała. Tak zrobiłem i był to początek największej przemiany w moim życiu.
Terapia była darmowa, w ramach NFZ. Trwała dwa lata, ale już po pierwszych spotkaniach czułem, że przynosi efekty. Miałem doskonałych terapeutów. Po raz pierwszy w życiu czułem, że wykonuję prawdziwą pracę nad sobą, że nie jestem sam. Wspominam to jako wejście do piekła i wyjście z niego. Rodzaj terapii w moim przypadku okazał się kluczem.
Nauczyłem się wiele, m.in. tego, że mam pełne prawo do swoich potrzeb, a bardzo je zaniedbywałem. Zrozumiałem też, skąd się w ogóle bierze to całe moje wkur***nie. Oprócz tematu ojca przerobiłem dużo trudniejszy dla mnie temat – relację z matką. To był kluczowy moment w terapii, żeby dopuścić do siebie emocje, pozwolić sobie je przeżyć, bez oceniania. To jest proces, to trzeba przejść.
W trakcie terapii wszedłem w kilka związków, ale czułem, że to nie był jeszcze dobry moment na rozpoczynanie poważnej relacji. Wciąż ustalałem, gdzie są moje granice, z czym czuję się dobrze, a z czym źle. Jednej dziewczynie zaproponowałem wspólne mieszkanie po dwóch miesiącach znajomości tylko dlatego, że szukała mieszkania. Zdałem też sobie sprawę, że traktowałem związki jako remedium na problemy, a one nas nie uleczą.
Ucieszyłem się, gdy skończyłem terapię grupową. Byłem sam, ale nie czułem się z tego powodu źle, nie czułem się samotny. Spotykałem się z osobami, które poznałem w grupie, bo bardzo się do siebie zbliżyliśmy.
Dzięki terapii mniej stresowałem się w pracy. Poznałem swoją wartość, więc ona już jej tak nie definiowała. Gdy mnie zwolnili, nie poczułem się totalnym przegrywem, nie załamałem się. Później trafiłem do dwóch firm. W jednej pracowałem z szefem mobberem i szybko się zwolniłem – co uznaję za sukces, bo powiedziałem jasno, że nie godzę się na określone traktowanie. Ostatecznie trafiłem do małego studia, gdzie od sześciu lat pracuję na stanowisku dyrektora kreatywnego – nigdy tak długo nie wytrzymałem w jednym miejscu. Nie pracuję tak ciężko jak kiedyś i bardzo mi to odpowiada. Okazało się, że to, od czego uciekałem, czyli stabilizacja, bezpieczeństwo, było dokładnie tym, czego potrzebowałem.
Po terapii wszedłem w poważny związek. Byliśmy ze sobą sześć lat. Niestety, zaczęły się nawarstwiać problemy, coraz częstsze kłótnie. Po pięciu latach usłyszałem, że "nie jestem wystarczająco męski". Postanowiliśmy pójść na terapię par, którą również uważam za bardzo udaną, bo pozwoliła nam uświadomić sobie, co konkretnie nie działa. Równolegle poszedłem na terapię indywidualną, bo chciałem bardziej poszperać w tym, czym jest dla mnie męskość i kim jestem jako facet.
Kolejnym krokiem do ratowania związku miała być wizyta u seksuologa, ale moja ówczesna partnerka się na nią nie zdecydowała. To było bardzo trudne rozstanie, bo nigdy z nikim tak długo nie byłem, ale jednocześnie było to rozstanie najbardziej świadome. W dodatku terapia indywidualna dawała mi poczucie, że ktoś mi w tym trudnym momencie towarzyszy, co prawda to ja wszystkim steruję, ale w wieży kontrolnej ktoś czuwa i pilnuje, żebym się nie rozwalił. Bez leków antydepresyjnych się jednak nie obeszło.
Rok później wszedłem w nowy związek. Kontynuuję terapię indywidualną, uczestniczę także w kręgach dla mężczyzn. Okazało się, że bardzo brakowało mi w życiu wartościowych, szczerych relacji z facetami. Takich, które nie polegają na tym, żeby się razem nawalić, obśmiać kogoś albo konkurować ze sobą o coś, ale żeby się nawzajem wspierać, dzielić się tym, co nas cieszy i co nas boli.
Było naprawdę trudne dopuścić do siebie, że brakuje mi mężczyzn. A przecież mężczyźni potrzebują męskich wzorców, tylko skąd mieliśmy je brać, jeśli większość z nas miała wiecznie nieobecnych ojców?
Moje doświadczenia terapeutyczne traktuję jako swoistą drogę – każda terapia coś wniosła do mojego życia.
Pierwsze sesje to był dramat
Iga, 38 lat: Na pierwszą terapię trafiłam pod koniec studiów. Z jakichś powodów nie mogłam ich ukończyć. Nie układało mi się też z mamą, od której pożyczyłam sporo pieniędzy na zakup mieszkania. Czułam bezsilność, frustrację, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, jak sobie pomóc. Moja siostra poleciła mi terapeutkę Małgosię, pracującą w nurcie poznawczo-behawioralnym. Pierwsze sesje wspominam jako dramat. Cały czas ryczałam. Myślałam: "Jezu, to wcale nie sprawia, że jest mi lepiej, wręcz przeciwnie". Teraz już wiem, że najpierw trzeba się trochę rozmontować, żeby się potem poskładać.
Spotkania miałam raz na dwa, raz na trzy tygodnie. To trwało pół roku. Gdy poczułam, że udało mi się rozwiązać problemy i poczuć się pewniej, po prostu przestałam przychodzić.
Do tej samej terapeutki poszłam jeszcze dwukrotnie: raz sama, gdy miałam kryzys w relacji z moim partnerem – w konsekwencji rozstaliśmy się na jakiś czas – a drugi raz z nim, gdy urodziło nam się drugie dziecko i stanęliśmy przed wyzwaniem poukładania sobie życia w sytuacji, w której każdy członek rodziny czegoś chce i ma notorycznie niezaspokojone potrzeby. Wystarczyły trzy konsultacje.
Przez kolejnych kilka lat, gdy tylko mierzyłam się z jakimś życiowym wyzwaniem, otwierałam sobie w głowie zakładkę "Co by powiedziała pani Małgosia?" i korzystałam z narzędzi, których się u niej nauczyłam. Aż w końcu natrafiłam na takie, których "pani Małgosia" nie była w stanie rozwiązać. W 2020 roku wybuchła pandemia i nasze życie wywróciło się do góry nogami. Nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka. Każdy okopał się w swoich przekonaniach, a jednocześnie czuliśmy, że bardzo się kochamy i nie chcemy tracić tego, co przez wiele lat budowaliśmy.
Poprosiłam partnera, żeby to on poszukał dla nas terapeuty, bo nie chciałam wciąż być tą, która wychodzi z inicjatywą naprawy związku. Psycholog, którego wybrał, nie przypadł mi do gustu, miałam wrażenie, że nie docieramy do sedna naszych problemów. Chodziliśmy do niego przez kilka miesięcy i nic się nie zmieniło. Wróciliśmy do punktu wyjścia.
Postanowiłam więc zadbać o siebie i pójść na własną terapię. I tak trafiłam na "terapeutkę moich przyjaciół" – Alinę. Byłam bardzo zadowolona z sesji. Zaczęłam patrzeć inaczej na relacje kobiet z mężczyznami w mojej rodzinie. Okazało się, że i moja mama, i babcia, traktowały swoich partnerów ostro, "po żołniersku" i teraz ja ten sam żołnierski styl funduję mojemu partnerowi, a także moim dzieciom. Na przykład frustrowało mnie, gdy mój partner nie przepraszał, gdy spóźnił się do domu. Wymuszałam to na nim, mimo że uważał, że spóźnienie nie było jego winą. Tyle że dla mnie nie miało znaczenia, czyja była wina. Gdy przestałam być napastliwa wobec niego, zaczął się sam z siebie bardziej otwierać; wcześniej nigdy nie mówił, jak się czuje, a nagle zaczął.
Chodziłam do Aliny około pięciu miesięcy, spotykałyśmy się raz w tygodniu. Zakończyłam terapię, kiedy poczułam, że odzyskałam poczucie sprawczości i panowania nad swoim życiem, że dobrze układają mi się relacje z bliskimi: partnerem, mamą, siostrą, dziećmi.
Ostatnią terapię zakończyłam w marcu tego roku. Trwała od września 2023 roku. Dlaczego na nią poszłam? Od jakiegoś czasu nie czułam się szczęśliwa. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej potrafiłam czerpać przyjemność z małych rzeczy i nagle poczułam, że muszę wkładać wysiłek w to, żeby coś sprawiło mi radość. Byłam zmęczona. Poszłam na trzytygodniowy urlop, bo uznałam, że to pozwoli mi odpocząć, ale nic się nie zmieniło. Gdy odpaliłam komputer dzień przed powrotem do pracy, żeby sprawdzić mejla, poczułam fizjologiczne objawy stresu – zrobiło mi się gorąco, serce zaczęło mi walić.
Do Aliny nie wróciłam, ponieważ spotykałam się z nią online – gabinet miała w innym mieście, a ja po pandemii miałam potrzebę spotkać się z kimś twarzą w twarz. Bardzo chciałam też sprawdzić, jak wygląda terapia oparta na technice ISTDP [intensywna krótkoterminowa psychoterapia psychodynamiczna – przyp. red.]. Trafiłam do mężczyzny.
Wydawało mi się, że będę przede wszystkim podejmować temat mojej pracy, tymczasem pojawił się on tylko na pierwszej sesji, na pozostałych omawialiśmy moje dzieciństwo, relacje z ojcem, partnerem, straty, których w życiu doświadczyłam, których nie opłakałam. Dużo rozmawialiśmy o słuchaniu i czuciu siebie bez oceniania, o tym, że jak czuje się smutek, to żeby dać sobie prawo do bycia smutnym, do tego, żeby posiedzieć i popłakać.
Sesje odbywały się co dwa tygodnie, każda trwała półtorej godziny.
Dzięki terapii odzyskałam radość życia, znów jaram się małymi rzeczami, jak choćby tym, że u sąsiada zakwitły pierwiosnki.
Na koniec terapeuta zadał mi dużo podsumowujących pytań: co mi terapia dała, z czego jestem dumna, co ze sobą zabieram. Umówiliśmy się, że jeśli będę potrzebować, to mogę się do niego zawsze odezwać. Ustaliliśmy też datę sesji "weryfikującej" po sześciu miesiącach, żeby zobaczyć, jak się mam, czy mój pozytywny stan się utrzymuje.
Nie wstydzę się, że byłam w życiu na kilku terapiach. Kiedy potrzebuję pomocy, to sięgam po nią i każdemu polecam.
Psychoterapia to usługa
1 stycznia 2024 roku weszły w życie znowelizowane przepisy Ustawy o ochronie zdrowia psychicznego , które regulują, kto może prowadzić psychoterapię, jakie kwalifikacje musi posiadać, a także czym psychoterapia w ogóle jest. A jest: "celowym i planowanym oddziaływaniem psychologicznym, które zmierza do złagodzenia lub usunięcia objawów zaburzenia oraz do poprawy funkcjonowania psychicznego i społecznego, które wspiera dążenia jednostki lub rodziny do zdrowia i rozwoju, kierowane jest do osób z zaburzeniami psychicznymi".
– Wstyd związany z korzystaniem z psychoterapii spada, ludzie chętniej sięgają po pomoc. Z drugiej strony, pomimo częstszego niż kiedyś korzystania ze wsparcia specjalistów rośnie liczba osób dotkniętych zaburzeniami afektywnymi, czyli objawami depresji, zaburzeń lękowych i uzależnień, co może być związane z silnym stresem dnia codziennego, na który trzeba odpowiadać stanem ciągłej gotowości i szybkim trybem życia. A to jest bardzo trudne do zniesienia dla naszych układów nerwowych – tłumaczy mgr Natalia Harasimowicz, psycholożka i certyfikowana psychoterapeutka poznawczo-behawioralna.
Zaznacza także, że gros cierpienia, które przeżywają obecnie ludzie, związane jest z trudnościami w budowaniu relacji i więzi. – Zaraz po wymienionych wyżej zaburzeniach afektywnych to najczęstszy problem, nad którym pracujemy w gabinecie. Podczas terapii, polegającej na budowaniu relacji z terapeutą, widać, w jakie niezdrowe schematy pacjent wchodzi, jakie wzorce powiela, jak reaguje, gdy pojawia się bliskość – opowiada Harasimowicz.
Na pytanie, czy terapeutyzować można się przez całe życie, psycholożka odpowiada: – Profesjonalny psychoterapeuta raczej nie pozwoli pacjentowi chodzić na terapię przez 20 lat, tym bardziej jeśli widzi, że terapia nie przynosi korzyści. Nie przyjmie też osoby, która terapii nie potrzebuje. Zainterweniuje, gdy pacjent po prostu przychodzi na sesje wygadać się, a po wyjściu z gabinetu wraca do swojego życia i utrzymuje szkodzące mu status quo. "Wygadanie się" to ważne narzędzie w psychoterapii, ale nie na tym psychoterapia polega – zaznacza Harasimowicz.
Psychoterapeutka podkreśla, jak ważne jest porządkowanie i nadawanie znaczenia temu, co dzieje się w naszej rzeczywistości, np. poprzez zastanawianie się od czasu do czasu nad swoim życiem, zadawanie sobie pytań: "czy jestem w tym miejscu, w którym chciałbym być? Jak się z tym czuję?".
– Można o swoich problemach porozmawiać z przyjacielem, ale on też ma swoje ciężary do dźwigania i nie zawsze ma czas i siłę, aby przyjmować nasze. Bardzo często jest tak, że osoby, które zaczynają chodzić na terapię, lepiej funkcjonują w relacjach, bo przestają obciążać swoimi problemami innych. Zjawiska takie jak trauma dumping, czyli przeżywanie traumy od nowa poprzez opowiadanie o niej w sposób uniemożliwiający złagodzenie jej, czy oversharing – nadmierne dzielenie się informacjami na swój temat – i związane z tym zjawisko parentyfikacji, czyli przerzucania problemów na dzieci przez emocjonalnie niedojrzałych rodziców, są niestety bardzo powszechne w naszym społeczeństwie – dodaje.
Zdarzają się osoby, które co kilka miesięcy zmieniają psychoterapeutę, bo żaden nie jest dla nich wystarczająco dobry albo czują się zaniedbywane. – To może świadczyć o cechach narcystycznych, zaburzeniach przywiązania czy przeżytej w przeszłości traumie albo jeszcze czymś innym, co warto by zbadać. Każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie.
Jak dodaje, profesjonalny psychoterapeuta po pierwszych spotkaniach z pacjentem będzie wiedział, jaka terapia jest dla niego odpowiednia. Czasem pacjent potrzebuje czasu albo kilku podejść do terapii, żeby poczuć, o co w niej chodzi, dojrzeć do tego, by skonfrontować się z jakimiś problemami w swoim życiu.
– Nie każda terapia jest wskazana na określonym etapie. Gdy miałam 20 lat, zupełnie nie byłabym gotowa na terapię w nurcie psychodynamicznym, która jest bardzo wglądowa. Co innego teraz, gdy jestem przed czterdziestką – opowiada Harasimowicz.
Według psychoterapeutki terapia powinna trwać jak najkrócej, ale jednocześnie musi być skuteczna, przy czym w praktyce średnia długość procesu terapeutycznego wynosi od roku do trzech lat. Celem terapii jest, aby pacjent sam stał się swoim terapeutą i w sytuacjach trudnych korzystał z narzędzi, które poznał w trakcie jej trwania.
Natalia Harasimowicz zaznacza także, że bardzo ważne jest, aby po prostu się ze swoim psychoterapeutą lubić. – Zachęcam, by poświęcić kilka sesji na wypróbowanie różnych osób i wybór tej, która najbardziej nam odpowiada.
Jak podsumowuje, psychoterapia to pewien rodzaj usługi, podobnie jak masaż czy fizjoterapia, nie należy jednak zapominać o tym, czym psychoterapia jest i że wymaga pewnego poświęcenia. - To proces długofalowy, który nie daje szybkich rozwiązań. Warto jednak podejmować wysiłek, ponieważ często cierpienie, jakie w sobie nosimy, samo nie zniknie, a profesjonalny psychoterapeuta pomoże skrócić czas jego trwania i zapobiec nawrotom.
Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. W mediach od 2011 roku. Słuchanie ludzi to, obok tańczenia, jej ulubiona aktywność. Wierzy, że każda historia jest wyjątkowa. To, co jednak w każdej opowieści najcenniejsze, to jej walor uniwersalny. Takie historie chce opowiadać.

