Społeczeństwo
Donald Tusk we Wrocławiu promował swoją książkę 'Szczerze' (Wydawnictwo Agora) (Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl)
Donald Tusk we Wrocławiu promował swoją książkę 'Szczerze' (Wydawnictwo Agora) (Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl)

Od pewnego czasu, ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich tygodni, na łamach social mediów, ale i mediów mainstreamowych (artykuły, wywiady, komentarze) trwa - tak by to chyba trzeba określić - intensywna kampania za Jednolitą Ceną Książki (JCK). Za rozwiązaniem tym (szczegóły poniżej) lobbuje wielu małych a świetnych wydawców, właścicieli ambitnych stacjonarnych księgarń, pisarzy i pisarek oraz - szeroko pojętych - ludzi książki, a więc wiele osób bardzo mi bliskich i przeze mnie cenionych. Czy oznacza to jednak, że nie wolno mieć wątpliwości i stawiać trudnych pytań, dzięki którym moglibyśmy się na moment skupić również na perspektywie czytelnika, bo - tak mi się przynajmniej zdaje - jest on w całej tej układance najistotniejszy?

Uwagi porządkowe: kocham książki nad życie a moją nadrzędną tożsamością jest tożsamość czytelnika. Los (zwłaszcza ambitnych) wydawców oraz (zwłaszcza ambitnych) księgarń leży mi na sercu bardziej niż los zwierząt i kwiatów polnych. Możecie mi nawet mówić per "Sylwia Spurek ginącego świata bibliomaniaków". Książki kupuję nałogowo i w ilościach, których powstydzić mogłaby się niejedna biblioteka, co zresztą - uczciwie przyznaję - ma niemały wpływ na moje lęki związane z przyszłymi cenami książek. I co bezpośrednio wiąże się z JCK. Albo i nie wiąże? 

Czym jest JCK?

Ponad 80 księgarni wystosowało list otwarty zaadresowany do wszystkich polityków i samorządów w Polsce. "Mamy całkowicie rozregulowany, wręcz zdemolowany rynek książki, który wpływa na upadek niezależnych księgarni" - czytamy tam. I dalej: "Książka jest jedynym produktem, który w dniu premiery potrafi być przeceniony o kilkadziesiąt procent. To ma wymiar absurdalny". Wcześniej (2017) niezależni wydawcy wysyłali list otwarty do ministra Glińskiego. Istnieją też dwa (z 2017 i 2021) projekty "ustawy o ochronie rynku książki". 

W Jednolitej Cenie Książki chodzi o to, że wszystkie nowości książkowe przez rok (a według niektórych nawet dłużej) od premiery mają kosztować tyle samo, niezależnie od miejsca sprzedaży (stacjonarna księgarnia, sklep internetowy, strona wydawcy etc.). Cenę będzie ustalać wydawca. Innymi słowy: chodzi tu o UREALNIENIE cen. I o to, by ceny okładkowe były tymi, które my, czytelnicy, rzeczywiście będziemy płacić. 

Jeśli ustawa o JCK wejdzie w życie, skończą się sytuacje, w których zupełnie nowa książka już na starcie, już w dniu premiery, będzie przeceniona. A więc np. zamiast okładkowych 60 zł w księgarni internetowej sprzedawana jest za 42 zł. Tak jest, skończą się rabaty i promocje na nowości książkowe. Tego domagają się świadomi wydawcy czy księgarze, gdyż - argumentują nie bez racji - obecnie i tak wszyscy zawyżają ceny okładkowe po to, by już w dniu premiery sprzedawać książki "w promocji". Błędne koło jak się patrzy.  

Księgarnia Karakter, Kraków (Fot. Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl)

Sami Świadomi Wydawcy wyliczają następujące cele JCK. Po pierwsze, "zwalczanie nieuczciwej konkurencji między księgarzami a dużymi powierzchniami handlowymi, gdzie ceny książek (głównie bestsellerów) są sztucznie obniżane, a zmniejszony zysk jest kompensowany sprzedażą innych produktów (np. spożywczych). Dotyczy to również konkurencji pomiędzy księgarniami stacjonarnymi a internetowymi, gdzie de facto pierwsze są darmowymi wystawami i agencjami handlowymi tych drugich. JCK tworzy w ten sposób warunki dla powstawania księgarń stacjonarnych". 

Po drugie, "umożliwienie bardziej zróżnicowanej w sensie tematycznym oferty wydawniczej. Większa liczba księgarń umożliwia ich wyspecjalizowanie. Obecnie także jest oferowana duża liczba tytułów, ale spora ich część to klony książkowych przebojów masowej kultury".

I po trzecie wreszcie, "większa liczba księgarń to większa liczba kanałów sprzedaży dla wydawców. W związku z tym, JCK też sprzyja powstawaniu nowych wydawnictw i, w ślad za tym, sprzyja całej branży (drukarnie, specjaliści od redakcji, korekty, składu; graficy, tłumacze). Większa liczba wydawnictw to też większy pluralizm".

Zbyt tanie drogie książki

Wszystko to brzmi generalnie raczej sensownie i pięknie. Diabeł jednak, jak zwykle, tkwi w szczegółach. Których to szczegółów nie znamy, a najpewniej nie poznamy do czasu (ewentualnego) wprowadzenia ustawy w życie. Z perspektywy czytelnika kluczowe pytanie brzmi oczywiście: Czy książki podrożeją? A raczej: czy książki będą jeszcze droższe? Na to w odpowiedzi od orędowników JCK słyszymy: KSIĄŻKI SĄ ZA TANIE. I że w innych krajach UE są dużo droższe. I że jeśli wydawnictwa oraz księgarnie mają przetrwać, książki wręcz muszą być droższe. 

Innymi słowy, odpowiedź na wyjściowe pytanie brzmi: tak, książki muszą być, a więc będą jeszcze droższe. A dlaczego dorzucam tutaj nieszczęsną i bardzo dla orędowników JCK niewygodną partykułę "jeszcze"? Bo mam oczy (zniszczone nałogowym czytaniem, owszem, ale wciąż bardzo czułe na ceny) i widzę ceny książek w stacjonarnych księgarniach, których wciąż bywam klientem. 

Jon Fosse - laureat Literackiej Nagrody Nobla 2023 (Jens Kalaene / AP / Agencja Wyborcza.pl)

Wchodzę więc do takiej ambitnej a ginącej księgarni stacjonarnej i co widzę? Widzę wywiad rzekę z prof. Andrzejem Friszke za 99 złotych. Widzę przepisy kulinarne Andy Rottenberg za 89 złotych. Widzę 400-stronicowy "Rock po polsku" za 140 zł (!). Widzę "nowe" (przekład z końca XIX wieku!) wydanie "Davida Copperfielda" Dickensa za 120 złotych. Widzę 40 stron Fossego w miękkiej oprawie za cztery dychy. O aberracjach wydawniczo-cenowych w rodzaju "Nowej Justyny" de Sade’a rozdzielonej na sześć osobnych tomików, z których każdy kosztuje skromnych 45 złotych, co w efekcie daje nam 270 złotych za powieść plugawego markiza, nawet nie wspominam.

Może będzie drożej, a może taniej

Jasne, w obecnej sytuacji ceny okładkowe są zawyżone, fikcyjne i - jak napisał Michał Michalski z ArtRage, wydawcy m.in. wspomnianego Fossego - "nikt po nich nie kupuje". Jednocześnie musimy jednak uwierzyć na słowo wydawcom, że - po wejściu JCK w życie - z własnej i nieprzymuszonej woli obniżą zawyżone ceny okładkowe. Musimy uwierzyć tym samym wydawcom, którzy mówią głośno, że książki w Polsce są zbyt tanie, drożeją najwolniej i że dłużej taka patologiczna sytuacja trwać nie może, bo wydawnictwa (i księgarnie) ledwo zipią. Musimy uwierzyć, że wydawnictwa znajdujące się w bardzo trudnej sytuacji same z siebie obniżą ceny, gdy dostaną ustawowe gwarancje, że dowolnie przez nich ustalone ceny okładkowe będą (co najmniej przez rok od premiery) święte i nienaruszalne. 

Czy w to wierzymy? Osobiście pozostaję mocno sceptyczny. 

Cytowany Michalski pisze tak: "W przypadku wprowadzenia ustawy w sensownej formie (np. na wzór włoski, gdzie regulowany jest również rabat dla dystrybutorów na ponad 50% mniejszym poziomie niż obecne u nas) ArtRage obniży ceny okładkowe swoich książek, by nie dopuścić do drastycznego wzrostu cen poza sklepem wydawniczym. Obecnie "Drugie imię" Jona Fosse możecie kupić na empiku za 37,6 przy cenie okładkowej 59 zł. Cena okładkowa mogłaby wynosić spokojnie 40 zł, gdyby wyżej wspomniana ustawa została wprowadzona". 

Michalski powołuje się na zasadę konkurencyjności, która nie przestanie działać, tylko "zmieni środek ciężkości": "To nie detaliści będą musieli brać pod uwagę konkurencyjność cen, tylko producenci: a więc wydawcy. Jeśli zobaczą, że sprzedaż książki za 60 zł, przy jednoczesnym wzroście ich zysku na egz. o 100% spada na łeb na szyję, obniżą ceny". Może obniżą, a może wcześniej padną. Może obniżą, a może napiszą kolejny list do ministra kultury, tym razem z prośbą o wprowadzenie przymusowego zakupu drogich książek przez Polaków, bo samo JCK nie wystarczyło. Kpię, ale nie na marne. Bo na serio to może obniżą, a może nie. Na dwoje babka wróżyła. 

Jak może być?

Z perspektywy zwykłego czytelnika różnicy generalnie brak - książki mogą być droższe, a wydawnictwa i tak mogą paść, więc po co się pakować w jedną Wielką Niewiadomą? Wyobraźmy sobie bowiem taką sytuację. Ustawa o JCK wchodzi w życie, a ArtRage chwilę później wypuszcza na rynek drugi tom opus magnum Fossego, ustalając jego okładkową, tj. powszechnie obowiązującą cenę na 60 złotych. Okazuje się jednak, że magia ostatniego Nobla wyblakła i drugiego tomu nie chce kupić pies z kulawą nogą. Inne przewidywane na dany rok hity ArtRage (martwi Chilijczycy, żywi Mozambijczycy, reportaże z Meksyku etc.) również nie chwytają. ArtRage chętnie by te swoje książki przecenił, by srogą promocją choć częściowo załatać ogromną dziurę budżetową (jak to robi obecnie), ale, niestety, po wprowadzeniu tak przez nich upragnionej ustawy o JCK nie jest to już możliwe. Przecież nawet umierający wydawca w obecnej sytuacji nie będzie mógł przez rok przecenić żadnej ze swoich nowości! Chyba, że akurat wydawca będzie mógł, bo w ustawie będzie zawarty taki wyjątek? Ale jeśli - załóżmy - wydawcy będzie wolno jako jedynemu sprzedawać nowe książki taniej, to dlaczego nie będzie wolno tego samego stacjonarnym księgarniom, które też walczą o życie i o których polepszenie bytu rzekomo również chodzi w ustawie? 

Bartłomiej Sienkiewicz (Fot. Konrad Kozłowski / Agencja Wyborcza.pl)

W realu ArtRage najpewniej sobie poradzi i wyjdzie z nowej sytuacji obronną ręką (oby), ale może pięć innych małych, nie mniej ambitnych a mniej ogarniętych wydawnictw już niekoniecznie? A może będzie jak w marzeniach i fantazjach wydawców na temat JCK i w efekcie zmian wszyscy będą żyli długo, szczęśliwie i dostatnio? Być może, nie wykluczam tego (serio). Być może będzie tak, że wydawcy będą sprzedawać i zarabiać więcej. Być może wypłacą autorom wyższe honoraria i autorzy dostaną sensowny procent od okładkowej ceny, a nie jej połowy (niektóre wydawnictwa płacą dzisiaj autorom "uśredniony procent" np. od 45 proc. ceny okładkowej, niezależnie od tego, za ile sprzedali dany egzemplarz książki). Być może wielcy gracze w rodzaju Empiku czy Olesiejuka poddadzą się bez walki i grzecznie zrobią nieco miejsca mniejszym ambitnym podmiotom. Być może ustawa rzeczywiście wpłynie na zdrowszą i bardziej cywilizowaną konkurencję pomiędzy wydawnictwami, sklepami internetowymi i księgarniami stacjonarnymi, a los tych ostatnich poprawi się na tyle znacząco, że przestaną ginąć w dzikim tempie. Być może. 

Czego nie wiemy?

Ale tak naprawdę dzisiaj tego wszystkiego po prostu NIE WIEMY. Konkretów, danych, liczb jest albo bardzo niewiele, albo niezbyt chętnie się je prezentuje w dyskusji. Podaje się przykłady krajów, w których jednolita cena książki obowiązuje. Nie podaje się przykładów krajów, w których jednolita cena książki nie obowiązuje. Nie lubi się podawać przykładów krajów, w których jednolita cena książki obowiązywała, ale bardzo szybko przestała (Izrael). Michalski z ArtRage, który z wielką wprawą żongluje przykładami krajów "zasobnych w JCK", pytany o Izrael, odpowiada, że akurat tego przypadku zupełnie nie zna. Mówi się: "Zobacz, jak to działa w Norwegii!" i nie dodaje się, że JCK nie ma w Szwecji, Finlandii i Danii.

Żongluje się nazwami państw "cywilizowanych" i "zachodnich", ale nie dodaje się, jak inne od naszej są w tych państwach kultury czytania, poziomy czytelnictwa czy - last but not least - zarobki. Istnieją przykłady jeszcze ciekawsze i bardziej zagadkowe. Czesi nie mają JCK, a jednocześnie - jak to swego czasu określił Edwin Bendyk - uczynili z czytania świecką religię. Czyta ok. 80 proc. Czechów, przeciętny Czech pochłania ponad 12 książek rocznie (a Francuz - 22), a jego domowa biblioteka liczy średnio 253 tomy. Tymczasem 37 proc. Polaków nie posiada w domu ANI JEDNEJ książki. A 66 proc. Polaków ANI JEDNEJ książki nie przeczytała w minionych dwunastu miesiącach (raport Biblioteki Narodowej za rok 2022, czyli najaktualniejszy). 

Jak myślicie: Czesi zaczęli czytać w efekcie wprowadzenia jakiejś ustawy czy może czytali masowo odpowiednio wcześniej i to tak intensywnie, że żadna ustawa byłaby im niestraszna? A może wprowadzenie JCK wpłynęłoby na poziom czytelnictwa nawet w kraju takim jak Czechy, tyle że negatywnie? I w drugą stronę: czy jesteśmy przekonani, że krajowi, w którym czytelnictwo raczej szoruje po dnie niż nie pomoże wprowadzenie ustawy, którą ogrom Polaków zrozumie wyłącznie jako "ZAKAZALI RABATÓW"?  

Mnożę pytania, czyli o Czytelniku Polskim

Istotnych pytań i wątpliwości jest dużo więcej. Czy mamy jakiekolwiek badania, które uwzględniają różnego rodzaju różnice, różne zmienne i jak najpełniejsze dane? Czy czytelnicy/klienci będą na ten temat uczciwie i szczegółowo informowani? Czy myśli się - a może nawet trwają takie prace - o alternatywnych rozwiązaniach, czy też JCK to jedyny możliwy pomysł? A jeżeli największy problem jest z dystrybutorami, to może wydawcy powinni spróbować się ze sobą dogadać i np. sami zostać potężnym dystrybutorem (kartel wydawców, którym nikt nie podskoczy)? Czy to absolutnie niemożliwe i dlaczego? A jeśli nie w tę stronę, to może rządowe regulacje potrzebne są szczególnie w kwestii rabatów, jakich od wydawców żądają owi wielcy gracze? Może to w tym miejscu mamy do czynienia z najsłabszym punktem w całej układance i jeśli ustawowo ustaliłoby się np. maksymalne rabaty, jakich wolno żądać dystrybutorom wobec nowo wydanych tytułów, mielibyśmy problem z głowy? I co z e-bookami lub audiobookami? Czy ich również ma dotyczyć JCK (i dlaczego tak/nie)? Czy na e-booki będzie wolno dawać rabaty? Czy sztywna cena na e-booki również ratuje księgarnie stacjonarne i w jaki sposób? Czy rozwiązanie w postaci JCK rzeczywiście ma na pierwszym miejscu troskę o czytelnika, autora, księgarnię, czy jednak przede wszystkim dobro (i zysk) samego wydawcy, który dzisiaj przegrywa w (nierównej) walce ze wszystkimi Empikami i Olesiejukami? Czy jesteśmy absolutnie pewni, że zwyciężymy, a nie że założymy sobie ustawową pętlę na szyję? I kogo mamy na myśli mówiąc tu "my"? 

I jeszcze taka drobnostka, w realiach polskich jednak dość istotna: czy ktoś spytał o zdanie, tj. zbadał samych zainteresowanych, czytelników/klientów/konsumentów? Czy Czytelnik Polski woli np. kupować książkę za 40 złotych z przekreśloną ceną okładkową 60 złotych, czy też woli woli płacić 40 złotych, bo na okładce jest napisane 40 złotych (i przez rok nie dostanie nawet opcji, by zapłacić 39 złotych)? A może Czytelnik Polski w swej masie jednak kocha rabaty, promocje, obniżki, wielosztuki, żappsy i innego typu konsumenckie przynęty, dzięki czemu myśli o sobie, że jest zakupowym zwycięzcą? A co w sytuacji, gdyby w badaniach wyszło, że - dajmy na to - 90 proc. klientów woli płacić te 40 zł z przecenionych 60 zł, nawet jeśli ma świadomość, że to ceny specjalnie i absurdalnie zawyżone? Co wtedy? Czy zdanie i konsumenckie preferencje czy przyzwyczajenia Czytelnika Polskiego mają tu w ogóle jakiekolwiek znaczenie? Czy ktokolwiek z zainteresowanych JCK zajmuje się tym na serio?

Warto rozmawiać (i czy na pewno?)

Odnoszę wrażenie, że niekoniecznie. Widzę natomiast w całej dyskusji wiele głosów i uwag, hmm, niekoniecznych. Rozumiem - sprawa jest istotna, są emocje, są nerwy. Sam je mam. Ale mam też - powtarzam to tu wciąż - wątpliwości i pytania. Ich głośne artykułowanie nie spotyka się z wielką miłością pytanych wydawców czy księgarzy. Parę przykładów, osobistych i nie. Krzysztof Cieślik z ArtRage pisze: "Katastrofą jest, że bystry gość pisze takie rzeczy, Grzesiu" (to o mnie). Konrad Nowacki z Cyranki ocenia na Threadsach: "Dyskusja o regulacjach rynku książki przypomina tę o zakazie palenia w knajpach sprzed lat. Taka sama histeria". Piątkę przybija mu Michalski z ArtRage ("Tyle było rozdzierania szat"). Szymon Świtajski ze Smaku Słowa - pół żartem, taką mam przynajmniej nadzieję - dopytuje na Facebooku: "Kogo słuchasz? Czym jesteś agentem wpływu?". Oskarżeń, że rzekomo służę Empikowi i/lub innym dużym graczom pojawiło się zresztą więcej, ale naprawdę szkoda na nie - cytując klasyka - strzępić ryja. Za dość kuriozalne uważam również wiele wypowiedzi z głośnego i chętnie udostępnianego dalej wywiadu na łamach "Dwutygodnika" pod tak lubianym przeze mnie tytułem: "Książki drożeją najwolniej" (krytykowanie czytelników za robienie zdjęć w księgarniach, krytykowanie klientów księgarni narzekających na wysokie ceny i zbyt mało pojętnych, by zrozumieć, że masło też jest drogie, a w czym książki są gorsze od masła etc. etc.). 

Festiwal Książki Psychologicznej odbywa się w księgarni Smak Słowa w Sopocie (Fot. Smak Słowa)

Pytanie: czy tak ma wyglądać ta dyskusja? A może żadnej dyskusji ma nie być? Równie dobrze "histerię" i "rozdzieranie szat" można by zarzucić samym wydawcom czy księgarzom, ale wątpię, czy przerzucanie się epitetami komuś tu pomoże? Gdy zaanonsowałem, że planuję "usiąść do rozmów", tj. zrobić wywiad z różnymi stronami od razu kilkoro wydawców napisało do mnie, kogo absolutnie nie powinienem do rozmowy brać, a kogo absolutnie tak. Pozwólcie, że sam o tym zdecyduję. Owszem, jest pewnym paradoksem, a może i ekscesem, że to właśnie ja, seryjny i nieuleczalny bibliomaniak, staję okoniem, biję pięścią w stół i okazuję się w kwestii JCK człowiekiem małej wiary, ale wychodzę z założenia, że ktoś musi. Wielcy gracze poradzą sobie bez czyjejkolwiek pomocy, a wydawcy niezależni i księgarze przedstawiają swoje argumenty (wśród nich wiele istotnych). Brakuje mi głosu, wątpliwości i pytań czytelników. Nieprzypadkowo od takiej autoidentyfikacji rozpocząłem niniejszy tekst. 

*

Mój przyjaciel (również ciężki przypadek bibliomanii) napisał, że bardzo czeka na mój tekst, bo chce się dowiedzieć, jakie mam zdanie w całej tej sprawie. Otóż: ja tak naprawdę nie mam zdania, tylko obawy i wątpliwości. I to dość poważne. Podsumujmy je. Po pierwsze, że realne ceny książek będą wyższe, co (przynajmniej dla bibliomaniaków) nie może być dobrą wiadomością. Po drugie, że stacjonarnym księgarniom ustawa i tak nie pomoże. Po trzecie, że wielcy gracze nie ustąpią i łatwo pola nie oddadzą, tylko wymyślą inne sposoby na zdominowanie mniejszych. Po czwarte, że autorzy i tak nie zarobią więcej. I wreszcie po piąte, że Polacy i tak nie będą więcej czytać (co, umówmy się, ma tu również niejakie znaczenie). 

Zapytam więc raz jeszcze: czy wolno mi się lękać? I czy możemy o tych wszystkich strachach otwarcie dyskutować?

Grzegorz Wysocki

PS. Generalnie zawsze (więc i teraz) zachęcam czytelników do kupowania książek bezpośrednio od małych ambitnych wydawców takich jak Karakter, ArtRage, Cyranka, Drzazgi, Officyna, Ha!art czy Filtry. Ale i tu pojawia się nielicha, choć odrobinę złośliwa wątpliwość: czy kupując książki przez stronę internetową wydawcy nie przykładam ręki do śmierci stacjonarnych księgarni?

Grzegorz Wysocki. Od grudnia 2022 w Gazeta.pl. Wcześniej m.in. dziennikarz i publicysta "Gazety Wyborczej", szef WP Opinie, wydawca strony głównej WP, redaktor WP Książki, felietonista "Dwutygodnika" i krytyk literacki. Autor wielu wywiadów (m.in. Makłowicz, Chwin, Wałęsa, Urban, Spurek, Gretkowska, Twardoch, Świetlicki), cyklu rozmów z wyborcami PiS-u czy pisanego od początku pandemii "Dziennika czasów zarazy". Dwukrotnie nominowany, laureat Grand Pressa za Wywiad w 2022 (rozmowa z Renatą Lis). Od 2023 w kapitule Łódzkiej Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima. Prezes klubu szpetnej książki Blade Kruki (IG: bladekruki). Nałogowo czyta papierowe książki i gazety oraz ogląda seriale. Urodzony i wychowany na Kaszubach, wykształcony w Krakowie, ostatnio porzucił Warszawę na rzecz Łodzi. Profil na FB: https://www.facebook.com/grzes.wysocki/

Czytaj także: 

Po publikacji tekstu otrzymaliśmy polemikę, której autorem jest Włodzimierz Albin, członek Rady Polskiej Izby Książki, prezes wydawnictwa Wolters Kluwer Polska. Publikujemy ją poniżej:

Pan Grzegorz Wysocki jest bardzo doświadczonym dziennikarzem, więc wie, że pozostawianie w artykule niedomówień lub otwartych pytań, na które łatwo znaleźć odpowiedź, może być przykładem odejścia od dziennikarskich standardów. Tak się stało z artykułem „Chcecie zakazać Polakom rabatów!". „Nie, walczymy o życie!". O co chodzi w dyskusji o Jednolitej Cenie Książki? [OPINIA]" opublikowanym 23 lutego w serwisie Gazeta.pl.

Gdyby to był list sfrustrowanego czytelnika serwisu, byłoby to zrozumiałe. Ale dla dziennikarza dotarcie do tych wszystkich informacji jest łatwe i proste. Z pewnością wszystkie wątpliwości rozwialiby cytowani szeroko w artykule przedstawiciele kilku interesujących wydawnictw, które obecnie wyznaczają trend na polskim rynku książki. Jeśli jednak nie traktuje ich profesjonalizmu poważnie, mógłby sięgnąć do informacji znajdujących się na stronach Polskiej Izby Książki, jedynej organizacji reprezentującej wydawców i dystrybutorów książek.

Po kilku kliknięciach myszką dotarłby do działu Projekt ustawy o ochronie rynku książki, gdzie znajduje się większość odpowiedzi na jego pytania i wątpliwości. Nawet jednak tego nie musiałby robić (czytanie projektów aktów prawnych i historii sięgającej aż 2015 roku może być męczące), wystarczy podejść życzliwie i zdroworozsądkowo do problemów lubianej przez Grzegorza Wysockiego branży. Problemy te nie dotyczą tylko małych, niezależnych i ambitnych wydawnictw, ale także wydawnictw średnich i dużych, a także większości dystrybutorów. I oni także podczas prac nad pierwszym podejściem do uchwalenia ustawy (2015 r.), drugim podejściem (2017 r.) oraz trzecim (2021 r.) wspierali ten projekt, choć trzeba przyznać, że często niekonsekwentnie, gdyż takim jesteśmy niekonsekwentnym krajem.

W czasie dyskusji na projektami wszystkie te problemy zostały poruszone. Mówiliśmy o trudnej przygodzie ze stałą ceną książki w Izraelu, gdzie rynek był zdominowany przez dwóch dystrybutorów, ustawę wprowadzono za późno i na próbę. Mówiliśmy o specyfice rynku skandynawskiego (olbrzymie zakupy dla bibliotek – polecam książkę Katarzyny Tubylewicz na ten temat). Mówiliśmy też o wspaniale czytających Czechach i ich, jednak odmiennej od naszej, kulturze. Ale przede wszystkim mówiliśmy o tym, że Niemcy, Austria, Francja, Włochy, Hiszpania, Portugalia, Holandia w różnych latach wprowadziły takie regulacje i mają się one u nich dobrze. Dwaj liderzy – Francja i Niemcy, wspierali nas w naszych wysiłkach wręcz nieprawdopodobnie.

Dostępne są wszystkie dane, o które autor artykułu pyta. Potrzeba tylko odrobiny wysiłku.

Dlaczego wydawcy nie założą własnego kartelu dystrybucyjnego? A dlaczego mieliby powtarzać drogę Empiku czy Świata Książki, które dominują rynek niemiłosiernie.

Czy projekt ustawy dotyczy e-booków i audiobooków? Oczywiście, tak powinno, moim zdaniem, być.

Czy jak się książka zupełnie nie sprzedaje przewidujemy odstępstwa? Przewidywaliśmy, gdy okres karencji miał trwać rok. Teraz proponujemy 6 miesięcy, więc nie jest to potrzebne. I pytanie najważniejsze: czy zapytaliśmy czytelników, czy chcą kupować książki poważnie i rozsądnie, czy zachęcani rabatem. Czy Grzegorz Wysocki kiedykolwiek i gdziekolwiek widział takie pytania zadawane konsumentom w innych branżach? Dlaczego najbardziej rozregulowana ekonomicznie branża w Polsce ma się reformować, zadając takie pytania swoim odbiorcom. A może nasza branża powinna znaleźć inne sposoby marketingu książek niż obniżanie ich ceny trochę bardziej niż konkurencja i obserwowanie z satysfakcją, jak ci, którzy tej ceny nie są w stanie bardziej obniżyć, znikają z rynku?

Grzegorz Wysocki, zostawiając swój artykuł pełen niedomówień i otwartych pytań (na które łatwo mógł znaleźć odpowiedzi), dał asumpt do hejtu w stosunku do projektu ustawy i branży wydawniczej. Mam nadzieję, że nie o to mu chodziło.

Żadna ustawa nie przynosi w 100 proc. takich skutków społecznych i ekonomicznych, jakie zaplanował ustawodawca. Cytując wypowiedzi wydawców, Grzegorz Wysocki wskazał wszystkie prawdopodobne korzyści wprowadzenia w Polsce tej ustawy. Wskazał też ryzyka, jakie stoją przed samymi wydawcami i księgarzami, gdyby się coś nie udało.

Nie zajął się jednak poważnie ryzykami, jakie przyniesie wprowadzenie ustawy jemu i innym bibliofilom. Otóż jedynym ryzykiem jest to, że jeśli nie będzie ich stać na kupno nowości bez rabatu, to po okresie obowiązywania stałej ceny (sześć lub dwanaście miesięcy) będą mogli ją kupić z takim rabatem, jaki im się zamarzy. Albo przeczytać od razu w bibliotece, która ustawowo będzie miała 20 proc. rabatu na nowości.

Czy nie warto tej tak lubianej branży dać szansę i ponieść to ryzyko?

Włodzimierz Albin
członek Rady Polskiej Izby Książki
prezes wydawnictwa Wolters Kluwer Polska