Sam, Ralf, Labi, Guido, Sokrates, Fanta, Abi, Figo, Chuck, Fergus, Sonia, Lijo. To psy, które przez 10 lat przewinęły się przez dom Janusza. Trzy ostatnie jeszcze żyją. Większość łączyło jedno: były najtrudniejszymi przypadkami – ważyły ponad 30 kg i miały przeszło 12 lat. Do niedawna musiały być to także psy, które co najmniej pięć lat spędziły w klatce. Takie jednak rzadko już zdarzają się w schronisku Na Paluchu, skąd Janusz zazwyczaj przygarnia zwierzęta. Czwarte kryterium: psy muszą go czymś ująć. Nie jest jednak specjalnie wybredny. Gdyby teraz poszedł do schroniska, wytypowałby pewnie 30 psów, które mógłby adoptować.
– Biorę psy, których szanse na adopcję są bliskie zeru. Mam do takich największą słabość. Chcę im umilić ostatnie lata czy miesiące życia – wyjaśnia.
Może sobie na to pozwolić, bo przez ostatnie 30 lat pracował zdalnie. Mieszka w domu z ogrodem, od pół roku jest na emeryturze, w wolnych chwilach tłumaczy książki.
W tym roku po śmierci Sama, wziętego z Mordowni, czyli nieistniejącego już schroniska w Radysach, nazywanego tak ze względu na fatalne warunki, w jakich trzymane były zwierzęta, Janusz był zmuszony nieco zmodyfikować pierwsze kryterium adopcji. – Sam dostał paraliżu tylnych łap. Musiałem nosić go na szelkach – przednimi łapami się podpierał, a tył mu unosiłem. W końcu odczuł to mój kręgosłup – opowiada.
Na dłuższe spacery Janusz woził Sama w specjalnie dla niego zbudowanym, własnoręcznie, "psiowozie". – Tak wymagająca opieka sprawiła, że musiałem zacząć się oszczędzać. Z wagi ciężkiej zszedłem więc do wagi średniej – górna granica, której już na pewno nie chcę przekraczać, to 20–25 kg.
"Wszystkie leki podajemy do karmy. O 6 rano lek wspomagający pracę trzustki (jedna piąta zawartości ampułki), suplement wspomagający pracę nerek (pół tabletki, rozgnieść) oraz pół tabletki rozgniecionego leku na obniżenie ciśnienia. Do kolejnej porcji o 10 dodajemy tę samą ilość leku na trzustkę oraz jedną ósmą tabletki (rozgniecionej) leku pobudzającego perystaltykę. O 13, 17 i 22 – znów jedna piąta leku na trzustkę – w tym raz ze specjalnym "węglem" wychwytującym nefrotoksyczne substancje. Dodatkowo o 22 dodajemy pół tabletki suplementu na nerki oraz jedną czwartą rozgniecionej tabletki sterydu na IBD, czyli idiopatyczne zapalenie jelit".
To rozpiska podawania leków dla 15-letniego kota Adama i Gosi – Ahmeda. Jeszcze rok temu miał w domu kociego towarzysza, Hafisa, który spędził z parą 10 lat. Także dożył sędziwego wieku, choć dokładna liczba nie jest im znana.
– Hafisa wzięliśmy z fundacji jako kota teoretycznie zdrowego, wcześniej mieszkał u pewnej pani, która żyła w mieszkaniu z 60 kotami. Mógł mieć pięć–osiem lat. Po adopcji okazało się, że nie ma większości zębów, za to ma zapalenie dziąseł, świerzb. Ale nawet przez myśl nam nie przeszło, żeby go oddać – kot chory, trzeba się nim zająć. Po jakimś czasie zmienił się nie do poznania, sierść mu wypiękniała, stał się dużym, dumnym kotem, który każdemu wskakiwał na kolana – przekonuje Adam.
Ahmed dołączył do niego jako kot stosunkowo młody. – Wzięliśmy go od znajomego, bo uznaliśmy, poniekąd błędnie, że Hafisowi będzie w towarzystwie raźniej. Początki ich znajomości łatwe nie były, ale w końcu się jakoś dogadali.
14-letni Staś, 15-letni Filipek oraz 16-letni Duduś to obecny stan małego domowego sanatorium dla jamników, jak mówi o swoim domu Sylwia. Do niedawna w sanatorium mieszkał także 13-letni Toto. Dlaczego jamniki? Bo Sylwia kocha tę rasę. A dlaczego stare?
– Obserwowanie, jak porzucony czy zaniedbany pies dzięki lekom i odrobinie miłości nagle odżywa, jest w pełni sił, nabiera zaufania i zaczyna się z dnia na dzień przytulać czy z tobą spać, jest doświadczeniem wspaniałym. Skoro mam możliwość stworzenia dla takiej istoty spokojnego kącika na starość, to dlaczego miałabym tego nie zrobić? – pyta Sylwia.
Za wszelką cenę
Najstarszy psi pacjent Joanny Sierzpowskiej z Książenickiej Przychodni Weterynaryjnej Doktor Hau miał 31 lat, koci 28. – To oczywiście pojedyncze przypadki, ale prawda jest taka, że współczesna wiedza weterynaryjna oraz rozwój technologii pozwalają obecnie na znaczne wydłużenie życia psów czy kotów – przekonuje.
Oznacza to, że jednocześnie opieka nad zwierzęciem się zmienia – wymaga większego zaangażowania.
– Dla przykładu pacjentowi z cukrzycą można znacznie poprawić komfort życia, pod warunkiem że będziemy starannie monitorować jego stan, wykonywać regularnie badania krwi, codziennie mierzyć poziom cukru, podawać zastrzyki z insuliny – wymienia weterynarz.
Kluczowe jest także karmienie o ścisłych porach. A w sytuacji zaostrzenia choroby podawanie kroplówek, nawet przez kilka dni z rzędu. – Są osoby, które jak słyszą diagnozę, już nie wracają do gabinetu – mówi Sierzpowska.
Wiele osób przeciwnie, jest w stanie dla swojego zwierzęcia zrobić wszystko. – Zdarzają się osoby, które za wszelką cenę chcą walczyć o życie swojego domownika, nawet w sytuacji, w której ta walka jest z góry skazana na niepowodzenie. Mamy możliwość ukrócić cierpienie zwierzęcia, więc jeśli wiemy, że przypadek jest beznadziejny, radzimy ludziom, aby z niej skorzystali – wyjaśnia.
Podkreśla jednak, że decyzja o eutanazji jest dla weterynarza zawsze trudna.
"Przepraszam, pies mi się zesrał"
Fergus ma 13 lat, jest głuchy i niewidomy, ma chore serce, jest po usunięciu nowotworu jądra. 12-letnia Sonia miała wyciętą listwę mleczną z powodu nowotworów. 12-letni Lijo ma zniszczone wszystkie stawy wskutek wieloletniej nadwagi. Trzy wiekowe psy to maksymalna liczba, jaką Janusz jest w stanie w jednym czasie udźwignąć. – Bo pracy wokół takich zwierząt jest mnóstwo, zwłaszcza jeśli traktuje się je jak pełnoprawnych domowników. Moje psy śpią w domu, każdy ma swoje posłanie, mogą chodzić, gdzie chcą – mówi.
Spędza z nimi całe dnie i noce. Wychodzi na spacery, podaje leki kilka razy dziennie, sprząta po nich, gdy załatwią się w domu. A takie sytuacje wcale nie są rzadkością.
– Gdy Sam dostał niedowładu tylnych łap, przestał trzymać kał i mocz. Spał ze mną w pokoju i w nocy często budził mnie specyficzny zapach – śmiałem się, że mam w domu darmowy test covidowy. Nie budząc Sama, podcierałem mu pupę, zmieniałem pieluchę i szedłem z powrotem spać – opowiada. Sam pod koniec życia nie był w stanie samodzielnie oddać moczu. Trzeba było mu go wyduszać z pęcherza niczym powietrze z piłki. – Wyglądało to tak: unosiłem jego tylną część ciała, ściskałem kolanami biodra, żeby nie upadł na ziemię, a następnie przykładałem obie dłonie po bokach jego brzucha, wyczuwałem pęcherz i ściskałem. Czasem naleciało mi trochę do buta, czasem na nogę. Żeby opiekować się niektórymi starymi psami, trzeba mieć dużo cierpliwości – opowiada Janusz.
Za pan brat z pieluszkami i sprzątaniem po jamnikach jest także Sylwia. – Gdy braliśmy Filipka, sikał non stop, a że był bardzo ruchliwy, to siki były wszędzie. Prawdopodobnie dlatego nie mógł znaleźć domu. Nikt nie wiedział, o co chodzi. Badaliśmy nerki, pęcherz – wszystko w normie. Neurolog doszedł do wniosku, że może to psia demencja, bo dodatkowo był bardzo zakręcony, gubił się nawet w miejscu, które było mu znane. Więc Filipek załatwia się tylko do pieluszki, trzeba mu ją zmieniać kilka razy dziennie – mówi Sylwia.
Z kolei Duduś sika i w domu, i na zewnątrz. – Prawdopodobnie zanim do nas trafił, cały czas żył na dworze i nie rozumie, w jakim celu idzie się na spacer. Ma szczególnie tendencję do obsikiwania piekarnika. Nieraz mi się zdarzyło, że podczas jakiegoś calla w pracy musiałam poprosić o przerwę, bo "pies zesrał mi się na podłogę i muszę szybko posprzątać" – śmieje się.
Na spacery z jamnikami Sylwia wychodzi nawet osiem razy dziennie. – Z każdym muszę wychodzić osobno, ponieważ chodzą w różnym tempie.
Adam podkreśla, że opieka nad starszymi zwierzętami wymaga nie tylko cierpliwości, ale i wiedzy z zakresu pielęgniarstwa. – W pewnym momencie, żeby ciągle nie zabierać kota do weterynarza, co jest dla niego stresującym przeżyciem, nauczyliśmy się sami wykonywać niektóre zabiegi – podawać insulinę w zastrzyku czy kroplówkę podskórnie. Wiązało się to czasem z nieszkodliwymi wypadkami, jak skaleczenie kota przy wbijaniu igły. Kot wyluzowany biegał sobie po mieszkaniu i wszędzie lała się krew. Weterynarz uspokoiła nas, że takie sytuacje się zdarzają nawet w gabinecie – opowiada Adam.
Jak mówi Patrycja Jarosz ze schroniska Na Paluchu, na 650 psów 100 to seniorzy – powyżej ośmiu lat, na 200 kotów seniorów jest około 25. Patrycja przyznaje, że takim zwierzętom najtrudniej znaleźć dom, choć są osoby, które zgłaszają się wyłącznie po starsze zwierzęta. – Gdy jedno odejdzie, przychodzą po kolejne. Taka postawa jest godna podziwu. Bo opieka nad psim czy kocim seniorem bywa bardzo trudna – mówi.
A motywacje są różne. – Niektórzy wolą adoptować starsze zwierzę, ponieważ sami są już w sędziwym wieku, nie prowadzą bardzo aktywnego trybu życia i ciężko by im było zapewnić młodemu psu odpowiednią dawkę ruchu. Prawda jest też taka, że młode zwierzęta wymagają najwięcej pracy wychowawczej. Po dorosłym psie mniej więcej wiadomo, czego się spodziewać.
Mógłbym kupić teslę
Jak podkreśla Jarosz, przygarniając staruszka, trzeba liczyć się z tym, że dużo wydamy na opiekę weterynaryjną. – Dlatego w ankiecie adopcyjnej pojawia się pytanie, które może wydać się kontrowersyjne – o źródło dochodu. Ale jak osoba, która nie ma pracy lub jest na utrzymaniu rodziców, będzie w stanie odpowiednio zadbać o zwierzę?
– Kiedyś, przy okazji rozwodu, podliczyłem wszystkie wydatki związane z moimi psimi domownikami – opowiada Janusz. – Przez niecałe półtora roku wydałem na psy około 20 tys. zł, z czego 3 tys. poszło na hotelik dla zwierząt, któremu powierzyłem opiekę nad nimi, gdy wyjechałem dwa razy na narty.
Najdroższe są zabiegi oraz niektóre leki. – Wszystko zależy od schorzenia. Nie zawsze opieka nad starym psem jest aż tak kosztowna. Często wydatki ograniczają się do karmy, okresowych badań i podstawowych leków typowych dla zaawansowanego wieku – tłumaczy Janusz.
Adam również analizował koszty związane z Ahmedem. – W spokojnym miesiącu, czyli nie wliczając zabiegów czy dodatkowych wizyt u weterynarza, na badania kontrolne, karmę specjalistyczną sprowadzaną z zagranicy – jedna puszka w cenie kilkunastu złotych – drewniany żwirek i leki wydajemy z partnerką około 1,5 tys. zł. Moglibyśmy go oczywiście karmić puszkami z dyskontu, ale wtedy jego wyniki bardzo by się pogorszyły – opowiada.
Ahmed przyjmuje pięć różnych leków, z czego ten na trzustkę kosztuje około 400 zł. – Starcza na mniej więcej dwa miesiące – mówi Adam.
Jak kot choruje, Adam i Gosia nie szczędzą na najlepszych specjalistów: kociego okulistę czy nefrologa. Każda wizyta to wydatek rzędu 200–300 zł.
Codzienne wydatki na jamniki są również odczuwalne dla Sylwii i jej partnera. Para stara się jednak oszczędzać tam, gdzie jest to możliwe. – Mamy fajny patent z pieluszkami. Pieluszki dla psów są dość drogie – 12 sztuk kosztuje około 36 zł – kupujemy więc te dla dzieci. Są tańsze i na nasze potrzeby zdecydowanie lepsze niż te psie. Kupujemy także podkłady do przewijania dla dzieci, które umieszczamy pod kocem na posłaniu. Jakby się któremuś pieskowi ulało, to brudny będzie tylko koc – opowiada.
Najwięcej pieniędzy zwierzę pochłania, gdy zaczyna chorować. Sylwia wspomina okres, w którym Toto był w bardzo złym stanie. – Najpierw przeszedł nieudaną operację wycięcia zmiany nowotworowej – w trakcie zabiegu zatrzymało mu się serce, na szczęście weterynarzom udało się go uratować, ale zmiana nie została usunięta – opowiada.
Sylwia i jej partner zdecydowali się poddać Toto chemioterapii. Ostatnim krokiem do wyleczenia psa miał być jednorazowy zastrzyk, wskutek którego ze zmiany miała zrobić się rana, która po zagojeniu miała zniknąć wraz z nowotworem. – Chemia osłabiła Toto. Pojawiły się ataki padaczki. Po zastrzyku bardzo źle się czuł, kolejnego ataku padaczki nie przeżył. Cała terapia kosztowała nas ok. 10 tys. zł. Tym bardziej bolesne, że nie przyniosła pozytywnego rezultatu – mówi Sylwia.
W podróż dookoła świata nie pojadę
Dla Janusza to nie finanse stanowią największy problem w opiece nad starszymi psami. – Najbardziej dokucza mi brak swobody. Lubię podróżować, ale moje psy wymagają regularnego podawania leków, wizyt u weterynarza, trudno zostawić je na długo same. Co roku muszę pojechać chociaż na kilka dni na narty, bo jest to moja wielka pasja, i wtedy korzystam z usług hotelu dla zwierząt. Następnym razem planuję zostawić psy sąsiadce, której zwierzętami niedawno ja się opiekowałem. Ale w podróż dookoła świata raczej się nie wybiorę. Psy coś mi odbierają, ale coś dają w zamian – przekonuje.
– Jeśli zdarza nam się wyjechać, to raczej tylko na kilka dni – opowiada Adam. – Wtedy szczegółową rozpiskę zostawiamy zaprzyjaźnionej osobie, której wcześniej robimy przeszkolenie weterynaryjno–pielęgniarskie. Taki starszy, schorowany kot wymaga także ciągłej obecności opiekuna. Kotu "nerkowemu" zdarza się wymiotować co dwa–trzy dni, gdy te wymioty stają się częstsze, to kot może się szybko odwodnić, więc trzeba go szybko zawieźć do weterynarza – wyjaśnia.
A także, jak dodaje, wyczyścić parkiet po wymiocinach, bo ten może się zwyczajnie zniszczyć. – Zdarzyły się także okresy, w których musieliśmy zrezygnować z wyjazdu lub go skrócić, bo kot się rozchorował lub przez dłuższy czas wymagał bardziej specjalistycznej opieki.
Adam wspomina, jak Hafisowi podawał codziennie zastrzyk z insuliny czy kroplówkę. – O ile bardzo łatwo było zrobić mu zastrzyk podskórny – wskakiwał na blat kuchni i dosłownie wystawiał się do zastrzyku, bo wiedział, że zaraz po nim dostanie jedzenie, o tyle Ahmed już za podobnymi zabiegami nie przepada. Trzeba z nim chodzić na kroplówki zawsze do weterynarza, na przykład przez kilka dni z rzędu. Myśl, że w pewnym momencie będzie trzeba go codziennie nawadniać, napawa mnie lekkim niepokojem – opowiada Adam.
Sylwia i jej partner rzadko wyjeżdżają, lubią spędzać czas w domu. – Prowadzimy życie piwniczne, więc obowiązków wokół psów nie traktujemy w kategoriach uwiązania. Ja pracuję zdalnie. Mam też takie poczucie, że skoro zajmuję się na co dzień starszymi psami, to będzie mi kiedyś łatwiej opiekować się kimś z rodziny na starość – przekonuje.
Zapełnienie pustki
Zdjęcia psów Janusza wiszą w całym domu. Mężczyzna ma także wyjątkowy rytuał: zawsze po śmierci któregoś z pupili drukuje jego zdjęcie na koszulce. Ma już ich kilkanaście. – Coraz gorzej znoszę odejścia moich psów – przyznaje. I wspomina ostatnie miesiące życia Labi, która dostała tzw. osteolizy żuchwy, czyli zaniku kości w tym miejscu. – Tak jej się wykrzywiła szczęka, że nie była w stanie sama jeść – opowiada Janusz. – Karmiłem ją łyżeczką przez kilka miesięcy. Dwie trzecie pokarmu wypadało, ale jedną trzecią udawało się podać. Nie utrzymywałem jej na siłę przy życiu. Miała apetyt, lubiła być przytulana, głaskana, chodziła chętnie na spacery. W końcu w lecie przyszedł taki dzień – krótko po odejściu Sama – że nagle przestała jeść, chodzić, jej oczy zmatowiały. Próbowałem ją zabierać na spacery w wózku po Samie, ale o ile Sam jechał w nim wyprostowany, z dumnie podniesioną głową, ona leżała na boku, nie zwracając uwagi na otoczenie – dodaje. To był znak, że należało dać jej odejść. – Nigdy nie dopuszczam do sytuacji, w której pies cierpi, a ja, korzystając ze zdobyczy medycyny, trzymam go przy życiu, bo nie chcę się z nim rozstać – przekonuje.
Janusz wciąż nie znalazł skuteczniejszego sposobu na poradzenie sobie z traumą po utracie przyjaciela niż przygarnięcie nowego domownika. – Opieka nad nowym psem, satysfakcja z tego, jak oswaja się z domem, działają jak lek antydepresyjny. Ostatnio popłakałem się ze szczęścia, gdy Fergus pierwszy raz od dnia, w którym go przygarnąłem, okazał radość. Nagle ten niewidomy i głuchy pies zaczął zawzięcie bawić się piłką tenisową – opowiada.
Podobnie ma Sylwia: – Walka o jednego z naszych jamników, Tytuska, który był z nami tylko trzy miesiące, była bardzo trudna. Ostatecznie pies nie zareagował na jedyny lek, który mógł go uratować. Gasł w oczach. Po ostatniej wizycie u weterynarza na kroplówkę miał już obniżoną temperaturę ciała. Lekarz powiedział, że prawdopodobnie w nocy odejdzie. Dostał leki przeciwbólowe. Spał między nami na łóżku. W pewnym momencie przestał oddychać.
Pustkę po Tytusie zapełnił Stasiu
Sylwia prognozuje jednak, że po śmierci jednego z jej psów raczej nie zdecyduje się przez jakiś czas przygarnąć nowego. – W domu zostaną dwa bardzo stare psy, które z czasem będą potrzebować coraz więcej opieki. Czeka nas także remont mieszkania, który ze względu na psy i ich stan ciągle przekładamy – wyjaśnia.
Czy po śmierci Ahmeda Adam i Gosia przygarną kolejnego kota? – Jeśli się nie zdecydujemy, nie będzie to wynikało z tego, że nie mamy ochoty czy siły opiekować się starszym, chorym kotem. Zajmowanie się takim zwierzęciem bywa uciążliwe, ale człowiek szybko się przyzwyczaja do nowych obowiązków, które stają się elementem codziennej rutyny. Dużo trudniejszy jest aspekt emocjonalny – towarzyszenie kotu w chorobie i w końcu pożegnanie. Ostatni tydzień życia Hafisa był koszmarny, kot ledwo doczołgiwał się do miski z karmą. Teraz leży koło mnie kolejny wiekowy mruczek z różnymi problemami zdrowotnymi, który nie wiadomo, ile jeszcze pożyje. Będziemy o niego walczyć tak długo, jak będziemy w stanie zapewnić mu komfortowe życie.
Chcesz podzielić się ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.
Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia.

