Korwin mówi dużo, ale niewiele o sobie, o rodzicach zaledwie strzępy, a o siostrze Krystynie prawie nikt z jego otoczenia nie słyszał. Jedna jego biografia, Prezes, pozostaje niezbyt znana, z okładką brzydką jak ulotki wtykane za wycieraczki. Autorem jest niejaki Cezary Zawalski. Źle się to czyta, bo autor postawił sobie za ambitny cel, jak sądzę, by ukazać Korwina jako męża stanu, poważnego inteligenta, oczytanego wielbiciela sporów akademickich, który podąża za luminarzami myśli filozoficznej, matematycznej i ekonomicznej.*
Powstała w 2003 roku, gdy Korwin stawał się memem i miał za sobą występy wiecowe w czapce błazna, więc mogło Korwina to błaznowanie zmęczyć, może stąd ta biografia z przypisami, jak z naukowej dysertacji. Ale zaraz na początku lektury, przy zdaniu: "Ojciec Janusza wyróżniał się wysoką inteligencją, dużymi zdolnościami organizacyjnymi oraz ogładą humanistyczną", zaczynam się zastanawiać, kto to napisał, bo nazwisko autora niespecjalnie lata na rynku literackim, a nawet wcale nie lata i wygląda mi to na korwinistyczny ghostwriting. Przy fragmencie, że matka Korwina była "pełna rozmachu, uroku osobistego i energii życiowej", zaczynam nabierać maniakalnych wręcz podejrzeń. Ale poczytajmy.
Jest tam o brydżu, w którego Korwin grał chyba wcześniej, niż zaczął czytać, potem o liceum Reytana, studiach matematycznych, filozoficznych i profesorze Klemensie Szaniawskim, który Korwinowi mentorował, dalej o stryju Jerzym, który ciągał go na spotkania salonowe, potem Korwin sam już wchodzi w opozycję. Kolportuje List 34, słynny dwuzdaniowy protest przeciwko cenzurze.
Do Prezesa Rady Ministrów Józefa Cyrankiewicza
Ograniczenia przydziału papieru na druk książek i czasopism oraz zaostrzenie cenzury prasowej stwarza sytuację zagrażającą rozwojowi kultury narodowej. Niżej podpisani, uznając istnienie opinii publicznej, prawa do krytyki, swobodnej dyskusji i rzetelnej informacji za konieczny element postępu, powodowani troską obywatelską, domagają się zmiany polskiej polityki kulturalnej w duchu praw zagwarantowanych przez konstytucję państwa polskiego i zgodnych z dobrem narodu.
Po zatrzymaniach przez SB, w połowie lat 60., a potem w 1968, także za bronienie Żydów, Korwin zamienia się w wiecznego studenta, żyje z brydża, zostaje mistrzem kraju, zaczyna pisać. Jego pierwszym artykułem, w miesięczniku "Brydż" z 1969 roku, jest opis rozgrywki, podczas której jego partnerką była kobieta, i już w tym jego debiucie publicystycznym możemy przeczytać, że natura kobiety jest skomplikowana.
Z żoną, dwoma synami, z biedą w oczach Korwin przestaje angażować się politycznie, idzie na etat do państwowego instytutu, gdzie uczy się pogardy dla gospodarki socjalistycznej, bo każą mu przez dwa lata robić to, co mógłby zrobić w dwa miesiące.
W strajkach 1970 roku nie bierze udziału, bo uznaje je za prowokację SB. I to chyba początek Korwina, jakiego znamy, który piórem rysuje nieostre krawędzie pomiędzy krytyką rzeczywistości a bezkompromisowym szaleństwem.
W artykule Biurokraci nauki nazywa naukowców hochsztaplerami, choć to czasy, gdy uczelnie są przystankami dla opozycji, by przeczekać, żyć jakoś, urządzić się w tej dupie, jak pisał Stefan Kisielewski, za chwilę jego mentor. Gardzi też Komitetem Obrony Robotników, bo robotnicy to socjaliści, i by dać im odpór, zakłada w swoim mieszkaniu ruch Prawica-Liberalizm-Konserwatyzm.
W apogeum komunizmu edukuje, jak stworzyć wolny rynek, a w końcu powołuje do życia wydawnictwo Officyna Liberałów. Pierwsze publikacje mają sygnaturę: "I Ty zostań spekulantem – kup – przeczytaj – odsprzedaj z zyskiem", wychodzi tam ponad 20 książek o ekonomii liberalnej, w tym Aleksandra Trzaski-Chrząszczewskiego "Przypływy i odpływy Demokracji". Zrobię tu mały przystanek, bo ta postać wydaje się dla Korwina równie ważna jak profesor Szaniawski, babcia Maria i ciocia Waca.
Aleksander Chrząszczewski herbu Trzaska (spekuluje się, że to pseudonim) nie był znany za życia ani po śmierci. Ten międzywojenny prawnik i urzędnik miał ambicje filozofa politycznego. Gdyby nie Korwin i jego wydawnictwo, o Chrząszczewskim prawdopodobnie nie słyszeliby nawet współcześni historycy idei, bo to jedyne wydanie jego książki po wojnie, a tezy Chrząszczewskiego można streścić tak:
Demokracja zakłada, że ludzie są dobrzy, a nawet potrafią z tej dobroci należycie korzystać, co jest kompletną głupotą, dlatego demokracja jest zła, robotników i mieszczaństwo trzeba trzymać za mordę, bo zrobią demokrację socjalną, a stąd blisko do dyktatury biurokracji, którą muszą utrzymywać klasa średnia i przedsiębiorcy.
Lepsza jest dyktatura jednostki, rozumiana jako instytucja wodza zbiorowego o pełnym autorytecie, tylko nie wiem, czy u Chrząszczewskiego autorytet ten należałby się z urodzenia, nadania, głosowania i czy sam autorytet uznawałby siebie za autorytet. I byłby to – jeśli dobrze rozumiem – rząd elit w duchu liberalizmu.
Ubolewał też Chrząszczewski, że zniszczono religię, monarchię królewską z opcją dziedziczenia tronu i arystokrację, a posiłkował się innymi krytykami demokracji, których Korwin również ceni, jak Alexis de Tocqueville, który pisał w O demokracji w Ameryce, że "[demokracja] Nie łamie woli, lecz ją osłabia, nagina i opanowuje. Rzadko zmusza do działania, lecz zawsze staje na przeszkodzie wszelkiemu działaniu. Nie niszczy, lecz dba, by nic się nie rodziło. Nie tyranizuje – krępuje, ogranicza, osłabia, gasi, ogłupia i zamienia w końcu każdego człowieka i każdy naród w stado onieśmielonych zwierząt, których pasterzem jest rząd".
Można zatem powiedzieć, że zanim nastała w Polsce demokracja, Korwin wiedział już, że to zło. Zresztą w swojej oficynie wydawał też, w drugim obiegu, publikacje piętnujące totalitaryzmy, choćby Stanisława Swianiewicza "W cieniu Katynia", o mordzie dokonanym przez NKWD, gdy w szkołach ciągle uczono, że to zbrodnia hitlerowców, albo zakazanego Aleksandra Sołżenicyna.
Najwięcej jednak wyszło tam książek samego Korwina, choć wydawał też w zaprzyjaźnionych wydawnictwach, jak książkę "Niebezpieczne ubezpieczenia", krytykę ubezpieczeń, których był i jest przeciwnikiem, uznając, że zmuszanie do nich ludzi to zniewolenie, oczywiście socjalistyczne, które osłabia rodzinę, bo jakakolwiek renta to powód, by dzieci nie zajmowały się rodzicami – stąd właśnie domy starców, czyli model szwedzki, a Korwin Szwecji po prostu nienawidzi. Emerytury, jak wtedy przekonywał, to także zło, bo gdy młodzi na nią odkładają, to nie mają na założenie rodziny, a to prowadzi do starzenia się społeczeństwa, czyli jeszcze bardziej Szwecja.
Antydemokratyczne i superliberalne tezy Korwin i korwiniści rozwijali też wtedy w piśmie "Stańczyk", w którym drukowano wszystko, czego nie chciała drukować cenzura, ale i wszystko, o czym nie mówiło się w roztropnym towarzystwie nawet po pijanemu, jak pochwały prawicowych dyktatorów, co z wolna przesuwało Korwina w kierunku politycznego marginesu.
Stanisław Michalkiewicz, współpracownik Korwina, choć już dawno na emeryturze, całymi dniami pisze o żydowskich agentach, nagrywa filmiki do sieci, w weekendy ma spotkania, zdaje się więc, że ma więcej obowiązków politycznych niż premier, ale udaje mi się namówić go na spotkanie. Mam fart, że widzę go żywego, bo ten zatwardziały antyszczepionkowiec i zwolennik spisku rynku farmacji wyszedł właśnie ze szpitala, gdzie leczył covid. Było mu w szpitalu wesoło, śpiewał kolędy z muzykiem, z którym leżał w jednym pokoju, i szpital musiał na Michalkiewicza podziałać trzeźwiąco, bo po wyjściu zamknął się w domu w jednym pokoju, a rodzinę ulokował w drugim i do toalety wychodził, gdy korytarz był pusty.
Widzimy się zatem w warszawskim barze, piątego dnia wojny w Ukrainie, o której Michalkiewicz zdążył już tyle napisać, że nie może się uwolnić od podejrzeń o bycie ruskim agentem, ale nie będę go o to maglował, przychodzę z wątpliwościami Krystyny na temat przyjaciół Korwina. Spytałem jeszcze Przemysława Wiplera, niegdyś przybocznego Korwina, czy takowych widział.
– Też się zastanawiałem, czy przy takim egoizmie można mieć przyjaciół, i powiem panu, że moim zdaniem nie. A Michalkiewicz, jego stary druh, pewnie z przyzwoitości powie, że Korwin to jego przyjaciel. – Korwin to mój przyjaciel – mówi mi Michalkiewicz bez wahania.
Gdy się poznali, Korwin był wysoki, chudy, pod muszką, z kozią bródką, a Michalkiewicz niewysoki, krępy, z okrą-głą twarzą, więc będą nazywani Don Kichot i Sancho Pansa. Poznali się w czasie internowania, w 1982 roku, w areszcie na Białołęce. Michalkiewicz zobaczył grupę facetów na spacerniaku, którzy grali w siatkówkę, a wśród nich Korwina, w kalesonach. Pamiętał, że opowiadał Korwin o wolności od podatków, gdy inni o wolności od komunizmu, dlatego Michalkiewicz nie był pewien, czy Korwin jest odważny, czy to raczej wariat.
Chodzili po celach i rozmawiali z ludźmi z KOR-u, lewicy, prawicy, z niepodległościowcami, solidarnościowcami i liberałami. Na śniadania jedli chleb z margaryną, na obiad kapustę i boczek z kartoflami, wodę grzali żyletką podpiętą drutem do żarówki.
To tam Korwin został Michalkiewicza mentorem, bo powiedział mu, że najważniejsza nie jest niepodległość, ale wolność. Michalkiewicz wspomina to z prawie mokrymi od wzruszenia oczami.
– Pan go ceni – mówię.
– Cenię.
– Za co?
– Bo dotrzymuje słowa.
Michalkiewicz po wyjściu z internowania zostaje wyrzucony z pracy, a ma żonę i dziecko na utrzymaniu. Zrywa jabłka, pracuje w odlewni, w której po wypadku traci na jakiś czas wzrok. Potem zakłada gazetę opozycyjną "Kurs".
– Korwin kupił sporą część nakładu naszego pisma, byśmy mieli na kolejny numer, a obiecał mi to jeszcze podczas internowania. Więc dotrzymywał słowa. Tam, na Białołęce, w tamtych warunkach poznawało się, kto pozuje, kto kanalia, a komu można zaufać. Uznałem, że Korwin to człowiek o wielu zaletach, autentyczny i że podobnie jak on chcę żyć zgodnie z poglądami, w które wierzę.
Korwin należy w PRL do Stronnictwa Demokratycznego, które jest listkiem figowym systemu, ale gdy podpisuje się ono po stanie wojennym pod ustawą o przymusie pracy, to w proteście Korwin opuszcza jego szeregi. Jeszcze w 1984 roku zakłada Partię Liberałów, ale projekt umiera, bo społeczeństwo jest zbyt wymęczone stanem wojennym, by zawracać sobie głowę facetem w muszce, który pisze o potrzebie niskich podatków, kiedy to podatków w zasadzie nie ma, bo nie ma ich komu płacić, więc Korwin jeszcze bardziej skupia się na pisaniu.
I gdy we wspomnianej biografii Cezarego Zawalskiego czytam, że felietony Korwina "odznaczały się werwą polemiczną, błyskotliwością i inklinacjami do demaskatorstwa", no to już muszę go zapytać, skąd wytrzasnął tak wścibskiego autora. – Ależ on istnieje! – oburza się Korwin.
Mówię, że gdy go znajdzie, to zapiszę się do jego partii. Zaczyna wydzwaniać, o pomoc prosi nawet Michalkiewicza, ale jemu nazwisko Zawalski też nic nie mówi, w końcu Korwin znajduje namiar na Zawalskiego, ale ja pierwszy, i bardzo dobrze, bo byłbym dzisiaj członkiem partii KORWiN, jeśli miałbym pozostać człowiekiem honoru.
Zawalski zatem istnieje, to nauczyciel historii w liceum w Kępnie, a książka o Korwinie, jak mi mówi, była jego pracą doktorską i wynikała z fascynacji Stefanem Kisielewskim. I tylko nie rozumie, dlaczego podczas obrony doktoratu zarzucono mu, że zbyt przychylnie przedstawił w nim Korwina.
*Publikujemy fragment książki Marcina Kąckiego "Chłopcy. Idą po Polskę", która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Literanova.
Marcin Kącki. Urodził się w 1976 r. w Stargardzie. Studiował na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracuje jako redaktor i dziennikarz śledczy w "Gazecie Wyborczej". Współpracował z magazynami "Duży Format", "Wysokie Obcasy" i "Wolna Sobota". Jego specjalnością są reportaże o tematyce społecznej i historycznej. Najgłośniejsze artykuły Marcina Kąckiego dotyczyły afery molestowania seksualnego w Samoobronie i sprawy molestowania chórzystów w Poznaniu. Autor dramatów teatralnych i książek. W 2007 r. otrzymał nominację do Nagrody Literackiej "Nike" za książkę pt. "Białystok. Biała siła, czarna pamięć".


