Społeczeństwo
Ewa Sapieżyńska (materiały prasowe)
Ewa Sapieżyńska (materiały prasowe)

Dzisiaj w Norwegii mieszka ponad sto tysięcy Polaków i są największą mniejszością w tym kraju.  Ale ich głosy rzadko słychać w debacie publicznej. W wiadomościach i serialach telewizyjnych pokazuje się dość jednostronny obraz Polaków: głównie jako tych okupujących doły drabiny płacowej, rymujących "katolik" z "alkoholik". Jako najniższą warstwę społeczną w kraju, który lubi nazywać się "bezklasowym".  Są (jesteśmy) oskarżani o "duszenie" wzrostu płac, a podczas pandemii COVID-19 – o masowy "import" koronawirusa.*

Była dziennikarka jednej z norweskich gazet opowiadała mi, jak zlecono jej zrobienie reportażu o Polsce w przededniu naszego wejścia do Unii. Redaktor naczelny zapytał ją po powrocie, dlaczego wśród zdjęć nie ma portretów kierowców ciężarówek i prostytutek w ciemnych zaułkach. I jak to możliwe, że młodzież, z którą przeprowadziła wywiady, zdaje się marzyć o tym samym, co ich norwescy rówieśnicy. Dziennikarka musiała wyjaśniać, że na tym właśnie polegał sens jej reportażu. Że być może nie różnimy się tak bardzo, jak nam się wydaje. To dlatego chcę opowiedzieć tutaj moją historię i fragmenty historii zasłyszanych od innych Polaków w Norwegii.  Chcę przebić się przez dzielącą nas ścianę stereotypów i uprzedzeń.

Średni roczny dochód Polki pracującej na niskim stanowisku, już po odliczeniu podatków, jest o setki tysięcy koron niższy niż Norweżki (shutterstock.com)

Chcę Wam opowiedzieć, odważyć się powiedzieć to na głos, jak może smakować bycie Polakiem w Norwegii. Chcę też powiedzieć coś o rasizmie, który może przybierać różne formy. Wielu z nas, którzy doświadczamy rasizmu, jest tak podobnych do Was, że stajemy się obcy, dopiero kiedy otwieramy usta i zdradza nas akcent. Postaram się też powiedzieć coś o klasowości i hierarchii w norweskim społeczeństwie. Jestem na tyle bezczelna, że chciałabym zwrócić uwagę, że "najlepszemu krajowi na świecie" daleko do doskonałości.

Studiujesz albo pracujesz**

Robię to, bo zależy mi na wartościach, na których zbudowano współczesną Norwegię: na równości, różnorodności, prawach pracowniczych, małych różnicach społecznych i solidnym państwie opiekuńczym. To o tym głównie piszę w moich tekstach dla polskich mediów. A teraz chcę napisać o tym, o czym wcześniej milczałam. Ta książka długo we mnie dojrzewała. Jest świadectwem niepokoju, a jednocześnie deklaracją miłości dla pięknego, małego kraju, który uczyniłam moim własnym.  

Kiedy przeprowadziłam się do Norwegii w 2004 roku, norweski system nie dawał mnie ani innym cudzoziemcom zbyt wielu powodów, by czuć się tu mile widzianymi. Kolejki w Departamencie ds. Cudzoziemców (UDI) ciągnęły się w nieskończoność, a system numerków ciągle nawalał. Żeby otworzyć konto w banku musiałam mieć tymczasowy numer identyfikacyjny (tzw. D-nummer), ale nie mogłam go dostać bez numeru konta. A by móc przebywać w królestwie dłużej niż trzy miesiące, musiałam albo tu studiować, albo pracować na cały etat.  Złożyłam dokumenty na studia magisterskie, ale mnie nie przyjęto. – Już masz magisterkę – brzmiała odmowa. 

Zostałam w Norwegii tylko dlatego, że Are jeszcze kończył studia. I w ten to sposób stałam się "poszukującą pracy Polką", spędzającą czas w urzędzie pracy, gdzie był darmowy dostęp do internetu.  Języka nauczyłam się słuchając pięknych, głębokich głosów na drugim programie norweskiego radia i z podręcznika z biblioteki miejskiej. Jako obywatelka kraju należącego do Unii Europejskiej nie miałam prawa do bezpłatnego kursu norweskiego, ale z bibliotecznego podręcznika Klucz do Norwegii dowiedziałam się o pojęciach vorspiel (co po norwesku oznacza: picie przed imprezą) i nachspiel (afterka), o wszechobecnych chatkach leśnych Norweskiego Towarzystwa Turystycznego, a także tego, że Norwegowie nie są mistrzami flirtu, i że znalezienie norweskich przyjaciół może okazać się trudne. 

Polacy mogą znaleźć pracę na budowach w Trondheim lub przy sprzątaniu ulic Oslo (shutterstoc.com)

Ibsen i żeberka

Na szczęście przygarnęli mnie przyjaciele Are. Eirik nauczył mnie piec żeberka wieprzowe i cytować w odpowiednich momentach fragmenty dramatu Ibsena Peer Gynt. Maria i Gard zabierali mnie na imprezy i na plażę. Liv i Tollef zapraszali na kolacje. Edvard zawsze mnie rozśmieszał. A Norweski Komitet Solidarności z Ameryką Łacińską przyjął mnie z otwartymi ramionami. Starałam się o pracę w mojej ulubionej księgarni w Oslo, ale była tam już długa kolejka studentów literatury, więc w końcu ruszyłam w miasto ze stosem wydrukowanych CV. Ukończone studia nie były dobrze widziane, kiedy starałam się o pracę w supermarkecie KIWI.  – Ty tu nie zostaniesz – zawyrokował szef sklepu.  I rzeczywiście, jego przepowiednia spełniła się momentalnie: wyszłam nie otrzymawszy pracy.

Ale wreszcie się udało – dostałam pracę w sklepie z ubraniami na Karl Johans gate, głównym deptaku Oslo. Moja szefowa, podobnie jak rolnik od truskawek, też nie miała czasu, by poczekać, aż policja wyda pozwolenie na pracę. Ryzykowałam deportacją i misiem w paszporcie, a zatem (wcale nie pluszowym) wieloletnim zakazem wjazdu, który oznaczałby w moim przypadku rozłąkę z Are. Liczyłam na to, że Inspekcja Pracy nie wpadnie z kontrolą. Nie wpadli. Dopiero później dowiedziałam się, że miałam sporo szczęścia, bo w 2004 roku padł dotychczasowy rekord deportacji z Norwegii – ponad tysiąc osób. Dziesięć lat później deportowano ich pięć razy więcej.

Pierwszego dnia w sklepie nauczyłam się słów å brette – składać i kleshengere – wieszaki. Wkrótce wzbogaciłam swoje słownictwo o glidelås – zamek błyskawiczny, blonder – koronki i å (ikke) nuppe – (nie) mechacić się. Jedyni klienci, których nie mogłam zrozumieć, okazali się być turystami z Danii. Na początku myślałam, że mają wadę wymowy. Dziś wiem, że choć pisany duński bardzo przypomina norweski, to duńska wymowa jest tak niewyraźna, że według znanego (norweskiego) skeczu, Duńczycy nie rozumieją się nawet wzajemnie.

Tylko bez związków zawodowych

Zaledwie dwa miesiące później sklep zbankrutował. Ci, którzy pracowali tam dłużej ode mnie, twierdzili, że właściciel miał jeszcze kilka sklepów, a temu pozwolił upaść, żeby to państwo przejęło i spłaciło jego długi. I tak, dopiero latem pół roku później państwo opiekuńcze wypłaciło mi moją grudniową pensję. Tymczasem dostałam pracę w nowym sklepie, który otwarto w tym samym lokalu. Nowy właściciel zabronił nam picia kawy w czasie pracy. Picie wody dozwolone było tylko podczas przerw i wyłącznie na zapleczu. Szef ogłosił też, że jeśli ktoś wstąpi do związków zawodowych, nie zostanie zaproszony na pølsefest, imprezę firmową, gdzie główną atrakcję stanowią parówki z grilla. Zapisałam się do związków jeszcze tego samego dnia.  Nie przepadam za norweskimi parówkami.

Polacy bardzo rzadko wynajmują mieszkania w bogatej zachodniej części Oslo (shutterstock)

Wynajęliśmy mieszkanie w bogatej części zachodniego Oslo. Mieszkanie było tanie, bo należało do znajomej krewnego Are, wdowy po malarzu. Cenę obniżał też fakt, że nie mieliśmy dostępu do największego pokoju, bo właścicielka składowała tam obrazy męża. Wkrótce właścicielka dostała list od grupy sąsiadów, w którym pisali, że "źle reagują" na moje nazwisko na skrzynce pocztowej. - Doprowadzi ono do spadku cen mieszkań w całej kamienicy – argumentowali i prosili o jego usunięcie. 

Długo wypierałam to wspomnienie. Chciałam wymazać z pamięci, że oni chcieli mnie wymazać. Nie chciałam grzebać w tym, co boli, żeby nie zgorzknieć. Widzę to nawet teraz przy pisaniu: spieszę się, żeby jak najszybciej skończyć ten fragment i iść dalej. Ale zatrzymuję się ze względu na ciebie, bo może przeżyłeś coś podobnego. Być może miałeś problemy z wynajęciem mieszkania lub znalezieniem pracy ze względu na swoje nazwisko. Lub zdecydowałeś się nie mieszkać w tej czy innej dzielnicy, by nie wystawiać się na oceniające spojrzenia i komentarze.

Tani Polacy

Niedługo potem Are i ja wyprowadziliśmy się z tamtego mieszkania. Przez internet znaleźliśmy inne, w dzielnicy drewnianych domków Rodeløkka. Właściciel zaprosił nas, by pokazać nam mieszkanie, ale nie zdążyłam nawet otworzyć ust, a już musiałam stamtąd wyjść ze łzami w oczach.  – Strasznie przepraszam, że nie ma w tej chwili prądu – zaczął właściciel rozkładając ręce. – Ci głupi Polacy pewnie odcięli kabel podczas pracy. Nie był to jedyny raz, kiedy z trudem przełykałam komentarze na temat polskości. 

Mam w ogrodzie wielu Polaków, są tacy tani – poinformowała mnie moja rodzinna pani doktor przy pierwszej wizycie. Wyobraziłam ich sobie jako krasnale ogrodowe z wyprzedaży. Tani towar. Czy ja też byłam „tania"? To zacznij im proszę porządnie płacić, miałam ochotę jej odpowiedzieć, ale nic nie powiedziałam. Zamiast tego zmieniłam lekarza rodzinnego, zapisując się do przychodni w imigranckiej dzielnicy Grønland, gdzie średni roczny dochód na głowę, już po odliczeniu podatków, jest o setki tysięcy koron niższy niż w zachodniej części miasta, a średnia długość życia mężczyzn – o dziewięć lat krótsza niż w bogatym zachodnim Oslo.

Polscy robotnicy na budowie w Tromso (shutterstock.com)

Nie lubię jak mnie ktoś szufladkuje i redukuje do stereotypu mojej narodowości. Tej "prawdziwej", o którą ciągle jestem pytana. Jeszcze mniej mi się podoba, czym moja ("prawdziwa") narodowość stała się we współczesnej Norwegii. Nie wybrałam etykietki, którą przykleja się mi na czoło. Nic na niej o mnie nie ma. Ale może jest tam napisane coś o społeczeństwie, w którym żyjemy? A może ja zwyczajnie przesadzam? Muszę zapytać innych, compare the notes.

***

Kamilę pytam jako pierwszą. Znamy się od dawna i zamieszkałyśmy w Norwegii mniej więcej w tym samym czasie. Robiąc herbatę, Kamila opowiada, że od dawna nie chce się jej już odpowiadać na pytanie, skąd jest. Kiedy pytanie się pojawia, woli, by ludzie zgadywali. 

Z Finlandii? – zgadują. Kamila się śmieje, jej skośne oczy jeszcze mocniej się zwężają. 
Z Polski – podaje rozwiązanie zagadki. – Aaa… – Jest typową rekcją, zakończoną westchnięciem.

Pytanie numer dwa zwykle dotyczy pracy. Odpowiedź to: malarka. Ale kiedy rozmowa niespodziewanie zbacza na ceny i powierzchnie domów, okazuje się, że mało kto wyobraża sobie, że Ola właśnie obroniła magisterkę na Akademii Sztuk Pięknych. Wpisuję w google: "Polacy". Wyszukiwarka podpowiada: "Polacy malują domy cena". Jest rok 2021.

Obrazy Kamili są dynamiczne, nieperfekcyjne, czasem niepokojące. Maluje bez planu, plan to utrata kontroli, zgubienie ścieżki w lesie, by spotkać samą siebie, ten rdzeń, który pozwala nam zostać sobą, mimo nacisków z zewnątrz. To wszystko Kamila opowiada do kamery na zoomie podczas obrony pracy magisterskiej w małym lokalu wystawowym w dzielnicy Grønland w Oslo. Jest środek pandemii COVID-19, jej profesorowie siedzą przed ekranami laptopów w Warszawie. "Niemoc rzeczywistych podróży daje nam możliwość podróżowania w głąb siebie". Nie pamiętam, czy mówi to Kamila, czy to moje własne myśli.

Restrykcje w lokalu wystawowym ograniczają publiczność do jednej osoby, mamy więc przydzielone sloty. Wchodzę w maseczce i wpadam na chłopaka, który przyszedł godzinę przede mną. Paweł. Czy my skądś się znamy? Wychodzimy na zewnątrz, i wreszcie możemy zdjąć maseczki. Paweł z przyjemnością wydmuchuje dym papierosa wysoko w górę i opowiada, że hoduje jadalne larwy i szuka pieniędzy, by wysłać grupę artystów w kosmos.

Rozmawiamy też o wspólnym znajomym, który wspina się w Alpach i na północy Norwegii. Jego specjalnością są zamarznięte wodospady i rozmowy, które nagle zamarzają: – Z Polski? Słuchaj, kran mi się zepsuł. 

***

Mirek to wielki gość z brodą. W Polsce uczył matematyki. Siedzimy przy długim stole w lokalu należącym do Związku Budowlańców w Oslo, rzut beretem od Youngstorget, gdzie co roku zaczyna się 1.-majowy pochód. Spotykamy się, by porozmawiać o zaangażowaniu Mirka w ruch związkowy i jego pracy na rzecz zrzeszania polskich budowlańców w Oslo i okolicach. Mirek jest ich wsparciem i mężem zaufania. Nagle, w środku rozmowy, pojawia się inna historia. O tym, jak kiedyś Mirek chciał wejść do klubu w Oslo, ale nie został wpuszczony przez ochroniarzy.
– Skąd jesteś? – zapytali.
– Z Polski.
– Niestety, w środku nie ma nikogo z Polski. Zastąpili mu drogę.

Tydzień później Mirek wrócił.
– Z Grecji – powiedział tym razem i wszedł do środka bez żadnego problemu, witany przez uśmiechniętych ochroniarzy.

***

O Magdzie usłyszałam od norweskiej znajomej. Magda mieszka w Norwegii od przeszło dwudziestu lat i robi imponującą karierę w branży reklamowej. W wielu nagradzanych kampaniach próbuje walczyć ze stereotypami. Spotykamy się w kawiarni, tuż przed jej codzienną próbą chóru. Opowiada o tym, jak kilka lat temu zadzwonił do niej dziennikarz z pytaniem, co myśli o serialu „Walka o przetrwanie" pokazywanym w norweskiej telewizji publicznej. Wszyscy Polacy w serialu to robotnicy, którzy mieszkają w nędznych warunkach i stanowią podklasę na usługach bogatych Norwegów. Magda miała wiele do powiedzenia na temat tego serialu, ale najpierw dziennikarz chciał wiedzieć, czym się zajmuje. – Pracujesz w agencji reklamowej? A to nie, to nie z tobą chciałem rozmawiać. Nie dałabyś mi numeru do jakiegoś robotnika?

Magda nie miała czasu, by podjąć rękawicę. Została z telefonem w ręku i chęcią, by zapytać, czy to właśnie nie jedna z ról mediów, by rozszerzać nasze horyzonty i przeciwdziałać pogłębianiu uprzedzeń?

***

Katarzynę poznaję podczas pisania tej książki. Znajomy wspomina o niej, gdy mówię, że szukam ludzi do wywiadów.  Katarzyna opowiada, że w Oslo często jest pytana o drogę. Ma długie jasne włosy, wysokie kości policzkowe i minimalistyczny styl. Mogłaby być Norweżką. 

Katarzyna pracuje raz w tygodniu w popularnej atrakcji norweskiej stolicy – pływających saunach. Ta praca to odskocznia od komputera; dużo świeżego powietrza, wspaniali współpracownicy, trochę noszenia drewna, oraz miedzy rożnymi praktycznymi zadaniami (jak kruszenie powierzchni lodu, aby odwiedzający mogli zażyć lodowatej kąpieli), trochę sprzątania.  Kiedy Katarzyna ma akurat na rękach żółte gumowe rękawiczki, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – nikt już nie bierze jej za Norweżkę. Tylko wraca litania pytań: Skąd? Skąd jest? 
– Nie chcę o tym rozmawiać – odpowiada.
– To pewnie jesteś Polką. Albo Rosjanką!

*Publikujemy fragmenty książki Ewy Sapieżyńskiej "Nie jestem twoim Polakiem"

** Śródtytuły pochodzą od redakcji

Zobacz wideo Svalbard. Tu temperatury wzrosły najszybciej na świecie

Ewa Sapieżyńska. Iberystka i socjolożka. W latach 2006-2008 doradczyni kancelarii prezydenta i MSZ Wenezueli. Tytuł doktora nauk społecznych zdobyła na Universidad de Chile. Wykładała w Chile i w Polsce. Autorka szeregu publikacji naukowych o wolności słowa, a także z zakresu gender studies. W latach 2015-2018 doradczyni OBWE ds. praw człowieka i gender. Obecnie mieszka w Oslo i zajmuje się analizą polityczną.