Społeczeństwo
'Oceny są niepotrzebne, bo demotywują, sprawiają, że dzieci uczą się wyłącznie dla cyferek' (Fot. Jacek Łagowski / Agencja Wyborcza.pl)
'Oceny są niepotrzebne, bo demotywują, sprawiają, że dzieci uczą się wyłącznie dla cyferek' (Fot. Jacek Łagowski / Agencja Wyborcza.pl)

Według statystyk ponad 30 proc. uczniów w Polsce nie chodzi na WF. W Ministerstwie Sportu zaproponowano, że sposobem na zmniejszenie tego odsetka będzie utrudnienie w zdobywaniu zwolnień na semestr lub cały rok – takie zaświadczenie będzie musiał wypisać lekarz innej specjalizacji niż rodzinny, który mógł je wystawiać do tej pory.

Nie jestem ministerialnym ekspertem, ale rodzicem, który zdaje sobie sprawę z dwóch prostych zależności. Jeśli chce się dziecko do czegoś długofalowo zachęcić, to raczej nie nakazami i karami. Doświadczenie pokazuje, że lepiej działa pozytywna motywacja – na każde dziecko trzeba znaleźć odpowiednią. Druga kwestia jest nie mniej oczywista. Kiedy ktoś chce sobie załatwić zwolnienie z WF-u, to je sobie załatwi.

Zostańmy jednak przy pozytywnej motywacji i spróbujmy poszukać rozwiązań. Dlaczego dzieci nie chcą ćwiczyć?

"Trudno, nudno i ona nie potrafi"

Antek ma 13 lat i pod względem zaangażowania w aktywność fizyczną jest marzeniem każdego wuefisty. W sumie ma ponad 13 godzin zajęć sportowych tygodniowo, bo trenuje koszykówkę. Po lekcjach rzuca plecak w kąt, je obiad, przegląda w komórce piłkarskie ploteczki transferowe i kiedy tylko może, biegnie z kolegami z klasy na boisko do kosza. A jak kolegów nie ma, to dołącza do innych – czasami starszych o trzy lata – grup nastolatków. W domu, nawet kiedy uczy się historii czy biologii, ćwiczy kozły albo rzuty do małego kosza zawieszonego na drzwiach. Do szkoły jeździ na deskorolce. Zgłasza się do wszystkich zawodów pozaszkolnych. Unihokej? Czemu nie! Zapasy? "Mamo, mogę pójść?".

Do sportu – także na WF-ie – podchodzi bardzo poważnie, dlatego denerwuje go wiele rzeczy. – Że tracimy czas na przebieranie się w czasie trwania lekcji, że najczęściej gramy w zbijaka, bo tak chce większość grupy, a ci, którzy chcą zbijaka, szybko dają się zbijać i potem i tak siedzą na ławce – mówi. Irytuje go także postawa kolegów, którzy wychowania fizycznego nie lubią: – Zamulają, nie angażują się, nie dają z siebie wszystkiego. Kiedy są wybierane składy do zespołów, dziewczyny zawsze najpierw biorą mnie, a potem swoje najlepsze koleżanki. Nie tak się buduje zespół – mówi z emfazą.

Przeciwieństwem Antka jest Michalina. Ma 10 lat i nie lubi ani WF-u, ani aktywności fizycznej w ogóle. Jej mama Magdalena – zapalona joginka i okazjonalna rowerzystka – zdaje sobie sprawę, że przy niewielkiej nadwadze jej córka absolutnie nie może być z ruchu zwalniana. – Ciągle szukamy sportu, który by Misię wciągnął. Zazwyczaj jest tak, że idzie na jedne zajęcia, mówi, że było fajnie, ale od razu dorzuca, żeby jej nie zapisywać na kolejne. Wiem, że jest zmorą wuefistów. Ma zerową motywację, bardzo szybko się zniechęca. Mówi, że jest "trudno, nudno i ona nie potrafi, a w ogóle to nie rozumie poleceń". Żeby ćwiczyła, nauczyciel powinien poświęcać jej bez przerwy uwagę i nieustanie pozytywnie motywować, a tak się na zajęciach w klasie nie da.

Magdę denerwuje, że córka często ląduje na ławce, bo nie ma stroju. – Nasi wuefiści są bardzo przywiązani do idei przebierania się w strój sportowy. A Misia często buja w obłokach, stroju zapomina, gubi go.

Dziewczynka chodzi do społecznej szkoły, w której panuje zasada, że jeśli dziecko jest w szkole na lekcjach, to znaczy, że jest zdrowe i nie ma zwolnienia z WF-u. – No, chyba że ma złamaną rękę czy skręconą nogę – mówi Magda, doceniając taką regułę.

'Jeśli rodzic będzie chciał dziecko z WF-u zwolnić, to je zwolni. Warto się zastanowić, co zrobić, żeby uczniowie chcieli na lekcjach ćwiczyć' (Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)

Zbawienne zastępstwo z panią od przysposobienia obronnego

Patrycja jest przed czterdziestką i jest bardzo aktywna sportowo: ćwiczy pilates, chodzi na przeróżne zajęcia w klubie fitness, biega pod okiem koleżanki trenerki. Codziennie robi coś dla ciała. W czasach, kiedy chodziła do szkoły, tak nie było. – WF był dla mnie przeżyciem traumatycznym w podstawówce, gimnazjum i liceum. I owszem, miałam z niego zwolnienia na cały semestr.

Patrycja jest filigranowa – w szóstej klasie szkoły podstawowej ważyła 35 kg. Kazano jej grać w siatkówkę, a ciężka i twarda piłka wybijała jej palce ze stawów, co nieraz kończyło się na ostrym dyżurze. – Jestem także pewnie jedną z nielicznych osób, które mogą się pochwalić dwójką z WF-u. Taką ocenę dostałam za zbyt bliski rzut piłką lekarską – mówi. I zapewnia, że zawsze była typem kujona i na WF-ie także nie odpuszczała, ale mimo najszczerszych chęci nie była w stanie przeskoczyć swoich warunków fizycznych.

W gimnazjum przez miesiąc leżała w szpitalu z powodu mononukleozy, powrót do pełni sił wymagał czasu i taryfy ulgowej. Nie dostała jej jednak od wuefistki, która twierdziła, że Patrycja symuluje – nawet kiedy mdlała na boisku. W efekcie skończyło się kolejnym zwolnieniem na semestr.

Na szczęście były i jasne okresy. – Najlepiej wspominam czas, w którym mieliśmy trzymiesięczne zastępstwo ze starszą panią od przysposobienia obronnego. Raz w tygodniu dawała nam możliwość przygotowania zajęć tak, jak chciałyśmy – koleżanka trenująca tenis stołowy wprowadziła nas w podstawy tego sportu, ja poprowadziłam jogę, którą zaczynałam się interesować. To było świetne, ale trwało krótko – mówi.

Miłą odmianą i całkiem nowym rozdaniem w kwestii WF-u były studia. Patrycja wybrała jogę. – Chodziłam na nią z przyjemnością przez całe studia – długo po tym, jak zdobyłam konieczne zaliczenie – dodaje.

-Nasi wuefiści są bardzo przywiązani do idei przebierania się w strój sportowy. A Misia często buja w obłokach, stroju zapomina, gubi go - opowiada Magda. (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Wyborcza.pl)

Wuefisto, puchu marny

Małgorzata Zalewska, nauczycielka WF-u w liceum, nie dziwi się wcale, że dzieciom brakuje motywacji do ćwiczeń. – Społeczeństwo nie docenia aktywności fizycznej dzieci i młodzieży, jest to przede wszystkim widoczne w podejściu do wychowania fizycznego w szkole. To nie jest przedmiot zdawany na egzaminach, jest więc traktowany po macoszemu. A kiedy WF jest traktowany jako nieważny, to i tacy się czują nauczyciele go prowadzący – dodaje.

Agata Łuczyńska, prezeska fundacji Szkoła z Klasą, dodaje, że z ich badań jasno wynika, że kiedy rodzice przychodzą do nauczycieli podczas dnia otwartego, to wuefista jest ostatnim nauczycielem, do którego zaglądają. – Częściej nawet spotykają się z księdzem. I to się nie zmienia od lat – podkreśla.

A powinno, z czym słusznie próbuje coś zrobić ministerstwo. Ruch jest obiektywnie bardzo ważny dla rozwoju dzieci i zdrowia społeczeństwa. – Jest także naturalną potrzebą – kiedy dzieci przychodzą do pierwszej klasy, wciąż dużo się ruszają. Tę dynamikę trzeba podtrzymywać i podsycać, żeby dzieciaki miały z WF-u radość, możliwość wyżycia się – dodaje Małgorzata Zalewska. – Od 18 lat obserwuję dzieci i widzę, że sukcesywnie sprawność fizyczna uczniów się pogarsza. Po pandemii pojawiły się problemy z bólami kręgosłupa, kolan. Ale też problemy spowodowane długim odosobnieniem podczas nauki zdalnej mają odzwierciedlenie w podejściu do jakiejkolwiek aktywności.

Jak dodaje Agata Łuczyńska, nauczyciel WF-u może dostrzec to, czego nie widzi polonista czy historyczka: – Dostrzeże samookaleczenia, widzi problemy zdrowotne, może z uczniem luźniej rozmawiać, ma większe szanse na bardziej naturalne nawiązanie kontaktu.

Zabawa, zabawa

W liceum Małgorzaty Zalewskiej jest 750 uczniów i średnio 20 ma długoterminowe zwolnienia, bo "leczy kolano, ale wróci w przyszłym semestrze". Za tak niewielkim odsetkiem stoją zajęcia do wyboru. – Od 2013 roku uczniowie decydują, w jakiej formie aktywności będą uczestniczyli w ramach wychowania fizycznego, dzięki czemu liczba zwolnień spadła o 70 proc. – mówi Zalewska.

Dzieci będą ćwiczyć to, co sprawia im radość. Ewa Kowalska, emerytowana już wuefistka, pracowała w liceum z oddziałami integracyjnymi, a wśród wuefistów byli sami zapaleńcy. – Zimą odpalaliśmy sezon na łyżwy i z kolegami stacjonowaliśmy na lokalnym lodowisku, a kolejne grupy uczniów nam tylko doprowadzano na miejsce. Dzieci płakały, kiedy nie mogły ćwiczyć – wspomina. Dużo dobrego wnosiły także lekcje dowolne. – Raz w tygodniu dzieci mogły decydować, co chciały robić.

Jak jednak mówi, z czasem nastawienie rodziców do łyżew się zmieniało, pojawił się lęk, że dziecko się przewróci, a dziś lekcja pianina i nie może mieć urazu, że łyżwy są niebezpieczne, coś się może stać. – Rodzice zaczęli dmuchać na zimne, a z dzieci robić pierdoły.

Zdaniem Ewy zapał nauczycieli zabija także papierologia. – Jak zaczynałam, było o wiele prościej – mniej procedur, więcej działania. Teraz, żeby pojechać na zawody, trzeba pisać konspekt, program i sprawozdanie. Lata temu premiowaliśmy dzieci, które się na WF-ie wybitnie starały, tygodniowym wyjazdem za grosze w góry do zaprzyjaźnionych górali. Jak poszła fama, że jest tam fajnie, to wszystkie dzieci stawały na głowie, żeby się wykazać i załapać na wyjazd. Teraz wyjazd tygodniowy w góry? Zapomnij! Nie da się zrobić zastępstw, trzeba robić notatki z każdej rozmowy z rodzicami.

- Jestem także pewnie jedną z nielicznych osób, które mogą się pochwalić dwójką z WF-u. Taką ocenę dostałam za zbyt bliski rzut piłką lekarską - opowiada Patrycja. (Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.pl)

Piątka na start

WF jest przedmiotem obowiązkowym, za który wystawiana jest ocena. To przedmiot traktowany z mniejszą powagą i niewymagający zakuwania po nocach, rodzice uznają go za łatwiejszy i oczekują piątek. Uczniowie z kolei często czują się niesprawiedliwie oceniani i bywa, że wcale piątek nie przynoszą, co także może demotywować. Może więc zniesienie ocen poprawiłoby nastawienie u dzieci? Tu zdania są podzielone, ale wszyscy rozmówcy są zgodni, że nie za sprawność i wyniki należy oceniać, ale za zaangażowanie i postępy.

Agata Łuczyńska ze Szkoły z Klasą uważa, że jeśli ocena mówi o postępach, ma działanie budujące i motywujące, to nie jest zła. – Uczniowie potrzebują docenienia włożonego wysiłku oraz wskazania, co powinni dalej rozwijać. Ale nie może to być robione na zasadzie: nie przeskakujesz przez kozła, dwója, siadaj.

Małgorzata Zalewska poszłaby krok dalej. – Moim zdaniem oceny są niepotrzebne, bo demotywują, sprawiają, że dzieci uczą się wyłącznie dla cyferek. W mojej szkole nie wystawiałam ocen z WF-u w ciągu roku – są dwie: na półrocze i koniec roku. WF należy oceniać według aktywności i zaangażowania na lekcji, umiejętności. Nie można oceniać za sprawność.

U Ewy Kowalskiej na starcie każdy miał piątkę. – Jak nie było zaangażowania i aktywności, zjeżdżałam do czwórki. Jak ktoś był superaktywny, brał udział w zawodach, dostawał szóstkę – wyjaśnia.

Agata Łuczyńska uważa, że pomaga także – jak zawsze i wszędzie – dialog i szacunek.  Doskonale sprawdził się projekt sportowych okrągłych stołów, przy których uczniowie mówili, co chcą robić i jak ćwiczyć, ale także wyjaśniali, dlaczego nie ćwiczą, i proponowali rozwiązania. – Szkoły w miarę możliwości je wdrażały. Jeśli nie mamy wpływu na coś, nie czujemy się wysłuchani, to nam się nie chce. Istotna jest także wszechstronność, rozwijanie się na różnych polach. Rolą nauczyciela jest stworzenie bezpiecznego środowiska, w którym uczniowie bez wstydu będą mogli próbować różnych rzeczy.

'Kiedy rodzice przychodzą do nauczycieli podczas dnia otwartego, to wuefista jest ostatnim nauczycielem, do którego zaglądają' (Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.pl)

Oczywiste i nieoczywiste powody zwolnień z WF-u

Ewa Kowalska mówi, że dzisiaj dzieci chcą widzieć szybki efekt we wszystkim, co robią, a sport to wysiłek, który procentuje z czasem. – Najbardziej znielubione były biegi na długie dystanse, bo to nudne, monotonne, męczące i nie dawało widocznego efektu, a idea budowania kondycji była mało przekonująca – wspomina.

Ewa Kowalska miała uczennicę, która co zajęcia była niedysponowana, a Małgorzata Zalewska słyszała, że dziecko nie ćwiczy, bo trzeba się "przebierać w przebieralni". Nieoczywiste powody zwolnienia z WF-u zna i rozumie Agata Łuczyńska. – Z badań, które robiliśmy, wynika, że dzieci się wstydzą swojej fizyczności, bo są "za grube", "za chude", muszą się przebrać przed kolegami, czują, że nie dają sobie na WF-ie rady. Dzieci się dziś nagrywają, wyśmiewają wzajemnie, pokazują sobie filmiki – to nie daje bezpiecznej przestrzeni do ćwiczeń. Uczniowie, szczególnie w okresie dojrzewania, po wysiłku pachną potem, a w wielu szkołach nadal nie ma pryszniców. Barier jest wiele i bywają one zupełnie przyziemne. Dziewczyny nie ćwiczą, bo są potem czerwone, spocone, potargane, wolą o sylwetkę dbać, stosując dietę – wymienia Łuczyńska.

Ekspertka dodaje, że zwolnienie może wynikać z nadopiekuńczości rodziców lub wprost przeciwnie – z zaniedbywania dziecka. – Rodzic załatwia zwolnienie, ale nie wnika już w powody, dla których dziecko nie chce ćwiczyć, a te mogą być dramatyczne.

WF bywa także konkursem popularności. Kto był słaby w gry zespołowe, ten doskonale pamięta stres związany z przydzielaniem do drużyn. – Owszem, wybory do zespołów mogą być źródłem przykrości dla mniej sprawnych uczniów – mówi Ewa Kowalska. – Jak sobie z tym poradzić? Kapitanami zrobić słabszych, wprowadzić zabawne kryteria zaburzające oczywisty wybór: "teraz wybierasz wśród osób z blond włosami".

- W mojej szkole nie wystawiałam ocen z WF-u w ciągu roku - są dwie: na półrocze i koniec roku - opowiada Małgorzata. (Fot. Michał Mutor / Agencja Wyborcza.pl)

Naczynia połączone

Co powinno się wydarzyć, żeby sport – ku zdrowiu społeczeństwa – stał się ważną częścią naszego życia od najmłodszych lat i pozostał na liście priorytetów?

– Upodobania do sportu i nawyki się dziedziczy – mówi Łuczyńska. – Jeśli rodzic wie, że sport jest ważny, to będzie potrafił dziecko zmotywować. Ale jeżeli fakt, że pograło w kosza, będzie wypominany z pretensjami, bo lepiej, żeby syn czy córka matematyki się pouczyli, zamiast biegać za piłką, obudzi się zniechęcenie. I potrzebne nam nastawienie, że sport jest dla każdego, a nie tylko dla tych, którzy są w nim dobrzy i mają talent – dodaje. Co jest zresztą nawiązaniem do kolejnego ministerialnego pomysłu wyłuskiwania talentów sportowych i inwestowania w nie.

Na szczęście jednak w tym przypadku nigdy nie jest za późno, żeby się ze sportem polubić – nauczyć się od zera jeździć na snowboardzie, po czterdziestce wrócić do porzuconej po nieudanych koloniach jazdy konnej, stworzyć niedzielną ligę badmintona albo zacząć biegać. I sportową pasją zarazić dzieci.

Patrycja ma pewność, że jej wuefistka z liceum nigdy by nie uwierzyła, że dawna uczennica na spokojnie przebiega dzisiaj 20 km. I chce przepracować lęk przed wodą, pod okiem trenera ucząc się pływać. Jej syn już teraz ma pościerane kolana i posiniaczone piszczele. – I tak ma być, ma biegać, wspinać się, grać. Ale – równocześnie stanowczo podkreśla – jeśli ktoś mu zafunduje koszmar na WF-ie, na pewno będę szybko interweniować.