Rodzina
Dyskusje na grupach rodziców nabierają rumieńców, kiedy na przykład trzeba podjąć decyzje w sprawie prezentów dla dzieci. (Shutterstock)
Dyskusje na grupach rodziców nabierają rumieńców, kiedy na przykład trzeba podjąć decyzje w sprawie prezentów dla dzieci. (Shutterstock)

Zanim Julita, partnerka Mateusza, poszła do przedszkola na zebranie rodziców, ten rzucił jej jeszcze w drzwiach: "Tylko się nie zgłaszaj do trójki klasowej jak co roku!". Kiedy wróciła, zapytał: "Nie zgłosiłaś się? Nie zgłosiłaś się, prawda?". Julita się zgłosiła, bo "lasu rąk chętnych nie było, a ona już chciała iść do domu". Teraz należy do klasowej grupy rodzicielskiej na mailu i na komunikatorze.

Hanna ma trzech synów, co sugerowałoby, że udziela się na trzech forach dla rodziców. Ale w ramach każdego są jeszcze podgrupy sportowe i językowe. Podsyła screen z telefonu: 70 nieprzeczytanych powiadomień. – To tylko z jednej grupy, z godziny, kiedy miałam trening na basenie. 

Anna weszła w skład trójki klasowej, kiedy naukę zaczęło jej pierwsze dziecko, bo wydawało jej się, że "po 30 latach od zakończenia własnej edukacji będzie zmieniać szkołę". Przeszło jej po tym, jak ją wymaglowały dyskusje po świt na rodzicielskich forach. Przy drugim dziecku do trójki zgłosił się mąż Anny, żeby "poczuć, że też się jako rodzic angażuje". Nie zniechęciły go doświadczenia partnerki.

Grzegorz debiutuje na forach z córką w pierwszej klasie. Starszego syna w grupie rodzicielskiej ogarniała żona. Zastanawia się, czym się zawodowo zajmują rodzice, którzy mają czas przez cały dzień toczyć dyskusje na temat wyższości "rozwijającego wrażliwość wyjścia do filharmonii" nad "przykładającym się do katastrofy klimatycznej zakupem bzdurnych popitów" [Pop It to sylikonowa kolorowa zabawka dotykowa z guziczkami, które się wciska, a one przekładają się na drugą stronę].

To są całe elaboraty! – zżyma się mężczyzna. – A kiedy ktoś wrzuca pytanie: 'Czy nie macie przypadkiem zeszytu Jasia?', to wszyscy rodzice – nawet tego samego dziecka każde z osobna – odpisują: 'My nie!'. I potem mam 50 powiadomień.

Hanna wielokrotnie podsyłała instrukcję, jak korzystać z opcji "odpowiedz nadawcy", ale wciąż stosowana jest "odpowiedz wszystkim". W tematach lekkich może panować wesoły rozgardiasz. Ale panuje on też wtedy, gdy aktywność na forach nabiera rumieńców: pojawiają się oto kwestie wspólnego podejmowania decyzji. Prezent na Dzień Nauczyciela, prezent na mikołajki, upominek z okazji pasowania na przedszkolaka/ucznia, kwestia organizacji balu przebierańców, klasowego wyjścia. Wtedy na łączach jest aż czerwono, a dyskusje zaczynają ocierać się o system wartości, dryfują w kierunku osobistych wycieczek i personalnych konfliktów w podgrupach.

Julita oprócz piastowania zaszczytnej funkcji przewodniczącej przedszkolnej trójki grupowej pracuje także w szpitalu jako chirurg i przeprowadza operacje. Pewnego wrześniowego dnia, gdy zeszła z bloku, czekało na nią pięć wiadomości od jednej matki. Napięcie narastało z każdą kolejną. W pierwszej były zdjęcia dwóch zabawek z pytaniem o wybór, w kolejnej ponaglenie, a na końcu dość oschła sugestia, że "kiedy ktoś decyduje się działać na rzecz przedszkola, to powinien wykazać się większym zaangażowaniem". Proste?

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Szybkie pożegnanie pod szkołą - w czasach pandemicznych nie ma zbyt wielu szans na spotkania z rodzicami innych dzieci w codziennych sytuacjach. (Shutterstock)

Eko, gender, feminizm

Na rodzicielskich forach klasowych nic nie jest proste. Serio, nic. Nawet zakup marchewki i jabłka. Ta opowieść Karoliny przypomina historyjkę z "Przygód Mikołajka". Prośba nauczycielki przedszkolnej o przyniesienie marchewki i jabłka na zajęcia z robienia surówki skończyła się długą dyskusją na grupowym komunikatorze. Zwieńczeniem debaty był pomysł zrzutki po 50 zł od dziecka oraz inicjatywa jednego rodzica, który chciał pomóc w dostarczeniu produktów. Tata wykupił pół warzywniaka (spis zakupów rozesłał, rzecz jasna, mailem do wszystkich), towar przyniósł do przedszkola. – Ale o jabłku i marchewce... zapomniał – mówi Karolina.

Joanna, Maciek i Piotr mają po dwoje dzieci. Różnica wieku między pierwszym a drugim dzieckiem wynosi średnio około pięciu lat. Mówią, że kontrast między "starą gwardią rodziców" a "nową" jest porażający.

U starszego dziecka od ośmiu klas mamy tę samą radę rodziców – znającą się jeszcze z trójki z przedszkola, z zebrań, ale także z pikników, które robimy na końcu i na początku roku szkolnego – wyjaśnia Joanna. – Każdy przynosi wtedy coś do jedzenia, a mamy, których dzieci są na dietach bezlaktozowych czy bezglutenowych, ogarniają "serniczki z tlenu i promieni UV" – jak same się śmieją. Dużo w naszej grupie sympatii, wyrozumiałości, wsparcia. Są także podgrupy ludzi jeżdżących razem na wakacje, chodzących na pandemiczne spacery. Mamy oczywiście czarną owcę – jedną mamę, która ma swoje "odjazdy", na przykład uważa, że program jest źle realizowany, ma uwagi do nauczycieli. Ale nikt nie podejmuje wątków, które ona porusza – nawet jeśli nie zgadzamy się z jej poglądami – więc jej próby wywołania dyskusji umierają śmiercią naturalną – dodaje Joanna.

Tyle o starszym dziecku. Rodziców kolegów swojego pierwszaka nie poznała.

U Maćka jest podobnie – rodziców z klasy młodszego dziecka zna osobiście może troje. Resztę tylko zdalnie, z komunikatora. I ma poczucie, że brakuje im luzu, dystansu. – Nie wiem, czy to kwestia formy komunikacji, czy rodzice młodszych dzieci – zwłaszcza tych pierwszych w rodzinie – tacy są.

Tam wszystko jest na ostrzu noża – od zawartości i rodzaju cukru w słodyczach po kolor wstążki do zapakowania prezentu. Wzrost świadomości, refleksji i dostrzeganie we wszystkim pięćdziesiątego dna – to porażające! – mówi.

– Jest więc "ekomama", bardzo wyczulona na ekologię, zdrowie, gender. Ale jest i ojciec ze skrętem w prawą stronę, co to "prosi, żeby te feminizmy zostawić dla siebie", i przekonuje, że "mikołajki bez zabawki to nie mikołajki".

Element rozrywkowy

Piotr rozrywkowo traktuje awantury w klasowej grupie synka. – Przyznam, że się wciągnąłem w historie tych ludzi. Bo każdy pisze przede wszystkim o sobie, jak on to robi, jak to jest u nich. Jest więc delikatne wpychanie innych w poczucie winy na zasadzie: z dzieckiem gotujemy, pieczemy, układamy puzzle, gramy w planszówki, chodzimy na warsztaty, odbieramy je ze świetlicy o 14. Oraz wypominanie poświęcenia: biegam, załatwiam, dowiaduję się, a od was ani inicjatywy, ani wdzięczności. Wieczorami czytam żonie co ciekawsze fragmenty dyskusji. Niektóre konflikty są tak poważne, że gdyby nie pandemia, mogłyby się skończyć solówą na gołe pięści na boisku! – śmieje się.

Joanna pamięta czasy, kiedy jej syn był w przedszkolnej zerówce, a ona odpoczywała na zwolnieniu lekarskim pod koniec ciąży z drugim dzieckiem. – Teraz dostrzegam, że na pewien czas objęłam rządy autorytarne w grupie, jeśli chodzi o działania rodziców.

Rodzice, którzy znają się wyłącznie z komunikatorów, nie mieli szansy nawiązać relacji, inna jest więc ich komunikacja. (VPALES/Shutterstock)

Czym się objawiała ta (miękka) tyrania? – Kiedy dzieci miały jechać na wycieczkę, zrobiłam im własnoręcznie symboliczne bilety, które dostały razem z pamiątkowym kapelusikiem na drogę. Na koniec przedszkola pani wychowawczyni przesłała mi zdjęcia dzieci, które ułożyłam w pamiątkową kartę wręczoną z dyplomem – opowiada. – Dzisiaj? Musiałabym skonsultować projekt rysunku – bo dlaczego owca, a nie kaczka – nanosić poprawki, prosić o zgodę na użycie zdjęcia dzieci, a na pewno ktoś by się nie zgodził. Trafiłabym za kratki za naruszenie bezpieczeństwa danych wrażliwych chronionych RODO. A dyskusja nad modelem kapelusika oraz organicznością lub nieorganicznością bawełny zajęłaby tydzień. Ja się do tego nie nadaję – podkreśla.

Joanna, która z grup świadomie się usunęła, nie ma poczucia, że coś traci. – Raczej zyskuję – czas i spokojną głowę.

System nerwowy na skraju

Joanna Berendt jest mediatorką pomagającą w relacjach między dziećmi a rodzicami, małżonkami, uczniami, partnerami biznesowymi. W pracy wykorzystuje ideę Porozumienia bez Przemocy stworzoną przez psychologa dr. Marshalla B. Rosenberga. To podejście pozwala zobaczyć sprawy z perspektywy obserwacji, bez ocen i interpretacji, oraz szukać sposobów, aby potrzeby wszystkich były zaspokojone.

Berent ma 18-letnią córkę. Tak wspomina swój debiut na zebraniu rodziców uczniów zerówki: – Nauczycielka "wyjęła" nas wtedy z ławek, rozstawiając krzesła w kręgu, i zaproponowała, żebyśmy porozmawiali o sobie, bo "przed nami wiele lat współpracy i warto, żebyśmy się poznali". Później jeszcze zaprosiła nas do zrobienia przedstawienia dla dzieci. Zbudowała między nami dużą bliskość, która w niektórych przypadkach przetrwała do dziś. Dzięki temu, kiedy później pojawiły się konflikty między dziećmi, łatwiej nam było zadzwonić do innych rodziców i pogadać – wyjaśnia.

Wizja rodzicielstwa jest współcześnie wyjątkowo wyśrubowana, a oczekiwania wobec rodziców to lista bez końca. (Shutterstock)

Od tego czasu w życiu rodziców wiele się jednak zmieniło, przyspieszyło, pokomplikowało. Może jest na nas wywierana zbyt duża presja, jacy mamy być jako ojcowie i matki? Swoje dokładają parentingowi influencerzy, teksty lifestyle’owe o rodzicielstwie, kolejne poradniki i autorzy metod wychowawczych. Mamy być obecni, świadomi, zaangażowani. "Powinniśmy" jakościowo spędzać czas, wypiekać muffinki, wozić na zajęcia z ceramiki, co trzy miesiące fluorować dzieciom zęby u dentysty. Pomagać przy projekcie Układu Słonecznego z masy papierowej. Nie pozwalać na spędzanie czasu przed ekranami tabletów i komórek. I jeszcze być dobrymi pracownikami, partnerami, przyjaciółmi, dziećmi swoich rodziców. Być na czasie z ofertą kulturalną, wyglądać estetycznie i być w dobrej kondycji.

Doba ma 24 godziny i tak się nie da. Albo da się, ale kosztem czegoś: siebie, spokoju, cierpliwości. Jeśli dodamy do tego pandemiczny stres, brak pewników, zmieniającą się rzeczywistość, naukę zdalną, to stajemy niebezpiecznie blisko granicy wytrzymałości. Lont staje się krótszy.

Dr Magdalena Śniegulska, psycholożka, psychoterapeutka i wykładowczyni na Uniwersytecie SWPS, śmieje się, że "na szczęście" jest matką jedynaka. – Mam poczucie, że dużym przywilejem rodziców jednego dziecka jest fakt, że przez szkołę przechodzi się tylko raz. Rozmawiam z rodzicami pacjentów i kiedy słyszę, co się tam dzieje, to myślę, że okres szkolny zarówno dla dzieci, jak i ich opiekunów może być czasem silnych i poruszających emocji.

Nie komunikując się twarzą w twarz możemy czasami źle zinterpretować czyjeś słowa - bo zabrakło mowy ciała, tonu głosu. (Shutterstock)

A co się dzieje? Choćby to, że rodzice coraz częściej chcieliby, żeby placówki edukacyjne realizowały ich pomysł na wychowanie, na przekazywanie wartości. – Część, nie ufając szkołom publicznym, posyła dzieci do wybranych placówek prywatnych, społecznych czy demokratycznych, w których w założeniu uczniowie mają mieć wpływ na przekazywane treści i metody nauczania. Część głośno manifestuje swoje potrzeby i wizję tego, czym jest dobra edukacja i wychowanie. Rodzice są teraz dużo bardziej pewni siebie, zaangażowani w sprawy dzieci. Jednak rzadko wykazują chęć porozumienia, dostrzeżenia wspólnotowości, grania do jednej bramki, faktu, że pewnie zależy im na tych samych wartościach, ale różnie widzą ich realizację. Jest bardzo silna koncentracja na własnym dziecku i własnej wizji świata.

Joanna Berendt dodaje, że pisanie na forach nie jest najprostszą formą komunikacji: – Brakuje mowy ciała, tonu głosu. Rozmowy na komunikatorze zamieniają się w słowny ping-pong i przeciąganie liny, udowadnianie sobie, kto ma rację, kto jest winny. W takich sytuacjach mamy tendencję do tworzenia teatrów mentalnych, pisania: zawsze, nigdy. Rozmowa powinna zwolnić. Można odpisać w wiadomości prywatnej i dopytać o uczucia i potrzeby, na przykład: "Czy jesteś zdenerwowany?"; "Czy zależy ci na tym, żeby…?".

Pandemia też dokłada swoje. – Mamy fokus na dzieci, system nerwowy w pobudzeniu, jesteśmy wrażliwi na bodźce, zestresowani. Neutralne odbieramy jako wrogie i walczymy w sytuacjach, w których czujemy, że mamy na coś wpływ. A taką jest dopilnowanie, czy zabawka na mikołajki jest ekologiczna – wyjaśnia mediatorka.

"Najwyżej będzie brzydki prezent..."

Anna już dawno temu złożyła broń. – Nie będę się spalać nad kwestią urody lub jej braku w przypadku jakiejś zabawki. Trudno, najwyżej prezent będzie brzydki, przeżyjemy to jakoś – podkreśla swój dystans.

W rozmowie warto się zatrzymać, dopytać, 'zaparkować' jakiś temat. (Shutterstock)

Jak sugeruje dr Śniegulska, warto też zadać sobie pytanie, dlaczego tak bardzo nam zależy na tym, żeby świat szkolny naszych dzieci był pod aż taką kontrolą i koniecznie zgodny ze światem domowym. – Zapominamy, jakie są zadania rozwojowe szkoły. Na przykład pozwala ona dziecku skonfrontować się z faktem, że świat jest różnorodny. Są różne wartości, charaktery, umiejętności. Z tego świata można wrócić do bezpiecznego domu i o funkcjonowaniu w takim świecie porozmawiać. I to będzie świetną lekcją i doświadczeniem. Ale rodzic musi mieć poczucie, że sam sobie z tym światem radzi, że on mu nie zagraża – dodaje psycholożka. 

Proces edukacji przebiega lepiej, jeśli rodzic jest w nią zaangażowany. Ale nadmierna kontrola dziecka, zatopienie się w jego sprawach, w tym dostępność na rodzicielskich forach 24-godziny na dobę i zabieranie głosu w każdej sprawie, to już kuriozum.

Badania wyraźnie pokazują, że taki zaangażowany model rodzica sprawdza się do trzeciego roku życia dziecka. Jeśli jesteśmy bardzo skoncentrowani na dziecku, które ma lat 7, 9 i 12, to możliwe, że będzie ono bało się świata, będzie przekonane, że bez mamy i taty sobie nie poradzi – ostrzega dr Śniegulska.

Trudno odpuścić? Nie da się nie zabrać głosu w sprawie menu w szkolnej stołówce? Jeśli w trakcie czytania tego tekstu chociaż na chwilę się uśmiechnęliście, to dobry znak, że spuściliście nieco powietrza z rodzicielskiego balonu.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Ola Długołęcka. Redaktorka o zróżnicowanych zainteresowaniach tematycznych. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. Kolekcjonuje zasłyszane historie i toczy boje podczas autoryzacji wypowiedzi, kiedy rozmówcy chcą "wygładzać" swoje najbardziej wyraziste opinie.