Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Centrum Pomocy Mokotów, Puławska 20, Warszawa. Kolejny dzień działania free shopu  – czyli sklepu, gdzie osoby uciekające przed wojną na Ukrainie mogą zaopatrzyć się za darmo m.in. w odzież i kosmetyki. Wchodzi darczyńca.*

– Dzień dobry, ubrania dla uchodźców przyniosłem.

– Jakie? Zgodne z naszą listą potrzeb?

– Nie wiem, żona pakowała, wie pani. Spieszę się, żeby dziecko z przedszkola odebrać, mogę zostawić?

– Ale wie pan, tak przeglądam je teraz, one są sfilcowane, znoszone. Nie mogę ich przyjąć.

– Chyba pani żartuje! To dobre ubrania. Moje dzieci w nich chodziły!

– Może odda pan do recyklingu?

– No, naprawdę, wstydziłaby się pani! Do widzenia!

To zapis poglądowej dla wielu odbytych przeze mnie przy drzwiach Centrum rozmów z darczyńcami. Większość to osoby, które rozumieją, na czym polega pomoc, ale niektórzy ofiarodawcy wydają się sądzić, że dar – niezależnie od jego jakości i przydatności – jest wartością samą w sobie. Szczególnie dar odzieżowy – w takich rozmowach wybrzmiewa zawsze niewypowiedziane zdanie: "Przecież uchodźczyni czy uchodźca powinni się cieszyć z tego, że w ogóle mają jakąś garderobę".

Ubranie to nie jałmużna

W ciągu trzech miesięcy funkcjonowania Centrum Pomocy Mokotów do free shopu dotarło kilkadziesiąt ton ubrań – często brudnych, poplamionych, z dziurami, zmechaconych, sfatygowanych, zeszmaconych, pachnących piwnicą, strychem, starością, noszących ślady cudzych biografii, zbyt dominujących, żeby można było znaleźć miejsce dla nowych. Takie ubrania są przy sortowaniu od razu wrzucane do worka z napisem "do utylizacji", wolimy więc ich nie przyjmować i oszczędzić wolontariuszom pracy. Niezadowoleni z nieprzyjęcia daru ofiarodawcy często porzucają niewygodny wór z ubraniami zaraz przed Centrum. Ludzie czekający w kolejce do wejścia od razu eksplorują ten zasób i chwilę później chodnik zasłany jest brudnym dywanem, a  zeszmacone stroje przechodzą z rąk do rąk. Nie potrafię na to patrzeć. Czyste, dopasowane ubranie jest znakiem godności, poczucia bezpieczeństwa, roli społecznej. W jakiej pozycji stawia więc ludzi przebieranie wśród cudzych ubrań podłej jakości rzuconych do ich stóp jak jałmużna?

Zanim zaczęłam wolontariat w Centrum Pomocy Puławska, kilka dni po wybuchu wojny przyglądałam się rzeczom krążącym na parkingu pod Tesco w Przemyślu, niedaleko granicy. Ubrania leżały na trawie, spadały w błoto, wieszaki z  płaszczami były podwieszane nad stoiskami w  prowizorycznych namiotach. Nie było mowy o tym, żeby cokolwiek przymierzyć, dobrać. Stroje były traktowane bardziej jak koce, jak ocieplacze. Byleby otulić się bardziej efektywnym kokonem, miękko oddzielić od bolesnej rzeczywistości.

Free shop w Radomiu (Fot. Marta Dudzińska / Agencja Wyborcza.pl) , Dla uchodźców z Ukrainy (Fot. Marta Dudzińska / Agencja Wyborcza.pl)

Widziałam też, jak na Dworcu Centralnym w Warszawie ubrania zwisają z poręczy, tworzą przedziwne zasłony i wodospady, stalaktyty ze szmat. Czułam się, jakbym znalazła się w scenografii Repliki, sztuki Józefa Szajny, w której pokazuje on świat po katastrofie wojny. To było wysypisko pełne łachmanów, resztek. Jak z tego śmietnika można wybrać ubranie, które doda otuchy w nowym kraju, będzie stanowić rzecz osobistą, najczęściej jedną z nielicznych?

Pomadka znaczy godność

Kiedy w 1944 r. wyzwolony został obóz koncentracyjny na Majdanku, w jego magazynach pozostała odzież odebrana więźniom. Hałdy rzeczy. Ludzie, którzy zaczynali powracać do swoich domów z wojennej tułaczki, nie mieli zaś nic. Czasem musieli uciekać tak, jak stali. Czasem wzięli tylko jeden tobołek. Najczęściej ich ubranie było już zniszczone, ich buty – dziurawe. Do specjalnej komisji zarządzającej odzieżowym zasobem Majdanka pisano setki podań o przyznanie elementów garderoby. Najczęściej były to prośby o skromną pomoc – jeden płaszcz, stanik, buty, czapkę dla dziecka. To wstrząsające czytać błagalny elaborat uzasadniający potrzebę posiadania najprostszych, wydawałoby się, niezbędnych przedmiotów. Każda z osób wybierała zaś co innego jako najważniejsze, konieczne do rozpoczęcia nowego życia. Na przykład Jaś R. prosił majdankowskiego Mikołaja: "Św. Mikołaju, nadszedł dzień, kiedy Ty Św. Mikołaju będziesz roznosił różne Podarunki. Każde dziecko na pewno dostanie coś od swiętego mikolaja. Ale ty św. Mikolaju o mnie nie zapomnij, bo ja jestem z Warszawy. Przynieś mnie bieliznę i może chceż to przynieś mnie Zabawki" (pisownia oryginalna).

Przypominam sobie o tych podaniach, kiedy czytam w mediach społecznościowych Fundacji Podróżnych Ugościć karty potrzeb osób uchodźczych wielu kultur, dla których można przygotowywać paczki pomocowe. Oprócz rubryk do zaznaczania z funkcjonalnymi ubraniami i środkami higieny jest też rubryka "inne" i tam znalazły się np.: obcinacz do paznokci, olej do włosów, kosmetyki do makijażu, sukienka, lakier do paznokci i prostownica.

Każdy z nas ma jakieś rzeczy czy ubrania, które go uspokajają, dodają mu sił, i nie zawsze mieści się to w pojęciu "racjonalny wybór". Czy dostawa czerwonych szminek do dopiero co wyzwolonego obozu Bergen-Belsen w kwietniu 1945 r. była posunięciem racjonalnym? Na pewno nie dla relacjonującego tę sytuację oficera, który ze zdziwieniem odnotowywał, że kobiety, które ledwo co podnosiły się ze szpitalnych łóżek, od razu prosiły o szminkę i się nią malowały. Musiały ją mieć, natychmiast. Była dla nich symbolem przetrwania. Yova Yager, ukraińska projektantka wnętrz, w schronie w Kijowie nagrywała na Instagram filmiki, w których apelowała o to, żeby pomalować się ulubioną pomadką, uczesać, ubrać tak, jak się lubi, nie poddawać zwątpieniu.

Rzeczy osobiste, ubrania opowiadają o naszej sprawczości i tożsamości. To paradoksalny rodzaj granicy naszego ciała, bardzo intymna, a jednocześnie najbardziej widoczna opowieść o nas – miękkie podbrzusze wystawione na spojrzenia i uwagi. Moda to sposób, w jaki ubrań używamy, od łacińskiego modus. Jak pisała była więźniarka KL Birkenau Maria Jezierska w swojej pracy wspomnieniowo-naukowej Moda w Auschwitz – moda jest prawem człowieka: "Człowiek wolny stosuje się do mody, pozwala sobie na zmiany i odmiany". Wolny człowiek ma prawo budować swój wizerunek, jak chce, pokazywać, kim jest. Człowiek poddany albo wyrzucony ze społeczności musi nosić to, co nakazuje mu władza, albo ochłap, który zostanie po innych. Nie ma prawa do tożsamości.

Sytuacje kryzysów czy katastrofy kultury – jak czasy wojny, niedoboru – pokazują, czym naprawdę jest dla nas ubranie. Odsłaniają jego moc, w epoce dobrobytu przesłoniętą jego powszechnością i powszedniością.

Zobacz wideo Szafka, z której każdy może sobie wziąć jedzenie. I oddać to, czego nie zje. Byliśmy na miejscu, to naprawdę działa

Moda to nie eksces z czubka piramidy potrzeb Maslowa, ale przeciwnie – podstawowy przejaw naszego bycia w świecie. W sytuacjach granicznych ubranie może podźwignąć, podtrzymać ducha i ocalić życie, jednak może też stygmatyzować, upokorzyć, a nawet zabić.

Na przykładzie rzeczywistości obozów koncentracyjnych widać to bardzo wyraźnie – opowieść o nich jest rozpięta między mundurem a pasiakiem, między kostiumem wywyższenia i kostiumem upokorzenia. Kiedy odzierasz kogoś z indywidualności i nie widzisz w nim podobnego sobie, wtedy ta nieosoba jest już łatwiejsza do zabicia.

Większość więźniów obozów wyobrażała sobie, że mogą umrzeć, ale żaden nie przypuszczał, że może zostać ograbiony ze swoich ubrań i rzeczy. Mówili: "Przecież to moja cząstka". Bez materialnych znaków tego, kim są, ubrani w niepasujące, cuchnące, zarobaczone ubrania pozbawiające ich biografii, czuli się pozbawieni sprawczości.

Ich oprawcy występowali zaś w strojach, które miały ich sposobić do bycia wszechmocnymi supermenami i superkobietami. Mundury, wysokie buty, monumentalne sylwetki. Kiedy uzbroisz się w odpowiednie stroje i rekwizyty, czujesz się bardziej w prawie, żeby decydować o przeznaczeniu bliźniego, masz alibi. Więźniowie kacetów starali się więc bardziej przypominać oprawców, bo wtedy mieli większe szanse na przeżycie – taliowali pasiaki, prasowali spodnie w kant, czyścili buty, pilnowali odpowiednio zawadiackiego ułożenia mycki na głowie. Wielu ocalałych mówi, że będąc bardziej zadbanym, można było liczyć na lepsze komando, więcej wynegocjować. Podkreślał to Hermann Langbein, autor jednej z najsłynniejszych książek na temat Holokaustu Ludzie w Auschwitz. Pisał: "Powiedzenie »jak cię widzą, tak cię piszą« miało w obozie większe znaczenie niż gdziekolwiek indziej". Trzeba się jednak było pilnować, żeby nie przekroczyć niewypowiedzianej granicy – oprawca mógł się wzburzyć zbytnim uczłowieczeniem się niewolnika. I zapisać go na śmierć, nie na życie.

Kadr z filmu sowieckiego dokumentującego wyzwolenie Auschwitz (fot. Domena publiczna)

Ubranie w obozie było narzędziem tortur, np. kiedy następował przydział pasiaka czy zeszmaconego ubrania cywilnego, ale bywało też narzędziem buntu – jak choćby wiązana po swojemu chusteczka na odrastających włosach, którą Maria Jezierska nazywa "proporczykiem podjazdowej walki zbrojnej", czy przemycona przez koleżankę koszula z Kanady, noszona nielegalnie pod pasiakiem. Ubrania zdobywano z narażeniem życia i nie tylko dlatego, żeby dawały ochronę przed zimnem – przypominały o pięknie, o życiu, były widomym znakiem oporu, odmowy uniformizacji. Alicja Gawlikowska- -Świerczyńska powiedziała mi wprost, że w obozie – tak jak w życiu – trzeba była codzienność ustrajać. Dla niej ubranie było tym ustrojeniem. Jednego dnia oddała cały swój chleb romskiej więźniarce, bo zapragnęła jej sukienki w kwiaty. Wolała głodować, niż zrezygnować z tej sukienki. Ubranie nie karmiło ciała, ale nakarmiło jej głowę.

(…)

Moda po ludzku

Musimy więc zmienić myślenie o modzie w ogóle – w takim samym stopniu, w jakim myśleliśmy, że jest nieważna, jest podstawowa. Musimy, chociażby dlatego, że wymaga tego od nas kryzys klimatyczny, do którego doprowadził m.in. przemysł mody zorientowany na postrzeganie ubrań jako produktów jednorazowego użytku, które można lekką ręką kupić i bez żalu wyrzucić do śmieci. Żeby przestać się łapać na haczyki trendów i reklamy, trzeba zacząć mówić o modzie innym językiem i gdzie indziej – nie o tendencjach tworzonych przez przemysł i marketingowców przytaczanych w magazynach mody, ale o tym, czym jest życie człowieka w ubraniu w kontekście ekonomii, psychologii, neurologii, antropologii, nauk ścisłych, architektury. I te rozmowy muszą odbywać się w programach publicystycznych, na łamach codziennych gazet, w wiadomościach, na konferencjach klimatycznych. Musimy zmienić słownik i imaginarium, bez tego sieciówki i wielkie koncerny wciąż będą zarabiać. Pokazała to pandemia, w czasie której mieliśmy przecież szansę na to, żeby przemyśleć nasze zasoby i nawyki, a jednak przemysł mody szybko przerobił nasze refleksje na hasztagi i nowe trendy.

Na początku XX w. nowoczesna moda rodziła się jako narzędzie awansu społecznego, emancypacji, miała za zadanie już nie tylko oddzielać klasy, ale ułatwiać przenikanie między nimi, tworzyć nowe tożsamości. Na początku XXI w. stoimy w obliczu bankructwa systemu, który się wtedy narodził. Dziś potrzeba nam mody, która będzie częścią ekonomii troski o najsłabszych, a nie społecznego sukcesu najbardziej przebojowych.

Przemysł mody zorientowany na postrzeganie ubrań jako produktów jednorazowego użytku (fot. Shutterstock) , Które można lekką ręką kupić i bez żalu wyrzucić do śmieci (fot. Shutterstock)

Potrzebujemy ubrań dla tych, którzy potrzebują materialnej pomocy, ubrań dostosowanych do sprawności i ciała właściciela, przyjaznych planecie, trwałych. Do free shopu przy Puławskiej rozmaite firmy oddają swoje zasoby – kartony kosmetyków, bielizny, dresów, sukienek, T-shirtów. Jak uczynić z tego regułę? Czy korporacje mogą się dzielić, zamiast zarabiać?

Współczesny kapitalizm przedstawia modę jako bajkową krainę ładnych rzeczy, które spadły z nieba. Pomijany jest cykl życia ubrania, proces, w którym uczestniczymy. Materiał, produkcja, użytkowanie ubrania, a potem jego odchodzenie – o tym lepiej nie mówić.

Rachela Auerbach przerażona tym, jak wyglądają rzeczy rozwłóczone po ulicach getta warszawskiego, przywołała w 1942 r. kabalistyczną filozofię tikkun, która mówi o tym, że rzeczy, tak jak ludzie, mają swoje przeznaczenie – że trzeba o nie dbać. Odzież bez właściciela powinni donaszać „synowie i co?rki lub przyjaciele albo tez? ludzie ubodzy a bogobojni i zacni, kto?rzy przyjąć ja? zechca? w podarunku". To postulat traktowania rzeczy po ludzku, a nie – tak jak to się najczęściej dzieje dziś – uprzedmiatawianie ludzi.

*Fragmenty artykułu Karoliny Sulej, "Moda, czyli o prawach człowieka". Cały tekst przeczytacie w papierowym, wakacyjnym wydaniu miesięcznika "Znak" – "Rzeczy, które kochamy".

Karolina Sulej. Pisarka, dziennikarka, reportażystka, popularyzatorka antropologii mody. Autorka m.in. reportaży "Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady" (2020) oraz "Historie osobiste. O ludziach i rzeczach w czasie wojny" (2021). Niedawno, nakładem Wydawnictwa Znak, opublikowała książkę "Ciałaczki. Kobiety, które wcielają feminizm". Ponadto autorka podcastów Ubrani i Garderobiana.