Społeczeństwo
Między innymi przez pandemię przybyło dzieci w edukacji domowej (Shutterstock.com)
Między innymi przez pandemię przybyło dzieci w edukacji domowej (Shutterstock.com)

Rafał, ojciec 9-letniego Kajetana, mówi: – Zmuszanie dziecka do siedzenia sześć godzin z rzędu przed komputerem jest po prostu nieludzkie.

Manuela, matka 10-letniego Wilhelma, pyta: – Jak w takiej sytuacji walczyć z uzależnieniem dziecka od urządzeń elektronicznych?

Marzena ma 14-letniego syna Zbyszka. Tłumaczy: – Jest chorowity. Gdy wybuchła pandemia, uznaliśmy, że musimy go chronić przed zakażeniem COVID-19.

Wszystkie trzy rodziny już przed pandemią koronawirusa rozważały przejście na edukację domową. Dla każdej było to nowe i duże wyzwanie – nie mogły liczyć na pomoc krewnych, a odpowiedzialność za to, by dziecko nauczyło się wszystkiego, co jest wymagane w podstawie programowej, spadła na rodziców. Jak oceniają zmianę po roku?

Edukacja w pandemii (Roman Bosiacki/ Agencja Gazeta) , Wielu rodziców przeniosło swoje dzieci do edukacji domowej z powodu niezadowolenia z tego, jak tradycyjne szkoły zorganizowały naukę w czasie pandemii (Agnieszka Sadowska/ Agencja Gazeta)

Stres egzaminacyjny

Tym, co zawsze powstrzymywało Manuelę i jej męża przed przejściem z Wilhelmem na edukację domową, była praca. – Mieliśmy świadomość, że nie będziemy w stanie poświęcić się w pełni dziecku, bo oboje dużo pracujemy: ja mam własną firmę, mąż jest na etacie – opowiada Manuela.

Przełomem były wakacje 2020 roku. Spędzili je w gronie rodziców w podobnej sytuacji, z dziećmi w podobnym wieku. – Zaczęliśmy szukać miejsca, gdzie mogłyby się razem uczyć. Wynajęliśmy świetlicę i znaleźliśmy edukatorów, którzy codziennie między 8 a 15 mieli spędzać czas z naszymi dziećmi – wspomina Manuela.

Uczniów na początku było sześcioro i dwie edukatorki. – Proces ich poszukiwania był długi i żmudny. Nie zależało nam koniecznie na osobach z wykształceniem pedagogicznym, ale raczej na zainteresowanych edukacją alternatywną, porozumiewaniem się bez przemocy, na ludziach z pomysłem, jak zarażać dzieci pasjami. Jedną z edukatorek udało nam się wysłać na kurs metodą Montessori, druga jest studentką pedagogiki wczesnoszkolnej z doświadczeniem w prowadzeniu zajęć z angielskiego dla dzieci i z matematyki na poziomie podstawowym – opowiada Manuela.

W miarę możliwości w naukę angażowali się również rodzice: zastępowali edukatorów, kiedy ci byli chorzy, udostępniali na zajęcia przestrzeń w swoim domu, gdy świetlica była zamknięta z przyczyn epidemicznych. – Te rodziny, które nie były w stanie w ogóle poświęcić dzieciom czasu, sprzątały świetlicę – mówi Manuela.

Nawet COVID-19 nie stanął na przeszkodzie w prowadzeniu "szkoły". – Oczywiście, że część z nas zachorowała, ale to nie spowodowało, że przerwaliśmy naukę. Podczas gdy dzieci w tradycyjnej szkole siedziały na lekcjach zdalnych, nasze spotykały się ze sobą, biegały po lesie, wychodziły na spacery.

Manuela przyznaje, że prowadzenie tego typu "szkoły" ma minusy. Przede wszystkim to wyzwanie finansowe. – Zatrudnienie edukatorów kosztowało każdą rodzinę około 750 zł miesięcznie. Do tego dochodziły koszty związane z pomocami naukowymi. Dzieci dużo czasu spędzały poza świetlicą, jeździły na wycieczki, chodziły do muzeów, choć często akurat tam wchodziły za darmo. Odpadły nam też koszty związane z zakupem plecaków, zeszytów i całego tego majdanu edukacyjnego tradycyjnej szkoły – wymienia.

Edukacja domowa to zupełnie coś innego niż nauka zdalna (Shutterstock.com) , (Shutterstock.com)

Największym wyzwaniem było oswojenie strachu przed egzaminem. Dzieci w edukacji domowej, choć na co dzień uczą się poza systemem, muszą zaliczać przedmioty i formalnie być zapisane do placówki, której nauczyciele będą sprawdzać ich wiedzę. W edukacji domowej to rodzice i dzieci decydują, kiedy chcą zdawać egzamin z danego przedmiotu.

Syn Manueli ma dziś 10 lat, musiał zdać dwa egzaminy pisemnie oraz ustnie – jeden z edukacji wczesnoszkolnej, drugi z angielskiego. – Te egzaminy były dla mnie większym stresem niż matury moich starszych dzieci. Syn ze względu na pandemię zdawał je online, na czas egzaminu wyrzucił mnie z pokoju, ale i tak podsłuchiwałam pod drzwiami! Rodzice często panikują, bo nie wiedzą, czy dziecko w edukacji domowej rzeczywiście się czegoś nauczyło – trudno to zmierzyć, bo nie ma ocen. A egzamin wcale nie jest łatwy – przekonuje. Wilhelmowi udało się zaliczyć wszystko już w kwietniu. – Powiedział: teraz w końcu mogę się uczyć dla przyjemności – relacjonuje Manuela.

Krzysztof Kacuga, dyrektor niepublicznych Szkół Benedykta w Drohiczynie, placówek o uprawnieniach szkół publicznych, które wspierają rodziców i uczniów w edukacji domowej, twierdzi, że od października 2020 roku do marca 2021 roku jego szkoła odnotowała wzrost liczby dzieci w edukacji domowej o 24 proc. – To bardzo dużo – przekonuje.

Tę tendencję potwierdzają dane Ministerstwa Edukacji Narodowej – we wrześniu 2020 roku uczniów w edukacji domowej było 15 034 (o ponad cztery tysiące więcej niż w roku szkolnym 2019/2020), pod koniec marca 2021 już 19 966.

Kacuga nie ma u siebie przypadków uczniów, którzy zrezygnowali z edukacji domowej, ponieważ forma im nie odpowiadała. Przeciwnie, po liczbie zgłoszeń już widzi, że w tym roku będzie miał sporo nowych osób.

Aleksandra Obara z krakowskiego Centrum Nauczania Domowego, które wspiera rodziców w edukacji domowej, spodziewa się 100-procentowego przyrostu nowych uczniów w stosunku do roku poprzedniego.

Porażka

Za domową edukację Kajetana miał być odpowiedzialny przede wszystkim jego ojciec Rafał, wykładowca na uczelni. Jego żona pracuje na pełen etat w banku, więc nie mogła w pełni poświęcić się dziecku.

Mam naturę belfra, wiedziałem, że uczenie własnego dziecka będzie mi dawać dużo satysfakcji – opowiada Rafał.

Postanowił skorzystać z pomocy organizacji wspierającej rodziców w edukacji domowej, która udostępnia na platformie internetowej materiały potrzebne do opanowania podstawy programowej, a w weekendy organizuje także lekcje online. – W pierwszym semestrze sam miałem dużo pracy na uczelni, więc byliśmy mocno spóźnieni z nauką, w drugim udało się wszystko nadgonić – przyznaje.

Kajetan podszedł do testów zdaniem ojca przygotowany. – Egzaminy były dla nas porażką. Nie przenosiliśmy syna z jego szkoły państwowej, mimo że eksperci od edukacji domowej nas do tego zachęcali. Nie chciało mi się jednak wierzyć, że mogłyby być jakieś problemy. Bardzo się pomyliłem – mówi.

Rafał twierdzi, że nauczyciele starali się udowodnić Kajetanowi, że nauka w domu nie przyniosła efektów. – Egzaminy zorganizowane zostały na ostatnią chwilę, w krótkim odstępie czasu. Syn został wrzucony w egzaminacyjny magiel. Poza polonistką nikt z nauczycieli się do niego nie odezwał, żeby porozmawiać o zaliczeniu. Poczuliśmy się niesprawiedliwie potraktowani. Syn zakończył rok z czwórkami i jedną trójką, podczas gdy jego koledzy z klasy, którzy nigdy nie byli prymusami, mieli same piątki i szóstki, bo z powodu pandemii nauczyciele im odpuścili – opowiada Rafał.

Krzysztof Kacuga przekonuje, że gdy decyduje się przejść na edukację domową, warto przenieść dziecko do szkoły przyjaznej tej formie nauczania. – Szkoły tradycyjne nie są przygotowane na prowadzenie dzieci w tym trybie, często jest to też dla nich utrapienie, żeby mieć takich uczniów, zwłaszcza jeśli jest ich niewielu. Bo to oznacza, że dla dwóch–trzech osób trzeba organizować egzaminy – tłumaczy. I dodaje: – O ile w szkole przyjaznej nauczyciele starają się udowodnić, że dziecko coś potrafi, a nie na odwrót, o tyle w szkole tradycyjnej różnie z tym bywa. Mieliśmy kilka przypadków rodziców, którzy chcieli przenieść swoje dzieci do nas ze szkoły państwowej nawet w trakcie egzaminów. Dziecko zdało już trzy–cztery, ale miało jeszcze osiem przed sobą i psychicznie nie dawało rady.

W edukacji domowej dziecko samo decyduje, kiedy chce się uczyć (Shutterstock.com) , Dla rodziców to często duże wyzwanie, żeby zmotywować dzieci do nauki (Shutterstock.com)

Oceny są ważne

Marzena: – Nie wierzę tym rodzicom, którzy mówią, że dziecko w edukacji domowej samo z siebie chce się uczyć. To bujda na resorach!

Nie pracuje, ale wiedziała, że nie będzie w stanie sama przekazać synowi wiedzy, która pozwoli mu skończyć ósmą klasę z dobrymi ocenami na świadectwie i zdać egzaminy ósmoklasisty. – Dla nas oceny są ważne. Mój syn jest ambitny, już wie, że chce iść na studia. W edukacji domowej wielu nauczycieli podchodzi do dzieci na luzie, wymagania są mniejsze niż w szkole, nie wierzę też w efektywność niektórych projektów – mówi Marzena.

Przestawienie dziecka na tryb nauki w domu z trybu nauki w szkole, gdzie jest dyscyplina, sprawdziany, w skrócie – szkolny rytm – jest ogromnym wyzwaniem. – W ósmej klasie nie mogłam pozwolić sobie na eksperymenty i ryzyko, że syn źle wypadnie na egzaminach. Progi punktowe do najlepszych liceów są bardzo wysokie. Dziecka w edukacji domowej one nie dotyczą, ale jeśli syn chciałby wrócić do nauki stacjonarnej, musi złożyć wniosek do dyrekcji danego liceum, która na pewno będzie brała pod uwagę jego oceny – dodaje.

Marzena i jej mąż zainwestowali więc w korepetytorów. Syn miał sześciu nauczycieli, z każdym spotykał się online dwa razy w tygodniu. Oprócz tego uczył się sam, wspierali go też rodzice oraz studenci w ramach bezpłatnego programu "Studenci uczniom". – W ten sposób udało się połączyć dwa tryby – domowy ze szkolnym – przekonuje Marzena.

Metoda Marzeny zadziałała – syn zdał egzaminy bardzo dobrze. Jedyny minus, jaki Marzena dostrzega, to koszty. – Nie ukrywam, forma nauczania, na jaką się zdecydowaliśmy, kosztowała nas bardzo dużo, ale wychodzimy z założenia, że na dziecku się nie oszczędza – podsumowuje.

Ile to jest "bardzo dużo"? Około dwóch tys. zł miesięcznie za same korepetycje. 

Nie dla każdego

Zachętą dla rodzin, żeby przejść na edukację domową, jest podpisana w marcu 2021 roku przez prezydenta Andrzeja Dudę nowelizacja do ustawy Prawo oświatowe. Od 1 lipca w przypadku tego rodzaju kształcenia nie obowiązuje już rejonizacja oraz przymus składania opinii z publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej. Oznacza to, że rodziny nie będą musiały ograniczać się przy wyborze szkoły, której dziecko ma podlegać, wyłącznie do województwa, w którym mieszkają.

W tej chwili mamy uczniów z całej Polski. Oferta edukacyjna online, którą przygotowaliśmy pięć lat temu, cieszy się ogromną popularnością. A na początku mało kto był nią zainteresowany – mówi Kacuga.

Gabriela Letnovska z Fundacji Edukacja Domowa zauważa, że mimo iż edukacja domowa staje się coraz bardziej popularną alternatywą dla szkoły, wciąż wielu rodziców myli ją z nauką zdalną.

– Nauka zdalna to zupełnie nowy sposób nauczania, polegający na przeniesieniu szkoły tradycyjnej 1:1 ze szkolnej ławki do internetu. Natomiast w edukacji domowej dziecko i rodzice sami decydują, jak i kiedy chcą poświęcać czas na naukę – mówi i podkreśla: – Nie jest to rozwiązanie dla każdego, chociaż większość jest zadowolona z efektów edukacji domowej. Bywa, że dzieci tęsknią za kolegami ze szkoły, choć podkreślam, że brak socjalizacji w edukacji domowej to mit - wyjaśnia. Podpowiada rodzicom jak zadbać o to, żeby dziecko budowało relacje z innymi – proponuje, żeby zapisali je na ciekawe zajęcia dodatkowe, do harcerstwa.

Elastyczność

Projekt Manueli i grupy rodziców okazał się ogromnym sukcesem. – Zaowocował powstaniem fundacji i przedsiębiorstwa społecznego. W ubiegłym roku uczyło się ze sobą sześcioro dzieci, w tym roku będzie ich 12. To już nie tylko dzieci znajomych. Sformalizowanie projektu pozwoliło nam uzyskać dodatkowe fundusze na jego prowadzenie, między innymi dofinansowanie wynagrodzeń dla edukatorów oraz pieniądze na wyposażenie miejsc nauki. Tym samym mamy jakąś formę stabilizacji – od września zatrudniać będziemy trzech edukatorów: jednego na pełen etat i umowę o pracę, drugiego na pół etatu i umowę o pracę, trzeciego na umowę-zlecenie – opowiada Manuela.

Zdaniem ekspertów to mit, że w edukacji domowej dzieci się nie socjalizują (Shutterstock.com) , Marzeniem Marleny jest edukacja swojego dziecka w prawdziwych miejscach historycznych (Shutterstock.com)

Nie chciałaby rezygnować z wolności, jaką daje edukacja domowa. – Możemy wybierać, kiedy i czego się uczymy, jak się uczymy, możemy zdecydować, że się nie uczymy! W każdej chwili możemy wyjechać na wakacje. Moim marzeniem jest uczenie dziecka historii w autentycznych miejscach historycznych. Jesteśmy też wolni od politycznej, w tym religijnej, indoktrynacji. Możemy swobodnie dyskutować o uchodźcach, LGBT+, feminizmie, klimacie. Mój syn, odkąd rozpoczęliśmy edukację domową, jest w domu odpowiedzialny za segregację śmieci. Nie interesują nas decyzje obecnego ministra, o ile nie dotyczą tej formy kształcenia. Możemy poświęcić więcej czasu na dobre książki, a niektóre lektury wyłącznie omówić – wylicza.

Nauczyła się przez ostatni rok "nie myśleć ocenami". – Ważne, żeby syn zdał. Ucieszy mnie nawet dopuszczający. Widzę, jak bardzo rozwija inne kompetencje, głównie miękkie: empatię, wrażliwość, świadomość swoich potrzeb. To dla mnie zdecydowanie ważniejsze niż umiejętność wykucia danego przedmiotu – przekonuje.

Rafał i jego żona długo wahali się, czy syna pozostawić w edukacji domowej. – Bardzo odpowiadało nam to, że w domu nie ma dzwonków, z góry wyznaczonego czasu, który trzeba spędzić na lekcji. Jednego dnia uczyliśmy się dłużej, innego krócej, w zależności od możliwości, chęci – opowiada Rafał.

Edukacja domowa miała też pozytywny wpływ na rozwój emocjonalny Kajetana. – W jego klasie w tradycyjnej szkole była grupka chłopaków ze skłonnościami przywódczymi, którzy decydowali, kto jest fajny, a kto nie, co jest modne, a co nie. Mój syn ulegał ich wpływowi. W edukacji domowej tego wpływu nie było. Kajetan sam wybierał, jakiej aktywności chce poświęcić więcej czasu, co go pasjonuje. Przestał mieć kontakt z "popularnymi" chłopakami, którzy mu imponowali, za to pogłębił relacje ze swoim przyjacielem ze spektrum autyzmu, z którym w szkole miał słabszy kontakt, oraz z jedną koleżanką – mówi Rafał.

Minusy? – Zabrakło szkolnej dyscypliny. Syn nie chciał odrabiać lekcji, uczyć się – przyznaje ojciec Kajetana.

Ostatecznie rodzice zdecydowali, że syn wróci do stacjonarnej szkoły. – Dodatkowym argumentem było to, że jesteśmy z żoną zaszczepieni, więc nie musimy się tak bardzo obawiać zakażenia koronawirusem. Ale przede wszystkim zmieniliśmy synowi szkołę – na tę, do której ja kiedyś chodziłem i bardzo dobrze ją wspominam. Wciąż będziemy jednak korzystać z pomocy organizacji wspierającej edukację domową, a jak zobaczymy, że dzieci znów będą wysyłane na naukę zdalną, to wrócimy do zeszłorocznego trybu – wyjaśnia.

Zbyszek, syn Marzeny, zostaje w domu i będzie się uczył przy wsparciu korepetytorów. – Sytuacja pandemiczna wciąż jest niepewna, już zapowiadają czwartą falę, utrzymanie reżimu sanitarnego w naszym przypadku jest nadal konieczne – mówi Marzena.

Zbyszkowi brakuje jednak kontaktu twarzą w twarz z kolegami, chciałby wrócić do tradycyjnej szkoły. – A moim zdaniem edukacja domowa mu służy – nie znosił zadań domowych, miał o wiele mniej czasu dla siebie, był zmęczony. No i często chorował. Na szczęście w każdej chwili możemy przeskoczyć z jednego trybu w drugi, jeśli takie będzie jego życzenie.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.