Społeczeństwo
Szkoła (zdjęcie ilustracyjne) (Fot. Daniskim/Shutterstock)
Szkoła (zdjęcie ilustracyjne) (Fot. Daniskim/Shutterstock)

Aneta Korycińska, polonistka w jednym z warszawskich liceów, nauczycielka, redaktorka, oligofrenopedagożka, założycielka profilu Baba od polskiego. Jej konikiem jest dydaktyka pisania wypracowań.

Polska szkoła nauczyła mnie przede wszystkim tego, że muszę być idealna. I nie wydaje mi się, żeby był to komplement; na terapii przepracowuję ten problem i próbuję zrozumieć, że w życiu nie chodzi o to, żeby być szóstkową uczennicą, i że mam prawo popełniać błędy. 

Do dziś śni mi się po nocach nauczycielka geografii, która stawiała jedynki za brak atlasu. Nigdy nie interesowała jej sytuacja finansowa w domu – atlas musiał być i kropka. Nie ma w tym przypadku, że po tylu latach pamiętam jej imię i nazwisko; stała się mimowolnie reprezentantką wszystkich patologii, które wciąż nawiedzają polską szkołę. A tych jest sporo, bo system edukacji opiera się przede wszystkim na strachu. Ministerstwo wywiera naciski na kuratoria, kuratoria na dyrektorki i dyrektorów szkół, ci – na nauczycielki i nauczycieli. Chociaż mamy w Polsce tysiące fantastycznych nauczycielek i nauczycieli, tak naprawdę tworzą oni awangardę, którą polska szkoła najchętniej by zwalczała. Jedynki za brak atlasu były stawiane 20 lat temu i są stawiane z równie wielkim entuzjazmem w 2021 roku.

Tak naprawdę w szkole nie chodzi o wiadomości, których się uczymy. Owszem, kształtujemy pewne podstawowe zdolności, takie jak nauka pisania i składania zdań, algebra, języki obce czy podstawowe zagadnienia z nauk ścisłych, ale większość zagadnień, które są opisane w opasłych podręcznikach, to tylko punkt wyjścia do kształtowania logicznego myślenia.

I o to mam żal. Nikt przez kilkanaście lat nauki nigdy mi nie powiedział, że chemia czy fizyka to tylko pretekst. Starałam się być omnibusem i wkuwać wszystko po kolei – i w rezultacie miałam dobre oceny, lecz brakowało czasu (i mocy przerobowych), żeby zrozumieć materiał. Nikt mnie nie uczył tego, jak się uczyć. Sama musiałam odnaleźć na siebie sposób. Odnoszę wrażenie, że polska szkoła zniechęca do zdobywania wiedzy, nie uczy, jak ją zdobywać i wykorzystywać w praktyce. Celem jest w końcu wyłącznie dobre zdanie egzaminów i oprawienie świadectwa w ramkę.

Życzyłabym każdemu rodzicowi, aby jego dziecko przez 12 lat edukacji nauczyło się być sobą i dać być sobą innym. Szkoła powinna być przestrzenią, w której można popełniać błędy. Jeżeli mamy się mylić, to tylko pod nadzorem nauczyciela – w prawdziwym życiu nie ma już na to miejsca. Szkoła powinna uczyć wyrażania siebie, zadawania pytań, próbowania rozwiązywania problemów – najlepiej dotyczących aktualnych wydarzeń. Przecież świat nie kończy się na biologii, matematyce, polskim czy wuefie, a życie nie polega jedynie na zdobywaniu najlepszych ocen. W szkole chętnie zobaczyłabym więcej treści rozwijających krytyczne myślenie albo zajęcia uczące ładnego wypowiadania się. Oczywiście przydałyby się też informacje o tym, gdzie skorzystać z darmowych badań wenerycznych oraz kiedy i ile odkładać, by nie musieć brać kredytu, jednak to marzenie ściętej głowy. 

'Szkoła powinna być przestrzenią, w której można popełniać błędy'. (Fot. Shutterstock) , Aneta Korycińska, polonistka w jednym z warszawskich liceów, nauczycielka, redaktorka, oligofrenopedagożka, założycielka profilu Baba od polskiego. (Fot. Sylwia Nowicka)

Mikołaj Marcela, pisarz, wykładowca, nauczyciel, specjalista w obszarze edukacji dzieci. Jego najnowsza książka "Selekcje. Jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwa, świat" wydana została przez Znak. 

Chodziłem do prywatnej szkoły podstawowej i społecznego liceum. Miałem nietypowe zajęcia: trening aktywności twórczej czy zajęcia z angielskiego z native speakerem z Australii, który brał nas do parku grać w krykieta. Zarówno w jednej, jak i w drugiej szkole nie przyswoiłem może wiedzy, z której dziś bym korzystał, ale zobaczyłem, że edukacja może wyglądać inaczej. I chociaż pod wieloma względami różniły się one od szkół publicznych, to i tak doświadczyłem działania instytucji przymusowej, a wręcz przemocowej, w której nauczyciel ma zawsze rację, o ile murem za dzieckiem nie stanie rodzic. Moja mama na szczęście uważała, że instytucje służą ludziom, a nie odwrotnie, i brała moją stronę. Podobnie czynił mój tata. 

Podstawówka i liceum nauczyły mnie hakowania szkoły, czyli sposobów na to, by robić jak najmniej, żeby mieć jak najwięcej czasu dla siebie. Zdawania do następnej klasy, ale okupionego jak najmniejszym wysiłkiem. Nauczyłem się dzięki temu planować czas i spinać się wtedy, kiedy jest to konieczne. W szkole nie przykładałem się do nauki, skupiałem się tylko na ogrywaniu wymagań stawianych przez system. 

Dzięki takiemu podejściu miałem czas na zajęcia pozaszkolne – tam nauczyłem się najwięcej. Rodzice mnie nigdy nie pytali o oceny, o prace domowe, o postępy. Interesowało ich, jakie mam pasje, i pomagali mi je rozwijać. Jak mówi historyk Yuval Noah Harari, w przyszłości będą liczyły się podstawowe umiejętności: komunikacja, kooperacja, kreatywne i krytyczne myślenie. Tego zaś nauczyłem się poza szkołą, gdy grałem z kolegami w podstawówce w gry RPG. A potem gdy zakładałem z nimi zespoły muzyczne, grałem koncerty i nagrywałem płyty.  

Ale też w liceum nauczyłem się od mojej polonistki empatycznego podejścia do ludzi i tego, że osoby obdarzone władzą, które teoretycznie mogą z niej korzystać, wcale nie muszą tego robić, że można rozwiązywać konflikty i działać bez użycia siły. To mnie bardzo ukształtowało. 

Szkoła nie jest – a powinna być – miejscem, w którym uczymy się szukania rozwiązań i radzenia sobie z problemami, szukania nowych dróg czy mierzenia się z porażką i patrzenia na nią jak na lekcję, z której można się czegoś nauczyć, a nie jak na świadectwo braku uzdolnień. Szkoła powinna być miejscem, w którym uczeń ma prawo głosu, bez przymusu, bez konieczności wstawania na ósmą, bez egzaminów centralnych.

Albo niech jej nie będzie.

Przez 12 lat szkoły nikt się nie liczy z naszym zdaniem, nie przygotowuje nas do funkcjonowania w demokracji, wręcz nie respektuje praw człowieka. A później się oczekuje, że jako 18-latkowie będziemy się świetnie sprawdzać w społeczeństwie obywatelskim, będziemy w stanie przeciwstawić się władzy, kiedy robi coś niewłaściwego, aktywnie uczestniczyć w życiu społecznym, buntować się. W końcu: że będziemy zdolni prowadzić dialog i podejmować decyzje na zasadzie konsensusu. Kiedy i kto ma nas tych postaw nauczyć, kiedy w szkole głos uczniów nie jest brany pod uwagę? 

'Przez 12 lat szkoły nikt się nie liczy z naszym zdaniem, nie przygotowuje nas do funkcjonowania w demokracji, wręcz nie respektuje praw człowieka' (Fot. Shutterstock) , Mikołaj Marcela, pisarz, wykładowca, nauczyciel, specjalista w obszarze edukacji dzieci. Jego najnowsza książka 'Selekcje. Jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwa, świat' wydanej przez Znak. (Fot. Materiały prasowe)

Dr Justyna Pokojska, koordynatorka programu Jobs & Skills for the Future, z Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. 

Jestem szczęściarą. Miałam niesztampowych nauczycieli. W szkołach nauczyłam się systematyczności, ciężkiej pracy – niezbędnej w osiąganiu celów. Ale także współpracy. Świetne było też to, że miałam szansę działać samodzielnie, czasem się potknąć i pomylić, zrobić coś nie tak, aby na koniec móc cieszyć się z sukcesów, na które sama zapracowałam.

Bardzo dobrze trafiłam, bo w niewielkiej publicznej podstawówce, do której chodziłam, zdobyłam też kompetencje cyfrowe, w tym uczyłam się podstaw programowania, co dzisiaj jest absolutnie kluczowe. To pozwoliło mi łatwiej wskoczyć w rewolucję cyfrową i odpowiedzieć na to, co dzieje się obecnie na rynku pracy. 

Z perspektywy czasu żałuję tylko, że nikt nie przygotował mnie na to, że toczące się zmiany będą tak gwałtowne i właściwie co roku będę robiła coś innego, a moja praca w ciągu kilku lat zmieni się o 180 stopni. Tej elastyczności i umiejętności dostosowywania się do nowych wymagań uczę się teraz każdego dnia.

Mam wrażenie, że szkoła wciąż projektuje uczniów do wykonywania pojedynczych zadań, szukania swojego "powołania", "zawodu", który wpisze się później w CV. A w przyszłości zawody zostaną zastąpione przez wiązki kompetencji, system etatowy – przez gospodarkę projektową i zadaniową. I na to musimy naszych uczniów przygotować.

Największą bolączką obecnego systemu edukacyjnego jest uczenie dzieci przedmiotami – wyciętymi obszarami, wyseparowanymi z rzeczywistości naukowej, a przede wszystkim z realnego świata i codziennego życia. Poszczególne przedmioty się rozwija, pogłębia, ale osobno podaje się wiedzę z historii, geografii, chemii i fizyki, polskiego i wiedzy o społeczeństwie, co sprawia, że stają się one jeszcze bardziej abstrakcyjne.  

Dziś nie trzeba już wkuwać wszystkich informacji, bo są na wyciągnięcie ręki. Dzieci powinny uczyć się je zdobywać, selekcjonować, szukać wiarygodnych źródeł, analizować i wyciągać wnioski. Wycinkowy system nauczania powoduje, że brakuje nam samodzielności w krytycznym myśleniu i zdobywaniu wiedzy. Lepiej byłoby uczyć dzieci projektowo, kontekstowo, na przykład poprzez postawienie zadania stworzenia od zera huśtawki na placu zabaw. Taki projekt zawiera elementy matematyki, bo trzeba wyliczyć, ile materiału pójdzie na jej zbudowanie, fizyki, żeby huśtawka działała, ZPT, żeby ją wykonać, biologii, żeby wybrać odpowiednie drzewo i uszanować okoliczny ekosystem, WOS-u, żeby poznać mechanizmy pracy w grupie. Rozwijająca się gospodarka projektowa będzie wymagała od nas działań zakładających wykorzystanie kompetencji z bardzo różnych obszarów. 

Mojej córce, która jest na początku szkoły podstawowej, staram się pokazywać, że abstrakcyjna wiedza z książek znajduje zastosowanie w życiu. Że odejmowanie jest po to, by w sklepie wybrać towary, które zmieszczą się w określonym budżecie, żeby potrafiła policzyć, ile kupić rolek tapety na pokrycie ścian w jej pokoju. I że zdobywanie takich umiejętności może ułatwiać życie, ale też dawać codzienną satysfakcję.  

Nie każdy musi być we wszystkim świetny, ale tłumaczę córce, by w tym, co robi, starała się być lepsza od siebie samej pół roku wcześniej. I potrafiła współpracować z ludźmi, bo kompetencje społeczne są nie mniej ważne niż cyfrowe i poznawcze. 

'Dzieci powinny uczyć się je zdobywać, selekcjonować, szukać wiarygodnych źródeł, analizować i wyciągać wnioski'. (Fot. PhotoRK/Suttertock) , Dr Justyna Pokojska, Koordynatorka programu Jobs & Skills for the Future, z Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. (Fot. Archiwum prywatne)

Prof. Marcin Matczak, prawnik, wykładowca UW, filozof prawa, radca prawny specjalizujący się w prawie administracyjnym i konstytucyjnym, autor książki "Jak wychować rapera. Bezradnik".

Szkoła była ważna w moim życiu, ponieważ byłem kujonem. Wspominam ją jako miejsce, w którym opowiedziano mi niezmierzoną liczbę historii i one mnie ukształtowały. Ponieważ miałem szczęście do dobrych nauczycieli, była także miejscem, w którym zdążyłem pokochać naukę, zanim ktoś zdołał mi ją obrzydzić. Oczywiście szkoła uczyła mnie wielu pozornie niepotrzebnych rzeczy, ale nie mam o to żalu. Nigdy nie wiadomo, w jaki sposób ta wiedza kiedyś się przyda jako element kontekstu ważnego do zrozumienia czegoś innego.

To, że szkoła wychowuje głównie do posłuszeństwa, uważam za jej kluczową wadę. Potrzeba nam balansu między wychowaniem do posłuszeństwa a wychowaniem do buntu, bo bunt ma doniosłość moralną. Prawdopodobnie więcej zła w historii świata spowodowało posłuszeństwo niż bunt. Posłuszeństwo, które może stać się ślepotą moralną, niezdolnością albo brakiem odwagi, by dostrzec i nazwać zło złem.

Zapominamy o tym, że zwalczanie zła wymaga buntu, umiejętności wejścia w konflikt, jeśli sytuacja tego wymaga. Przykładem niewyobrażalnie wielkiego zła jest pedofilia. Ono bardzo często się dzieje, ponieważ ludzie, którzy powinni reagować – rodzice, dorośli, przełożeni – nie robią tego, bo nie mają odwagi, by to zło w całej jego obrzydliwości dostrzec, odważnie je nazwać, wejść w konflikt z kimś, kto ma autorytet, i w ten sposób temu złu zapobiec.

Szkoła nie nauczyła mnie, jak doniosłe jest kwestionowanie autorytetów zamiast ślepego im zawierzenia, prawd pozornych, które po analizie okazują się kłamstwami, własnej pewności w każdym wymiarze.

Szkoła nie nauczyła mnie odwagi potrzebnej do pójścia mniej uczęszczaną drogą zamiast tą dobrze wydeptaną przez tłumy. Nie wpoiła mi przekonania, że za konstruktywną krytykę należy być wdzięcznym, nie obrażać się, ponieważ jest ona największym darem, jaki można od kogoś otrzymać (jej przeciwieństwem jest obojętność).

Tych wszystkich rzeczy musiałem nauczyć się sam.

Szkoła powinna była wpoić mi przekonanie, że przyszłość może być większa od przeszłości. Tymczasem nasza szkoła opiera się na przekonaniu, że należy przede wszystkim kłaniać się duchom przeszłości, bo tylko one były prawdziwie wielkie. Głęboko nie zgadzam się z tym podejściem. Szkoła powinna wpajać każdemu chłopcu, że może być nowym Kopernikiem, każdej dziewczynce, że może być nową Marią Skłodowską-Curie.

Myślę, że wielu z was czytających ostatnie zdanie uśmiecha się pod nosem. Jeśli śmiejecie się z tego, co napisałem, to znaczy, że chodziliśmy do podobnej szkoły i jesteśmy skażeni tym samym podejściem – z definicji niszczącym każde wielkie marzenie.

'Szkoła powinna była wpoić mi przekonanie, że przyszłość może być większa od przeszłości. Tymczasem nasza szkoła opiera się na przekonaniu, że należy przede wszystkim kłaniać się duchom przeszłości' (Fot. Shutterstock) , Profesor Marcin Matczak, prawnik, wykładowca UW, filozof prawa, radca prawny specjalizujący się w prawie administracyjnym i konstytucyjnym. Autor książki 'Jak wychować rapera. Bezradnik' wydanej przez Znak. (Fot. Rafał Gaglewski/REPORTER)

Na odtrutkę proponuję wam obejrzenie prelekcji Kena Robinsona w ramach TED i historii dziewczynki przygotowującej pracę na lekcji plastyki. Gdy nauczyciel pyta, co dziewczynka rysuje, ta odpowiada: "Boga". Nauczyciel mówi: "Ale przecież nikt z ludzi nie wie, jak wygląda Bóg". "No to zaraz zobaczą" – odpowiada dziewczynka.

Marcin Meller, dziennikarz, pisarz, prowadzący programy telewizyjne

Szkoła nauczyła mnie samodzielnego myślenia, poszukiwania i przyglądania się wszystkiemu z różnych stron. Pytanie, czy była to szkoła, czy konkretne nauczycielki.

W szkole podstawowej miałem kapitalną polonistkę, panią Małgorzatę Kielską-Żukowską, która traktowała dzieci jak małych dorosłych, odpowiadała na najdziwniejsze pytania – i te prowokacyjne, i te wynikające z ciekawości.

W liceum moją polonistką była pani Kalinowska, a historyczką pani Tazbirowa. Obie były niestandardowymi nauczycielkami. Julia Tazbir miała tytuł doktora, co było niezwykłe wśród nauczycieli w liceum. Uczyła prawdziwej historii, a jak ktoś – tak jak ja – był zainteresowany nauką, to uczyła myślenia, analizowania, przyglądania się. Pani Maria Kalinowska przez prawie rok, zamiast robić program szkolny, analizowała z nami "Dziady" i "Kordiana",  jakbyśmy byli na studiach. Robiliśmy analizę źródła, interpretacji. Zaniżała mi oceny i mówiła, że stać mnie na więcej. Jak się oburzałem, że ktoś dostał piątkę, a ja czwórkę, to mówiła, że tamten napisał na maksimum swoich możliwości, a ja powinienem się bardziej wysilić. Mobilizowałem się więc. 

Dzięki tym trzem kobietom szkoła mi bardzo dużo dała i wspominam ją dobrze.

Warszawskie liceum im. Mikołaja Reja było wyjątkowo liberalne – mogłem mieć długie włosy, nie wymagano od nas noszenia juniorek, były u nas punki. Dostawaliśmy dużo wolności i swobody. Nie czułem się w niej do niczego przymuszany. 

Szkoła nie nauczyła mnie dyscypliny, spokoju; do dzisiaj nie jestem w stanie wytrwać na nasiadówkach i wolę spotkać się w locie przy kawie i w pięć minut przegadać temat niż gadać o niczym przez trzy godziny. Nie nauczyła mnie pewnych umiejętności społecznych – zawsze miałem obniżone zachowanie za niesłuchanie, kiedy coś mnie nie interesowało, za czytanie pod ławką. Nie nauczyła mnie także systematyczności. Trudno mi się zmusić do czegoś, co mnie nie interesuje. Wszystko zostawiam na ostatnią chwilę, a później żałuję, że wcześniej się do tego nie zabrałem. 

Chciałbym, żeby moje dzieci szkoła nauczyła samodzielności i odpowiedzialności, żeby miały wewnętrzne poczucie, że coś trzeba, że świadomie biorą na siebie za coś odpowiedzialność.

W wyniku pandemii zszedłem z oczekiwań względem szkoły. Anna Dziewit-Meller przeprowadziła wywiad z pisarką Zadie Smith, w którym ta powiedziała, że całkiem się wyluzowała w kwestii ciśnienia na edukację dzieci. Kiedy cały świat się zaczął w jakimś sensie walić, jakie znaczenie ma, co dziecko w danym roku przyswoi, a czego nie.

'Chciałbym, żeby moje dzieci szkoła nauczyła samodzielności i odpowiedzialności, żeby miały wewnętrzne poczucie, że coś trzeba, że świadomie biorą na siebie za coś odpowiedzialność'. (Fot. Magdalenagalkiewicz/Shutterstock) , Marcin Meller, dziennikarz i pisarz, prowadzący programy telewizyjne. (Fot. Barbara Meller/archiwum prywatne)

Ważniejsze jest zdrowie psychiczne dzieci. W szkole, do której chodzą mój syn i córka, już nam zapowiedziano, że w przypadku kolejnego lockdownu dyrekcja stanie na głowie, żeby dzieci się spotykały, były razem i wychodziły z domu.

Dwa lata temu przejmowałem się, czy dzieci zdadzą do liceum, na jakie studia pójdą. A dzisiaj? To wszystko nieważne, byle miały spokój w głowie.

Ola Długołęcka. Redaktorka o zróżnicowanych zainteresowaniach tematycznych. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. Kolekcjonuje zasłyszane historie i toczy boje podczas autoryzacji wypowiedzi, kiedy rozmówcy chcą "wygładzać" swoje najbardziej wyraziste opinie.