Społeczeństwo
Polskich opiekunów można spotkać w całej Europie (Shutterstock.com)
Polskich opiekunów można spotkać w całej Europie (Shutterstock.com)

Małgosia, 59 lat, Szwecja

Do Szwecji przyjechałam 10 lat temu. W Polsce byłam pielęgniarką. Gdy straciłam pracę, przez cztery lata jeździłam opiekować się osobami starszymi do Niemiec. Ale Niemcy i Szwecja to dwa różne światy. Niemcy chwalą się, że mają wszelkie udogodnienia dla osób starszych i niepełnosprawnych. A w wielu domach brakuje odpowiedniego sprzętu: dźwigów do podnoszenia, łóżek ortopedycznych. Ja wiem, jak bezpiecznie – także dla siebie – podnosić osobę leżącą, bo jestem pielęgniarką. Ale jeśli ktoś nigdy wcześniej tego nie robił, to ma kręgosłup z głowy!

Nigdy nie zapomnę, jak w Stuttgarcie wiozłam swojego podopiecznego, który poruszał się na wózku, do neurologa. Lekarz przyjmował na siódmym piętrze kliniki. Żeby dostać się do windy, musieliśmy zjechać ze stromego zjazdu. Potem okazało się, że do windy zmieści się tylko wózek. Wcisnęłam piętro siódme, mój podopieczny pojechał, a ja musiałam biec za nim schodami!

Żeby zacząć pracę w Szwecji, przetłumaczyłam swój dyplom ze szkoły pielęgniarskiej, poszłam na kurs szwedzkiego i po około sześciu miesiącach udało mi się znaleźć zatrudnienie w jednym z państwowych domów opieki. Byłam tam krótko, bo nie miałam pełnego etatu. Dostałam go w prywatnej firmie koordynującej pracę asystentów osób starszych w ich domach. W Szwecji takich firm jest mnóstwo. Zarabiam 36 tys. koron brutto za 170 godzin miesięcznie. Od każdej przepracowanej godziny 15 koron odkładam na tak zwany fundusz urlopowy. Co miesiąc w rozliczeniu widzę, ile pieniędzy zebrałam i na jaki urlop mnie stać.

Teraz opiekuję się panem, który jest sparaliżowany od kilkudziesięciu lat. Gmina zapewniła mu trzy wózki – jeden szerszy, na spacery, drugi węższy, trzeci taki, w którym można go położyć. Ma łóżko specjalistyczne, dźwigi do podnoszenia przy łóżku i w łazience. Gdy sprzęt się zepsuje, wystarczy, że zadzwonię do serwisu technicznego, a w ciągu kilku godzin ktoś przyjeżdża, żeby go naprawić.

W Niemczech, jak się kimś opiekujesz, to pracujesz 24 godziny na dobę, jesteś więźniem. W Szwecji wynajmuję mieszkanie pod Malmö, mam swoje życie, normowany czas pracy – zmiany pięcio-, ośmio- albo 14-godzinne. Gdy kończę zmianę, do podopiecznego przychodzi kolejny asystent. W nocy podopieczny jest sam, ale ma przy sobie alarm i w każdej chwili może wezwać pomoc.

Przydzielają mnie wyłącznie do mężczyzn. Chyba dlatego, że w firmie pracuje sporo muzułmanek, dla których przekroczenie bariery intymności z mężczyznami jest trudne, więc one zwykle dostają pod opiekę kobiety. Ja nie mam takich zahamowań.

Co robię? Gotuję mojemu podopiecznemu, kąpię go, czytam mu gazety, zabieram go na wycieczki po mieście. Nigdy nie robię nic, na co by się nie zgodził, mogę mu najwyżej coś zarekomendować, zawsze pytam go o zdanie. Komunikuje się ze mną za pomocą tablicy z literkami. Jego ręce są jeszcze sprawne, biorę jedną w swoją dłoń i on wskazuje mi właściwą literkę. Nie mogę na niego nakrzyczeć. Tutaj się tego nie robi. Jedna z asystentek nakrzyczała na niego na środku ulicy. Następnego dnia została zwolniona. Nie wiem, kto na nią doniósł, czy on, czy ktoś ze świadków. Czy mnie podopieczny denerwuje? Czasem tak. Ostatnio dentysta ocenił, że ma niedomyte zęby. Było mi głupio, bo za to odpowiadam. A potem nakryłam go na jedzeniu słodyczy w nocy. Ale nie mogę mu tego zabronić, jedynie zasugerować, że to mu szkodzi.

Szwedzi nie opiekują się swoimi rodzicami, nie odwiedzają ich w domach starców, nie przejmują się ich finansami. Potrafią latami prochów rodzica nie odbierać z krematorium. Jak tu się ktoś interesuje swoimi starszymi bliskimi, to zazwyczaj jest to mieszkaniec byłej Jugosławii, Polak, Żyd albo Arab.

Marzena, 56 lat, Włochy

O takich jak ja mówi się badante, to po włosku znaczy „opiekun" lub „opiekunka". Jak zaczęłam? W 2004 roku, kiedy straciłam pracę w Polsce, z dnia na dzień zdecydowałam się na wyjazd do Włoch. Bez języka, praktycznie bez pieniędzy. Pomogły mi znajome opiekunki. Pojechałam na zastępstwo do pewnej rodziny mieszkającej pod Weroną – czwórka rodzeństwa i 80-letnia matka chora na alzheimera. Zostałam z nimi przez pięć lat. Gdy się żegnaliśmy, płakaliśmy. Gdyby to moje pierwsze doświadczenie nie było takie dobre, pewnie nie byłabym już badante.

Ale pierwszy miesiąc wspominam jako udrękę, bo nie znałam języka. Jak rodzina dzwoniła do mnie, to nie byłam w stanie wydusić słowa. Ale się zawzięłam, zaczęłam się uczyć. Po trzech miesiącach już potrafiłam się dogadać.

Jeśli czegoś potrzebowałam, rodzina od razu to zapewniała: sprzęt ortopedyczny, niższe łóżko. Mogłam zapraszać do mieszkania koleżanki – a z tym różnie bywa. Na szczęście do miasta miałam niedaleko, widywałam się z innymi opiekunkami. Najgorzej to wylądować w środku niczego.

We Włoszech na opiekunki mówi się 'badante' (Shuttesrtock.com) , (Shuttesrtock.com)

Babcia mieszkała sama, rodzina sprzedała gospodarstwo, żeby kupić jej to mieszkanie. Ja byłam w jednym pokoju, ona w drugim. Każda z nas miała swoją łazienkę. Ale nie wszędzie tak jest. Raz jeden Włoch potrzebował opieki dla swojej ciotki. Chciał, żebym spała z nią w jednym pokoju, w jednym łóżku! Kategorycznie odmówiłam. W końcu kupił mi łóżko. To był jedyny raz, kiedy spałam z podopieczną w tym samym pokoju.

Bywa, że mieszka się z całą rodziną. A rodzina często wykorzystuje badante nie tylko do opieki nad starszym bliskim, lecz także do gotowania, sprzątania. Ale z drugiej strony wiele osób jeździ do Włoch, żeby zarobić, ale się nie narobić. Opiekowałam się raz babcią, która w ogóle nie wstawała. Trzeba było ją codziennie myć, co drugi dzień wymienić pościel. Przez dwa miesiące, gdy byłam w Polsce, zastępowała mnie inna opiekunka. Jak wróciłam, zastałam babcię całą w odleżynach. Cztery miesiące ją z tego leczyłam. Jej córka nic nie zauważyła.

Kolejne prace znajdowałam a to znów przez znajome – na czarno – a to przez agencję. Ale nawet jak miałam wpisaną w kontrakcie maksymalną liczbę godzin pracy, czyli 54 tygodniowo, to w rzeczywistości i tak pracowałam 24 godziny na dobę. Zarabiałam zazwyczaj około 1100–1200 euro na rękę, nie płaciłam za zakupy, ale gotowałam sobie sama. Słyszałam o takich badante, co i 800 euro biorą. Ja bym się nie zgodziła.

Najgorzej wspominam pracę u rodzeństwa – było ich sześcioro – które w ogóle nie interesowało się swoją 67-letnią niepełnosprawną siostrą. Spędziłam z nimi dwa lata i przez ten czas jedną z sióstr widziałam tylko raz. Mieszkałam w domu z moją podopieczną Laurą i dwójką rodzeństwa, kobietą i mężczyzną. Sama musiałam się domyślać, na co Laura cierpi – była nie w pełni sprawna ruchowo, upośledzona umysłowo, nie mówiła. Jak tam trafiłam, całe dnie spędzała na wózku inwalidzkim albo metalowym krześle w kuchni. Przenoszono ją rano z łóżka na ten wózek, przewożono do kuchni i tam siedziała. Brat przychodził tylko na obiady, które musiałam dla niego też gotować. Prowokował Laurę stukaniem widelcem o szklankę. Robił to specjalnie. Laura nie lubiła hałasu i się denerwowała.

Udało mi się nauczyć Laurę chodzić. Po dwóch miesiącach sama przechodziła z sypialni do kuchni. Ale zawsze, jak wyjeżdżałam na urlop do Polski i wracałam po kilku tygodniach, to od początku musiałam ją wszystkiego uczyć. Raz na miesiąc w domu zjawiał się drugi brat Laury, który mi płacił – zamożny facet, mieszkał w wielkiej posiadłości, miał restaurację, hotel. Jak powiedziałam mu, że nikt z Laurą nie ćwiczy chodzenia, to odpowiedział: „A ona musi chodzić?". Gdy się z nimi rozstawałam, nikt się nawet ze mną nie pożegnał. Laura trafiła do domu opieki.

Długo nie zapomnę mojej ostatniej pracy. Przyjechałam na zastępstwo za pewną Rumunkę. Powiedziała tylko, że musi stamtąd odejść, bo nie wytrzyma. To był horror. Prawie nie spałam, nie jadłam. Choć rodzina – córka i dwóch synów – też non stop była na nogach. Babcia, jak tylko zostawała sama w pokoju, to krzyczała. Przez ostatnie dni podawaliśmy jej morfinę, bo wyła z bólu. Spędziłam tam trzy tygodnie, bo tyle jeszcze żyła. W dzień pogrzebu jej córka podeszła do mnie i powiedziała mi, że jest szczęśliwa, że trafiła na mnie. Że ją wspierałam, dodawałam odwagi, pocieszałam, byłam twarda.

Zżywam się z niektórymi rodzinami, ale zawsze staram się nie angażować emocjonalnie. Bo jakbym nad każdą osobą płakała, tobym zdrowie straciła.

Wojtek, 20 lat, Belgia

Mieszkam w Belgii od 12. roku życia, z mamą. Ukończyłem technikum zawodowe ze specjalizacją opieka nad osobami starszymi. Od trzech lat w weekendy i w wakacje na dwie zmiany, poranną i wieczorną, pracuję w gminnym domu opieki. Wychodzi średnio 38 godzin tygodniowo. Jako student zarabiam 2000 euro brutto.

W Belgii są gminne i prywatne domy opieki. Te pierwsze są zazwyczaj tańsze, co wcale nie oznacza, że gorsze. W tym, w którym pracuję obecnie, nie bałbym się umieścić swojej babci. Wcześniej pracowałem w prywatnym i tam nawet na dzień bym jej nie zostawił! Dlaczego? Bo zdarzało się, że rezydenci chodzili nieumyci albo dostawali zimne jedzenie.

Bardzo lubię nasz ośrodek. Są tu cztery oddziały: jeden zamknięty, w którym mieszkają osoby z demencją i chorobą Alzheimera, i trzy otwarte. W każdym 30 rezydentów. Opiekunowie pracują na trzy zmiany: rano, popołudnie i noc. Na jednej zmianie jest ich zazwyczaj czterech, czasem pięciu plus dwie pielęgniarki. Ale bywa, że jesteśmy tylko we dwójkę i jedna pielęgniarka. Wtedy jest sajgon. Tym bardziej przerażają mnie opowieści o polskich DPS-ach, w których bywa tak, że jeden pracownik przypada na 50 podopiecznych. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł być na oddziale sam.

'Starsze osoby się u nas nie nudzą, popołudniami zawsze są organizowane dla nich jakieś aktywności z animatorami' (Shutterstock.com)

Starsze osoby się u nas nie nudzą, popołudniami zawsze są organizowane dla nich jakieś aktywności z animatorami – a to śpiewanie, a to gra w bingo, w karty. Ostatnio pokazywaliśmy naszym rezydentom, jak się tańczy macarenę.

Najwięcej problemów jest na oddziale zamkniętym. Po pierwszym miesiącu chciałem stamtąd uciekać. Nigdy nie wiesz, czego się spodziewać. Dziadek, który jest miły i sympatyczny, nagle potrafi wyskoczyć z nożem, który komuś zabrał, i krzyczeć, że coś mu ukradłeś.

Znajomi mówią, że to, co robię, musi być bardzo trudne. Dla mnie to po prostu praca – trzeba kogoś umyć, to się myje. Choć bywa ciężko, zwłaszcza kiedy jestem zmęczony, już mam kończyć zmianę, wchodzę do pokoju, żeby przebrać ostatniego rezydenta, a tu czeka na mnie nieprzyjemnie pachnąca niespodzianka w całym łóżku.

Najlepsza w tej pracy jest więź, którą buduje się z rezydentami. Niektórzy mieszkają w ośrodku od kilkunastu lat, więc jak umierają, to płacze się za nimi tak, jakby to była rodzina. Są osoby, do których mówię „babciu", „dziadku".

W Belgii umieszczanie starszych bliskich w domach opieki nie jest tabu. Tu jest podejście: skoro pracowałem przez 40 lat, odprowadzałem podatki, to zasługuję na starość na opiekę, którą powinno mi zapewnić państwo. Rodziny mają kontakt ze swoimi bliskimi. Badania pokazały, że nikt nie odwiedza zaledwie 7 proc. osób starszych mieszkających w belgijskich domach opieki.

Angela, 24 lata, Francja

Kiedy miałam 15 lat, przyjechałam do Francji z rodzicami. Po ukończeniu college’u zaczęłam się zastanawiać, co chciałabym w życiu robić. Lubię pomagać innym, poszłam więc na trzydniowy staż, podczas którego przyglądałam się opiece nad osobami starszymi. Taki staż we Francji można odbyć w jednym z ośrodków opieki lub w organizacji, która zapewnia opiekę asystentów rodzinnych w domach. Spodobało mi się.

O pracę opiekunki osób starszych jest tu trudno, jeśli nie ma się odpowiednich certyfikatów. Ja musiałam zrobić sześciomiesięczne szkolenie i trzy staże. Ale jednocześnie w tej branży zawsze brakuje ludzi.

'Rezydenci potrafią nagle zacząć cię bić podczas przebierania. Zdarza się, że w trakcie obiadu ktoś nagle zaczyna krzyczeć' (Shutterstock.com)

Po zrobieniu dyplomu trafiłam do organizacji zapewniającej opiekę asystentów w domach osób starszych. Ta praca mi nie odpowiadała. Zazwyczaj jest tak, że nie zajmujesz się jedną osobą przez cały dzień, ale kilkoma. Jedzie się rano na dwie godziny do jednej osoby, potem przerwa dwugodzinna i znów na dwie godziny do kolejnej. Na jednym ze staży spróbowałam pracy w domu opieki – podobało mi się to, że więcej się tam dzieje, pracuje się w zespole i nie ma tych dziur w środku dnia. Po roku zwolniłam się i zaczęłam składać CV do takich miejsc. Znalazłam pół etatu 50 km od domu, w ośrodku przyjmującym osoby z demencją i chorobą Alzheimera. Praca tam wygląda zupełnie inaczej niż w zwykłym domu opieki – trzeba dobrze rozumieć chorobę i wiedzieć, jak się zachowywać przy osobach zdezorientowanych. Zdarzyło mi się wejść do pokoju rezydenta, wokół wszystko zasikane, a on stoi nagi na środku i wmawia mi, że to wszystko moja wina. Rezydenci potrafią nagle zacząć cię bić podczas przebierania. Zdarza się, że w trakcie obiadu ktoś nagle zaczyna krzyczeć i walić pięścią w stół. Ale wiele sytuacji jestem już w stanie przewidzieć, bo znam moich podopiecznych.

Najtrudniejsze chwile to te, kiedy ktoś umiera. Choroba potrafi zmienić człowieka nie do poznania, niektórzy bardzo cierpią przed śmiercią. Obserwowanie tego jest psychicznie wyczerpujące. Na oddziale na szczęście są psycholodzy – jeden dla pracowników, drugi dla rezydentów.

Pracuję 15 dni w miesiącu, więcej nie dałabym rady. Czasem wyrabiam dodatkowe godziny. Dlatego w jednym miesiącu zarobię 1000 euro brutto, w innym 1500. Dwa razy w roku dostaję premię w wysokości 500 euro.

Co wynagradza te trudy? Wdzięczność rezydentów za to, że jesteśmy. W ośrodkach jest sporo osób samotnych, których rodzina nie odwiedza. Chciałabym móc spędzić z nimi więcej czasu.

We Francji ludzie są podzieleni – jedni bez problemu umieszczają bliskich w domach opieki, inni nigdy by tego nie zrobili. Zdarza się, że starsi są w ośrodkach zaniedbywani i media to ujawniają. Ludzie nabierają uprzedzeń.

Anna, 43 lata, Wielka Brytania

W wieku 40 lat moje życie obróciło się o 180 stopni. Rozwiodłam się i postanowiłam wyjechać do Wielkiej Brytanii. W Polsce pracowałam w korporacji, ale nie chciałam już „robić kariery w korpo". Pomyślałam: mam doświadczenie z opieki nad umierającymi rodzicami, dobrze sobie z tym radziłam. Może to?

Znalazłam w Internecie ogłoszenie o pracę we włoskim domu opieki pod Londynem. Nie było wymagane doświadczenie, ośrodek zapewniał miesięczne szkolenie. Uczyłam się wszystkiego od podstaw – od tego, jak podnosić rezydenta tak, żeby nie zrobić sobie krzywdy, przez to, jak obsługiwać podnośnik, jak pościelić łóżko i prawidłowo ułożyć poduszkę, po to, jak czesać czy karmić rezydentów. A to nie jest takie proste. U osób starszych odruch ssania z czasem zanika, trzeba postukać delikatnie w usta łyżeczką, aby znów go pobudzić.

Pracuję z Bułgarami, Białorusinami, Łotyszami, Włochami, Hiszpanami. Każdy mówi swoim łamanym angielskim. Tworzymy wybuchowy miks, zdarzają się chryje, bo jeden drugiego opacznie zrozumie. Przeważnie jednak jest wesoło, szczególnie jak pieczemy pizzę razem z rezydentami, a ostatnio oglądaliśmy EURO. Po finale staruszkowie byli tak podekscytowani, że nie chcieli iść do swoich łóżek. Aż nie chcę myśleć, co by było, jakby Włochy przegrały!

Opiekunka osób starszych w Wielkiej Brytanii (Shutterstock.com) , Dom opieki dla osób starszych w Wielkiej Brytanii (Shutterstock.com)

Jak słyszę historie z domów opieki w Polsce, to wiem, że tutaj warunki dla starszych osób są o wiele lepsze. Rezydenci prawie nigdy nie zostają sami, codziennie coś się dzieje: a to wieczór kina francuskiego, a to włoskiego, w święta jasełka, śpiewanie kolęd. Jeden z pensjonariuszy żartował, że ośrodek powinien trochę przystopować z tymi atrakcjami, bo dziadek wnuków nie ma kiedy zobaczyć, ciągle na jakieś wycieczki jeździ. Umieszczanie bliskich w domach opieki nie jest tu takim tabu jak w Polsce. Starsi sami chcą iść do ośrodka, jeśli w domu czują się samotni.

Ale to nie znaczy, że moja praca jest idealna. Wręcz przeciwnie, bywa niewdzięczna. Rezydenci potrafią być złośliwi, traktować cię jak służącą, obrazić tylko za to, że jesteś z Polski. To jednak zazwyczaj choroba przez człowieka przemawia. A z drugiej strony mam swoich ulubionych podopiecznych – z jedną babcią zawsze chętnie robię dodatkowe „kółka" po ogrodzie. I życie w UK jest prostsze niż w Polsce. Za dyżur dzienny dostaję 11 funtów za godzinę na rękę, za nocny 13. Mam 35-godzinny tydzień pracy, czasem biorę nadgodziny. Zdarza się, że ktoś zadzwoni, żebym przyszła na inną zmianę. Ale zostanę o to poproszona, a nie postawiona przed faktem, jak w Polsce. Potem będą mnie jeszcze sto razy przepraszać za zmianę w grafiku. Za moment zacznę szkolenie z opieki nad osobami w stanie paliatywnym. Sfinansuje mi je ośrodek.

Głównym problemem w mojej branży jest to, że mamy za mało personelu. Ciągle brakuje rąk do pracy, a po brexicie tym bardziej. Wiele osób wyjechało, inni raczej szukają pracy na terenie Unii Europejskiej. W tej chwili bierze się każdego chętnego z ulicy. Ważne, żeby mógł pracować legalnie.

***

Polskie społeczeństwo nie jest wyjątkiem – też się starzejemy i też coraz więcej z nas potrzebuje opieki. W naszym kraju dominuje opieka nieformalna, zapewniana przez członka rodziny. W trzech na cztery przypadki sprawują ją kobiety.