Społeczeństwo
Ghosting, czyli znikanie 'na ducha', może spotkać każdego (fot: Shutterstock.com)
Ghosting, czyli znikanie 'na ducha', może spotkać każdego (fot: Shutterstock.com)

Ghosting, czyli znikanie "na ducha", może spotkać każdego. Amerykańskie badanie z 2018 roku pokazało, że około jedna czwarta osób biorących w nim udział doświadczyła ghostingu ze strony partnera. Jednocześnie aż jedna piąta przyznała się, że sama bez wyjaśnienia zerwała kontakt z kimś, z kim się spotykała. Zjawisko ghostingu w przyjaźni może być nawet bardziej powszechne – aż jedna trzecia badanych zadeklarowała, że w ten sposób porzuciła przyjaciela lub doświadczyła tego z jego strony. Z kolei aż 65 procent uczestników badania przeprowadzonego przez badaczy Uniwersytetu Zachodniego Ontario przyznało się do zniknięcia "na ducha", a 72 procent ankietowanych oceniło, że tego doświadczyło osobiście.

W randkowaniu

O znikaniu "na ducha" najczęściej mówi się w kontekście randkowania w sieci. Jak pisała profesor psychologii Tara Collins z Uniwersytetu Winthrop w Kalifornii w pracy badawczej z 2012 roku, w sytuacji, w której spotykamy się z kimś niemalże obcym, z kim nie mamy żadnej wspólnej sieci znajomych, o wiele łatwiej jest zniknąć bez śladu. Co nie znaczy, że takie znikanie nie jest bolesne dla osoby, która tego doświadcza.

Idziesz na randkę, rozmawia się świetnie, spotkanie trwa kilka godzin, tematy się nie kończą. Myślisz sobie: supergość, byłabym gotowa pójść z nim do łóżka na pierwszej randce! Do niczego jednak nie dochodzi, wracasz do domu i masz pewność, że ponowne spotkanie to kwestia czasu, że on na pewno się odezwie. I co? I cisza. Do sytuacji dochodzi raz – myślisz sobie: pewnie takich dziewczyn jak ty, z którymi rozmawia, jest kilka, ktoś inny bardziej go interesuje. Ale gdy to powtarza się któryś raz z rzędu, zaczynasz się zastanawiać, czy to coś z tobą jest nie tak – opowiada 30-letnia Martyna.

O znikaniu 'na ducha' najczęściej mówi się w kontekście randkowania w sieci (fot: Shutterstock.com) , (fot: Shutterstock.com)

Martynie zdarzyło się kilka razy zapytać chłopaka, który nagle przestał się odzywać, dlaczego tak się zachował. – Odpisał mi jeden: No wiesz, jak to śpiewał Dawid Podsiadło, "nie ma fal".

Ale dlaczego z jego strony "nie ma fal", tego Martyna już się nie dowiedziała. Bo ona "fale" czuła. Zaczęła pytać znajomych, co może w niej odstraszać chłopaków. – Pomyślałam: może mój zawód ich onieśmiela – piszę doktorat, prowadzę zajęcia na uczelni, publikuję książki – mówi.

Hipotez miała mnóstwo. Żeby chronić siebie i nie popaść w obłęd, postanowiła nie odkrywać się tak bardzo w sieci. – W tej chwili nie piszę, czym się w życiu zajmuję, zamiast prawdziwego imienia i nazwiska podaję wymyślone inicjały, na zdjęciu profilowym widać tylko kawałek mojej twarzy. Informacje o sobie zdradzam dopiero, kiedy poczuję się pewniej – tłumaczy.

Martyna podkreśla, że woli najbrutalniejszą prawdę od milczenia. – Nawet jeśli dowiedziałabym się czegoś nieprzyjemnego, jakoś bym to przełknęła, może na następnej randce zachowałabym się inaczej. A tak to zostaję z niczym i tracę czas na zastanawianie się, co mogło się stać. To zżera od środka i podkopuje wiarę w siebie – mówi.

27-letnia Zuza ma inne podejście do znikania bez słowa w sytuacji randkowania w sieci. – Tyle razy mnie to spotkało, że zdążyłam się przyzwyczaić. Stałam się wręcz fanką ghostingu. Zaczęłam go traktować jako idealne wyjście z sytuacji, w której nie chcesz kontynuować z kimś znajomości. Nie znam osoby, która dobrze zareagowałaby na komunikat "to nie to" po randce. Łatwiej udawać, że wszystko OK, a potem się nie odezwać – przekonuje.

Skąd takie podejście? Gdy pisała do kogoś wprost, że nie jest zainteresowana kolejnym spotkaniem, była zasypywana wiadomościami typu: A może jednak zmienisz zdanie? Dlaczego nie chcesz dać nam szansy? – Nie czuję się zobowiązana tłumaczyć chłopakowi, którego znam od tygodnia, dlaczego mi nie odpowiada. Ghosting to dla mnie sygnał: nic z tego nie będzie, następny. Ktoś powie, że to brak szacunku. Dla mnie to wręcz jego wyraz, bo ktoś po prostu nie chce marnować mojego czasu. Nie trzeba też być wśród 10 najmądrzejszych ludzi na świecie, żeby domyślić się, dlaczego ktoś dopiero co poznany w aplikacji randkowej się do nas nie odzywa – wyjaśnia.

W przyjaźni

Skrajnie odmienne zdanie Zuza ma na temat kończenia relacji "na ducha" w przyjaźni. – Miałam kiedyś przyjaciela. Znaliśmy się od sześciu lat, przyjaźniliśmy od około dwóch. Pomagaliśmy sobie przy remontach, przeprowadzkach, doradzaliśmy sobie w sprawach sercowych. Wszystko między nami się układało. W którąś sobotę napisałam do niego i zapytałam, czy pójdziemy następnego dnia na śniadanie. Odpisał, że jasne, ale nie ustaliliśmy szczegółów. W niedzielę rano się odzywam i cisza. Minęło pięć lat i od tamtej pory milczy – opowiada Zuza.

Próbowała dowiedzieć się, co się stało. – Dwa razy poprosiłam o wyjaśnienie. Nie odpowiedział. Wiem, że nic mu się nie stało – z naszymi wspólnymi znajomymi się widywał. Rok temu przypadkiem spotkałam go na ulicy, nawet "cześć" mi nie powiedział – wspomina Zuza.

Zjawisko ghostingu w przyjaźni może być nawet bardziej powszechne - aż jedna trzecia badanych amerykańskich zadeklarowała, że w ten sposób porzuciła przyjaciela lub doświadczyła tego z jego strony (fot: Shutterstock.com)

Przez rok głowiła się, o co chodzi. – Pierwsza myśl: pewnie się zakochał. Druga: może miał wobec mnie jakieś uczucia i bał się je okazać? Każda opcja wydaje się prawdopodobna. Dlatego osobom bliskim zawsze lepiej powiedzieć prawdę, w przeciwnym razie skazuje się ich na tortury – uważa Zuza.

Zuzę doskonale rozumie 36-letnia Maria, której do tej pory jej była przyjaciółka śni się po nocach. – Od naszej ostatniej rozmowy minęło 10 lat. Co jakiś czas mam sen, w którym spotykam Aśkę, rozmawiamy i się godzimy – opowiada.

Przyjaźń Marii i Asi trwała pięć lat, czyli tyle, ile razem studiowały. – Byłyśmy sobie bardzo bliskie. Na uczelni – nierozłączne. Po zajęciach też widywałyśmy się prawie codziennie, wspierałam Aśkę, gdy okazało się, że jest chora, byłam pierwszą osobą, która u niej była, kiedy pokłóciła się z chłopakiem. Wypaliłyśmy tonę papierosów, rozmawiając o życiu, facetach, naszych planach zawodowych. Aśka opiekowała się moim psem, kiedy byłam za granicą. Nigdy nie postrzegałam tej relacji jako toksycznej, oprócz siebie miałyśmy własne grupy przyjaciół, zarówno ja, jak i ona na studiach weszłyśmy w poważne związki. A przyjaźń i tak trwała – opowiada Maria.

Wszystko zmieniło się po powrocie Marii z zagranicy. – Nie było mnie pół roku, w trakcie wyjazdu zdzwaniałam się z Asią na Skypie. Gdy wróciłam, przez kilka kolejnych miesięcy wszystko jeszcze było w porządku, choć spotykałyśmy się dużo rzadziej niż wcześniej. Tłumaczyłam to brakiem zajęć na uczelni. W pewnym momencie Asia przestała odpisywać mi na SMS-y, wiadomości na Messengerze, odrzucała moje połączenia. Kilkakrotnie pisałam do niej, pytając, co się dzieje, że nie chcę się narzucać, ale czuję się trochę skołowana. Że pewnie popadam w paranoję, ale wolę się upewnić. Po kilku takich wiadomościach odpisała, że nic się nie stało, że potrzebuje wolności. Próbowałam coś wyjaśnić, ale już przestała odpisywać.

Dla Marii Asia była jedną z najważniejszych osób w życiu. – Przez lata czułam się winna, byłam przekonana, że coś zrobiłam źle, liczyłam, że może Aśka się odezwie, sprawdzałam na Facebooku, co u niej słychać. Wielokrotnie wypytywałam naszą wspólną koleżankę Martę, czy Aśka jest na mnie o coś zła. "Po prostu się rozmyło" – tłumaczyła mi Marta, którą Aśka też z czasem zaczęła ignorować – opowiada.

Ta odpowiedź Marii nie satysfakcjonowała. – Po latach doszłam do momentu, w którym zamiast czuć się winna, zaczęłam czuć się wściekła na Aśkę, że tak mnie potraktowała. Mam kilku bliskich przyjaciół od liceum i studiów, bywały takie okresy, że rozmawialiśmy rzadziej, i takie, kiedy ten kontakt był wzmożony. Co najważniejsze, zawsze wiedziałam, dlaczego ktoś się na mnie o coś wkurzył albo dlaczego milczy. W ich odczuciu najwyraźniej zasługiwałam na bardziej sensowną odpowiedź niż: "Nic się nie stało, potrzebuję wolności" – mówi Maria.

W miłości

Najbardziej zaawansowaną i zapewne bolesną formą ghostingu jest ta, której ofiarą padają osoby będące w związkach. Zjawisko porzucania kogoś bez słowa, gdy ten już zdąży zaangażować się w relację, ma nawet oddzielny termin – mosting (od angielskiego "most wanted" – poszukiwany).

55-letnia Jadwiga tak przeżyła zniknięcie swojego partnera, którego poznała w sieci, że już nie zamierza szukać miłości online. – Odchorowywałam to rozstanie ponad rok – wyznaje.

Z mężem rozwiodła się w 2012 r. Przez kilka lat z nikim się nie spotykała. Kiedy zapragnęła kogoś poznać, pojawił się problem: gdzie? – Przyjaciółka namówiła mnie do zarejestrowania się na portalu randkowym – opowiada.

Po kilku miesiącach poszukiwań Jadwiga poznała Karola, był od niej starszy o dwa lata. – Przez kilka tygodni rozmawialiśmy przez aplikację, potem były SMS-y, telefony. W końcu się spotkaliśmy – wspomina.

Znajomość się rozwijała. Para nie mieszkała razem, ale temat przeprowadzki przewijał się w rozmowach. – Zakładaliśmy, że może kiedyś ja się przeprowadzę do Wrocławia albo on do mnie, do Legnicy – opowiada Jadwiga.

Któregoś dnia zadzwoniła do Karola i odkryła, że nie może się połączyć. Napisała SMS. Cisza. – Weszłam na Facebooka i zobaczyłam, że nie mam już Karola w znajomych. Co więcej, w ogóle nie mogłam znaleźć jego profilu. Gdy przez kilka dni nie dawał znaku życia, pojechałam do Wrocławia, do jego mieszkania. Nikt nie otworzył. Spotkałam na klatce sąsiadkę i zapytałam o Karola. Powiedziała, że "taki pan tu nie mieszka" – opowiada Jadwiga.

Z dnia na dzień przestał się odzywać. 'Pojechałam pod jego dom, nikt nie otworzył' (fot: Shutterstock.com)

Była zdruzgotana. – Przyjaciółka psychoterapeutka pocieszała mnie, że muszę dać sobie z nim spokój, że to bardzo zaburzony człowiek, który tym, że zniknął, wyświadczył mi wyłącznie przysługę. Nawet napisała do niego SMS, że tak się nie robi. I jej odpisał. Cytuję: "Przykro mi, ale czego pani przyjaciółka się spodziewała po internetowej znajomości?".

31-letnia Beata czuła się podobnie, gdy jej partner z dnia na dzień przestał się odzywać. "Wrócił do żywych" po ośmiu miesiącach, żeby znów zniknąć po sześciu. – Poznaliśmy się w pracy, przez rok się kolegowaliśmy, potem zaczęliśmy się spotykać jako para. Pewnego dnia przestał odpowiadać na wiadomości. Wiedziałam, że żyje, bo ze znajomych mnie nie usunął, widziałam, że wrzuca jakieś zdjęcia, że jedzie z kolegą na Mazury. Próbowałam dopytywać, co się stało, ale nie odpowiadał. Raz spotkałam jego rodziców w sklepie; sami byli zdziwieni, że już nie odwiedzam ich syna – opowiada.

Beata próbowała tłumaczyć swojego partnera, za jego zniknięcie winiła siebie. – Wmawiałam sobie, że odszedł dlatego, że byłam za nudna, za mało atrakcyjna – mówi.

Po kilku miesiącach zaginiony powrócił. – Wytłumaczył, że nie wiedział, czego chce. Na początku nie chciałam mieć z nim nic wspólnego, ale w końcu mu wybaczyłam. Po jakimś czasie znów zaczęliśmy się spotykać. I co? Zniknął. Tym razem nie po ośmiu miesiącach, ale już po trzech – opowiada.

Unik

Seksuolożka Agata Loewe tłumaczy, że znikanie bez wyjaśnienia jest pójściem na skróty i korzystają z niego najczęściej osoby z zaburzeniami lękowymi lub takie, które nie radzą sobie z uczuciem dyskomfortu towarzyszącego sytuacji rozstania, konfliktu.

Człowiek ma potrzebę bycia lubianym, są osoby, które nie potrafią dopuścić do siebie myśli, że i one mogłyby kogoś zranić – wyjaśnia Loewe.

Jedną z najczęściej stosowanych strategii przy rozstaniu, oprócz otwartej konfrontacji oraz obwiniania siebie, jest właśnie unikanie. – Taką strategię najczęściej stosują osoby o "unikającym stylu przywiązania", czyli takie, które mają trudności w budowaniu bliskich związków. Można więc wysunąć wniosek, że częściej po ghosting będą sięgać właśnie one – tłumaczy seksuolożka.

Z kolei w sytuacji, w której "o coś poszło", a jednak dana osoba nie chce wyjaśnić przyczyny swojego zniknięcia, jej działanie ma, jak twierdzi Loewe, znamiona znęcania się emocjonalnego. – Strzelenie focha i zniknięcie bez słowa lub powiedzenie "nic się nie stało, ale to koniec" jest formą przemocy emocjonalnej – przekonuje.

Loewe tłumaczy również, z czego może wynikać patologiczne znikanie: – Osoby znikające i powracające to najczęściej takie, które mają problemy z utrzymaniem stałej więzi. W pracy psychoterapeuty łatwo je rozpoznać – zazwyczaj co kilka miesięcy zmieniają terapeutów albo przychodzą na spotkania przez jakiś czas, potem jest przerwa i znów wracają. W pewnym momencie dzieje się w relacji coś, co sprawia, że muszą się odsunąć, nie potrafią powiedzieć, co im nie pasuje.

Ghosting to nieetyczny sposób szukania partnera (fot: Shutterstock.com)

O znikaniu "na ducha" w sytuacji randkowania online seksuolożka ma nieco inne zdanie. – Komunikacja w sieci jest bardzo specyficzna. Rozmawiamy z wieloma ludźmi naraz, przełączamy się z jednego kanału na drugi – z maila na Facebooka, z Facebooka na WhatsAppa. Czasem zdarza się zapomnieć, że ktoś napisał. Zwłaszcza jeżeli nie jest to osoba bliska. Ludzie randkujący w sieci zaczynają też kopiować zachowania swoich rozmówców. Jeśli któryś raz z rzędu zostałeś potraktowany w dany sposób, zaczynasz tak samo traktować innych. Jest też tak, że osoby, które często doświadczają zniknięcia "na ducha", nie zdają sobie sprawy z tego, że same to robią. W tym pierwszym przypadku bowiem są ofiarą, w tym drugim musiałyby przyznać, że to one zachowały się nieprzyzwoicie, a to nie przychodzi już tak łatwo – wyjaśnia.

Mimo że ghosting stał się powszechnym zachowaniem randkujących w sieci, Agata Loewe go nie pochwala: – To nieetyczny sposób szukania partnera. Warto więc się w sieci chronić i odsłaniać na tyle, na ile czujemy się z tym bezpiecznie. Co radzi osobom, które doświadczyły ghostingu?

Bycie tak potraktowanym nigdy nie jest przyjemne, powstaje cała masa pytań, co mogło się stać, a osoba, od której oczekiwalibyśmy wyjaśnień, jest już poza naszym zasięgiem. Najgorzej, jeśli próbujemy za wszelką cenę dowiedzieć się, co się stało, śledzimy tego człowieka w mediach społecznościowych albo nawet w realu, czyli zamieniamy się w stalkerów. Albo domagamy się wyjaśnień – małe szanse, że osoba, która już raz pokazała, że nie radzi sobie z sytuacją konfliktową w sposób zdrowy, nagle nam wszystko wytłumaczy. Warto też zadać sobie pytanie: czy naprawdę chcę znów wchodzić w relację z kimś, kto tak się wobec mnie zachował? – mówi Loewe.

Jak dodaje, najważniejsze to nie traktować tego, co się stało, personalnie. Jeśli już musimy skonfrontować się z naszym "duchem", możemy powiedzieć mu, że jego zachowanie jest nie do zaakceptowania, i zamknąć ten rozdział na zawsze.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. W mediach od 2011 roku. Jeśli chcesz podzielić się ze mną swoją historią, napisz: ewa.jankowska@agora.pl.