Madzia
Chciała, by mówiono na nią Madzia. Cieszyły ją piękne stroje, błyszczące materiały, fantazyjne kapelusze. Sama projektowała swoje suknie, a potem podkreślała, że szyje je dla niej "najdroższa krawcowa w stolicy". Miała kolekcję oryginalnych okularów przeciwsłonecznych. Uwielbiała być w centrum uwagi, wzbudzać zainteresowanie, za to nie znosiła hipokryzji, sztuczności i społecznych reguł, które ograniczały indywidualne wybory. Swoim ostrym dowcipem czasem cięła boleśnie, szczególnie gdy czuła, że rozmówca nie dotrzymuje jej kroku, jeśli chodzi o bystrość umysłu.
Miała gwiazdorską, magnetyzującą osobowość. Wchodziła do pokoju, kawiarni, teatru i nagle robiło się jasno. Była też bałaganiarą, co wśród rodziny i przyjaciół wzbudzało jednakową irytację i podziw. Bo to jednak sztuka – być AŻ TAK nieuporządkowaną! Gdy coś gubiła (często), wzywała na pomoc świętego Antoniego. Nie była religijna, przez większość życia nie była też wierząca, ale ze świętym Antonim trzymała sztamę. Gdy zagubioną rzecz udało jej się znaleźć, biegła do kościoła z datkiem.
– Madzia potrafiła wyciągać esencję ze wszystkiego, co dawało jej życie. Lubiła mieć rzeczy niepowtarzalne, chociażby... futro z norek. Chodząc w nim – były to lata 50. – budziła powszechną zazdrość i podziw, nic więc dziwnego, że potrafiła przechodzić w nim cały rok, aż do chwili, gdy koleżanka po piórze Czajka-Stachowicz nie kupiła sobie podobnego. Wtedy Madzia, wiedząc, że już nie jest jedyna, swoje futro za bezcen potrafiła sprzedać w komisie – opowiada Rafał Podraza, autor i redaktor książek o Magdalenie Samozwaniec, jej cioteczny wnuk i spadkobierca.
– Lubiła brylować i zawsze była duszą towarzystwa, a żarty, cięte riposty fabrykowała na zawołanie, ale jednocześnie stawiała ostre granice. Szczególnie dziennikarzom dopytującym ją o córkę lub wiek – tematy dla niej tabu. W międzywojniu nosiła sukienki ledwo za kolano albo jeszcze gorzej - spodnie! Farbowała włosy, malowała paznokcie, lubiła męskie towarzystwo, a to były zachowania wówczas niepopularne, wręcz potępiane. Nielicujące z jej pochodzeniem – podkreśla Rafał Podraza.
Córka Wojciecha
Urodziła się w 1894 roku w Krakowie. Pochodziła z rodu Kossaków - słynnego nie tylko z powodu dokonań artystycznych, ale i skomplikowanych relacji rodzinnych. Wnuczka Juliusza, córka Wojciecha i siostra Jerzego – artystów znanych w całym kraju z tego, że jak nikt inny potrafili malować konie. Z kolei jej starsza siostra Maria zostanie znaną poetką o podwójnym nazwisku Pawlikowska-Jasnorzewska. Matka, Maria z Kisielnickich, wpajała córkom tradycyjne zasady wychowania, oparte na porządku, pobożności, skromności. Z drugiej strony ojciec zachęcał córki, by były śmiałe, miały fantazję i nie kłaniały się życiu. Zofia Kossak, kuzynka Marii i Magdaleny, napisze w jednym z listów, że Maria jako matka była "średniowieczna", a Wojciech w roli ojca – "renesansowy". Obu siostrom w postawach życiowych bliżej będzie do ojca.
Debiut
W prasie zadebiutowała jako 14-latka krótkim tekstem satyrycznym pt. "Wyjazd mamy do miasta", opublikowanym na łamach "Nowin Krakowskich". Ale na debiut książkowy będzie musiała poczekać kolejne 14 lat. Zanim zajmie się zarobkowo literaturą, skończy krakowską Szkołę Sztuk Pięknych i przez trzy lata będzie prowadzić własny zakład batikarski jako specjalistka w technice farbowania tkanin woskiem.
Jej pierwsza powieść pt. "Na ustach grzechu" to parodia "Trędowatej" Heleny Mniszkówny i… najprawdopodobniej (o co spierają się badacze literatury do dziś) dzieło zbiorowe. Podobno Magdalena z siostrą i jej drugim mężem Janem Pawlikowskim spędzali wieczory na rozrywce w postaci improwizacji teatralnych, które często miały komediowy charakter. Podczas jednego z takich wieczorów urodził się im pomysł, aby napisać powieść parodiującą egzaltowaną, romansową manierę Mniszkówny i podobnych jej autorów. Nad tekstem mieli pracować we trójkę, choć Magdalena uznała, że jej wkład w powstanie ostatecznej wersji był największy.
Jan i Maria machnęli na to ręką, dodając tylko, że skoro tak, to mają dla niej adekwatny pseudonim – Magdalena Samozwaniec. Na znak tego, że została samozwańczą autorką wspólnego dzieła, a równocześnie w nawiązaniu do samozwańczych arystokratów, z których się razem wyśmiewali.
W 1922 roku wychodzą drukiem trzy debiutanckie książki trzech kobiet z rodziny Kossaków: Magdaleny, Marii i ich kuzynki Zofii. Choć dzisiaj najbardziej rozpoznawalną z tej trójki pozostaje Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, to wówczas książki Magdaleny i Zofii okazały się największym sukcesem – w skali popularności i zysków. Magdalena, zachęcona powodzeniem i propozycjami wydawców, pisze kolejne teksty, stając się ulubienicą czytelników.
Żona dyplomaty
Jej pierwsze małżeństwo nie było udane. W 1921 roku poślubiła dyplomatę Jana Starzewskiego i wyjechała z nim do placówki w Bukareszcie. Życie żony przy mężu szybko ją znudziło, wróciła do Polski po roku pod pretekstem leczenia gruźlicy (chociaż były plotki, że przy okazji leczenia świetnie się bawi w górach). Rozżalony mąż pisał na nią skargi do teściowej, ale i jej nie udało się namówić Magdaleny, by zgodziła się na los żony dyplomaty, której głównym obowiązkiem było ładnie wyglądać i wspierać męża. Dodatkowo natura i styl bycia Magdaleny to istne przeciwieństwo dyplomacji. Nie umiała gryźć się w język, do bólu szczera i żartująca w każdych okolicznościach, uczulona na fałsz i hipokryzję, nie była najlepszym materiałem na żonę osoby publicznej.
Pomimo braku zgodności małżeńskiej para doczeka się dziecka. W 1922 roku, tym samym, w którym debiutuje jako literatka, urodziła córkę Teresę. Ich relacje do końca życia będą trudne. Magdalena nie ma (o czym napisze po latach) instynktu macierzyńskiego, a opieka nad niemowlęciem ją nudzi i frustruje, tym bardziej że właśnie otworzyły się przed nią atrakcyjne możliwości zawodowe. Małą dziewczynkę wysyła na wychowanie do Krakowa dziadkom. Magdalena i Teresa jeszcze tylko raz będą mieszkały pod jednym dachem – w czasie wojny, dopóki 18-letnia Teresa nie wyjdzie za mąż. Rozwód Magdaleny i Jana zostaje sfinalizowany w 1928 roku. 34-letnia Madzia bez męża i bez dziecka rzuca się w wir pracy.
Influencerka
Kornel Makuszyński mówił o niej, że codziennie ostrzy sobie język na pasku jak brzytwę. Czytając teksty Magdaleny Samozwaniec dzisiaj, trzeba pamiętać o kontekście ich powstawania. Współcześnie ani podejmowane przez Madzię tematy, ani język nie są wywrotowe. Żarty często pozostają nieczytelne. Jednak dla przedwojennych czytelników było to pierwsze spotkanie z kobiecą autorką piszącą tak bezpośrednio – jak podkreślał Tadeusz Boy-Żeleński: "po męsku" – i tak zabawnie o bolączkach i absurdach codzienności.
W felietonach żadnej innej autorki nie znalazłoby się wówczas drwin z mieszczaństwa i kołtuństwa (po teatralnej premierze "Moralności pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej Samozwaniec pisze felieton, w którym stwierdza, że Zapolska i tak delikatnie rozprawiła się z podejmowaną materią, i dodaje od siebie garść kolejnych zarzutów i obserwacji - podlanych satyrycznym sosem), ról płciowych, wyborów romantycznych, snobizmu czy przywar arystokracji.
Gdy pisze kolejne książki, ich nakłady biją rekordy. Tłumacząc fenomen Samozwaniec na dzisiejszy język, należałoby wyobrazić sobie pisarkę, która popularnością dorównuje Remigiuszowi Mrozowi, ostrością dowcipu Marii Czubaszek, a podejmowaną tematyką topowym podcastom lifestyle’owym. Czytelniczki ją uwielbiały, dając temu niejednokrotnie wyraz w listach. Magdalena, jako jedna z pierwszych autorek, organizuje spotkania z czytelnikami na żywo, ruszając w trasę po Polsce. Gdy w jednym z felietonów poskarży się, że nie może w żadnym sklepie dostać ulubionych chrupek, wielbiciele będą jej je przesyłać pocztą.
– Miała dar nawiązywania kontaktu z każdym czytelnikiem. Czy to była wizyta w kole gospodyń wiejskich, czy spotkanie z żołnierzami zasadniczej służby, więźniami, czy z inteligencją, ona potrafiła się dostosować jak kameleon - podsumowuje Rafał Podraza.
Wojna
Wojna zastaje Magdalenę w Kossakówce. Na jej barkach przez lata okupacji będzie spoczywać opieka nad rodzicami, córką i domem. Gdy brakuje pieniędzy, maluje obrazy na sprzedaż, prowadzi budkę z lodami lub z żalem wyprzedaje rodzinne pamiątki. Ten czas ją zmieni. Joanna Jurgała-Jureczka, autorka książek i badaczka rodziny Kossaków ("Kossakowie. Biały mazur", "Kossakowie. Tango", "Kossakowie. Wachlarz", "Kobiety Kossaków"), dotarła do pamiętników wojennych Magdaleny Samozwaniec.
– Przyzwyczailiśmy się widzieć ją jako tę Madzię trzpiotkę, która tryskała humorem, ironią, brała życie z dystansem. Ale to jest Magdalena - skomplikowana i pełnowymiarowa kobieta, z pełnym imieniem i pełnym życiorysem – tłumaczy pisarka. – Przełomowym punktem w poznawaniu jej była dla mnie lektura pamiętników wojennych, w których pokazuje swoją inną stronę. Poważną, szukającą odpowiedzi na egzystencjalne pytania. Magdalena, patrząc na starość i odchodzenie rodziców, zastanawia się nad śmiercią. Pisze, że śmierć budzi w niej lęk. Próbuje po latach odnaleźć Boga, idzie do kościoła, ale czuje się tam fatalnie. Nie odnajduje ani samej siebie, ani pocieszenia, na które liczyła – wyjaśnia Joanna Jurgała-Jureczka.
Wojna się kończy, ale wraz z nią odchodzi świat, jaki dotąd znała. Najpierw umiera Wojciech, zaraz po nim Maria. Córka Teresa wychodzi za mąż i ostatecznie zrywa kontakt z rodziną matki. Ówczesny partner Magdaleny Adam Żeleński rzuca ją, a z Anglii przychodzi wiadomość o śmierci ukochanej siostry. Magdalena Samozwaniec jest zrozpaczona, nie widzi dla siebie już miejsca w tym świecie, który zabrał jej wszystko. W 1945 roku, po zakończeniu wojny, podejmuje próbę samobójczą.
Przyjaciel
W najtrudniejszym momencie swojego życia Magdalena poznaje właściciela lombardu z Warszawy – syna wadowickich fabrykantów Zbigniewa Niewidowskiego. Mimo dużej różnicy wieku (Magdalena jest o 20 lat starsza) zostają parą. Madzia pisze o "Zygmusiu" w pamiętniku, że choć nie dorównuje jej dowcipem i lotnością umysłu, to ma inne zalety. To właśnie Zygmunt uratuje Magdalenę z próby samobójczej i to on, gdy zapłakana wykrzyczy mu: "Zostałam całkiem sama na tym świecie, nie mam już nikogo!", odpowie: "Masz mnie i ja się z tobą ożenię". Będą razem aż do śmierci Madzi, prawie 30 lat. Dla niego pisarka porzuca ukochany Kraków (w którym to, co najbardziej ukochane już odeszło bezpowrotnie) i decyduje się zacząć wszystko od nowa w Warszawie.
Byli małżeństwem, ale Zygmunt, co często podkreślała, był dla niej przede wszystkim przyjacielem i opiekunem. Utrzymując, za wiedzą Madzi, relacje z innymi kobietami, jednocześnie pozostawał lojalnym partnerem, dbającym o dom i finanse. Kiedy z wiekiem zdrowie Madzi zacznie się psuć, w ich domu w charakterze pomocy domowej i pielęgniarskiej pojawi się Marianna Mankiewicz.
Nie jest tajemnicą, że z czasem między Marianną a Zygmuntem rodzi się uczucie, ale do końca życia Magdaleny troskliwie się nią opiekują. Po śmierci żony Zygmunt napisze w jednym z listów do Teresy Podrazy: "Właśnie straciłem najlepszego przyjaciela". Z Marianną ożeni się dopiero pięć lat później. Do końca życia pozostanie wielbicielem i zagorzałym propagatorem literackiej spuścizny Samozwaniec. Chcąc uczcić pamięć żony, spisze wspomnienia o niej, które już po jego śmierci ukażą się w postaci książki "30 lat życia z Madzią".
Nieperfekcyjna pani domu
Madzia była znana ze swojego antytalentu do prowadzenia domu. Została wychowana w domu przynależnym do klasy społecznej, w którym korzystano ze służby. Dodatkowo zależało jej na wizerunku kobiety nowoczesnej i wyzwolonej, niezaprzątającej sobie głowy takimi drobiazgami jak gotowanie czy sprzątanie. Krążyły legendy o tym, że gotując wodę na herbatę, omal nie spowodowała pożaru. Chcąc w rocznicę ślubu sprawić mężowi przyjemność, upiekła kaczkę. W całości, z wnętrznościami... Zdarzało się, że gościom, którzy wpadli z wizytą, nie zaproponowała nawet szklanki wody - nie z braku dobrego wychowania czy niegościnności, ale przez roztrzepanie.
Nieoczywista
– To, czego Magdalena nie pokazuje nam w swoich tekstach, to jej wielka samotność. Chciała być postrzegana jako kobieta niezależna, silna, samodzielna, ale to jest tylko część prawdy o niej - mówi Joanna Jurgała-Jureczka.
Faktycznie nie mówiła o tym wprost, ale w jej satyrach spod dowcipu wyziera niekiedy gorzka refleksja. W książce "Maleńkie Karo karmiła mi żona" opisuje swój poród. Zabawna w stylu opowieść jest w istocie opisem tortur ("bóle złożonych noży oplotły ją pasem, od czasu do czasu pas jakby rozluźniał się i wówczas przez sekundę był błogi spokój"). W innym tekście zastanawia się nad pytaniami ostatecznymi, wyrażając nadzieję, aby tam po śmierci "były chociaż sklepy". Znów – żart, ale wyrażający lęk, który jest bardzo na serio. Jednym z najczęściej przedrukowywanych cytatów z jej tekstów jest zdanie: "Szczęście – to pozyskanie obiektu swoich marzeń w chwili, kiedy się tego najbardziej pragnie, a nie w długi czas później, gdy pragnienie osłabnie". Można z tych słów wyczytać nie tylko ironię, ale i skargę na gorzką niesprawiedliwość losu.
Odmładzanie
Madzia była kobietą bez wieku. Uważała, że "wolno być starym, ale nie wolno tego po sobie pokazywać". Wychowana przez Wojciecha, który do końca życia deklarował, że czuje się młodo, codziennie się gimnastykował i brał zimne prysznice, Magdalena również na własne sposoby walczyła z upływającym czasem. Mieć młodą duszę to jedno, ale ciału trzeba trochę w tym "odmładzaniu" pomagać. Razem ze starszą siostrą zmusiła ojca, by na namalowanym przez niego portrecie "Córki artysty" poprawił datę jego powstania z 1908 na 1911. W sytuacjach publicznych często zaniżała swój wiek. Przykładała wielką wagę do wyglądu, nosiła świetnie skrojone stroje, efektowną biżuterię, mocne kolory.
Krążyły legendy o osypującym się z niej przy różnych okazjach pudrze, którego używała w nadmiarze, by przykrywać zmarszczki. Miała świetny słuch do języka, co wykorzystywała nie tylko w swoich tekstach, ale też na co dzień. W "tajemnym notesiku" notowała zasłyszane nowe powiedzonka. A później wplatała je w rozmowy, książkowe dialogi lub publiczne wystąpienia. Wszystkie te starania, choć wymagające wysiłku, opłacały się. Niejednokrotnie po spotkaniach autorskich wielbiciele Madzi zachodzili w głowę, czy kobieta, którą właśnie widzieli, ma 40, czy 60 lat?
Zmarła 20 października 1972 roku w Warszawie, przeżywszy 78 lat, około godziny 14 – cztery godziny przed zaplanowanym na ten dzień swoim odczytem pt. "Starość nie radość, młodość nie wieczność" w stołecznym Domu Literatury.
Korzystałam z:
Książek Magdaleny Samozwaniec "Na ustach grzechu" (1922), "Moja wojna trzydziestoletnia" (1954), "Maria i Magdalena" (1956), wspomnień pod redakcją Rafała Podrazy "Magdalena, córka Kossaka" (2007), książki Joanny Jurgały-Jureczki "Kobiety Kossaków" (2015) oraz materiałów filmowych "Rodzina Kossaków", reż. Hanna Terlecka (1995, prod. TVP), "Rozmowy z Andrzejem Doboszem: Magdalena Samozwaniec", reż. Agnieszka Jęksa (2022, prod. TVP).
Specjalnie podziękowania dla p. Rafała Podrazy i p. Joanny Jurgały-Jureczki za wsparcie merytoryczne w powstawaniu tekstu.
Katarzyna Siekańska. Finalistka I edycji Polska Stories. Pisze o relacjach i codzienności.



