Jej ulubionym filmem była "Casablanca". Ulubioną książką - "Obietnica poranka", autobiografia pisarza Romain Gary’ego. "Autoironia, a co trudniejsze - ironiczne spojrzenie na uwielbianą matkę i na wszystkie, nawet najtragiczniejsze chwile własnego życia, przybliża mi specjalnie tę książkę. Nie wiem, czy Gary’ego można uważać za satyryka, ale ma tego zeza" ("Już nic nie muszę", 2000).
O komediowego "zeza" pytam Agnieszkę Matan, komiczkę i scenarzystkę, której postawa Grodzieńskiej jest bliska. W odpowiedzi przywołuje wywiad, w którym Stefania opowiadała Beacie Tyszkiewicz, co nosi w torebce (odcinek z serii "Naprawdę jaka jesteś…", prod. TVP 1997). - Mówi tam takie zdanie, że kobieta powinna nosić torebkę wystarczająco dużą, by zmieściła się w niej główka kapusty. I w tym zdaniu dla mnie zawiera się jakaś esencja tej satyrycznej postawy, to znaczy, że bycie komiczką to bycie zawsze gotową na to, że może niespodziewanie wydarzyć się coś dziwnego, jak ta główka kapusty, którą trzeba będzie gdzieś schować. W przypadku Grodzieńskiej dodałabym do tej definicji jeszcze jedną rzecz: zdolność żartowania w każdych okolicznościach.
Imigranckie dziecko
Urodziła się w Łodzi w 1914 roku. Jej matka Eleonora Ney przyjechała do swoich rodziców, by u nich urodzić córkę, tuż po tym jak porzuciła męża Michaela Grodenskiego - swojego byłego wykładowcę filozofii prawa na Uniwersytecie Genewskim. Ojca Stefania zobaczy tylko raz w życiu, jako 17-latka, podczas odwiedzin w Genewie, matkę - niewiele razy więcej. Eleonora niespecjalnie odnajdywała się w roli opiekunki, zaangażowana bardziej w kolejne związki romantyczne. Z małą Stefanią często się przeprowadzały, pomieszkując w Berlinie, Paryżu i Moskwie. Gdy tylko pojawiały się na to pieniądze, dziewczynka była zapisywana do szkół z internatem. Gdy jej matka związała się ze swoim drugim mężem, który nie lubił dzieci, Stefania została odesłana na wychowanie do dziadków do Łodzi. Od tego momentu z matką widywała się sporadycznie ("każde nasze powitanie było początkiem następnego pożegnania", "Wspomnienia chałturzystki", 1967).
Miała dziewięć lat, gdy z tabliczką z adresem na szyi została wsadzona do pociągu Berlin–Łódź. Na peronie czekał dziadek Maks. Stefania lubiła wspominać pierwsze słowa, jakie do niej skierował: "Chciałbym się z tobą zaprzyjaźnić. Ale tylko, jeżeli będziesz chciała". Chciała i stali się sobie bardzo bliscy. Dziadek prowadził z nią intelektualne rozmowy i wstawiał się za wnuczką w szkole, gdy ta rozrabiała. Był dla niej wzorem opiekuna i zastępczym ojcem, którego nigdy naprawdę nie miała.
Niestety, miała go też szybko utracić. Gdy jako nastolatka pojechała na letnią kolonię, dziadek popełnił samobójstwo, choć jako przyczynę śmierci wpisano atak serca. Po jego śmierci Stefania dowiedziała się w tajemnicy, że wcześniej ubezpieczył się na dużą kwotę. Nikt poza najbliższym przyjacielem nie wiedział, że Maks popadł w poważne finansowe kłopoty, które mogły zrujnować całą rodzinę. W ten sposób chciał zabezpieczyć finansowo żonę i wnuczkę.
"Pamiętaj, że jesteś imigranckim dzieckiem" – mówił dziadek. Przekaz był jasny: dziecko, które od najmłodszych lat zmieniało adresy i narodowości, ma zakodowane w genach, że wszystko w każdej chwili może się zmienić. Życie wymaga nieustającej improwizacji i zawsze trzeba sobie w nim jakoś radzić.
Stefania odnajdywała się w tym określeniu, używała go później jako skrótu oznaczającego pewien osobliwy zestaw jej cech osobowości, hartu ducha i umiejętności przetrwania: "Oddzielenie dramatu od dramatyzmu to cecha imigranckiego dziecka. Jedna z tych, które zostają na resztę życia" ("Nie ma z czego się śmiać", 2007).
Tancerka
Imigranckie dziecko niespecjalnie lubiło jednak słuchać nauczycieli i dostosowywać się do zasad. Po kilku ostrzeżeniach niesubordynowana Stefania zostaje wyrzucona z gimnazjum. Ale od pewnego czasu trenuje balet i jest w tym tańcu zakochana. Ponieważ ulubiona nauczycielka baletu przenosi się właśnie do szkoły w Warszawie, Stefania, nie mając nic do stracenia, przeprowadza się za nią. Ma 16 lat, bez problemu dostaje się do najlepszej szkoły baletowej w stolicy, a żeby utrzymać się i wspierać finansowo owdowiałą babcię, zatrudnia się w teatrze rewiowym Cyganeria (do skromnej pensji tancerki dorabiała, szydełkując i sprzedając bluzki oraz jako modelka w Domu Mody Herse).
Wtedy w jej życiu pojawia się Fryderyk Járosy, współzałożyciel przedwojennych teatrów rewiowych, m.in. Cyganerii, Cyrulika Warszawskiego i Buffo, reżyser, konferansjer i literat. Staje się jej autorytetem artystycznym, nauczycielem estrady i wielką miłością. "Kochałam go, jak kocha połączenie psa i pensjonarki", pisała w poświęconej Járosy’emu książce w 1988 roku. Przyjął ją do pracy w charakterze tancerki, tzw. piplai. Piplaje były młodymi dziewczynami, dopiero wspinającymi się po stopniach teatralnej hierarchii. W kolejnych krokach awansowały na solistki, aktorki lub – jak Grodzieńska – konferansjerki i autorki tekstów.
Do końca życia Stefania mówiła o tańcu jako o swojej największej artystycznej pasji, najsilniejszej (i niespełnionej) zawodowej miłości. Pisanie i komedia słowa pojawiły się w jej życiu w pewnym stopniu "na pocieszenie", gdy zdała sobie sprawę, że jako tancerka nie zrobi wielkiej solowej kariery i że wiek to dla baleriny wróg numer jeden. "Musiałam wymyślić sobie zawód, w którym nie widać zmarszczek" – mówiła w wywiadzie radiowym.
Jurek
Została wdową w wieku 22 lat, gdy jej mąż i pierwsza miłość Adam, student prawa, zmarł na gruźlicę. Z Jurkiem poznali się w 1937 roku w kabarecie Cyrulik Warszawski, gdzie Stefania była tancerką, a Jerzy Jurandot (z wykształcenia matematyk) autorem skeczy i piosenek. Zwrócił na nią uwagę na scenie, po czym zaczął rozpytywać w kulisach: "Kto to jest ta mała czarna?". Grodzieńska się obruszyła, że nie jest żadna "mała czarna", ale podobieństwo intelektu i dowcipu od razu ich do siebie zbliżyło. Przekomarzanki szybko skończyły się miłością, chociaż właściwy tej parze ironiczny ton i wzajemne wyzłośliwianie się pozostały na zawsze ważnym składnikiem ich związkowej chemii.
W 1938 roku wyszedł drukiem zbiór piosenek i tekstów teatralnych Jerzego Jurandota. Tom zatytułowany "Niedobrze, panie bobrze" otwierała dedykacja: Żonie. Tak właśnie Jurandot publicznie oświadczył się Stefanii Grodzieńskiej. Stefania przedstawiała tę relację jako niekończącą się rozmowę. W środku nocy jedno potrafiło zbudzić drugie tylko po to, żeby zadać niecierpiące zwłoki pytanie, np.: "Dlaczego Mrożek nie dla wszystkich jest komunikatywny?".
Wesołe miasteczko
Jedna z pierwszych bomb spuszczonych na Warszawę uderza wprost w ich kamienicę, burząc jedną ze ścian. Para wprowadza się do rodziców Jerzego, Sabiny i Tadeusza Glejgewichtów (pod tym nazwiskiem urodził się Jurandot). To za nimi w 1940 roku Stefania i Jerzy dobrowolnie przenoszą się na teren getta warszawskiego, gdzie spędzą dwa granicznie trudne lata zakończone ucieczką tuż przed jego likwidacją. Rodziców Jerzego nie udało się uratować od śmierci w obozie koncentracyjnym.
W getcie prowadzili wspólnie teatry rozrywkowe: najpierw Melody Palace, później Feminę. Razem z nimi występowali inni wybitni artyści przedwojenni, m.in. Wiera Gran czy Maria Ajzensztadt (nazywana "słowikiem getta"). Tam powstała i była wystawiana jedna z najsłynniejszych sztuk Jurandota pt. "Miłość szuka mieszkania".
Udało im się uciec na "aryjską stronę" zaraz po rozpoczęciu akcji likwidacji getta. Stefania wydostała się przez cmentarz żydowski. Jurandot po kilku nieudanych próbach ostatecznie również opuścił getto dzięki pomocy znajomego żydowskiego policjanta.
O czasie w getcie Stefania nie opowiadała, nie pisała, nie rozmawiała. W książce autobiograficznej "Nie ma z czego się śmiać", opisując lata wojenne, gdy chronologicznie przychodzi moment wspomnień z getta, pisze: "Nastąpił okres, o którym do teraz staram się zapomnieć, nigdy o nim nie mówię, a jeśli mam najmniejsze podejrzenie (a miewam je często), że może mi się przyśnić – natychmiast zaczynam myśleć o Odetcie-Odylli albo że jestem udomowioną blondynką z piersiami, nucącą sobie »Gdyby rannym słonkiem«".
Jerzy Jurandot po ucieczce z getta spisał wszystkie makabryczne wspomnienia minionych dwóch lat i zakopał rękopis w ogrodzie przyjaciół, u których ukrywali się ze Stefanią przez jakiś czas. Zapiski wydało Muzeum POLIN w 2014 roku w publikacji "Miasto skazanych. 2 lata w warszawskim getcie", łączącej wspomnienia Jurandota oraz wiersze Stefanii. Bo to nie jest do końca prawda, że Stefania nigdy nie pisała o latach spędzonych w getcie. Napisała o nich raz, we wstrząsającym zbiorze wierszy "Dzieci getta", wydanym w 1949 roku pod pseudonimem Stefania Ney (nazwisko panieńskie jej matki). Wiersze nawiązują do prawdziwych scen z codziennego życia w getcie, których Stefania była świadkiem lub uczestniczką. Pisane tak, by nie pozostawiać ani złudzeń, ani nadziei wobec rzeczywistości getta, w niczym nie przypominają stylu znanego z twórczości Stefanii - tej Stefanii, która "potrafiła ze wszystkiego żartować".
Joanna Jurandot-Nawrocka, jedyna córka Grodzieńskiej i Jurandota, nie poznała za życia rodziców prawdziwej historii ich pobytu w getcie. Mówiła, że w domu, jeśli już była z jakiegoś powodu taka konieczność, miejsce za murami nazywano "wesołym miasteczkiem". I jeszcze: że ojciec przez wiele lat po wojnie krzyczał przez sen, a mama dojadała zawsze czerstwy chleb do ostatniej okruszyny, dla męża i córki zostawiając świeże pieczywo.
Pierwsza spikerka
Po ucieczce z getta ukrywali się w mieszkaniach i domach znajomych. W końcu wylądowali w sąsiadujących podwarszawskich miejscowościach: w Morach, gdzie Jurek pracował do końca wojny jako stróż, i Gołąbkach, gdzie Stefania opiekowała się dziećmi. Po nalocie gestapo na dom w Gołąbkach w 1944 roku musiała stamtąd uciekać. Koniec wojny zastał ją we wsi pod Otwockiem (około 30 km za Warszawą). Pracowała jako pomoc w pracach gospodarskich u sołtysa. W stodole, w której sypiała, znalazła "Gazetę Lubelską" - pierwszą polską gazetę, jaką miała w rękach od pięciu lat - a w niej świeży wiersz Janusza Minkiewicza, poety, z którym przyjaźniła się od czasów rewiowych.
Do Lublina ruszyła pieszo (od pewnego etapu boso) z zaimprowizowanym z worka i sznurka plecakiem. Ostatni odcinek trasy pokonała autostopem, podrzucona przez polskich żołnierzy ciężarówką. W centrum Lublina wysiadła w środku nocy. Do rana przeczekała na klatce schodowej przypadkowej kamienicy; we wspomnieniach pisze, że wyjątkowo dobrze wtedy spała. Następnego dnia ruszyła do siedziby "Gazety Lubelskiej" w poszukiwaniu "Minia". Minkiewicz po serii uścisków i okrzyków radości kazał jej natychmiast biec do radia, gdzie trwał właśnie konkurs na spikerkę. Stefania została oficjalnie pierwszą polską spikerką radiową po wojnie. Ponieważ oprócz umiejętności potrzebny był papier uprawniający do wykonywania zawodu w obszarze kultury i sztuki, umowę zawarto z nią na podstawie jedynego dyplomu, jaki posiadała z całej swojej edukacji - świadectwa ukończenia szkoły baletowej.
Niedługo po rozpoczęciu pracy zamierzała pojechać do Warszawy w poszukiwaniu męża, o którym od wybuchu powstania nie wiedziała nic. Tymczasem wśród jej przyjaciół rozchodziły się wieści o domniemanej śmierci Jurka. W wywiadzie dla Polskiego Radia po latach wspominała, że najbliższe jej osoby ustaliły między sobą, że trzeba maksymalnie opóźnić dotarcie tej informacji do Stefanii, a także w miarę wszelkich możliwości utrudniać jej wyjazd z Lublina (m.in. ówczesny szef radia odmawiał jej urlopu).
Jurandot powstanie warszawskie i koniec wojny przeczekał w Morach, a następnie wyruszył pieszo do Warszawy, licząc na jakiekolwiek informacje o żonie. Od spotkanych po drodze dwóch polskich oficerów (którzy okazali się przedwojennymi filmowcami i starymi znajomymi Jerzego) dowiedział się, że Stefania żyje i pracuje w lubelskim radiu. Według jednej z anegdot Grodzieńskiej Jurek pojawił się w siedzibie radia dokładnie tego dnia, gdy przyjaciele postanowili wreszcie powiedzieć jej "prawdę" o jego śmierci. Zorganizowali z tej okazji poczęstunek, który miał być skromną stypą. Stefania nie zdążyła się przekonać o tych planach, bo oto w drzwiach stanął jej mąż.
Syrena
Stefanii i Jerzemu zależało na tym, by odbudować polską scenę rozrywkową, którą współtworzyli przed wojną. W 1945 roku zamieszkali tymczasowo w Łodzi, gdzie powołali Teatr Syrena, angażując do występów innych artystów, m.in. Adolfa Dymszę, Edwarda Dziewońskiego, Lidię Wysocką i Chór Dana. W 1948 roku siedziba teatru przeniosła się na stałe do Warszawy, gdzie mieści się do dzisiaj. Stefania, Jerzy i pozostali artyści odpowiadali za powstanie teatru nie tylko w warstwie repertuarowej i artystycznej, ale też fizycznej - drobna eksbalerina osobiście nosiła cegły i wymiatała gruz na budowie przy ul. Litewskiej 3.
Od tego momentu aż do choroby Jerzego, która spadnie na nich za 25 lat, w życiu Stefanii Grodzieńskiej rozpościera się względnie stabilny, niepodobny stałością i przewidywalnością do niczego wcześniej etap życia i twórczości. W 1946 roku rodzi córkę Joannę. Pisze teksty teatralne dla Syreny (jej monologi mówiły ze sceny m.in. Hanka Bielicka, Kalina Jędrusik i Alina Janowska), felietony komediowe dla "Szpilek" i "Przekroju", kolejne książki. Jeździ z programami kabaretowymi po całym kraju jako konferansjerka, podejmuje pracę w redakcji rozrywki Telewizji Polskiej i Polskim Radiu. Coraz częściej występuje publicznie jako (jej słowami) "Pierwsza Dama Różnych Rzeczy, w zależności od potrzeby" ("Nie ma z czego się śmiać").
Pierwsza Dama Różnych Rzeczy
Pierwsza Dama Języka Polskiego, Pierwsza Dama Felietonu, Pierwsza Dama Humoru… Jej styl jest charakterystyczny, autoironiczny, momentami abstrakcyjny, a nawet słodko bezczelny. W tekstach i wystąpieniach żartuje ze wszystkiego: życia rodzinnego, realiów życia w PRL, relacji romantycznych, przywar znajomych i nieznajomych. Zaczepiana, że w swojej twórczości jest bezlitosna wobec kobiet (jej bohaterki to często naiwne, głupiutkie dziewczyny), odpowiadała: "Ale ja piszę o sobie! Te wszystkie idiotki, kretynki, te małe móżdżki to jestem ja! Patrzę w lustro – i już mam felieton". Uważała wręcz, że "kobieta, która nie ma w sobie nic z idiotki, jest nieznośna".
Pod jej ciętym humorem kryło się zawsze czułe, uważne spojrzenie na ludzi i ich niedoskonałości. Nie pozwalała sobie na gorycz, ani zawodowo, ani osobiście. Powtarzała, że niczego nie wolno żałować ani niczego brać nazbyt poważnie. Również w późnym wieku w jej wywiadach nie było słychać tęsknoty za przeszłością, ale wręcz radosną akceptację upływającego czasu: "Kocham Warszawę, kocham każde miejsce mojej młodości, w którym kiedyś coś było, a teraz jest coś innego".
I jeszcze: "Myślę, że bardzo ważne jest, żeby polubić okres, w którym się człowiek znajduje. Ja sobie nie zazdroszczę młodości, chociaż miałam piękne okresy. Ale młodość jest strasznie obciążająca. Wciąż człowiek się denerwuje. Jakimś panem się denerwuje, że on nie przyszedł, że miał zadzwonić, nie zadzwonił i co on robi. To jest jedna nerwówka. Druga jest zawodowa: czy mnie się uda, czy mnie się nie uda? Ale najgorsze nerwy to są z tego powodu, że się różne rzeczy musi. Musi się czytać ambitne książki, musi się widzieć niektóre filmy, musi się być na jakiejś wystawie. A ja już nic nie muszę".
Dobranoc
W 1973 roku Jurandot doznał udaru, który znacząco pozbawił go samodzielności. Wymagał opieki, Stefania bez reszty oddała się trosce o Jurka. Sześć lat jego choroby i późniejszą śmierć wspominała jako "życie w psychiczną kratkę".
Codziennie żegnała męża czułym "dobranoc" przed snem. W okresie, gdy choroba Jerzego bardzo się zaostrzyła i opieka nad nim stała się jeszcze bardziej wymagająca, Stefania pewnego dnia zirytowała się jego zachowaniem. Zła i zmęczona nie miała ochoty życzyć mu dobrej nocy. Następnego dnia zmarł. W książce "Nie ma z czego się śmiać" pisze, że prawie niczego w życiu nie żałuje. Prawie - bo wśród kilku wyjątków, o których wspomina, jest to w złości niepowiedziane Jurkowi "dobranoc".
Pamięć
Charakterystyczny dla stylu opowiadania Grodzieńskiej jest jej umowny stosunek do prawdy. Przyznawała się do tego sama wielokrotnie, że pisząc o swoim życiu, daje sobie prawo do montażu i literackiej fantazji. Skracała, ubarwiała, coś od siebie dodawała, a coś innego przemilczała: "to nie jest kronika ani dziennik, nie będę trzymała się kurczowo faktów" ("Wspomnienia chałturzystki"). Mówiła, że robi to tak samo dla siebie, jak dla czytelnika, który dzięki temu dostaje lepszą rozrywkę. "Anegdotka jest konieczna. Na pytania nie trzeba odpowiadać zgodnie z prawdą, każdy zawodowiec wie, że goła prawda jest o wiele mniej ciekawa niż podkolorowane opowieści, w które zresztą czytelnicy wierzą bez zastrzeżeń" ("Już nic nie muszę").
W maju 2022 roku w Teatrze Syrena w Warszawie odbyła się premiera musicalu biograficznego o Grodzieńskiej pt. "Piplaja". Autorka i reżyserka Joanna Drozda podjęła w spektaklu również temat relacji Stefanii z własną pamięcią. Dosłownie, bo główne bohaterki "Piplai" są dwie: Stefania i jej Pamięć, która momentami zadaje na głos niewygodne pytania, konfrontuje Grodzieńską z faktami lub wręcz kłóci się z nią, że wydarzenia w rzeczywistości wyglądały inaczej.
"Od Grodzieńskiej można się uczyć tego, że to, jak chcemy coś pamiętać i jak chcemy o jakichś wydarzeniach w naszym życiu mówić, to jest nasz wybór i on się nam należy. Nie ma powodów odbierać sobie prawa do tego, że nasza pamięć jest naszą kreacją. To my jesteśmy przekaźnikami opowieści, tej wewnętrznej, o sobie, nikt inny. I to również my same wiemy, gdzie są w każdej z nas te czarne dziury pamięci, te newralgiczne punkty, których nie dotykamy, żeby się nie rozpaść" – mówi reżyserka.
Gościem państwa była Stefania Grodzieńska
W mieszkaniu, do którego Grodzieńska i Jurandot wprowadzili się po wojnie, na ścianie wisiał portret Hitlera. Zdjęli go, ale nie wyrzucili. Stefania schowała obrazek pod tapczan (w jednym z wywiadów telewizyjnych kopnęła w drewnianą ramkę, żeby dać znać dziennikarzom, że Hitler wciąż tam leży). Gdy miała jakieś kłopoty, patrzyła na portret i powtarzała sobie: "Gorzej już było, zawsze to jedno duże zmartwienie mniej". (Co ciekawe, jej ukochany pisarz Romain Gary w 1975 roku opowiedział bliźniaczą historię w książce "Życie przed sobą". Grodzieńska wiedziała o tym i utrzymywała, że nie znając się osobiście, oboje wpadli na taki sam pomysł).
Żartowała, że chce, by na jej nagrobku napisać: "Gościem państwa była Stefania Grodzieńska", tak jak kończy się audycję radiową. Zmarła 28 kwietnia 2010 roku. Na warszawskich Powązkach żegnano ją oklaskami.
W pracy nad tekstem korzystałam z książek Stefanii Grodzieńskiej: "Wspomnienia chałturzystki" (1967, aktualizowana później przez Autorkę w latach 1981 i 1999), "Urodził go <<Niebieski ptak>>" (1988), "Już nic nie muszę" we współpracy z Beatą Kęczkowską (2000), "Nie ma z czego się śmiać" (2007) oraz: "Miasto skazanych. 2 lata w warszawskim getcie" Jerzy Jurandot, "Dzieci getta" Stefania Grodzieńska, pod red. Agnieszki Arnold (2014).
Katarzyna Siekańska. Finalistka I edycji Polska Stories. Pisze o relacjach i codzienności.


