Biografie
Jan Ptaszyn Wróblewski. Enter Enea Music Festival 2023. (Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl)
Jan Ptaszyn Wróblewski. Enter Enea Music Festival 2023. (Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl)

– Ptaszyn odchodził na własnych warunkach. Już dwa lata temu kardiolodzy zakazali mu występowania, ale się zawziął. Podejrzewam jednak, że gdyby nie grał, to odszedłby jeszcze wcześniej. Od 15 lat był niewidomy, powoli musiał rezygnować ze wszystkiego, co było dla niego ważne, ale została mu gra – opowiada mi Jacek Wróblewski, syn zmarłego na początku maja saksofonisty Jana Ptaszyna Wróblewskiego. – Podkreślał, że nie wyobraża sobie siebie bez muzyki.

Odbierając w 2019 roku Nagrodę Mediów Publicznych w kategorii Muzyka, skomentował jej przyznanie i laudację na swoją cześć tak: "Zupełnie mnie zatkało. Bo zawsze stoję w bezpiecznym drugim rzędzie. Czuję się stremowany i przerażony, bo trzeba będzie ciężko pracować, żeby zdyskontować ten zaszczyt, który mnie spotyka. Obiecuję, że nie dostanę wody sodowej". 

Cały ten jazz

Urodził się 27 marca 1936 w Kaliszu. Okupację spędził z rodziną w Warszawie, ale po jej zakończeniu wszyscy wrócili do Kalisza. W pierwszych powojennych latach można było jeszcze słuchać różnych brzmień, także jazzu, który pod koniec lat 50. XX wieku stał się gatunkiem zakazanym, bo… kojarzył się z "amerykańskim imperializmem". Zszedł do "podziemia", do "katakumb", publiczne wykonywanie go było surowo zakazane jako muzyki niezgodnej z obowiązującymi zasadami socrealizmu. Ponieważ władza nie do końca wiedziała, co faktycznie jest jazzem, a co nie, więc na wszelki wypadek zakazała też m.in. samby, rumby, afrykańskich piosenek. 

Jan Ptaszyn Wróblewski podczas koncertu grupy Jan Ptaszyn Wróblewski Sekstet. Noc Kulturalna w Częstochowie, rok 2019. (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

Nawet ciekawsza harmonia w utworze [element struktury utworu przejawiający się we współbrzmieniach i akordach, w ich następstwach i wzajemnych związkach między nimi – przyp. red.] powodowała, że szedł on od razu na półkę. Wobec tego w radiu rozbrzmiewały piosenki w stylu banalnych acz melodyjnych "Wio, koniku" albo "Trzej przyjaciele z boiska" – dla Ptaszyna kompletnie nudnych. Im więc zawdzięczał swoje zainteresowanie jazzem, bo "muzyka, którą wtedy grano, była tak okropna, że zacząłem nasłuchiwać zagranicznych stacji" – wspominał Ptaszyn w audycji radiowej Tomasza Szatkowskiego

Słuchał Radia Luksemburg, Radia Monte Carlo, a od 1955 roku przede wszystkim audycji "Jazz Hour" nadawanej przez rozgłośnię Voice of America (Głos Ameryki). Coraz bardziej fascynował go jazz tradycyjny, taki, jaki grał amerykański saksofonista Charlie Parker. W całkiem niespodziewanych miejscach można było wtedy usłyszeć zakazany muzyczny owoc. On Parkera usłyszał w 1952 roku na wystawie "Oto Ameryka", która miała ośmieszać wszystko, co amerykańskie. Także muzykę, więc z głośników leciał Parker.

Bardzo chciał grać, więc w średniej szkole muzycznej w Kaliszu uczył się gry na fortepianie, klarnecie i trąbce, ale jazz jako taki nie był tam mile widziany. Ptaszyn wspominał, że z jakiegoś powodu obowiązywała teoria, że "jazz zepsuje muzykowi rękę". 

Nauka w szkole muzycznej rozwiązywała jeszcze jeden problem. - Starszy brat Ptaszyna, Andrzej, zanim został przyjęty na studia, przez rok musiał pracować na budowie jako robotnik, żeby udowodnić, że jest dobrym proletariuszem, i "zmazać grzech" pochodzenia z adwokackiej rodziny. Ich ojciec był bowiem wziętym przedwojennym prawnikiem, piłsudczykiem, a więc elementem niepożądanym w nowej Polsce - opowiada mi Jacek Wróblewski.

Ptaszyn tego nie chciał robić, chodził więc do szkoły. W 1952 roku trudno sobie już było wyobrazić, że sytuacja się zmieni. Rodzina najchętniej widziałaby go na prawie, on mniej, władza jeszcze mniej.

Jan Ptaszyn Wróblewski Quartet 2017 (Andrzej Święs, Wojtek Niedziela, Jan Ptaszyn Wróblewski, Marcin Jahr). (Fot. Kontrola / CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons.)

Niedoszły mechanizator rolnictwa

Koniec końców średnią szkołę muzyczną w Kaliszu jednak rzucił i dał się namówić koledze Janowi Zylberowi na studia na Wydziale… Mechanizacji Rolnictwa Politechniki Poznańskiej.

– Janek Zylber to był obrotny chłopak, który też studiował na Politechnice Poznańskiej. Zadeklarował, że jeśli uczelnia pozwoli Ptaszynowi studiować, to on na pewno zorganizuje tam orkiestrę – opowiada Jacek Wróblewski. – To były czasy, gdy uczelnie w Polsce miały swoje pozanaukowe ambicje różnego rodzaju: muzyka, sport itp. Zylber sprytnie to wymyślił, Ptaszyna przyjęto i rzeczywiście ta orkiestra jakoś zaczęła się tworzyć, choć – co było do przewidzenia – nie powstała – podsumowuje. Ale za to prowadził studenckie zespoły taneczne, grając na fortepianie i klarnecie.

Czy Ptaszyn wyobrażał sobie, że mógłby być mechanizatorem rolnictwa? Absolutnie nie. To jednak nie miało znaczenia, liczyło się tylko to, że był w Poznaniu, gdzie panował inny niż w Kaliszu klimat, byli nowi ludzie, było granie. I wypożyczalnia instrumentów, która umożliwiła grę na ukochanym saksofonie tenorowym.

A potem pojawił się Krzysztof Komeda i wszystko wywrócił do góry nogami. W życiu podobno przypadków nie ma.

Na początku 1955 roku w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych mają grać Melomani, najwyżej ceniony wtedy w Polsce zespół jazzowy. Powstał w 1947 roku w Łodzi. Dwa lata później dołączył do niego Jerzy "Duduś" Matuszkiewicz, o którym Ptaszyn Wróblewski będzie później mówić, że był pierwszym muzykiem świadomie grającym jazz, który wiedział, czym jest improwizacja, na czym polega zjawisko swingu.

"My wszyscy jesteśmy jego uczniami. To Duduś zaraził Polskę jazzem" – pisał Ptaszyn w 2021 roku po śmierci Matuszkiewicza w mediach społecznościowych. Na przełomie lat 40. i 50. Melomani grali po domach, bez publiczności, dla siebie, żeby się doskonalić, a w ich zespole wszyscy improwizowali! To było niesamowite w tamtym czasie. W składzie były takie sławy jak Andrzej Trzaskowski (ojciec obecnego prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego), Krzysztof Komeda (właśc. Krzysztof Trzciński) czy Witold Sobociński, późniejszy operator filmowy.

Bracia Wróblewscy próbują się dostać na koncert. Ptaszyn specjalnie przyjechał z Poznania, ale okazuje się, że sława Melomanów jest taka, że miejsc w sali już nie ma. Po filarach budynku wdrapują się więc na taras klubu. Janowi udaje się dopchać pod samą scenę. Był zauroczony. Do Poznania Komeda i Ptaszyn wracali razem.  – Obiecał mojemu ojcu, że będzie tworzyć sekstet i ma go na uwadze – opowiada Jacek Wróblewski.

Koncert Melomanów w 1956 roku. Na zdj. Trzaskowski, Thomys, Matuszkiewicz, Kujawski, Sobociński, Wojciechowski i Studziński. (Fot. Leon Olejniczak / Public domain, via Wikimedia Commons) , Ławeczka Jerzego 'Dudusia' Matuszkiewicza w Jaśle, gdzie się urodził. W tle fotosy seriali, do których komponował muzykę. (Fot. Lidia Raś / Archiwum prywatne)

Krzysztof Komeda dotrzymał słowa. Kilka miesięcy później Jan Ptaszyn Wróblewski dołączył do jego Sekstetu, gdzie początkowo grał na saksofonie barytonowym. Kluczowym instrumentem będzie jednak w przyszłości saksofon tenorowy. To Komeda stał się pierwszym prawdziwym nauczycielem muzyki jazzowej Ptaszyna, który dzięki niemu zrozumiał, że w jazzie podstawą jest improwizacja, wspomniana "groźna" harmonia, swing. Nie było łatwo się uczyć – jazz ciągle był zakazany, nut nie było, płyt tym bardziej. Ale od czego pomysłowi i utalentowani młodzi muzycy. Słuchając zagłuszanej audycji "Jazz Hour" zapisywali ze słuchu takty utworów i tak budowali repertuar. 

Skoro mowa o zasługach Komedy, pora też wyjaśnić, skąd wziął się Ptaszyn. Jak opowiadał sam Wróblewski, w pewnym momencie w zespole Komedy grało czterech Janów. Kiedy Komeda pytał: Janek, co ty tam grasz? - reagowali wszyscy. Komeda zaproponował – na bazie skojarzenia z nazwiskiem, ale i posturą – Ptaszynę. Po jakimś czasie także on przemianował pseudonim na Ptaszyn. W pełnej wersji z nazwiskiem cudzysłowu w tym przypadku się nie stawia. I tak już zostało na zawsze, podobnie jak znak rozpoznawczy – słynna czapeczka.

Festiwal w Sopocie

Rok 1956 przejdzie do historii jeszcze z jednego powodu. To, co niedawno wydawało się niemożliwe, stawało się faktem. Zbliżała się polityczna odwilż. Na fali zmian, w Sopocie zorganizowano w sierpniu tego roku I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej. Tłumy zjechały do miasta, opanowały plażę, molo, świętowały wolność, której potwierdzeniem było choćby prawo do legalnego grania jazzu. Było to prawdziwe święto, podczas którego Ptaszyn wraz z Sekstetem Komedy mieli wystąpić. To był ich profesjonalny debiut i wielkie wydarzenie festiwalu. Byli jego objawieniem. Czy sceniczny sukces skłaniał do weryfikacji ewentualnych planów na życie? "Podczas pierwszego festiwalu w Sopocie było wiadomo, że po raz drugi nie da się już jazzu zabronić, więc otwierały się możliwości" – wspominał Ptaszyn Wróblewski w przywoływanej już audycji radiowej Tomasza Szatkowskiego. "Ale szczerze mówiąc, nie myślałem o jakimkolwiek zawodzie. Grałem, póki się dało, i nie martwiłem się o to, co będzie za dwa lata. Po prostu – było fajnie".

Nie był jedynym, który tak myślał. Niewielu wierzyło wtedy, że z grania jazzu będzie można żyć.

Po dwóch latach władze próbowały majstrować przy festiwalu, obawiając się, że swobody jest jednak za dużo. Drażniła parada w stylu nowoorleańskim, która rozpoczynała obie edycje, bo – zupełnie słusznie – kojarzyła się władzy z parodią pochodów pierwszomajowych. Kiedy zdecydowano, że w Sopocie (i Gdańsku) festiwal jazzowy już się nie odbędzie, inicjatywę przejęli warszawscy studenci. I tak kolejne jazzowe spotkanie odbyło się w stolicy w 1958 roku, a festiwal od tamtej pory nosi nazwę Jazz Jamboree.

Gdy w 1958 roku rozsypał się Sekstet Komedy, Ptaszyn podjął radykalną decyzję. Rzuca studia i przenosi się z Poznania do Krakowa. – W Krakowie było już całe towarzystwo – tłumaczy mi Jacek Wróblewski. – Tam Ptaszyn poszedł na studia muzyczne, choć tych też nie skończył, bo wszystko potoczyło się inaczej.

Jan Ptaszyn Wróblewski ze swoim kwartetem podczas występu w Piwnicy pod Baranami na Letnim Festiwalu Jazzowym, Kraków 2018. (Fot. Franek Vetulani / CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons)

International Newport Band

Latem 1958 roku George Wein, założyciel Newport Jazz Festival w USA, i Marshall Brown, dyrygent, zorganizowali w Warszawie przesłuchania do młodzieżowej orkiestry International Newport Band. Szukali młodych zdolnych. Konkurencja była ogromna, ale choć w tamtym czasie największymi talentami w polskim jazzie byli Trzaskowski, Komeda, Kurylewicz, to dostał się Wróblewski, który utrzymywał, że zadziałała prosta arytmetyka: do orkiestry potrzebowano aż pięciu saksofonistów, a pianisty tylko jednego…

To był prawdziwy przełom. Ptaszyn stał się pierwszym polskim jazzmanem oraz jedynym z krajów zza żelaznej kurtyny, który wystąpił na festiwalu jazzowym w Newport w 1958 roku.

Przez dwa tygodnie orkiestra odbywała próby, potem były nagrania dla telewizji, a wreszcie trzykrotnie zagrała na festiwalu, raz z samym Louisem Armstrongiem. – W USA na Ptaszyna zwrócił uwagę Tony Scott, amerykański klarnecista. Dlaczego właśnie na niego? Nie wiadomo. O ile w dzień muzycy ćwiczyli, o tyle noce były wolne. Scott zabierał go do nowojorskich klubów, które przed festiwalem były niemal "poligonami" ostatniej próby – opowiada Jacek Wróblewski. Wszyscy najwięksi grali w 1958 roku w Nowym Jorku (oprócz Duke’a Ellingtona), trzeba było tylko wiedzieć, gdzie i jak się  dostać do klubu. Scott doskonale wiedział, więc dla Ptaszyna te wędrówki były wielką lekcją jazzu – opowiada syn muzyka.

Ptaszyn faktycznie trafił na najlepszych. Szybko zrozumiał, jak wiele ma do nadrobienia, jeśli chodzi o technikę, ale grać chciał tym bardziej. Jednym ze znanych muzyków jazzowych, którzy zajęli się muzykami z orkiestry, był Gerry Mulligan. Na żywo Ptaszyn zobaczył choćby Billie Holiday, Johna Coltrane’a, Milesa Daviesa czy Sonny’ego Rollinsa – amerykańskiego mistrza saksofonu tenorowego.

Efekty prawie dwumiesięcznego pobytu w gronie muzyków jazzowych (poza USA orkiestra wystąpiła też w Europie Zachodniej) były widoczne około pół roku po powrocie do Polski. Zaczął grać inaczej.

Kariera

Ze Stanów Zjednoczonych przyjeżdża do Polski jako doświadczony muzyk. Powraca do zespołu Jazz Believers, założonego w 1958 roku przez Andrzeja Trzaskowskiego, ale już jako jego lider, i zaczyna wcielać w życie wiedzę zdobytą w USA. Zespół rozpadł się rok później.

To rozpadanie się, ciągłe zmiany składów, zakładanie własnych zespołów, ciągłe docieranie się będzie czymś charakterystycznym dla sceny jazzowej. – Największe nazwiska polskiego jazzu pojawiły się na przełomie lat 50. i 60. XX wieku. Tempo rozwoju było nieprawdopodobne, muzycy szukali swojej drogi – tłumaczy mi zjawisko Jacek Wróblewski. – Trzeba pamiętać, że bardzo niewielu ludzi trafiało do jazzu po studiach muzycznych, a nawet jeśli, to byli kompletnie nieprzygotowani do grania tego rodzaju muzyki. Mieli jednak podstawy, przede wszystkim dotyczące harmonii – opowiada. – W latach 70. Ptaszyn kilka lat praktycznie jeździł na koncerty ze Zbyszkiem Namysłowskim, ponieważ obaj w składzie mieli Wojtka Karolaka, który odpowiadał obu muzykom. Nie było internetu, wyłącznie dzięki poczcie pantoflowej polecano sobie muzyków – dodaje Wróblewski.

Jan Ptaszyn Wróblewski i jego Sekstet podczas koncertu w ramach Bielskiej Zadymki Jazzowej w 2016 roku. (Fot. Lucek Cykarski / Agencja Wyborcza.pl)

W życiu muzycznym Ptaszyna dzieje się dużo i szybko. W 1959 roku wraca do Poznania, gdzie organizuje swój kwintet. Rok później przenosi się do Warszawy i zakłada kwintet Jazz Outsiders. W 1963 roku jako członek formacji Polish Jazz Quartet wyjeżdża do Francji wraz z Wojciechem Karolakiem, Andrzejem Dąbrowskim i początkowo Romanem "Gucio" Dylągiem. Trzy lata później Ptaszyn zostaje bez zespołu, którego trzy czwarte składu wyjechało na kilkumiesięczny zarobek do Szwecji, który wydłużył się do kilku lat.

Jan Ptaszyn Wróblewski był założycielem lub członkiem także m.in. zespołów: Moderniści, Kwintetu Andrzeja Kurylewicza, Mainstreamu (płynącego nieco pod prąd obowiązujących wtedy nurtów jazzowych), Kwartetu Ptaszyna Wróblewskiego. Współpracował z radiowym zespołem rozrywkowym Jerzego Miliana, All Stars Swingtetem Jerzego "Dudusia" Matuszkiewicza, z Poznańską Piętnastką Radiową jako aranżer, kompozytor i solista.

Osobny rozdział to muzyczna prowokacja – Stowarzyszenie Popierania Prawdziwej Twórczości "Chałturnik", zespół działający w latach 1970–1977, trochę na złość krytykom, którzy niechętnie patrzyli wtedy na to, co nie było awangardą. A "Chałturnik" nie był, Ptaszyn postanowił bowiem sięgnąć do wczesnego swingu i nieco lżejszych form. Z zespołem współpracowały np. Ewa Bem, Łucja Prus czy Maryla Rodowicz.

"Generał polskiego jazzu"

Ewenementem w dorobku Jana Ptaszyna Wróblewskiego stało się Studio Jazzowe Polskiego Radia, którym kierował w latach 1967–1968 (studio działało do 1978 roku). Był to zespół, który nie miał ustalonego składu muzyków, a na nagrania ściągano najlepszych instrumentalistów, aranżerów. Występowali z nim na wielu festiwalach europejskich i na Jazz Jamboree, współpracując z takimi solistami, jak: Urszula Dudziak, Ewa Bem, Andrzej Dąbrowski, Krystyna Prońko, Andrzej Zaucha. Każdy nowy, ciekawy artysta musiał się pojawić w Studiu.

Ptaszyn był także twórcą wielu przebojów muzyki rozrywkowej. Komponował piosenki m.in. dla wspomnianych już: Ewy Bem ("Żyj kolorowo"), Andrzeja Dąbrowskiego ("Zielono mi"), Maryli Rodowicz czy zespołu Alibabki. W swoim muzycznym życiu miał również kilkumiesięczne występy na statkach (jeden ze sposobów zarobkowania), a z drugiej strony tworzył ogromne symfoniczne projekty.

Był "generałem polskiego jazzu" jak go wielu nazywa

Poznan nad Jeziorem Strzeszynskim . Enter Enea Music Festival 2023 . Czterodniowy festiwal muzyki jazzowej w plenerze na plazy w Strzeszynku . Jan Ptaszyn Wroblewski (Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl)

Trzy kwadranse jazzu

Osobny rozdział w jego dorobku zajmują "Trzy kwadranse jazzu". Nie ma chyba osoby w Polsce, która by o nich nie słyszała, nawet jeśli ich nie słuchała. Sygnał inaugurujący audycję – "La Nevada" Gila Evansa – stał się jej znakiem rozpoznawczym. Audycję w radiowej Trójce prowadził Ptaszyn nieprzerwanie od 1970 roku aż do swojej śmierci. 54 lata! Raz wziął urlop i potem nigdy więcej tego nie zrobił, bo uważał, że zastępstwo nie sprostało wymaganiom słuchaczy.

Sam był zawsze przygotowany, jak opowiada Jacek Wróblewski, zapisywał cały scenariusz godzinnej audycji (w domowym archiwum na szczęście się one zachowały) i choć potem w te zapiski nie zerkał, to ważne, że były. Jego miłość do radia zrodziła się w czasach, gdy słuchał audycji "Jazz Hour". To wtedy marzył sobie, że wspaniale byłoby móc ludziom opowiadać o jazzie tak, jak robił to Willis Conover.

Swojego mistrza Ptaszyn spotkał w Newport w 1958 roku. Z kolei Conover odwiedził Polskę w 1959 roku. "Trzy kwadranse jazzu" – inspirowane jego programem – stały się audycją i dla branży, i dla tzw. zwykłego słuchacza. Jeśli jakiś muzyk wracał z zagranicy, nie mogło się obyć bez wizyty w programie i bez opowieści o nowych trendach, a zwłaszcza bez wysłuchania płyt przywożonych do kraju. Warto pamiętać, że do lat 90. XX wieku płyt tych nie można było kupić w sklepach.

Zobacz wideo Czy świadomość posiadania wyboru może być obciążeniem dla człowieka?

Mistrz

– Warsztaty jazzowe wynikały z nieustającego zapotrzebowania na dobrze przyuczonych muzyków grających na określonych instrumentach – tłumaczy mi Jacek Wróblewski. – Na przykład do końca lat 70. było do wzięcia tylko dwóch basistów z prawdziwego zdarzenia. Kiedy powstało Studio Polskiego Radia, okazało się, że brakuje perkusistów i trzeba było wypożyczać ich z innych zespołów. Zresztą warsztaty trwają do dziś, bo nawet studia jazzowe nie dają pełni umiejętności. Dobrze to wyjaśnia Staszek Sojka, podkreślając, że absolwenci studiów przychodzą już z tą wiedzą, którą jego pokolenie i starsze musiało wypracować, ale potrzebują szlifu. – Ptaszyn miał oko do muzyków. Kiedy Leszek Możdżer zaczynał grać, był przekonany, że zrobi karierę. Podobnie było w przypadku Mateusza Smoczyńskiego, a także Kajetana Galasa, z którym bardzo lubił pracować – mówi Jacek Wróblewski.

Od lat 80. niemal do końca życia będzie szukać talentów i je wspierać. Zaczęło się od Ligi Gentlemanów – idei wiążącej doświadczonych muzyków i debiutantów. Potem podczas warsztatów w Chodzieży okazało się, że debiutanci są świetnymi muzykami i jako regularny zespół The New Presentation zadebiutowali z Janem Ptaszynem Wróblewskim w 1982 roku w klubie Akwarium w składzie: Jerzy Głód, Jacek Niedziela, Wojciech Niedziela, Robert Majewski oraz – zupełnie nie debiutant, lecz doskonały muzyk – Henryk Miśkiewicz. Do końca lat 80. takich grup "debiutantów" powstanie jeszcze kilka. Lata 90. to czas "Czwartetu" z ewoluującymi składami, który potem stał się po prostu kwartetem.

Jaki był?

– Był raczej człowiekiem introwertycznym, lubił spokój, źle się czuł w tłumie. Lubił spotykać się z ludźmi i rozmawiać, ale pilnował, by nie przekraczać pewnych granic. Z czasów dziecięcych pamiętam ojca raczej jako gościa w domu – odpowiada Jacek Wróblewski. – Żeby zarobić na życie, trzeba było tyrać, bo tzw. stawki nie rozpieszczały. Trzeba też było się stale rozwijać, czyli grać. Potem dorosłem i poszedłem swoją drogą, a menedżerem ojca stałem się, kiedy okazało się, że on już nie widzi – wspomina Wróblewski. – W ostatnich dwóch latach ograniczaliśmy jego aktywność najpierw do koncertów nie częściej niż co dwa tygodnie, a w ostatnim czasie raz na miesiąc. Coraz gorzej znosił podróże, z zagranicznych musieliśmy już dawno zrezygnować, a zaproszenia mieliśmy choćby z Norwegii, Niemiec czy Holandii – dodaje.

Jan Ptaszyn Wróblewski zmarł 7 maja 2024 roku w Warszawie.

Podczas Enter Enea Festivalu Leszek Możdżer i Tomasz Wendt zagrali kompozycję "Jakie chcesz mieć dzisiaj sny". Na facebookowym koncie Ptaszyna pojawił się post o treści: 

"Dwaj wielcy spośród kilku, których Ptaszyn cenił szczególnie. Mawiał: Teraz to ja powinienem za nimi nosić nuty i instrumenty. Leszek Możdżer i Tomek Wendt ku pamięci Ptaszyna: 'Jakie chcesz mieć dzisiaj sny'. Bardzo, bardzo dziękujemy za ten gest. Kompozycja miała dla Ptaszyna szczególne znaczenie. Napisał ją ćwierć wieku temu, kiedy co wieczór siadał przy łóżku kilkuletniej wnuczki i ustalali razem, o czym będą śnić w nocy. Prawo uczestniczenia w tych naradach miał tylko kot".

Lidia Raś. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, dziennikarka, redaktorka. Kiedyś m.in. w Dzienniku Gazecie Prawnej, obecnie w Weekend.gazeta.pl. Pasjonatka teatru i literatury, wielbicielka czeskiej Pragi i polskich gór.