OJCIEC
Pochodził z Gwoźdźca koło Kołomyi, dzisiaj to Ukraina. Był asystentem w mechanicznej stacji doświadczalnej na Politechnice Lwowskiej. Pewnego lata zjawił się z grupą studentów w posiadłości dziadka Babisza pod Lwowem. Tam zobaczył moją matkę, rozpieszczoną jedynaczkę, trochę ekscentryczną artystkę. Zakochał się od razu. Matka postanowiła wyjść za niego, chociaż był od niej starszy o osiemnaście lat. Chciała udowodnić swojej przybranej matce, drugiej żonie dziadka, że nikt nie będzie za nią decydował o jej przyszłości.*
Rodzice nie byli dobranym małżeństwem, różnili się we wszystkim, matka była energiczna, niespokojna, a ojciec wyciszony, coraz bardziej zamknięty w sobie. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek podniósł głos, nie kłócili się, nie było awantur, krzyków, ale to nie był szczęśliwy dom. Po wyrzuceniu nas ze Lwowa ojciec popadł w depresję. Do końca życia powtarzał, że gdyby tylko mógł, wziąłby ręczny wózek i wrócił tam na piechotę. Myślę, że mentalnie nigdy nie opuścił Lwowa. Słabo odnajdował się w nowej rzeczywistości, w nowym miejscu.
Ojciec nie przepadał za sztuką, był typem domatora, opera i teatr nudziły go. Matka śmiała się, że lubi orkiestry dęte. Miał inne zainteresowania, grał w szachy, nauczył mnie podstaw, na ósme urodziny dostałem od niego podręcznik Czarnieckiego do nauki gry w szachy. Mam go do dzisiaj.
Pamiętam, jak nad ranem przyszło do nas UB, byki w mundurach, z pepeszami. Zrobili rewizję, wywalili wszystko z szaf i zabrali ojca. Długo go nie było, wrócił do domu po paru miesiącach. Potem okazało się, że zabrali go do więzienia, bo nie zarejestrował się na liście do głosowania w wyborach do Sejmu w 1947 roku, uznali go za wroga publicznego.
Ojciec stopniowo wycofywał się z czynnego życia. Zwolnili go ze stanowiska kierownika biblioteki Politechniki Śląskiej, zabrali wtedy meble z naszego mieszkania, bo były własnością uczelni. Zostaliśmy bez stołu i krzeseł. Potem zatrudnił się w fabryce sadzy technicznej, był kierownikiem, ale odmówił wstąpienia do PZPR i wyrzucono go z pracy. Załamał się, pamiętam do dziś ton jego głosu, kiedy powtarzał: "Co teraz Wojtuś będzie jadł?".
Miał wysokie ciśnienie, poszedł do szpitala, ale uciekł stamtąd, myślę, że był w głębokiej depresji. Próbował się powiesić — na klamce, na swoim krawacie. Ciśnienie skoczyło, dostał wylewu i znowu trafił do szpitala. Po trzech dniach umarł. Miał sześćdziesiąt cztery lata. Mogę powiedzieć, że umarł z tęsknoty.
Poszliśmy z matką do kostnicy, pożegnać się. Dotknąłem go i poczułem, że to już nie jest mój ojciec, że jego już tam nie ma. Miałem trzynaście lat. Zostałem sam z matką, bracia opuścili dom, usamodzielnili się i wyjechali z Gliwic.
MATKA
Musiała zorganizować dom od nowa, miała trzech synów do wykarmienia i męża bezradnego jak dziecko.
Miała silny charakter, ja chyba mam ten charakter po niej. Drobny epizod zadecydował o całym jej życiu, o tym, że wyrzekła się miłości. Gdy ojciec starał się o nią, przychodził do niej też Lusiu Rehan, student medycyny. Matka kochała się w nim skrycie, a on w niej. Pewnego dnia zobaczyła przez okno, że Lusiu, witając się z jakąś robotnicą z fabryki, całuje ją w rękę. To był dla matki taki szok, że aby zrobić mu na złość, wyszła za Pszoniaka. Urodziła mu trzech synów i córkę, która umarła.
Wyobraź sobie, że po latach Jurek, który był wtedy oficerem i mieszkał w Opolu, znalazł w lokalnej gazetce artykuł o dyrektorze szpitala, który nazywał się Lucjan Rehan. Wysłał matce wycinek, a ona napisała do gazety i dostała jego adres. Spotkali się po latach, on nigdy nikogo nie kochał tak jak jej, a ona ciągle kochała jego.
W głębi duszy uważała, że popełniła mezalians. Kiedyś przyznała się, że gdyby nie my, jej trzej synowie, dawno odeszłaby od ojca. Nie wiem, jak to się stało, że urodziła się w pałacu Tarnowskich w Dzikowie. Może zanim trafił do Lwowa, dziadek Babisz pracował w tamtejszej pałacowej wytwórni wódek? Kilka lat temu, kiedy graliśmy gościnnie w Tarnobrzegu spektakl "Nasze żony", zwiedziłem przy okazji zamek Tarnowskich, w którym mieści się obecnie muzeum historyczne miasta. W kronice Tarnowskich odnalazłem wpis o narodzinach Henryki Babisz, mojej matki.
Po śmierci ojca zostaliśmy z matką tylko we dwoje. Nasiąkałem jej sensualnością, artystycznym odbieraniem świata i niepohamowaną potrzebą zwracania na siebie uwagi. Była zespolona ze sztuką, z operą, kochała malarstwo. Chciała, żebym podzielał jej pasje i zainteresowania, żebym stał się jej towarzyszem w artystycznym życiu. Starała się formować mnie według swoich zasad i była w tym bezwzględna.
Kiedy się urodziłem, miała trzydzieści parę lat, ojciec był już po pięćdziesiątce. Starsi bracia szybko się usamodzielnili. W pewnym sensie byłem jej deską ratunku, zabierała mnie na koncerty, do teatru, do operetki, obowiązkowo w krótkich spodniach, bo byłem jeszcze dzieckiem. Wstyd straszny. Kiedy się buntowałem, słyszałem, że tylko dzieci stróża chodzą w długich spodniach. Na koncertach się nudziłem, ale operetka mi się podobała. Pamiętam do dziś "Zemstę nietoperza" z Marią Artykiewicz, oczywiście od razu się w niej zakochałem.
Moje życie z matką było skomplikowane, w miarę jak dorastałem, coraz bardziej starała się mnie kształtować, a ja stawiałem coraz większy opór, traciłem z nią kontakt. Próbowała mnie złamać, ale byłem hardy, nie chciałem się podporządkować. Myślę, że gdybym był słabszy, mogłoby to się źle skończyć.
Uważasz, że to walka z matką zaprowadziła cię na scenę?
Gdyby ojciec pchnął mnie na przykład w świat logiki, to może dziś zajmowałbym się wyższą matematyką. Ale matka wepchnęła mnie w artystyczne przyjmowanie świata, to wyzwoliło we mnie jakąś wrażliwość. Na Śląsku byłem otoczony chłopakami, którzy grali w piłkę, a ja pisałem wiersze. Teatr był pretekstem, żeby wyrazić tę wrażliwość. Matka, muzyka, sztuka — to tworzyło całość.
Niedawno doznałem olśnienia, że była moim pierwszym nauczycielem aktorstwa, nie w sensie pedagogicznym, ale fundamentalnym, źródłowym. Wszystko, co działo się z Antkiem i ze mną, wynikało w jakimś stopniu z jej niespełnionych artystycznych marzeń. Miała w sobie coś takiego, że nie reagowała na słowa, ale reagowała na ekspresję. Kiedy nie chciałem iść do szkoły i mówiłem, że boli mnie głowa, puszczała to mimo uszu. Natomiast kiedy pokazywałem, że źle się czuję, że coś mi jest, stwierdzała od razu: "Nigdzie nie idziesz, zostajesz w łóżku". Myślę, że ten najwcześniejszy sposób komunikacji między nami przełożył się na moją ekspresję. Do dzisiaj zamiast oznajmiać coś słowami, wolę to pokazać.
Dla aktora ekspresja to baza, coś w rodzaju niepowtarzalnego języka. Postaw dziesięciu ludzi obok siebie, każdy będzie miał inną ekspresję, inaczej będzie wyrażał emocje. Ja swoją zawdzięczam matce, tak samo jak rodzaj smutnego śmiechu, który łączy się z tragedią. Dlatego kocham klauna, bo ta cyrkowa figura jest mi bardzo bliska. Widzę w niej tę samą siłę przetrwania, którą miała matka. Ciągle wracała do czasów utraconej świetności jej rodziny, trzymała się dawnego mieszczańskiego stylu życia. Nie wyobrażała sobie wyjścia z domu bez kapelusza i rękawiczek. W Gliwicach na Bytomskiej była modniarka, która szyła dla niej kapelusze. Matka nie dopuszczała do świadomości, że nadeszły czasy gumiaków, łopat i budowy socjalizmu. Cały czas żyła w pękniętej rzeczywistości, a ja razem z nią.
Jak przyjęła fakt, że zdałeś do szkoły teatralnej?
To było po jej myśli, dwaj synowie w teatrze. Antek był jej oczkiem w głowie, ja nie za bardzo. Była już sama, starsza, chorowała na raka i ciągle jeszcze nie wierzyła we mnie — a może wierzyła, a tylko mówiła, że nic ze mnie nie będzie, żeby nie zapeszyć.
Problem polegał na tym, że wszystko, co robiłem, nie mieściło się w kręgu jej wyobrażeń. Kiedyś podczas kłótni i pretensji, że nie wiadomo, co robię od rana do nocy, zaskoczyłem ją: "Niech mama dzisiaj stanie przy oknie o jedenastej i popatrzy w niebo. Jak mama zobaczy małego spadającego ptaka — to będę ja". W aeroklubie w Ligocie Dolnej skończyłem kurs szybowcowy, trenowałem skoki ze spadochronem. Miałem szesnaście lat i matka nic o tym nie wiedziała.
Miała ograniczony, mieszczański pogląd na świat i nie tolerowała żadnych od niego odstępstw. Nie była w stanie pojąć głębi natury ludzkiej pokazanej u Dostojewskiego, ale była szczęśliwa, kiedy widziała mnie na scenie w "Biesach". Niestety, nie zdążyła zobaczyć "Ziemi obiecanej", żałuję, bo postać Moryca Welta miała tę samą siłę przetrwania, którą widziałem u niej, tę samą filozofię śmiechu na krawędzi rozpaczy. Ja się w tym wychowałem, nasiąkałem kulturą żydowską. Dlatego jestem blisko tej filozofii i tego poczucia humoru. Natychmiast widzę, co jest prawdziwe, a co przebrane. Jestem uczulony na antysemityzm i kiedy słyszę określenie "żydek", od razu się jeżę. W naszym domu nigdy nie było bogoojczyźnianego patriotyzmu, wyrastałem w kosmopolitycznej atmosferze, wśród opowieści o Węgrach, Żydach, o Polakach i Ukraińcach. Może stąd bierze się ten mój lęk przed patriotyzmem ufundowanym na nacjonalizmie.
Po Ziemi obiecanej i po Korczaku pytaniem, które najczęściej ci zadawano, było to, czy jesteś Żydem i skąd tak dobrze znasz świat, którego już nie ma.
Jestem mieszanką ormiańsko-węgiersko-polską, matka twierdziła, że w rodzinie babci Seredyńskiej była też odnoga kreolska. Dlatego wszyscy wujkowie i ciocia Lola byli ciemni, mieli czarne włosy, oliwkową cerę — południowy typ urody. Jest jakaś tajemnica w mojej rodzinie, związana z tym, że w czasie pogromów w Rosji Żydzi podawali się za Ormian i być może stąd wzięła się ta egzotyczna kreolsko-ormiańska krew. Moja matka była katoliczką, chodziła do kościoła, ale tylko wtedy, gdy nie było w nim ludzi, bo mówiła, że nienawidzi dewotek. Znała też modlitwy w jidysz. Średni brat Antek był smagły, świetnie zbudowany, kręcone czarne włosy, typ semicki. Natomiast starszy Jurek i ja odziedziczyliśmy geny ojca, jasne włosy, biała skóra, północna rasa. Dlatego kiedy dołączyłem do Antka w Starym Teatrze, nikt nie mógł nas pomylić.
*Publikujemy wyjątek książki Małgorzaty Terleckiej - Reksnis "Pszoniak. Fragmenty", która ukazała się 27 maja 2024 roku nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.


