Biografie
Wojciech Pszoniak podczas premiery filmu 'Z Gliwic do Paryża'. 2010 rok (Fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Wyborcza.pl)
Wojciech Pszoniak podczas premiery filmu 'Z Gliwic do Paryża'. 2010 rok (Fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Wyborcza.pl)

OJCIEC

Pochodził z Gwoźdźca koło Kołomyi, dzisiaj to Ukraina. Był asystentem w mechanicznej stacji doświadczalnej na Politechnice Lwowskiej. Pewnego lata zjawił się z grupą studentów w posiadłości dziadka Babisza pod Lwowem. Tam zobaczył moją matkę, rozpieszczoną jedynaczkę, trochę ekscentryczną artystkę. Zakochał się od razu. Matka postanowiła wyjść za niego, chociaż był od niej starszy o osiemnaście lat. Chciała udowodnić swojej przybranej matce, drugiej żonie dziadka, że nikt nie będzie za nią decydował o jej przyszłości.*

Rodzice nie byli dobranym małżeństwem, różnili się we wszystkim, matka była energiczna, niespokojna, a ojciec wyciszony, coraz bardziej zamknięty w sobie. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek podniósł głos, nie kłócili się, nie było awantur, krzyków, ale to nie był szczęśliwy dom. Po wyrzuceniu nas ze Lwowa ojciec popadł w depresję. Do końca życia powtarzał, że gdyby tylko mógł, wziąłby ręczny wózek i wrócił tam na piechotę. Myślę, że mentalnie nigdy nie opuścił Lwowa. Słabo odnajdował się w nowej rzeczywistości, w nowym miejscu.

Konferencja prasowa przed wystawieniem opery 'Człowiek z manufaktury'. 2019 rok (Fot. Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Ojciec nie przepadał za sztuką, był typem domatora, opera i teatr nudziły go. Matka śmiała się, że lubi orkiestry dęte. Miał inne zainteresowania, grał w szachy, nauczył mnie podstaw, na ósme urodziny dostałem od niego podręcznik Czarnieckiego do nauki gry w szachy. Mam go do dzisiaj.

Pamiętam, jak nad ranem przyszło do nas UB, byki w mundurach, z pepeszami. Zrobili rewizję, wywalili wszystko z szaf i zabrali ojca. Długo go nie było, wrócił do domu po paru miesiącach. Potem okazało się, że zabrali go do więzienia, bo nie zarejestrował się na liście do głosowania w wyborach do Sejmu w 1947 roku, uznali go za wroga publicznego.

Ojciec stopniowo wycofywał się z czynnego życia. Zwolnili go ze stanowiska kierownika biblioteki Politechniki Śląskiej, zabrali wtedy meble z naszego mieszkania, bo były własnością uczelni. Zostaliśmy bez stołu i krzeseł. Potem zatrudnił się w fabryce sadzy technicznej, był kierownikiem, ale odmówił wstąpienia do PZPR i wyrzucono go z pracy. Załamał się, pamiętam do dziś ton jego głosu, kiedy powtarzał: "Co teraz Wojtuś będzie jadł?".

Próba spektaklu 'Wasza ekscelencja' w Teatrze Współczesnym. 2006 rok (Fot. Jacek Łagowski / Agencja Wyborcza.pl)

Miał wysokie ciśnienie, poszedł do szpitala, ale uciekł stamtąd, myślę, że był w głębokiej depresji. Próbował się powiesić — na klamce, na swoim krawacie. Ciśnienie skoczyło, dostał wylewu i znowu trafił do szpitala. Po trzech dniach umarł. Miał sześćdziesiąt cztery lata. Mogę powiedzieć, że umarł z tęsknoty.

Poszliśmy z matką do kostnicy, pożegnać się. Dotknąłem go i poczułem, że to już nie jest mój ojciec, że jego już tam nie ma. Miałem trzynaście lat. Zostałem sam z matką, bracia opuścili dom, usamodzielnili się i wyjechali z Gliwic.

MATKA

Musiała zorganizować dom od nowa, miała trzech synów do wykarmienia i męża bezradnego jak dziecko.

Wojciech Pszoniak, Daniel Olbrychski i Andrzej Seweryn odciskają dłonie na tablicy pamiątkowej. Premiera rekonstrukcji cyfrowej 'Ziemi obiecanej'. 2012 rok (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

Miała silny charakter, ja chyba mam ten charakter po niej. Drobny epizod zadecydował o całym jej życiu, o tym, że wyrzekła się miłości. Gdy ojciec starał się o nią, przychodził do niej też Lusiu Rehan, student medycyny. Matka kochała się w nim skrycie, a on w niej. Pewnego dnia zobaczyła przez okno, że Lusiu, witając się z jakąś robotnicą z fabryki, całuje ją w rękę. To był dla matki taki szok, że aby zrobić mu na złość, wyszła za Pszoniaka. Urodziła mu trzech synów i córkę, która umarła.

Wyobraź sobie, że po latach Jurek, który był wtedy oficerem i mieszkał w Opolu, znalazł w lokalnej gazetce artykuł o dyrektorze szpitala, który nazywał się Lucjan Rehan. Wysłał matce wycinek, a ona napisała do gazety i dostała jego adres. Spotkali się po latach, on nigdy nikogo nie kochał tak jak jej, a ona ciągle kochała jego.

W głębi duszy uważała, że popełniła mezalians. Kiedyś przyznała się, że gdyby nie my, jej trzej synowie, dawno odeszłaby od ojca. Nie wiem, jak to się stało, że urodziła się w pałacu Tarnowskich w Dzikowie. Może zanim trafił do Lwowa, dziadek Babisz pracował w tamtejszej pałacowej wytwórni wódek? Kilka lat temu, kiedy graliśmy gościnnie w Tarnobrzegu spektakl "Nasze żony", zwiedziłem przy okazji zamek Tarnowskich, w którym mieści się obecnie muzeum historyczne miasta. W kronice Tarnowskich odnalazłem wpis o narodzinach Henryki Babisz, mojej matki.

Po śmierci ojca zostaliśmy z matką tylko we dwoje. Nasiąkałem jej sensualnością, artystycznym odbieraniem świata i niepohamowaną potrzebą zwracania na siebie uwagi. Była zespolona ze sztuką, z operą, kochała malarstwo. Chciała, żebym podzielał jej pasje i zainteresowania, żebym stał się jej towarzyszem w artystycznym życiu. Starała się formować mnie według swoich zasad i była w tym bezwzględna.

Spotkanie w Łodzi. 2014 rok (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)

Kiedy się urodziłem, miała trzydzieści parę lat, ojciec był już po pięćdziesiątce. Starsi bracia szybko się usamodzielnili. W pewnym sensie byłem jej deską ratunku, zabierała mnie na koncerty, do teatru, do operetki, obowiązkowo w krótkich spodniach, bo byłem jeszcze dzieckiem. Wstyd straszny. Kiedy się buntowałem, słyszałem, że tylko dzieci stróża chodzą w długich spodniach. Na koncertach się nudziłem, ale operetka mi się podobała. Pamiętam do dziś "Zemstę nietoperza" z Marią Artykiewicz, oczywiście od razu się w niej zakochałem.

Moje życie z matką było skomplikowane, w miarę jak dorastałem, coraz bardziej starała się mnie kształtować, a ja stawiałem coraz większy opór, traciłem z nią kontakt. Próbowała mnie złamać, ale byłem hardy, nie chciałem się podporządkować. Myślę, że gdybym był słabszy, mogłoby to się źle skończyć.

Na planie filmu 'Kret'. 2010 rok (Fot. Marta Błażejowska / Agencja Wyborcza.pl)

Uważasz, że to walka z matką zaprowadziła cię na scenę?

Gdyby ojciec pchnął mnie na przykład w świat logiki, to może dziś zajmowałbym się wyższą matematyką. Ale matka wepchnęła mnie w artystyczne przyjmowanie świata, to wyzwoliło we mnie jakąś wrażliwość. Na Śląsku byłem otoczony chłopakami, którzy grali w piłkę, a ja pisałem wiersze. Teatr był pretekstem, żeby wyrazić tę wrażliwość. Matka, muzyka, sztuka — to tworzyło całość.

Niedawno doznałem olśnienia, że była moim pierwszym nauczycielem aktorstwa, nie w sensie pedagogicznym, ale fundamentalnym, źródłowym. Wszystko, co działo się z Antkiem i ze mną, wynikało w jakimś stopniu z jej niespełnionych artystycznych marzeń. Miała w sobie coś takiego, że nie reagowała na słowa, ale reagowała na ekspresję. Kiedy nie chciałem iść do szkoły i mówiłem, że boli mnie głowa, puszczała to mimo uszu. Natomiast kiedy pokazywałem, że źle się czuję, że coś mi jest, stwierdzała od razu: "Nigdzie nie idziesz, zostajesz w łóżku". Myślę, że ten najwcześniejszy sposób komunikacji między nami przełożył się na moją ekspresję. Do dzisiaj zamiast oznajmiać coś słowami, wolę to pokazać.

Dla aktora ekspresja to baza, coś w rodzaju niepowtarzalnego języka. Postaw dziesięciu ludzi obok siebie, każdy będzie miał inną ekspresję, inaczej będzie wyrażał emocje. Ja swoją zawdzięczam matce, tak samo jak rodzaj smutnego śmiechu, który łączy się z tragedią. Dlatego kocham klauna, bo ta cyrkowa figura jest mi bardzo bliska. Widzę w niej tę samą siłę przetrwania, którą miała matka. Ciągle wracała do czasów utraconej świetności jej rodziny, trzymała się dawnego mieszczańskiego stylu życia. Nie wyobrażała sobie wyjścia z domu bez kapelusza i rękawiczek. W Gliwicach na Bytomskiej była modniarka, która szyła dla niej kapelusze. Matka nie dopuszczała do świadomości, że nadeszły czasy gumiaków, łopat i budowy socjalizmu. Cały czas żyła w pękniętej rzeczywistości, a ja razem z nią.

Gala wręczenia nagród na 34 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni (fot. Kamil Gozdan / Agencja Wyborcza.pl)

Jak przyjęła fakt, że zdałeś do szkoły teatralnej?

To było po jej myśli, dwaj synowie w teatrze. Antek był jej oczkiem w głowie, ja nie za bardzo. Była już sama, starsza, chorowała na raka i ciągle jeszcze nie wierzyła we mnie — a może wierzyła, a tylko mówiła, że nic ze mnie nie będzie, żeby nie zapeszyć.

Problem polegał na tym, że wszystko, co robiłem, nie mieściło się w kręgu jej wyobrażeń. Kiedyś podczas kłótni i pretensji, że nie wiadomo, co robię od rana do nocy, zaskoczyłem ją: "Niech mama dzisiaj stanie przy oknie o jedenastej i popatrzy w niebo. Jak mama zobaczy małego spadającego ptaka — to będę ja". W aeroklubie w Ligocie Dolnej skończyłem kurs szybowcowy, trenowałem skoki ze spadochronem. Miałem szesnaście lat i matka nic o tym nie wiedziała.

Festiwal gwiazd w Filharmonii Bałtyckiej. 2006 rok (Fot. Przemysław Kozłowski / Agencja Wyborcza.pl)

Miała ograniczony, mieszczański pogląd na świat i nie tolerowała żadnych od niego odstępstw. Nie była w stanie pojąć głębi natury ludzkiej pokazanej u Dostojewskiego, ale była szczęśliwa, kiedy widziała mnie na scenie w "Biesach". Niestety, nie zdążyła zobaczyć "Ziemi obiecanej", żałuję, bo postać Moryca Welta miała tę samą siłę przetrwania, którą widziałem u niej, tę samą filozofię śmiechu na krawędzi rozpaczy. Ja się w tym wychowałem, nasiąkałem kulturą żydowską. Dlatego jestem blisko tej filozofii i tego poczucia humoru. Natychmiast widzę, co jest prawdziwe, a co przebrane. Jestem uczulony na antysemityzm i kiedy słyszę określenie "żydek", od razu się jeżę. W naszym domu nigdy nie było bogoojczyźnianego patriotyzmu, wyrastałem w kosmopolitycznej atmosferze, wśród opowieści o Węgrach, Żydach, o Polakach i Ukraińcach. Może stąd bierze się ten mój lęk przed patriotyzmem ufundowanym na nacjonalizmie.

Zobacz wideo Za zamknięcie ulicy na trzy godziny zapłacili milion dolarów. Dla jednej sceny filmowej

Po Ziemi obiecanej i po Korczaku pytaniem, które najczęściej ci zadawano, było to, czy jesteś Żydem i skąd tak dobrze znasz świat, którego już nie ma.

Jestem mieszanką ormiańsko-węgiersko-polską, matka twierdziła, że w rodzinie babci Seredyńskiej była też odnoga kreolska. Dlatego wszyscy wujkowie i ciocia Lola byli ciemni, mieli czarne włosy, oliwkową cerę — południowy typ urody. Jest jakaś tajemnica w mojej rodzinie, związana z tym, że w czasie pogromów w Rosji Żydzi podawali się za Ormian i być może stąd wzięła się ta egzotyczna kreolsko-ormiańska krew. Moja matka była katoliczką, chodziła do kościoła, ale tylko wtedy, gdy nie było w nim ludzi, bo mówiła, że nienawidzi dewotek. Znała też modlitwy w jidysz. Średni brat Antek był smagły, świetnie zbudowany, kręcone czarne włosy, typ semicki. Natomiast starszy Jurek i ja odziedziczyliśmy geny ojca, jasne włosy, biała skóra, północna rasa. Dlatego kiedy dołączyłem do Antka w Starym Teatrze, nikt nie mógł nas pomylić.

*Publikujemy wyjątek książki Małgorzaty Terleckiej - Reksnis "Pszoniak. Fragmenty", która ukazała się 27 maja 2024 roku nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.