Scen, w których Wilhelmi wspina się na aktorski Mount Everest, jest wiele. Udaje mu się coś wyjątkowego. Tworzy postać Dyzmy na charakterystycznych gestach, minach, ruchach. Jest tak sugestywny, dziś powiedzielibyśmy: ikoniczny, że żaden inny Dyzma nie wchodzi w grę.*
Kto wie, może serial podzieli los "Znachora" i doczeka się innej, niekoniecznie lepszej wersji na platformie streamingowej. Choć nie wyobrażam sobie śmiałka, który zmierzyłby się z postacią cudownego oszusta. "Kariera Nikodema Dyzmy" nie byłaby taka sama, gdyby nie aktorzy. Grażyna Barszczewska, czyli Nina Ponimirska, która wychodzi za mąż za dorobkiewicza Kunickiego, jest zabawna, zmysłowa i lekka jak poranna mgiełka. Choć aktorka także zastanawiała się, czy wystąpić w serialu.
Grażyna Barszczewska: Na początku miałam wątpliwości. Przeczytałam znakomitą zresztą powieść, ale Nina Ponimirska wydawała mi się zbyt amancka, mało charakterystyczna, po prostu niewiele do zagrania. W tym czasie rezygnowałam już z ról dekoracyjnych amantek, pociągały mnie bardziej skomplikowane, charakterystyczne postacie. Moim wątpliwościom zaprzeczył reżyser Jan Rybkowski, mówiąc: "Pani jest amantką, ale z pieprzem".
Celne spostrzeżenie. Tak zatytułowała pani swoją biografię. A jak do Dyzmy podchodził Wilhelmi?
Myślę, że mimo pewnych zawirowań Romek od początku wiedział, że to jest rola dla niego. Czuł to. Zresztą Nikodema Dyzmę zagrał genialnie. To jedna z jego wielkich ról.
Jaka panowała atmosfera na planie? Współpraca z Wilhelmim układała się dobrze?
Było bardzo pracowicie, ale sprawnie, miło. Nie słyszałam, żeby pojawiały się jakieś problemy z kondycją Romka. Poza tym sekretarką planu była Liliana, partnerka Romka, i go pilnowała. Wiele zdjęć kręciliśmy w Zaborowie, czyli w moim pałacu – pałacu Niny Ponimirskiej. Tam też ekipa spędzała czas po zdjęciach. Pamiętam jeden dyskotekowy niemalże wieczór z wyluzowanym Bronkiem Pawlikem, moim filmowym mężem. Ale to nie były przedłużone biesiady, bo rano należało wstać na zdjęcia i być w formie. Poza tym miałam wtedy małe dziecko. Kiedy tylko mogłam, wracałam po zdjęciach do Warszawy. Kiedyś, pamiętam, zdjęcia się przedłużyły i musiałam nocować w pałacu, bo skoro świt zaczynałam pracę. Produkcja dała mi wytworny pokój i piękną, koronkową pościel. Tylko że kiedy obudziłam się rano… miałam odciśniętą koronkę na pół twarzy. A czekała mnie od razu scena z Romkiem, jak to mówił mój synek, miłościwa. Mieliśmy zacząć sceną pocałunku, potem był dialog. Kiedy pokazałam się na planie, Marek Nowicki, operator i reżyser "Kariery...", był przerażony. Po chwili zdecydował, że na początku kamera będzie kadrowała tylko moją nieozdobioną koronką połowę twarzy, zanim ta "wyhaftowana" nie wróci do gładkości. Kiedy poszedł klaps, Romek w ferworze emocji zaczął mnie okręcać! Chciał, żeby jego twarz podczas dialogu była widoczna. Ale ja się nie dałam. Mocowaliśmy się więc tak, to w jedną, to w drugą stronę, aż padło: "Zapaśnicy stop!". Ekipa się zagotowała. Powtarzaliśmy jeszcze raz.
Nawet podczas sceny z panią włączał się u niego gen rywalizacji? Przecież byliście zaprzyjaźnieni!
To było silniejsze od Romka. Czasem trudno mu było powściągnąć emocje na planie. Ale generalnie na scenie, w pracy, był uczciwy. Potrafił poskromić swoje wielkie ego i to było cudowne. Takie podejście zdarza się tylko wielkim aktorom, którzy do reszty utożsamiają się z graną postacią. Ważne jest, żeby te dwa aktorskie konie równo szły w zaprzęgu. Jeżeli mój partner kuleje, ja też jestem gorsza.
Izabela Trojanowska, czyli Kasia Kunicka, na planie ma dwadzieścia pięć lat, jest niebywale atrakcyjna i przyciąga wzrok oryginalną urodą. Po latach wspomina:
"W 'Karierze Nikodema Dyzmy' jest scena, w której moja bohaterka, Kasia, decyduje przespać się z Dyzmą, żeby chronić przed nim Ninę, swoją macochę, w której jest zakochana. Kasia chce bowiem, żeby Dyzma zostawił Ninę w spokoju. Scena wyglądała w ten sposób: siedziałam w jedwabnej piżamie na Romku Wilhelmim, ale tyłem do kamery, i mówiłam: «Popatrz, jakie mam piękne i jędrne piersi». Ubrana byłam w dół i górę od piżamy, kamera pokazywała tylko moje plecy. Dla mnie było oczywiste, że zagram w staniku. Wilhelmi się wkurzył. Powiedział, że nie może wczuć się w rolę i jeśli nie zdejmę stanika, to on nie zagra tej sceny. Rozpłakałam się, zeszłam z planu, zdjęłam przyklejone rzęsy i zmyłam makijaż. Po chwili przyszedł kierownik planu i powiedział, że to był taki żarcik ze strony Romana. Gdy wróciłam na plan, był w świetnym humorze i bez problemu dokończyliśmy scenę. […]
Na początku naszej znajomości […] mnie trochę podrywał. Gdy zobaczył, że mu ze mną tak łatwo nie pójdzie, zaprzyjaźniliśmy się i zyskałam w nim bratnią duszę. Czasami mieliśmy takie sytuacje, że chciałam dłużej popracować nad kolejnymi scenami, coś w nich jeszcze pozmieniać. Wtedy Roman brał to na siebie, bo ja dopiero zaczynałam, a dla niego czas zawsze musiał się znaleźć. Zazwyczaj szliśmy na spacer i do skutku przegadywaliśmy jakieś ujęcie. Tak było też ze sceną, w której on stoi z wiosłami w łódce, ja mam w ręce kwiaty, podchodzi do nas Nina, ja otulam ją szalem i demonstruję jej swoją miłość, a do niego mówię, że nie jest w moim typie. Na początku byłam za ostra, ale po naszym wspólnym spacerze scena zrobiła się o wiele bardziej wyważona. Roman często wracał na plan prosto z dyskoteki lekko «przykurzony», ale wcale mu to nie przeszkadzało w grze i mieściło się w konwencji jego roli"**.
* * *
Która scena z serialu najbardziej zapada w pamięć? Każdy ma własną. Ja uwielbiam dialog, kiedy Dyzma pyta rozmarzoną Ninę, co gra na fortepianie. Odpowiada: "Barkarola Czajkowskiego. […] G-moll". Na co on: "A dlaczego nie d mucha?".
Świetny jest, kiedy ubrany w atłasowy tużurek wykonuje na mandolinie i nuci przewodni motyw serialu "za zu zi zu zi zaj". Muzykę skomponował Piotr Marczewski (1938–2022), który odpowiadał za przepiękne dźwięki między innymi w "Znachorze", "Blisko, coraz bliżej", "Trędowatej", "Wakacjach z duchami". Wtręt osobisty: pan Piotr był przez lata moim sąsiadem w Łodzi, a dźwięki jego fortepianu rozbrzmiewały, kiedy otwierał latem drzwi pracowni do ogrodu. Czy mogłam wtedy przypuszczać, że dzięki serialowi i Wilhelmiemu nasze losy ponownie jakoś się splotą? Zdecydowanie nie. A wracając do pamiętnych scen… Zwłaszcza jedna do dziś rozpala wyobraźnię widzów. Atmosferę podgrzała Ewa Szykulska, czyli hrabina Lala Koniecpolska. To ona cudownie kaleczy język polski i mówi do Dyzmy: "Pan to jest cudowna męźcizna". Przyznała, że odcinek piąty, a w nim sceny z Wielkim Trzynastym, ocenzurowano ze względu na zbyt śmiałą orgię. "Nagrywanie tych scen było niezwykłe – opowiadała. – Wpuszczono tabun bab w przezroczystych ubraniach, bez staników – a wszystkie byłyśmy wtedy w kwiecie naszej kobiecości – i… zaczęła się rywalizacja, która wygląda lepiej. Myśmy wtedy naprawdę nie brały żadnych używek, a bawiłyśmy się, jakbyśmy były na niezłym haju. Czułyśmy się takie wyzwolone! Podobno ktoś wziął sobie te wycięte kadry ze sceny orgii. Jeśli tak właśnie zrobił, do dziś może podziwiać wspaniałe biusty wielu naszych gwiazd".
Do pikantnej sceny wracam w rozmowie z Lilianą Głąbczyńską- Komorowską, hrabianką Mariettą Czarską. Oczywiście pamięta dzień, w którym powstawała słynna scena:
"Byłam wtedy dobrze wychowaną dziewczyną, więc patrzyłam na inne, żeby się zainspirować. A było tam bardzo dużo wspaniałych koleżanek. Zrzuciłam więc płaszcz Liliany Głąbczyńskiej i weszłam w rolę. Z Romkiem to było proste, bo był totalnie otwarty. Grę z nim porównałabym do ciepłego oceanu, w którym chce się zanurzyć, a potem płynąć i płynąć. Mówił: «Dziewczyny, róbcie, co chcecie». Pozwalał, więc leciałyśmy. Każda z nas chciała pokazać coś innego, zaprezentować siebie. Ja miałam charakterystyczny śmiech, więc poleciałam śmiechem. Romek oczywiście pamiętał, że spotkaliśmy się kilka lat wcześniej na planie "Czarownic z Salem". Był bardzo miły, serdeczny. Ale jak to on: «Buźka, buźka, co się u ciebie dzieje, wszystko w porządku, fajnie. No to się rozbieramy». Jednocześnie obowiązywały granice i on ich nie przekraczał. Nie było w nim wulgarności, obsceniczności. Natomiast kiedy patrzył na kobietę, która mu się podobała, jestem przekonana, że mógł ją posiąść ot tak. Między nami na planie była chemia, ale nigdy jej nie skonsumowaliśmy".
Oglądana po latach "Kariera Nikodema Dyzmy" bawi i ma coraz to nowe, aktualne znaczenia. Każdy świat jest przecież pełen chamów, którzy niespodziewanie jadą windą do nieba. Potem tylko nie wiedzą, jak się w tym niebie poruszać, co wypada, a co nie. I nie ma znaczenia, czy dzieje się to prawie sto lat temu w czasach opisanych przez Tadeusza Dołęgę-Mostowicza, czy dziś.
Bezsprzecznie serial doczekał się fanów w każdym wieku. Wracają do ulubionych bohaterów enty raz, znają na pamięć dialogi i mówią Dyzmą w życiu. Kiedy zastanawiam się, na czym polega ten fenomen, myślę, że nie chodzi tylko o wspaniałą grę najlepszych polskich aktorów czy błyskotliwy scenariusz. Kariera Nikodema Dyzmy powstawała w czasach, kiedy każda sztuka, także filmowa, mogła pozwolić sobie na bezkompromisowość. Było na nią odpowiednio dużo czasu, wystarczające środki i talent wspaniałych twórców, którzy mogli skupić się tylko na pracy. Okazuje się, że to daje efekt ponadczasowy. "Romek mówił: «Dopóki Dyzma żyje, my też żyjemy» – wspomina z uśmiechem Grażyna Barszczewska. – Nie pomylił się".
*Publikujemy fragment książki Magdy Jaros „Anioł i twardziel. Biografia Romana Wilhelmiego", która ukazała się 14 maja 2024 roku nakładem Domu Wydawniczego Rebis.
** Trojanowska, wywiad Leszka Gnoińskiego, Mando, Kraków 2020, s. 113 i 116.
