Do ślubu też wspinaliśmy się na górkę. Rozpierało mnie szczęście i wzruszenie i nawet nie pamiętam, jak w butach na obcasach pokonałam sześćdziesiąt cztery schody do kościółka na Kubalonce. Miałam 24 lata, a Jurek 27. Tydzień wcześniej wzięliśmy ślub cywilny. Przysiędze w urzędzie nie towarzyszą tak wielkie emocje jak w kościele, ale i tak się denerwowałam. Nie mogłyśmy z Lidzią zasnąć, bo ja myślałam w swoim łóżku o ślubie, a ona w swoim o maturze, którą zdawała następnego dnia. Dla moich rodziców "cywilny" się nie liczył. Mamy i teściowej nawet nie było, bo szykowały już przyjęcie weselne w Istebnej. Ojciec się nie zgodził, by Jurek został w naszym mieszkaniu na noc. Powiedział mu, że "nie godzi się jeszcze z Celiną spać", i mój urzędowy mąż wrócił do siebie do domu.*
Uroczystość po ślubie cywilnym urządziliśmy w mieszkaniu moich rodziców, skromną, dla koleżanek i kolegów, którzy nie przyjeżdżali do Istebnej. Tam w organizacji wesela pomagali rodzina i sąsiedzi. Każdy przyniósł dary, to co miał – jeden mąkę, drugi jajka, ktoś inny kurę, masło czy sery. Zwyczajem były sąsiedzkie wymiany z okazji ważnych uroczystości. Nakarmić setkę gości nie było łatwo. Rosół gotował się u sąsiadów, u ciotek piekło się ciasto, a dziewczyny z zaprzyjaźnionych domów pomagały jako kelnerki. Jurek chciał, byśmy się pobrali w XVIII-wiecznym maleńkim kościółku na Kubalonce, blisko rodzinnego domu jego mamy. Ledwo się goście w nim pomieścili.
Przyjęcie wyprawiliśmy u teściowej. Jurka tato już nie żył, nie miałam okazji go poznać. Dom był bardzo skromny, bez ogrzewania i bez wody, ale izba pomieściła setkę gości. Sąsiedzi pożyczyli stoły, ławy i zastawę. Miałam "na górce" pokoik dla siebie, gdzie mogłam się umyć w misce wodą przyniesioną ze studni, uczesać i ubrać. Przed wyjazdem do kościoła Jurek z sąsiadami odegrali zwyczajową inscenizację. Stał z orkiestrą przed zamkniętymi drzwiami, łomotał w nie i wołał, że przyszedł wykupić pannę młodą. Mój starosta targował się o mnie w moim imieniu, a jego starosta w imieniu Jurka. W efekcie tych targów panu młodemu brakło złotówek i musiał dołożyć dolary.
Dopiero wtedy mogłam wyjść do Jurka. Pojechaliśmy do kościoła samochodem, ale goście szli pieszo przez pola i łąki, za orkiestrą. Dwa kilometry, jeśli nie więcej. Sąsiedzi i miejscowi w góralskich strojach, a uczestnicy pierwszej śląskiej wyprawy na Alaskę w swoich odświętnych marynarkach, z białym orłem wyszytym na piersi, w białych kapeluszach. Jeszcze kilkanaście lat po Jurka śmierci trzymałam w szafie w garażu jego wyprawowy komplet, ale w końcu zjadły go mole.
Tańce zorganizowaliśmy w remizie strażackiej w Istebnej. Nikt się nie upił, nikt nie pobił, było wspaniale. Do dziś pamiętam, jak chłopcy z Alaski wywijali kazaczoka. Jurek zdjął granatowy aksamitny garnitur i założył góralski strój – lnianą koszulę z grubego płótna z haftem krzyżykowym na piersi, charakterystycznym dla tutejszego regionu, nogawice z białego sukna i bruclik, czyli kamizelkę. Nocy poślubnej tym razem również nie mieliśmy. Kiedy wróciliśmy z wesela do teściowej, okazało się, że dla nas nie ma miejsca, bo w każdej izbie i w stodole śpią weselni goście. I nad ranem w szpilkach i białej sukience szłam wiejską drogą po kamieniach w dół, do Jurka kuzynki, która nas przenocowała.
Podróż poślubna też nie była nam dana. Jurek pojechał w Alpy Francuskie z Markiem Łukaszewskim z Akademickiego Klubu Alpinistycznego przy Uniwersytecie Śląskim, a ja z Lidzią na Mazury. Obiecał, że do mnie dojedzie, ale oczywiście nie zdążył. Po zdobyciu Mont Blanc spotkali w Chamonix Wojtka Kurtykę, z którym zdecydowali się wytyczyć nowy szlak na północną ścianę Petit Dru.
Wtedy nie znałam tych szczegółów, dowiedziałam się o nich po śmierci Jurka z jego książki. Ja czekałam na niego i zła byłam, że do nas nie dojechał. Napisał tylko list, że z kolegów są burdelarze i ciągle dyskutują, kto ma gotować. Jurek był dość porządnicki, ale w domu porządkami się nie zajmował. To ja myłam gary i odkurzałam. Zresztą jego prawie w domu nie było.
***
Teściowa wystarała się dla nas o pokój z kuchnią w jej familoku, z którego wyprowadzili się jego poprzedni lokatorzy. Mieliśmy zamieszkać na tym samym piętrze co ona. Jeszcze przed ślubem Jurek wydzielił z dużej kuchni przedpokój i łazienkę, więc mieliśmy swój ciasny, ale własny kącik. Za pieniądze z wesela kupiliśmy beżowo-granatową meblościankę, a od teściowej dostaliśmy metalowe łóżko, tak wąskie, że w tym samym momencie musieliśmy się na nim przewracać na drugi bok. Z czasem urządziliśmy się meblami, które Jurek przywoził ze swoich wypraw. W Afganistanie kupił zydelki do siedzenia i niski rzeźbiony stolik, przy którym siadaliśmy z nogami pod brodą.
Miesiąc miodowy też nam upłynął jakby osobno. Zamieszkaliśmy z Dickiem, Australijczykiem, którego Jurek poznał w Klubie Wysokogórskim. Nie bardzo pamiętam, co on w tym klubie robił, ale nie miał się gdzie podziać, więc Jurek zaprosił go do nas. Nie umiał powiedzieć "nie" ani ludziom, ani górom. Nie byłam zadowolona, że tuż po ślubie przy naszym łóżku na podłodze śpi obcy mi mężczyzna. Nie dość, że Jurek często wyjeżdżał i nie mieliśmy przez kilka tygodni kontaktu, to jeszcze ktoś z nami zamieszkał. Ale polubiliśmy się. Niestety, zmarł na raka mózgu. W szpitalu przed śmiercią nagrał na taśmę swoje pożegnanie z Jurkiem. Raz jeden je odsłuchałam, bo nie byłam w stanie przestać płakać.
Przez całe małżeństwo nasz dom był pełen ludzi. Drzwi się nie zamykały, nie nadążałam z robieniem herbaty i serwowaniem jedzenia. Właściwie to nigdy razem nie wyjechaliśmy na długi urlop. Stop! Byliśmy na Goa, z dużą ekipą wspinaczy i ich partnerek przed ich wyprawą do Nowej Zelandii. To były nasze pierwsze wakacje. Złote plaże, szmaragdowa woda i słońce, którego Jurek nie lubił i uciekał przed nim pod dającą cień łódź. Wyobrażałam sobie namiętność i bliskość, ale w naszym bungalowie zamieszkała z nami Jurka koleżanka, Grażyna. Ona też nie miała się gdzie podziać, bo wszyscy byli parami i potrzebowali intymności, więc kto ją zaprosił do nas? Wiadomo. Byłam wściekła.
Raz pojechaliśmy razem do Wenecji, na dzień czy dwa, bo Jurek miał do załatwienia jakieś sprawy we Włoszech. Chodziliśmy objęci, popijaliśmy kawkę, zwiedzaliśmy. To był jedyny wyjazd, kiedy byliśmy sam na sam. Czasami się zastanawiam, czy gdyby nie jego pechowa wyprawa na Alaskę, znalazłby czas, byśmy się pobrali. Jego mama z ciotką knuły: "Ożeń się, Jurek, masz taką fajną dziewczynę, za dużo tych gór", ale co mogły zrobić, skoro on te góry kochał. W jego rękopisach znalazłam zdanie, że kiedy był w domu, to za nimi tęsknił, a kiedy był w górach, to tęsknił za nami. Miał dwie miłości i musiałam się z tym pogodzić.
Jego wyjazd na Alaskę pamiętam nawet dokładnie, bo pojechałam go pożegnać do portu w Gdyni. Płynęli z chłopakami do Montrealu "Stefanem Batorym". Wyglądali elegancko, jak przystało na narodową wyprawę. Wszyscy w beżowych spodniach i brązowych marynarkach z orłem na piersi, a nie jak zwykle w porozciąganych swetrach. Oni na rufie, a ich żony i narzeczone na nabrzeżu. Grała orkiestra, możliwe, że nawet polski hymn, a ja mu machałam i strasznie płakałam, bo "męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać". Zaczęłam płakać już w nocy, w hotelu, bo na dancingu na dole co rusz puszczali ówczesny przebój Demisa Roussosa "Goodbye my love, goodbye", co mnie w kontekście wyjazdu Jurka jeszcze bardziej wzruszało. Czasami ją włączam i łza znów mi się kręci w oku, bo raz, że kojarzy mi się z Jurkiem, a dwa, że bardziej dobitnie o naszym rozstaniu powiedzieć nie można.
Zawsze w ostatnią noc przed jego wyjazdem płakałam. Serce mi pękało, raz, że go długo nie będzie, a dwa, że nie jest łatwo zostawać samej z dziećmi i o wszystkim decydować. Nie umiałam podejmować decyzji i kilka okazji na zabezpieczenie chłopcom przyszłości mi umknęło. Nie kupiłam na przykład okazyjnie domu od znajomego, który wyjeżdżał do Niemiec. Jurek był na wyprawie, a ja powinnam była szybko się zdecydować. Obawiałam się, czy nie kupię jakiejś rudery i nie będzie na mnie zły. Twierdził, że mi ufa i każdą moją decyzję uszanuje, ale jednak byłam pełna niepokoju, że niepotrzebnie ryzykuję.
Na wyprawę na Alaskę bardzo się cieszył, ale potem przeżywał, że jednak się nie sprawdził na wysokości. Chociaż nadludzkim wysiłkiem zdobył szczyt McKinley, to jednak poszła fama, że miał problemy z aklimatyzacją. No i odmroził palec, którego ostatecznie nie udało się uratować. Poszła plotka, że wraca bez nóg. Jego siostra Jadzia pojechała po niego na Okęcie. Była pielęgniarką w przychodni milicyjnej i zorganizowała po Jurka transport. Karetkę z lekarzem. Myślałam o tym, że będzie miał amputowane nogi jak mój tato, ale na głos o swoich obawach nikomu nie mówiłam. Kupiłam wiaderko polnych kwiatów i czekałam na ich powrót u teściowej. Widzę przez okno, że są! Ulga, bo Jurek wychodzi z karetki o kulach, z nogą uniesioną do góry. Żyje i nie jest najgorzej! Lekarze walczyli o jego palec, dla wspinacza szczególnie ważny, bo na nim opiera w górach swój ciężar, ale ostatecznie trzeba go było amputować.
Wiedzieliśmy, że w najbliższym czasie nie pojedzie w góry, dlatego ustaliliśmy, że się pobieramy. Oświadczył mi się wiosną 1975 roku pierścionkiem z maleńkim diamentem, ale gdzieś mi się ten diament zgubił.
Swoją drogą, nigdy nie nosił obrączki, co mi nie przeszkadzało. Ufałam mu, tym bardziej że wobec kobiet był nieśmiały. Kochaliśmy się, byłam pewna, że nie zostawi mnie dla innej. Dni następujące po jego powrotach do domu były cudowne, nie mogliśmy się sobą nacieszyć. Nie sądzę, żeby mnie zdradzał, chociaż czasami byłam zazdrosna.
Raz przed ślubem wywinął numer. Nie zdradził mnie, ale czułam się co najmniej niezręcznie. Powiedziałam, że to koniec, odchodzę. Klękał, przepraszał, płakał. Nigdy potem nie naraził mnie na podobny dyskomfort, a nawet jeśli, to ja o tym nic nie wiem.
Nie byłam jego pierwszą miłością. Nie śmiałam pytać, co go łączyło z inną kobietą, ale zanim poszedł do wojska, był z koleżanką z klubu i podejrzewam, że był w niej zakochany. Ja też miałam za sobą rozmaite romanse i chwilowe zauroczenia, ale kiedy tylko dostrzegałam w chłopaku wady, to od razu był u mnie skreślony. U Jurka nie widziałam wad. Albo nie chciałam ich zobaczyć, nie wiem. Był moją pierwszą poważną miłością. I ostatnią. Obrączki też już nie noszę. Po latach zrobiła się za ciasna. Może przekażę je któremuś z naszych synów, jeśli zdecydują się ożenić. Widzę w nich Jurka, co bardzo mnie wzrusza. Maciek ma jego posturę, a Wojtek jego twarz.
***
W ciąży z Maćkiem zrezygnowałam z pracy. Po szóstym miesiącu lekarze woleli mnie widywać cyklicznie w szpitalu. Kilka tygodni byłam w domu, kilka na oddziale i tym trybem funkcjonowałam aż do rozwiązania w sylwestra. Żyliśmy z pensji Jurka. W Zakładach Konstrukcyjno-Mechanicznych Przemysłu Węglowego zarabiał 2500 złotych miesięcznie. Niewiele. Średnia wtedy to było 3900 złotych. Drżałam o jego pracę, bo dyrektor patrzył krzywo na jego kilkumiesięczne urlopy w roku. Kolegom z pracy też się nie podobało, że oni mają regulaminowo kilkanaście dni, a "Kukuczka sobie jeździ po świecie".
W 1976 roku przed wyprawą alpinistyczną w Hindukusz został pierwszy raz zwolniony. Napisał wtedy list do wiceprezydenta Katowic, który nadzorował państwowe przedsiębiorstwa w mieście. Wyjaśniał, że sumiennie pracował od czternastu lat, bez żadnej nagany i upomnienia, a na urlopach, jako reprezentant kadry narodowej, zdobywał różne góry świata. Był już wtedy odznaczony srebrnym i brązowym medalem za osiągnięcia sportowe. Poprosił, by cofnięto mu wypowiedzenie, ewentualnie wręczono je po jego powrocie z Hindukuszu, bo wtedy będzie mógł znaleźć nową pracę i nie straci ciągłości wysługi lat. List przyniósł oczekiwany skutek. Po powrocie Jurka z Mount Everestu też czekało na niego wypowiedzenie, ale tym razem dyrektor nie ośmielił się go wręczyć. W mediach trąbiono o sukcesie polskiej wyprawy narodowej, a w dniu powrotu Jurka do zakładu przyjechała z tej okazji telewizja.
Oddawał mi całą wypłatę. Na swoje wydatki i wyprawy dorabiał malowaniem kominów, a z czasem wykładami i prelekcjami o swoich dokonaniach. Pomysł malowania wysokich śląskich kominów narodził się w Klubie Wysokogórskim, który z czasem przekształcił się w Polski Związek Alpinizmu. Dyrektorom kombinatów wychodziło taniej zatrudnić alpinistów, niż czekać na firmy, które rozłożą ogromne i drogie rusztowania. Chłopcy zarabiali na cele statutowe związku, pieniądze szły na Fundusz Akcji Socjalnej Młodzieży, a stamtąd były przekazywane na wyprawy.
Raz poszłyśmy i my z Lidzią, bo chciałyśmy dorobić, by pojechać w Himalaje. Lidka malowała w Zabrzu balkony, w uprzęży, na wysokości, a ja na nizinach poręcze przy schodach. Jurkowi też kilka groszy wpadało do kieszeni przy takich pracach na wysokościach, ale on wspinał się znacznie wyżej niż Lidzia, nie mówiąc o mnie.
Nie był sknerą, ale rozrzutny też nie był. Uważał, że jeśli jakiś przedmiot jest dobry, to nie ma powodu, by go wymieniać na nowszy model. Kochał urządzać mieszkanie meblami z Azji. Przywoził dywaniki i piękne meble: lampy, które mamy do dziś, stoły, pufy, a nawet sekretarzyk, o którym marzyłam. Z parawanu, który kupił w Afganistanie, zrobiłam stylową szafę.
Kiedy dostał przydział na mieszkanie w Sosnowcu, nie chcieliśmy się do niego wprowadzać, bo było za daleko od moich rodziców. Udało nam się znaleźć chętnych na zamianę i zamieszkaliśmy w Ligocie. Straciliśmy wprawdzie na tej roszadzie jeden pokój, ale byliśmy bliżej rodziny. Zamieszkaliśmy na ulicy Gdańskiej w Katowicach, na ostatnim piętrze wieżowca. Ludziom się prawdopodobnie wydaje, że najsławniejszy polski himalaista zarabiał krocie, co zresztą podsycali tak zwani życzliwi, podkreślając na przykład, że "jeździł nową toyotą". Guzik prawda. Z tą toyotą przeżywaliśmy gehennę, bo ciągle się psuła. Jurek napalił się na używany samochód i tylko do niego dokładaliśmy. W 1987 roku został Człowiekiem Roku tygodnika "Perspektywy" i w nagrodę dostał talon na poloneza.
Żyliśmy na poziomie podobnym do tego, jaki miały inne śląskie rodziny. Na szczęście Jurek miał możliwość dorobienia; wystarczyło, że przywiózł z wyprawy 300-400 dolarów, i mogliśmy z tych pieniędzy żyć przez rok. Podobnie jak inni himalaiści zawoził na handel kryształy, sokowirówki, nie pamiętam co jeszcze. Sprzedawali je w Indiach i dzięki temu mieli pieniądze na opłacenie Szerpów. Z powrotem przywoził, a ściślej mówiąc, przysyłał bawełnę z Indii, z której szyłam nam pościel i firanki, a część sprzedawałam po znajomych. Po koleżankach rozprowadzałam indyjskie sukienki, a kamienie Jurek zanosił lokalnym jubilerom. Jeden maleńki turkusik zostawiłam sobie. Noszę go w portfelu, przez całe życie jest przy mnie.
*Fragmenty książki "Listy z pionowego świata. Wspomnienia żony himalaisty" Cecylii Kukuczki. Autopromocja: książka do kupienia w formie papierowej w Kulturalnym Sklepie lub w formie elektronicznej w Publio


