Kamienica na warszawskim Mokotowie. Na końcu długiego korytarza niewielki gabinet. Na antresoli nad głową i na ścianie po lewej książki. Historia, polityka międzynarodowa, wojskowość. Na ścianie po prawej - dokumenty z kilku regionów świata, pieczołowicie posegregowane. Kaukaz. Rosja. Niemcy. Tylko w rogu pokoju byłego ministra obrony RP stojak, a w nim stare czekany. W tym jeden zakończony charakterystycznym wyprofilowaniem do wbijania haków.
- Ten jest od Reinholda Messnera - uśmiecha się Janusz Onyszkiewicz.
Niewysoki, drobny. 80 lat, sprężysty krok. Nic dziwnego - od 35 lat porusza się po mieście wyłącznie rowerem . I przecież nie całe życie był politykiem. Były szef Polskiego Związku Alpinizmu był w czołówce polskich wspinaczy. Zapewne nie każdemu Reinhold Messner - pierwszy w świecie zdobywca wszystkich 14 ośmiotysięczników, czyli Korony Himalajów - ofiarowałby swój czekan.
Teraz młodsi koledzy Onyszkiewicza - polska narodowa wyprawa pod wodzą weterana, również zdobywcy Korony Himalajów Krzysztofa Wielickiego - mają dokonać niemożliwego. Zdobyć zimą K2. Wyruszają 29 grudnia. Czas na zdobycie szczytu mają do 20 marca, gdy skończy się zima. Nikt w historii tego jeszcze nie zrobił. Nawet polscy "lodowi wojownicy", choć ze wspinania zimą uczyniliśmy niemalże sport narodowy.
Do 2010 roku tylko 302 osoby wspięły się na K2. Na wyższy Mount Everest - ponad 2700. Do jesieni 2010 r. na K2 zginęło co najmniej 80 osób.
W 1976 roku wyprawa Janusza Kurczaba z Onyszkiewiczem w składzie walczyła z "górą mordercą" w lecie. 15 sierpnia 1976 r. członkowie tej ekipy, Eugeniusz Chrobak i Wojciech Wróż, byli o 200 metrów poniżej szczytu, gdy załamała się pogoda. Najwyższy szczyt Karakorum pokonał polskich himalaistów - musieli wracać. Polacy - a dokładnie Wanda Rutkiewicz - zdobyli K2 w lecie dopiero 10 lat później. W 2018 r. Narodowa Zimowa Wyprawa na K2 chce przypieczętować 40 lat polskiego zimowego himalaizmu ostatnim zwycięstwem.
Michał Gostkiewicz: Jak tam jest? Tam na górze?
Janusz Onyszkiewicz:
Niebo jest ciemne. Słońce, jeżeli w końcu się pokaże, jest bardzo ostre. Do tego stopnia, że parzy. Wszyscy się smarują kremami. Mężczyźni mają lepiej niż dziewczyny, bo zapuszczają brody. Broda jest wygodna. Nie trzeba jej golić i wystawiać podrażnionej skóry na ten potworny mróz. Broda chroni też przed słońcem. Wie pan, co się często przytrafiało mniej doświadczonym wspinaczom, którzy jej nie zapuścili? Poparzenia słoneczne podbródka i szyi. Spowodowało je słońce, które odbija się od śniegu.
Aż tak?
- Kiedy się zdejmie okulary przeciwsłoneczne, można dostać ślepoty śnieżnej. Szczególnie gdy himalaista je zdejmie, zwiedziony np. zachmurzeniem. Kiedy w zamieci okulary nam przeszkadzają, korci, by pozbyć się ich z nosa. Błąd. Następnego dnia nic nie będziemy widzieć. I mamy problem, bo jeśli zbyt długo będziemy pozostawać na dużej wysokości, czekając na polepszenie wzroku, narażamy się z kolei na chorobę wysokościową.
Pan ją miał?
- Na szczęście nie. Ale byłem świadkiem paru jej ataków. Na Noszaku, jak biwakowaliśmy wysoko, Ewie Czarnieckiej-Marczak zwidywała się pani w krynolinie, pętająca się po tej górze. To było oczywiście wynikiem niedotlenienia mózgu.
Przez ten brak tlenu...
- Traci się apetyt.
To pan jest autorem powiedzonka o prowiancie himalaistów.
"Mieszanina składników jadalnych jest jadalna". I taka jest prawda! Ale ja na przykład bardzo lubię ostre, mocno przyprawione jedzenie. Tymczasem na wysokości je się raczej rzeczy dosyć mdłe.
Polska narodowa wyprawa na K2 pod przewodnictwem Krzysztofa Wielickiego ma najnowocześniejszy sprzęt, odzież, fundusze, sponsorów. Ale to wszystko nic nie pomoże, jeśli dopadnie człowieka choroba wysokościowa. Przytrafiło się to na przykład Marcinowi Kaczkanowi na poprzedniej wyprawie na K2, na przełomie 2002/2003 r.
- Wtedy nie ma ratunku - trzeba po prostu zejść. Jeśli oczywiście jest się na siłach. Bywa tak, że choroba rozwija się do tego stopnia, że człowiek jest kompletnie unieruchomiony. Czasami - i to jest niesłychanie groźne - traci się rozeznanie sytuacji. Można wpaść w nastrój niemal euforyczny - wbrew istniejącym warunkom pogodowym. Taką sytuację mieliśmy na wyprawie z Wandą Rutkiewicz na Gaszerbrumy. Szliśmy na Gaszerbruma II i III, przed nami atakowali szczyt Francuzi. Baza francuska u podnóża góry była obok naszej. Dwóch Francuzów już zeszło do bazy po zdobyciu szczytu. Dwaj zostali w obozie położonym dużo wyżej, bo jeden dostał choroby wysokościowej. Uważał, że dobrze się czuje, że następnego dnia pogoda się poprawi - i że pójdzie na szczyt. Oczywiście był to efekt choroby. Ten drugi wspinacz namawiał, prosił, by zeszli. Chory odmawiał. Zdrowy miał ogromny dylemat. Wiedział, że jak zostanie tam dłużej, to wobec oczywistego długotrwałego załamania pogody zginie razem ze swym towarzyszem. Zdecydował się sam uratować. Zszedł szybko z góry. I tamten tam został...
Ten, który się uratował, który musiał dokonać tak straszliwego wyboru, to był ksiądz katolicki.
Wy nie mogliście wejść tam do nich na górę i pomóc?
- Dopiero doszliśmy do bazy. Nie byliśmy zaaklimatyzowani. Nie mogliśmy iść dalej w górę, żeby pomóc sprowadzić tamtego. Do dziś tam gdzieś pod śniegiem leży...
Paskudna świadomość - wiecie, że wyżej, nad wami, jest człowiek, który potrzebuje ratunku, ale nie macie szans mu pomóc.
- Tak. Bo wiemy, że bez aklimatyzacji wejście na 7,5 tysiąca metrów nie jest możliwe. Na takiej wysokości człowiek porusza się wolno. Bardzo wolno, jak mucha w smole. Przez brak tlenu.
Jak wysoko dotarł pan w 1976 roku na K2?
- Nie pamiętam dokładnie, ale ponad 8 tysięcy metrów.
[Na tej wysokości brakuje tlenu, nawet jego wyrównywanie z butli nie wystarczy. Ciśnienie jest niskie - co może wywołać obrzęk płuc i mózgu. Powyżej 8000 metrów n.p.m. organizm nie przyswaja dobrze pożywienia, jego bilans energetyczny jest ujemny. Do tego dochodzi zimno, wychłodzenie organizmu, wiatr. Człowiek jest w stanie przeżyć w takich warunkach zaledwie kilka dni - red.]
Czyli był pan w strefie śmierci. Pana koledzy - Chrobak i Wróż - zaszli jeszcze wyżej. Zabrakło 200 metrów do szczytu.
- Załamanie pogody nas z K2 po prostu zgoniło.
Co oznacza "załamanie pogody" w Karakorum?
-Zawierucha. Wiatr i śnieg. Dużo śniegu. Nie da się iść. Można zlecieć z lawiną. Bywają mniej strome kawałki - wtedy trzeba kopać rów, torować drogę. Potwornie wieje. A w zimie do tego jest chłodniej.
[Jet stream, czyli silny stały prąd powietrza, który w Karakorum, a zwłaszcza pod K2, od grudnia do marca wieje na niższych wysokościach z huraganową siłą, osiąga prędkość powyżej 300 km/h - red.]
Co na ośmiotysięczniku oznacza subtelne "chłodniej"?
- Latem powyżej 8 tysięcy metrów jest z minus 20, minus 30 stopni. Zimą może być minus 50. Połączenie silnego wiatru z tą temperaturą może być zabójcze. Lepiej nawet nie zdejmować rękawiczek. I nie dotykać metalu, bo można na nim zostawić skórę - ręka przymarznie natychmiast. Natomiast główna różnica między latem a zimą na tej wysokości jest taka, że w zimie jest mniej śniegu.
Mniej?
- Przez wiatr, który go zwiewa. Zostaje lód i skała. Technicznie wspinamy się inaczej zimą i inaczej latem. Po samym zimowym lodzie, jeżeli jest gładki, można się wspinać na przednich zębach raków. No, ale oblodzona skała to wielkie trudności. Natomiast lato często oznacza torowanie szlaku w zwałach śniegu. Potwornie męczące. No i przy dużej ilości śniegu jest więcej lawin.
Porwała pana kiedyś lawina?
- Tak, w Tatrach. Wycofywaliśmy się spod Chłopka. Lawina urwała się razem z nami w Kotle Mięguszowieckim. Ci, którzy schodzili pierwsi, musieli ją poderwać...
Spadałem ostatni, desperacko hamowałem czekanem. Lecieliśmy w dół w stronę tak zwanej "maszynki do mięsa" - groźnego żlebu, z którego byśmy cali nie wyszli. Ale zdołaliśmy wyhamować. Mnie nie przysypało, inni też się zdołali wykopać. Na szczęście lawina była płytka.
Na K2 prowadzi kilka dróg, ale najpopularniejsze to Droga Basków i Żebro Abruzzich. Którędy planuje wejść polska wyprawa, która właśnie rusza pod K2?
- Drogą Basków.
C
zym się one różnią?
- Droga Basków jest trudniejsza, ale krótsza. To ma swoje dobre strony - jak jest stromo, wycofanie jest łatwiejsze, bo się po prostu zjeżdża na linach.
Kto z polskiej ekipy ma największą szansę zdobyć K2?
- Szalenie trudno wytypować taką osobę. Dam przykład. Kiedy my w 1976 r. wspinaliśmy się na K2, Wojtek Kurtyka był wtedy mocny, ale wyeliminowała go choroba. Ja sam dostałem raptem malarii. Gdy odzyskałem siły, jako świeży ozdrowieniec nie miałem szans wejść na wierzchołek. Mogłem tylko donosić ekwipunek i zaopatrzenie dla tych, którzy szykowali się do ataku na szczyt. Moja szansa na atak szczytowy przyszła później. Miałem ten atak prowadzić, mając za partnera Leszka Cichego, ale zła pogoda zegnała nas z góry.
Obecna wyprawa na K2 to jest ekspedycja w stylu wielkich wypraw Andrzeja Zawady (1) i Janusza Kurczaba. Docieramy pod górę, zakładamy kolejne obozy, oblegamy szczyt, czasem miesiącami. Czy od tej wyprawy zależy dalszy los polskiego himalaizmu? Czy po tragedii na Broad Peak ta wyprawa musi się udać i wszyscy muszą przeżyć? Pan był szefem Polskiego Związku Alpinizmu, gdy tam na górze zginęli Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski.
(1) [Andrzej Zawada był pionierem himalaizmu zimowego, organizatorem i kierownikiem licznych polskich wypraw wysokogórskich w Himalajach i Karakorum, m.in. tej, która dokonała pierwszego zimowego wejścia na Mount Everest w 1980 r. - przyp. red.]
- Czy to jest wyprawa, która może stanowić o być albo nie być polskiego himalaizmu? Nie. Nie sądzę. Polski himalaizm przetrwał gorsze rzeczy. Lata 80. to były sukcesy, ale i niesłychanie bolesne straty. Wyginęła przecież prawie cała czołówka wspinaczy. To był bardzo ostry sport. Mam nadzieję, że K2 padnie łupem naszej wyprawy. To byłoby przepiękne zwieńczenie epoki zdobywania przez Polaków ośmiotysięczników zimą. Jeśli zamkniemy ten etap, może himalaizm się przestawi z kolekcjonowania szczytów na zdobywanie zimą wielkich ścian himalajskich. To by była naturalna ewolucja tego sportu. Tak stało się w Alpach.
Nie dopuszczam myśli, że ta wyprawa mogłaby się skończyć tragicznie jak ta na Broad Peak.
Jak pana zdaniem Krzysztof Wielicki poradzi sobie jako kierownik wyprawy? Zawada i Kurczab byli urodzonymi liderami, działali zawsze na rzecz grupy.
- Zawada istotnie potrafił utrzymać zespół. Tak samo udawało się to Kurczabowi. Zdarzały się jednak wyprawy, gdzie pojawiało się mnóstwo kontrowersji i problemów. Mam takie wspomnienia z wyprawy z Wandą Rutkiewicz na Gaszerbrumy.
Wielicki jest indywidualistą, słynnym z solowych wejść na ośmiotysięczniki w rekordowym czasie.
- Ale prowadził już wiele wypraw.
W tym Broad Peak. Wiemy, jak się skończyła.
- Tu naprawdę nie było winy Krzysztofa. Problemy zaczęły się podczas ataku szczytowego. Na górze.
O Broad Peak wypowiadali się wszyscy, niezależnie, czy byli ekspertami, czy laikami. Czy ktoś, kto nie był nigdy w strefie śmierci, może w ogóle zrozumieć sposób, w jaki indywidualny człowiek podejmuje decyzje tam na górze?
- Nie. I nie może też od nikogo wymagać bohaterstwa. Nikogo nie wolno potępiać za to, że tym bohaterem nie był. Jak ten francuski ksiądz. Mógł zostać z tamtym chorym kolegą na chorobę wysokościową skazując się na śmierć. Czy możemy się dziwić, że chciał żyć? Nikt go za to nie może potępić. Nikt. Tak samo nie nam oceniać, czy na Broad Peaku ci, którzy byli wysoko, powinni coś zrobić więcej, inaczej, czy nie.
Jakie są różnice między wyprawami sprzed 40 lat a współczesnymi ekspedycjami na Broad Peak czy na K2?
- Prawie wszystko. Szybkość dotarcia do gór, łączność, informacje o pogodzie, sprzęt, odzież i prowiant. Dostępność tego wszystkiego. Wtedy trzeba było strasznie kombinować. Ale pomocą przy organizacji ekspedycji czasem służył nam Komitet Wojewódzki PZPR.
Jak to?
- Kiedy chciałem coś załatwić w jakimś sklepie, urzędzie czy fabryce, dzwoniłem do kierownika i mówiłem, że wyprawa ma pełne poparcie "KaWu". Aparatczyk myślał, że to o Komitet Wojewódzki PZPR chodzi. A KW to był Klub Wysokogórski!
W 1980 roku kończy pan z himalaizmem. Wcześnie. Miał pan 43 lata.
- Wyszedłem z ostrego wspinania i wróciłem do Polski, żeby się włączyć w "Solidarność".
[Janusz Onyszkiewicz odszedł z himalaizmu dwa lata po śmierci drugiej żony, również himalaistki Alison Chadwick-Onyszkiewicz, na I Amerykańskiej Wyprawie Himalajskiej Kobiet na Annapurnę, gdzie zginęła wskutek upadku na lodowym stoku blisko obozu V. Dołączył do powstającej wówczas "Solidarności", której, ze względu na dobrą znajomość języka angielskiego, szybko został rzecznikiem - red.]
Czy parę lat później, siedząc w zadymionych salach na obradach "Solidarności", a potem siedząc w komunistycznym więzieniu, nie żałował pan, że te góry zostawił?
- I tak, i nie. Wiedziałem, że nie będę się wiecznie wyczynowo wspinał. Nie chciałem też, by młodzi mówili: "Onyszkiewicz? No... kiedyś to on się może i dobrze wspinał, ale teraz? Popatrzcie, to jest jakaś lipa!". (śmiech) Mnie to ominęło. Odszedłem w pełni sił.
W więzieniu na Białołęce w 1982 roku dowiedziałem się, że szykuje się kolejna wyprawa na K2. Pomyślałem, że gdybym napisał podanie o zwolnienie mnie na tę wyprawę, to pewnie by mnie władza puściła (śmiech). Ale nie mogłem tego zrobić. To byłby spektakularny gest rządzących pokazujący, jaka ta władza jest dobra, może także z nadzieją, że albo nie wrócę z tego K2, bo gdzieś tam zostanę, albo nie wpuszczą mnie z powrotem do Polski. Nie mogłem władzom dać tej szansy, żeby mogła się pochwalić swoją łaskawością wobec mnie.
W górach jest jasno i klarownie - biel śniegu i błękit nieba. A w polityce dominuje kolor szary. Czym różnią się ludzie wspinający się na najwyższe szczyty i ci ze świata polityki?
- W polityce często można dostać w plecy od osób, od których się tego nie spodziewamy. W górach nie ma miejsca na takie rzeczy, tam mogę liczyć na partnerów. No i w polityce często widać coś w rodzaju choroby wysokościowej.
Jak to?
- Ludzie zapadają na chorobę wysokościową, gdy ktoś zbyt szybko wejdzie zbyt wysoko. Tracą wtedy rozeznanie sytuacji.
Janusz Onyszkiewicz. Polityk, matematyk, alpinista, himalaista i speleolog. Dokonał m.in. pierwszego zejścia na tzw. stare dno Jaskini Śnieżnej w Tatrach - ówczesny rekord głębokości. W 1972 wszedł na Noszak (7492 m), w 1974 r zdobył Pik Korżeniewskiej (7105 m) i Pik Komunizmu (7495 m), 1 sierpnia 1975 wszedł na Gaszerbrum II (8034 m), z Leszkiem Cichym i Krzysztofem Zdzitowieckim, 11 sierpnia 1975 wszedł na Gaszerbrum III (7952 m), najwyższy niezdobyty wówczas szczyt świata, z żoną Alison Chadwick-Onyszkiewicz, Wandą Rutkiewicz i Krzysztofem Zdzitowieckim. W 1976 r brał udział w polskiej wyprawie narodowej na K2. Dwukrotny minister obrony narodowej (w latach 1992-1993 i 1997-2000), poseł na Sejm X, I, II i III kadencji, poseł do Parlamentu Europejskiego VI kadencji (do 2007 wiceprzewodniczący PE, a od 2007 wiceprzewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych PE).
Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz Gazeta.pl, "Dziennika" i "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze.
Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku