Historia
Broad Peak (fot. Shutterstock)
Broad Peak (fot. Shutterstock)

Dwudziestego ósmego lipca 1975 roku na Broad Peaku stanęło ich pięciu. Kazimierz Głazek, Janusz Kuliś, Marek Kęsicki, Bohdan Nowaczyk, Andrzej Sikorski.*

Nie byli pierwsi. W latach pięćdziesiątych mający kilka wierzchołków masyw zdobyli Austriacy. Nie weszli najwyżej. Austriacy wdrapali się na główny szczyt, Polacy na Broad Peak Middle, środkowy pik dwunastej góry Korony Himalajów.

Dlaczego ze wszystkich szczytów świata wybrali akurat ten?

Z dwóch powodów. Po pierwsze, ma 8011 metrów wysokości, czyli jedenaście metrów powyżej ośmiu tysięcy, a wówczas jeszcze żaden Polak nie przekroczył tej granicy. Młodzi zdolni wspinacze z Wrocławia chcieli być pierwsi.

Po drugie, Broad Peak Middle był szczytem dziewiczym. Mieli więc szansę zarazem pobić rekord Polski i stanąć tam, gdzie przed nimi nie stał nikt.

I stanęli. Ale radości im ten sukces nie przyniósł.

Przy schodzeniu pierwszy zginął Bohdan Nowaczyk. Drugi, dzień później, Marek Kęsicki. Trzeci, tego samego dnia co Kęsicki, Andrzej Sikorski.

Dwudziestego ósmego lipca 1975 roku Krzysztof Nowaczyk, syn Bohdana, miał sześć miesięcy. Dorota Sikorska, córka Andrzeja, trzynaście miesięcy. Anna-Maria Riper, córka Elżbiety [i Marka Kęsickiego - przyp.red.], cztery miesiące.

Pierwsza śmierć

"Wieje bardzo silny wiatr, a mróz przekracza na pewno 30 stopni Celsjusza. Właśnie wtedy podczas manipulacji przy raku odmrażam sobie wszystkie palce u rąk. Siedzimy w odległości około 2-3 m od końca liny, starając się osłonić przed wiatrem i w miarę możliwości obserwując następnych zjeżdżających. Po mnie zjeżdża Kuliś, a jako ostatni ma zjechać Nowaczyk. Sikorski, który miał pomóc Nowaczykowi w ściągnięciu liny, stwierdza w pewnej chwili, że Bohdan nie dotarł na przełęcz, brak jest też końca liny. Z przerażeniem konstatujemy, że Bohdan spadł wraz z nią w urwiska chińskiej strony masywu, gdzie ściany skalno-lodowe mają ok. 3 km wysokości. Nie odnoszą skutku nawoływania, nie daje też żadnego efektu świecenie czołówkami (...) Około 6.00 rano, gdy trochę się rozjaśnia, kontynuujemy poszukiwania Nowaczyka. Asekurowany powiązywanymi pętlami przez Kęsickiego, czołgam się po wielkim nawisie i usiłuję zajrzeć w ścianę, w którą spadł Bohdan. Niestety daremnie - nadal szaleje burza śnieżna i widoczność jest bardzo ograniczona" - to fragment relacji z wyprawy na Broad Peak spisanej przez Kazimierza Głazka dla kwartalnika "Taternik" (Zwycięstwo i tragedia, "Taternik" nr 1/1976). Głazek stanął na Broad Peak Middle jako pierwszy.

Broad Peak ma 8011 metrów wysokości, czyli jedenaście metrów powyżej ośmiu tysięcy, a wówczas jeszcze żaden Polak nie przekroczył tej granicy (fot. Shutterstock)

Bohdan Nowaczyk miał żonę, synka i dwadzieścia osiem lat. Był elektronikiem po Politechnice Wrocławskiej. Wspinał się od początku studiów: kolejno w Tatrach, Dolomitach, Alpach, w Kaukazie. Przyjaźnił się z Krzysztofem Wielickim, obecnie jednym z najbardziej znanych polskich himalaistów.

Marian Sajnog, goprowiec, uczestnik sześciu wypraw himalajskich, kierowca na tamtej wyprawie: - Oni dwaj z Wielickim stanowili wtedy jedną z najlepszych par wspinaczkowych. Wspinali się fantastycznie! A przyjaciółmi byli takimi, że Bohdan dał swojemu synowi na imię Krzysztof, a Krzysztof swojemu Bohdan. Broad Peak był dla Nowaczyka pierwszą i miał być jedyną wyprawą w góry najwyższe.

Marian Sajnog: - Bohdan bardzo dobrze radził sobie w górach wysokich, ale to nie był jego żywioł. Męczyły go długie przygotowania, te tygodnie gromadzenia zapasów, pozwoleń, papierów, sprzętu. Nie pasjonowała go wielka wyprawa. Kiedy kursowaliśmy między obozami, powiedział mi, że więcej nie weźmie udziału w takiej eskapadzie.

W reportażu "Cień wielkiej góry", zamieszczonym w zbiorze Schody, reporter Marek Rymuszko pisze o śnie, który miał przed wyprawą Nowaczyk. Opowiedział o nim jednemu z kolegów: "(.) stoi pod ścianą, której nie zna, choć przecież zaliczył wiele górskich dróg o najwyższym stopniu trudności. Jej środkiem prowadzi olbrzymi komin. Bohdan zaczyna się w nim wspinać - robi jeden wyciąg, drugi, trzeci. Nagle komin rozstępuje się, a z góry schodzą jego przyjaciele; ci, którzy zginęli przemieszani z żywymi. Uśmiechają się, milcząc, robią przejście".

Druga śmierć

"W pewnym momencie dostrzegam w zmroku przelatujący kilka metrów ode mnie duży ciemny przedmiot. Wołam - odpowiada mi Janusz Kuliś, gdyż to właśnie on spadł, pośliznąwszy się na odsłoniętym lodzie. Naprowadzany jego światłem czołowym, schodzę do niego około 50 m w dół, gdzie zatrzymał się w zaspie śnieżnej. Biorę od niego plecak i obaj wracamy w górę do przygotowanej jamy biwakowej. Razem teraz nawołujemy kolegów i świecimy czołówkami - bez efektu niestety. Z relacji Kulisia wynika, że Andrzej Sikorski, który miał schodzić po Kęsickim, zawrócił na przełęcz, prosząc Kulisia, aby ten ruszył pierwszy, powiedział przy tym, że wydawało mu się, iż zobaczył, jak Marek spadł w dół (Kuliś, schodząc, widział ślady upadku Kęsickiego)" - pisze w swojej relacji Kazimierz Głazek.

Marek Kęsicki, asystent na Wydziale Inżynierii Lądowej Uniwersytetu Wrocławskiego, był niesamowicie przystojny. Miał wielkie powodzenie, co zgodnie potwierdzają i kobiety, i mężczyźni.

Ewa Panejko-Pankiewicz, himalaistka: - Marek był obłędny!

Marian Sajnog: - Dziewuchy za nim szalały. Był wybitnym wspinaczem.

Ewa Panejko-Pankiewicz: - Wyszyłam mu napis na swetrze: "Jestem wielki". Nie chciał nosić tego swetra.

Panorama w Karakorum (fot. Shutterstock)

Aleksander Lwow w swojej autobiografii Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później pisze o Kęsickim: "Trudno powiedzieć, czy bardziej był admirowany i po cichu uwielbiany przez nas, początkujących skałołazów, czy przez kobiety, które najwyraźniej traciły głowę w jego obecności".

Miał dwadzieścia pięć lat. Nim wyruszył, powiedział koledze: "Jakby co, zajmij się psem".

Tym kolegą był Janusz Fereński, wrocławski himalaista, kierownik wyprawy na Broad Peak. Nim wyruszył, mówi Anna-Maria, powiedział Elżbiecie Riper, jej mamie: "Kochaj ją podwójnie".

Nim wyruszył, napisał Marek Rymuszko w reportażu "Cień wielkiej góry", powiedział do Fereńskiego: "Wiesz, coś mi się wydaje, że ja chyba nie wrócę".

Trzecia śmierć

"Nie mamy nic do jedzenia ani do picia. Wiemy, że obaj jesteśmy odmrożeni. Siedzący głębiej Janusz [Kulisiewicz - przyp. red.] zasypia. Ja od czasu do czasu wołam do Andrzeja i Marka, niestety bez odpowiedzi. Całą noc trwa zawieja. Gdy się trochę rozwidnia, zaczynamy schodzić w dół, rozglądając się w poszukiwaniu kolegów i zgubionego przez Kulisia czekana. Czekan tkwi wbity w śnieg około 100 m od naszego biwaku. Jeszcze niżej dostrzegamy ciemny kształt, niewiele wystający ze śniegu. Po dojściu do niego stwierdzamy z przerażeniem, że to Andrzej Sikorski. Konstatujemy widoczne obrażenia oraz brak akcji serca, mimo to przez dłuższy czas robimy sztuczne oddychanie i próby masażu. Niestety bez rezultatu. W tym czasie pogoda poprawia się. Korzystając z przejaśnienia, postanawiam zejść szybko w dół po aparat tlenowy. Po chwili Janusz woła do mnie, że Andrzejowi nic już nie jest w stanie pomóc. W tej sytuacji obaj schodzimy w dół - z marszu penetrując stok w poszukiwaniu Marka Kęsickiego. Daremnie jednak" - wspomina w "Taterniku" Kazimierz Głazek.

Andrzej Sikorski pochodził z Dzierżoniowa, ale mieszkał w Warszawie. Miał dwadzieścia siedem lat, żonę, córkę i dwa zawody. Kiedy skończył ekonometrię, doszedł do wniosku, że nie wie, co po tym można robić. Namówił kumpla z roku, żeby zdawał z nim na dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Razem zdawali, razem się uczyli, razem mieszkali podczas studiów.

Marian Sajnog: - Dziś byłby wybitnym dziennikarzem. Był poliglotą, mówił po rosyjsku, jak my wszyscy, ale też po angielsku, niemiecku i francusku. Dzięki temu na wyprawie rozwiązywał wiele trudnych sytuacji, kiedy trzeba było coś załatwić, kogoś przekonać.

Broad Peak Middle był szczytem dziewiczym (fot. Shutterstock)

Nie zdążył zaistnieć jako dziennikarz. Zdążył napisać wiele artykułów do nieistniejącego już tygodnika "Życie Gospodarcze" i zostać sekretarzem redakcji studenckiego międzywydziałowego "Merkuriusza".

Tuż przed wyjazdem na Broad Peak, jak nieżyjący już Janusz Fereński wspominał w rozmowie z Edytą Bryłą, dziennikarką wrocławskiej "Gazety Wyborczej" (15 stycznia 2016 roku), Andrzej Sikorski, pochylając się nad łóżeczkiem córki, powiedział: "Dorotko, będziesz sierotką". Marek Rymuszko, redakcyjny kolega Andrzeja Sikorskiego z "Życia Gospodarczego", napisał w swoim reportażu, że krótko przed odlotem, podczas pracy nad tekstami, Sikorski zapytał, czy "w razie czego" koledzy zaopiekują się jego żoną i córką.

Dużo znaków, jak na jedną wyprawę. Ale gdyby poszukać, okazuje się, że większość nagłych śmierci poprzedzona jest znakiem. Proroczym snem, dziwnym przeczuciem, lękiem.

Trzeba też dodać, że w 1990 roku, krótko po wydaniu "Cienia wielkiej góry", Marek Rymuszko został współwłaścicielem i redaktorem naczelnym "Nieznanego Świata", miesięcznika zajmującego się astrologią, parapsychologią, jasnowidzeniem i innymi niezwykłymi obszarami życia.

Poszukiwania Marian Sajnog, ojciec dwójki dzieci: - Chcieliśmy założyć fundusz dla żon i dzieci kolegów, którzy zginęli, ale okazało się, że nie możemy się skontaktować ani z żoną Andrzeja Sikorskiego, ani z żoną Bohdana Nowaczyka. Obie znikły, odcięły się od środowiska. - Po namyśle dodaje: - Być może było to nam wtedy nawet trochę na rękę.

Nie dlatego, że brakło im współczucia. Po prostu dla większości uczestników wyprawa okazała się traumą. Mimo sukcesu sportowego, zdobycia dla Polski pierwszego ośmiotysięcznika, wrocławianie wrócili z Himalajów przybici.

Śmierć kolegów poruszyła Jana Juszkiewicza, uczestnika wyprawy na Broad Peak, na tyle, że wkrótce zrezygnował z dalszego wspinania się w najwyższych górach.

Janusz Fereński mówił "Gazecie Wyborczej", że nieraz zdarzało się w górach, że człowiek tracił kumpla, ale tylko wtedy trzech naraz. Dla Sajnoga, uczestnika sześciu wypraw, ta była jedyną, na której zginęli ludzie. Lwow napisał, że dla wielu wspinaczy to była pierwsza śmierć himalaistów z ich pokolenia.

Ci, którzy z Broad Peaku wrócili, co jakiś czas w rozmowach wspominali o pomyśle odnalezienia żon i dzieci Andrzeja Sikorskiego i Bohdana Nowaczyka, ale sprawa wydawała się beznadziejna.

*Fragmenty książki "Rodziny himalaistów" Katarzyny Skrzydłowskiej-Kalukin i Joanny Sokolińskiej

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

'Rodziny himalaistów' Katarzyny Skrzydłowskiej-Kalukin i Joanny Sokolińskiej (fot. Materiały prasowe)

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin. Dziennikarka od dwudziestu sześciu lat, pracowała m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Dzienniku Polska Europa Świat", tygodnikach "Newsweek" i "Wprost", autorka tekstów i książek o tematyce społecznej. Kocha Tatry, rozumie, że można zaniemówić na widok góry.

Joanna Sokolińska. Socjolożka z wykształcenia, reporterka z zawodu. Przez 20 lat była związana z "Gazetą Wyborczą", jako dziennikarka, redaktorka i reporterka. W "Wysokich Obcasach" pisała portrety kobiet zmagających się z codziennością i felietony o rodzicielstwie. Jej książkowym debiutem była powieść kryminalna pt. "Trzewiczki Matki Boskiej".