Historia
Kobiety na wsi, 1949 rok. Po prawej stronie widoczna sławojka (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Kobiety na wsi, 1949 rok. Po prawej stronie widoczna sławojka (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

W skali całego kraju wiejska rewolucja ustępowa ruszyła na dobre dopiero w latach 20. XX wieku. Decydujące znaczenie miały naciski ministra spraw wewnętrznych od 1926 roku Felicjana Sławoja Składkowskiego. Jako lekarz z wykształcenia, a w trakcie pierwszej wojny światowej oficer służby sanitarnej, Składkowski uważał kwestię higienicznych zaniedbań za problem wagi państwowej. Nie z użyciem oficjalnych ustaw, ale głównie okólników i napomnień, naciskał on na urzędników terenowych, by ci wymuszali na chłopach szybką modernizację zagród. Zwracał uwagę na czystość podwórzy czy nawet na malowanie płotów, ale przede wszystkim na kwestię budowy wychodków, które odtąd miały być stawiane w każdym obejściu.*

Zalecenia w żadnym razie nie pozostały na papierze. Do wyegzekwowania nowych norm zaprzęgnięto administrację i służby porządkowe. Jak wyjaśnia historyk Tomasz Krzemiński, "charakterystyczny dla dnia powszedniego stał się widok policjantów dokonujących nieustannej kontroli wszelkiego rodzaju urządzeń sanitarnych, lustrujących podwórza oraz zagrody i doglądających czystości wychodków". Akcja była tak szeroko zakrojona, że wszystkie wiejskie ustępy zaczęto nazywać sławojkami, choć pan minister nie był przecież żadnym ich wynalazcą czy innowatorem. On tylko wymusił, by wygódki wreszcie zaczęto budować poza Wielkopolską.

Nie sposób stwierdzić kto ukuł nazwę wciąż obecną w języku polskim. Na pewno szczególnie chętnie, i zawsze prześmiewczo, sięgała po nią prasa antyrządowa. Sam Składkowski nie wstydził się ani epitetu, ani tym bardziej podjętej akcji. W kronikach filmowych wyświetlanych w kinach przed filmami można było oglądać go podczas osobistych inspekcji wychodków. Po latach zaś, na kartach wspomnień wydanych pod tytułem Kwiatuszki administracyjne i inne, opowiadał o sprawie z humorem. Może nawet przesadnym.

Felicjan Sławoj Składkowski jako minister spraw wewnętrznych (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe) , Felicjan Sławoj Składkowski już jako premier wpisuje się do księgi imieninowej (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Chłopi, przymuszani do działania, a nieedukowani, faktycznie zaczęli sklecać ustępy. Ale to jeszcze nie oznacza, że z nich korzystali. Składkowski, przynajmniej z perspektywy czasu i publicznie, bagatelizował problem. W Kwiatuszkach administracyjnych pisał, że ludzie "wymyślali różne gadki i opowieści, niby to prawdziwe": 

A to, że jakiś bogaty chłop zamknął wychodek na kłódkę, bo trzymał w nim kiełbasy i szynki po zabiciu wieprza; a to, że chłopi stawiali sławojki rzędem blisko drogi, bo mówili, że jakiś minister ich potrzebuje, gdy jeździ po drogach. Taki z miasta w polu s… nie potrafi! I dlatego kazał dla siebie budować, bo chłopi przecież tego nie potrzebują. 

Polityk twierdził, że wszystko to były "bardziej lub mniej dowcipne kawały". Sam miał ponoć w pamięci tylko jedną autentyczną historię o chłopskim oporze wobec toalet. Opowiedział, jak to podczas podróży po kraju dostrzegł świeżo zbudowany chłopski wychodek i postanowił przeprowadzić jego niezapowiedzianą inspekcję. Jadący z nim wspólnie starosta z trudem przekonał gospodarza do współpracy - bądź co bądź był już późny wieczór, po zmroku. A komisje sanitarne, wysyłane do wsi, może i były uciążliwe, ale jednak nie wbijały do zagród nocą. Chłop nie mógł się nadziwić, że "z samy Warsiowy jechoł" minister, by "oglądać jego wychodek". Wziął jednak w końcu w dłoń lampę… dłuto i młotek. 

Począł podważać zabite dużym gwoździem drzwi [ustępu]. Gdyśmy wyrazili nasze zdziwienie z tego powodu, gospodarz, otwierając wejście, powiedział spokojnie:
- Dzieckom we szkole przewrócili we łbie i nie chcą już chodzić za stodołę ino s… we wychodku. A tu musi być czysto dla komisji. Takem zabił gwoździem i mom spokój. 
Weszliśmy do środka, gospodarz oświetlał wnętrze, trzymając wysoko lampkę nad głową. Było czysto i zacisznie. Na ścianie, na gwoździu wisiały nawet pocięte kartki papieru z jakiejś gazety. Gospodarz wskazał ręką do góry i powiedział: "Kryte papą" - z taką dumą w głosie, z jaką przewodnik zwraca zwiedzającym uwagę na ostrołuki sali gotyckiej. Potem na pół żartem, na pół serio spytał mnie: 
- Czy aby pan nie potrzebuje? 
Podziękowałem za zaproszenie i wyszliśmy w ciemną noc. Gospodarz oddał znów lampkę staroście i wyjął z kieszeni gwóźdź, by zabić nim drzwi sławojki. Na protesty starosty powstrzymał swój zapał, mrucząc: 
- Zaro bachory na…ją do środka! 

Składkowski starał się ukazać sytuację jako swoisty ewenement, niepodważający w żaden sposób metod, jakimi wprowadzał w życie wychodkowy przewrót. Rzeczywistość wyglądała jednak inaczej. W roku 1930 w sprawozdaniu z urzędowego konkursu "Zdrowie w chacie wiejskiej" Marcin Kacprzak pisał, że w zagrodach "najwięcej kłopotów sprawiały ustępy". Wiele z nich było tylko "chyboczącymi się kryjówkami bez dachu", ustawionymi "w otoczeniu gnojówki". Jeśli zaś trafiały się sławojki zadbane i czyste, to często dlatego, że… nikt ich nie używał, a wokół całe "obejście było zanieczyszczone wydalinami".

Prace melioracyjne nad Wisłą w okolicy Kazimierza Dolnego, 1938 rok. W tle widoczna drewniana toaleta (sławojka) (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

"Jedna kobieta mówiła wprost - relacjonował lekarz - »Teraz proszę pani ustęp mam czysty, bo umyłam, uporządkowałam i nikomu tam chodzić nie pozwalam«". Kilka lat później, gdy naciski w sprawach sanitarnych już właściwie ustały, Leonard Bier wciąż oceniał sytuację podobnie. Jak stwierdzał, ustępy wiejskie były "bardzo prymitywne", budowano je "pod przymusem", tylko "dla władz". Jeśli w ogóle z nich korzystano, to "raczej przypadkowo niż z reguły, traktując je jako dodatek do domu, niemal jako zbytek". Zresztą wypada podkreślić, że także sam Felicjan Sławoj Składkowski miał - i musiał mieć - świadomość, że chłopów traktowano arbitralnie, często niesprawiedliwie, a na pewno nadgorliwie.

W teczkach archiwalnych przedwojennego ministerstwa spraw wewnętrznych zachował się chociażby okólnik, w którym inspirator sławojek krytykował urzędników za "nadużycia" i "nieżyciowe wykonywanie" jego zarządzeń. Wspominał na przykład o sytuacjach, gdy podlegli mu ludzie wymuszali cementowanie wszystkich dołów kloacznych, natychmiastowe wywożenie ich zawartości na pola albo budowę śmietników na wsi - co zdecydowanie wykraczało poza ramy tego, na co ówczesna ludność była gotowa się zgodzić. Minister potępiał poza tym "bezduszne i szablonowe stosowanie kar administracyjnych". I trudno o lepszy dowód na to, że nonsensy musiały być powszechne, a chłopi - przyzwyczajeni od wieków do wydumanych żądań panów i władz - traktowali rzecz, jak każdy dawny nakaz. Robili, co musieli. I nic więcej. 

Zobacz wideo Czy da się przesadzić z myciem rąk? [NaZdrowie]

Zgodnie z ankietą rozesłaną w drugiej połowie lat 30. XX wieku do wojewódzkich urzędów zdrowia, w kraju wciąż nie brakowało powiatów, gdzie na wsiach mniej niż połowa zagród posiadała ustępy. Szczególnie źle sytuacja wyglądała na wschodzie. W województwie lubelskim były powiaty, gdzie sławojki stały przy za- ledwie 34 proc. domów. Na Wileńszczyźnie w najgorszych przypadkach współczynnik ten wynosił 37 proc., na Polesiu 26 proc. O zatrważającym stanie asenizacji w ostatnim regionie dobitnie pisał Czesław Pietkiewicz w książce wydanej w 1938 roku, choć opartej na materiale sporo wcześniejszym.

Sławojka przy skrzyżowaniu ul. Broniewskiego i ul. Krasińskiego w Warszawie, 1975-1977 rok (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe) , Współczesne sławojki w studenckiej bazie namiotowej, Beskid Niski (Fot. Tomasz Kuran aka Meteor2017 via Wikipedia Commons)

Z badań tego etnografa wynika, że Poleszucy uparcie twierdzili, że ustęp to "pański wymysł", a za potrzebą wystarczy iść za stodołę, bo przecież wydaliny albo wyschną, albo zjedzą je świnie. Gdyby zaś smród był zbyt intensywny, a zbierające się stada much nieznośne, ludzkie łajno można było ewentualnie zasypać popiołem. Co do "maczenia", by użyć lokalnej gwary, panowała opinia, że wolno się mu oddawać gdzie bądź, bo przecież wszystko "zaraz wsiąknie do ziemi, a słońce jak przygrzeje, to i wyschnie". Rozmówcy Pietkiewicza, zapytani, czy nie boją się chorób, odpowiadali beztrosko, że przecież w zagrodzie "tylko swoi chodzą" się załatwiać, "żonka i dzieci", nie mieliby się więc od kogo zarazić.

"Nikt się nie krępuje co do miejsca, a dzieci nawet i co do pory. Często je można widzieć siedzące w odpowiedniej pozie na dziedzińcu wśród białego dnia" - kwitował autor pracy Kultura duchowa Polesia Rzeczyckiego. I tylko gospodyniom zdarzało się utyskiwać na potomstwo, które robiło pod siebie na podwórzu, akurat gdy one skończyły tam zamiatać.

*Publikujemy fragment książki Kamila Janickiego "Życie w chłopskiej chacie", która ukazała się 13 listopada 2024 roku nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.