Spośród wielu atrakcji od lat 60. jedna przyciągała szczególnie. Była to sensacja na całą Polskę. Striptiz. "No – tośmy się doczekali! Już ani Las Vegas, ani hamburskie Sankt-Pauli nam nie zaimponuje, nie mówiąc o jakimś tam paryskim Sexy czy Crazy Horse. I my mamy swój maison dustrip-tease.*
W październikowym programie szczecińskiej Kaskady Mademoiselle Jacqueline demonstruje to, co każdy szanujący się Europejczyk znać powinien. Że przy tym reklamuje się biżuterię Jablonexu – tym lepiej. Zawsze to raźniej, kiedy na gołym biuściku widać owoce współpracy gospodarczej bratnich narodów"1.
Tak 29 października 1969 roku słowami redaktora Symforiana Piwończyka (swoją drogą wspaniały pseudonim) "Kurier Szczeciński" opisał pierwszy striptiz w Kaskadzie. W wielu wspomnieniach pojawia się informacja, że był to pierwszy striptiz w Polsce i pierwszy w tym lokalu. Przynajmniej to pierwsze nie jest zgodne z prawdą. Prawdziwy może być za to fakt, że pokazująca się nago na scenie pani była z Czechosłowacji. Jak reklamowana biżuteria Jablonex, bardzo popularna w PRL. Był to też zapewne jeden z pierwszych striptizów prezentowanych "oficjalnie" i opisywanych w prasie.
Festiwal striptizów w polskich lokalach rozpoczął się na fali odwilży 1956 roku. Striptizy odbywały się między innymi w krakowskim Feniksie, warszawskiej Stodole (jeszcze tej w baraku na ulicy Emilii Plater – tutaj jednak brakowało paniom profesjonalizmu, bo podobno jedna z nich miała problemy z rozpięciem stanika - przynajmniej tak zapamiętał to i opisał w autobiografii "Zezem. O wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia" Jan Tadeusz Stanisławski - przyp. wyd.), a nawet podczas imprezy noworocznej w gmachu Filharmonii Warszawskiej.
Potem podobne atrakcje regularnie pojawiały się we wrocławskiej kawiarni Pod Iglicą i kawiarni Kabaretowej, w barze katowickiego hotelu Silesia, łódzkiej Casanovie, poznańskiej Oazie, klubie nocnym Piekiełko w Hotelu Rzeszów. W stolicy chociażby w ekskluzywnej restauracji Kongresowa w Pałacu Kultury i Nauki, której centralnym punktem była fontanna. Ponieważ wieczny problem był z kandydatkami chętnymi do rozbierania, prowadząca to miejsce stołeczna Estrada poszukiwała pań do rozbierania poprzez prasę. W 8. odcinku "Alternatywy 4" Stanisława Barei, do Kongresowej trafia docent Zenobiusz Furman (w tej roli Wojciech Pokora). Okazuje się, że striptizerką w lokalu jest jedna z mieszkanek bloku przy Alternatywy, Ewa (Hanna Bieniusiewicz). Scenie tej towarzyszą doskonałe dialogi, w których Bareja parodiuje gastronomiczne absurdy PRL. Na przykład kelner poleca Furmanowi indyka po bretońsku, po cygańsku, portugalsku, à la flaczki, à la łosoś i à la szynka. Jednak na najbardziej oryginalny striptiz wpadli chyba prowadzący krakowską Piwnicę Pod Baranami. Tam w programie imprez pojawił się pokaz, podczas którego rozbierano rower na części. Taki perwersyjny striptiz prezentowała jedna z gwiazd Piwnicy aktorka Barbara Nawratowicz.
Pod koniec PRL striptiz – przynajmniej dla niektórych – był już sztampową rozrywką. Był nawet częścią objazdowego show kabaretowego Tadeusza Drozdy. Obok pań i gospodarza występowali też między innymi sportowiec Władysław Komar i Bogusław Mec. Zapis tych występów można było nawet kupić na kasecie magnetofonowej. W tej wersji odpadały jednak atrakcje wizualne. W 1986 roku redakcja "Społemowca Warszawskiego" narzekała: "Sztampowy, schematyczny występ z obowiązkowym striptizem na zakończenie sprawił, że rozrywka w lokalach gastronomicznych od razu kojarzy się nam z kiczem i chałturą"2.
Jednak striptiz w szczecińskiej Kaskadzie, jak wszystko, co dotyczy tego miejsca, nie był wcale sztampowy. Starano się podnieść go do rangi sztuki, szukając profesjonalnych tancerek i szykując do niego specjalną choreografię. Kaskada bowiem od pierwszego dnia otwarcia do czasu jej dramatycznego końca była synonimem luksusowej, najwyższej jakości rozrywki i konsumpcji. I to na skalę całego kraju, a nawet państw ościennych. Miejscowa prasa rozpisywała się o tym miejscu jeszcze przed otwarciem. Ma ono bowiem bogatą historię.
Modernistyczny kompleks zbudowano przed drugą wojną światową. Mieszczącą się w nim kawiarnię reklamowano jako największą i najnowocześniejszą na całym Pomorzu. Tuż po wojnie w mało zniszczonym budynku otwarto zabawowe miejsce o dość pretensjonalnej nazwie Baltic Palace. Wówczas w Szczecinie nie brakowało lokali o podobnych nazwach, wystarczy wymienić chociażby Maskoot. Baltic Palace żył potańcówkami i balami, ale odbywały się tam również występy telepatyczne z medium w roli głównej. Po kilku latach kompleks stał się Powszechnym Domem Towarowym. Nie brakowało w nim rozrywki za sprawą kawiarni i restauracji Centralnej, w której grano do tańca.
W 1957 roku rozpoczął się remont budynku. Przedłużał się, ale w końcu 21 kwietnia 1962 roku, tuż przed siedemnastą rocznicą wyzwolenia Szczecina spod okupacji niemieckiej, otwarto Kaskadę. Pierwszy taki kombinat rozrywkowo-gastronomiczny w Polsce (Co prawda Kaskada była wtedy największym kombinatem rozrywkowym w Polsce, ale – choć w mniejszej skali – efektownym gastronomicznym miejscem mogła pochwalić się też Gdynia. Już w latach 50. działał tam dwupoziomowy Inter Club, na który składała się kawiarnia – organizowano w niej wystawy, spotkania – i restauracja, w której do tańca grały trójmiejskie zespoły muzyczne. Miejsce funkcjonowało do końca PRL - przyp. wyd.).
Jego gospodarzem były Szczecińskie Zakłady Gastronomiczne – Północ, a w środku działało kilka restauracji i kawiarni. Nazwę wybrano w konkursie "Kuriera Szczecińskiego". Spośród kilkuset propozycji wybrano tę nadesłaną przez marynarza Stefana Zawadzkiego, który w nagrodę dostał tort i butelkę zagranicznego wina. Na nazwy poszczególnych restauracji w kompleksie też rozpisano konkurs w "Kurierze". Trzy spośród czterech wymyślił pan Władysław Flis. Nagrodami w konkursie były karty wstępu, bon konsumpcyjny o wartości 200 zł (średnie miesięczne wynagrodzenie wynosiło wtedy 1680 zł) upieczona kaczka nadziewana jabłkami, tort, gęś w maladze i półmisek budapesztański. Pamiętajmy, że był początek lat 60. i takie dania były rzadko dostępnym rarytasem. Ale nie w Kaskadzie.
A oto tylko niektóre z wypowiedzi specjalnych gości zaproszonych na otwarcie lokalu. – Lokal, o jakim może marzyć każde miasto na poziomie europejskim – przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej. – Było siedem cudów świata. Szczecin ma ósmy. Kaskadę! – dyrektor przedsiębiorstwa budującego Kaskadę.
– Nic idealnego na świecie nie ma. Będziemy się jednak starać, aby Kaskada była zbliżona do ideału gastronomicznego – dyrektor Szczecińskich Zakładów Gastronomicznych.
– Warunki pracy idealne. Polecam moją specjalność: sandacza à la kurczę – szef kuchni.
– Chodźmy na wino! – redaktor Rozgłośni Szczecińskiej3.
Już z daleka można było podziwiać modernistyczną bryłę i efektowne neony: Dancing, Bridge, Cocktail-Bar, Bilard, Restauracja, Kawiarnia oraz Kaskada ze światłami ułożonymi na kształt wodnej kaskady. Kiedy odwiedzam Szczecin i krążę wokół budynku, który stoi w miejscu dawnej Kaskady, stwierdzam, że tego blichtru już nie widać. Dziś to centrum handlowe. W pobliskiej kawiarni spotykam się z Krystyną Pohl, która przez lata chodziła do Kaskady, pisała o niej do prasy, a kilkanaście lat temu wydała nawet o niej książkę, do której przeprowadzała rozmowy z jej wieloma pracownikami (Napisana przez Krystynę Pohl i Sebastiana Bielę ukazała się w 2011 roku - przyp. wyd.). Niestety, dziś większość z nich już nie żyje lub są w bardzo podeszłym wieku.
Krystynie na słowo "Kaskada" aż promienieje twarz i świecą się oczy. Do Szczecina trafiła z Gdańska, gdzie studiowała genetykę molekularną. Miała możliwość pracy w dużym przedsiębiorstwie chemicznym, za duże pieniądze, fascynowało ją jednak pisanie. Współpracowała z czasopismami "Razem" i "itd", w Gdańsku pracowała w dziale kultury w "Wieczorze Wybrzeża". Kiedy przeniosła się do szczecińskiego dziennika, trafiła do działu miejskiego. Lubiła to, bo zawsze coś się działo, szczególnie w gastronomii, której opisywanie było jej działką. Musiała więc bywać, łapać informatorów. Pisała o tym, że gdzieś oszukali na cenie, że kogoś nie wpuścili, bo nie miał krawata, że przed Kaskadą i Bajką ustawiają się kilometrowe kolejki, że cinkciarze narozrabiali. Zaglądała też na zaplecza i pisała o nowościach w jadłospisach. Od razu podkreśla też, że Szczecin był wyjątkowy, jeśli chodzi o gastronomię w PRL. Była różnorodna, gościła ludzi z całej Polski i wielu turystów. W mieście nie brakowało marynarzy, pracowników wielu przedsiębiorstw związanych z morzem i jego zasobami.
W Szczecinie bardzo rozwinięte było rzemiosło. Wielu mieszkańców miało pieniądze na chodzenie po lokalach. Było w czym wybierać.
Muza słynęła z szalonych zabaw, podczas których nierzadko rozbawieni panowie lądowali w ramionach stojącej na półpiętrze rzeźby Gałczyńskiego. Kawiarnia Jubilatka serwowała genialne desery własnego wyrobu. Zawsze były tłumy, mimo że nie sprzedawano tam alkoholu. Artyści czekali w kolejce, żeby w niej wystąpić. Krystyna obejrzała tam między innymi występ kabaretu Tey i Zbigniewa Wodeckiego. Restauracja Bajka (przy ulicy Niepodległości 30), w latach 1967-76 pod nazwą Atlantycka, była centrum życia nocnego Szczecina. Można było tu regularnie spotkać choćby filipińskich marynarzy, którzy wówczas stanowili obsadę wielu statków. Bawili się przy muzyce na żywo lub tej puszczanej z płyt. W lokalu urzędowały też mewki, które często tańczyły na słynnym podświetlanym, lustrzanym parkiecie, rok 1972.
1 Symforian Piwończyk, Wrażenia z Kaskady, "Kurier Szczeciński", nr 254 z 29 października 1969.
2 Krzysztof Gawrychowski, Coś więcej niż striptiz, "Społemowiec Warszawski", nr 12, grudzień 1986.
3 "Kurier Szczeciński", nr 97 z 29 października 1962.
*Publikujemy fragment książki Wojciecha Przylipiaka "Kelnerki, barmani, wodzireje. Jak obsługiwaliśmy klienta w PRL", która ukaże się 13 listopada 2024 roku nakładem Wydawnictwa Muza.

