Społeczeństwo
Andrzej Żuławski i Sophie Marceau, rok 1988. Aktorka była w związku z reżyserem przez 17 lat. (Fot. Roland Godefroy / CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons)
Andrzej Żuławski i Sophie Marceau, rok 1988. Aktorka była w związku z reżyserem przez 17 lat. (Fot. Roland Godefroy / CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons)

Pisząc w wieku 30 lat "Szamankę", nie byłam dziewicą metafizyczną. Miałam za sobą kilkuletnie wykłady z antropologii u profesora Andrzeja Wiercińskiego. Światowej klasy uczonego od gnozy, kabały, starożytnego Egiptu i prekolumbijskiego Meksyku.

Na jego wykładach o inicjacji, nie tylko szamańskiej, musiały pojawić się wątki tybetańskie. Jakżeby inaczej, buddyzm Tybetu jest jednym z nielicznych nadal żywych obrządków, pochodzących bezpośrednio z szamańskich praktyk. Zwłaszcza najstarszy tybetański buddyzm bon uważany za "pogański zabobon", póki nie nastała moda na powrót do religijnych źródeł.

Andrzej Żuławski też wracał do źródeł. Po latach francuskiej emigracji zamieszkał w Polsce. Chciał nowym filmem rzucić zapyziały, wychodzący z komunizmu kraj na kolana.

– Napisz mi scenariusz – zaproponował. – Tak go nakręcę, że spadną z krzeseł.

– Dlaczego ja? – Od pewnego czasu próbowałam się od niego uwolnić.

Manuela Gretkowska. (Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Zafascynowana Żuławskim w Paryżu, gdzie się poznaliśmy, później w nim zakochana, namówiona na wspólne zamieszkanie w Polsce, dotarłam po dwóch latach do finału naszej chorej relacji. I wniosku: albo zniknę z jego życia, albo on spie*rzy moje. A to potrafił nie gorzej niż kręcić filmy. Przede mną i po mnie jego "narzeczone" lądowały w psychiatryku lub medialnych sensacjach, odstrzykując mu toksyną, którą je opluł. Narzeczone – bo staroświecko każdą prosił o rękę. Robił to nawet po kilku dniach znajomości, zaklepując sobie miejsce w sercu nieświadomej manipulacji ofiary.

Nie mam pojęcia, co obiecywał tym, którym się nie oświadczył. Swoim licznym "latającym małpom", czyli satelitom narcystycznego jądra jego osobowości. Pewnie dokarmiał je bananami uznania, uwagą słynnego artysty. Czymkolwiek, czego małpa potrzebowała do latania. Przynajmniej się nad nimi nie znęcał.

Kobiety, w których był zakochany, dręczył. Na tym polega strategia narcyza. Jeśli kogoś potrzebuje, nienawidzi go za to uzależnienie, jak alkoholik nienawidzi wódy, narkoman ćpania, jednocześnie pragnąc swojej dawki.

– Jesteś młodą kobietą, napiszesz inaczej… 

– Zamówił u mnie scenariusz. I to był problem, on żywił się młodymi kobietami. Służyły mu za podpałkę żądzy, a zarazem grillował ich ciała i umysł. Wyplute resztki walały się na marginesie wspaniałej biografii słynnego reżysera nagradzanych filmów.

Za rolę w jego "Opętaniu" Isabelle Adjani dostała zasłużonego Cezara i Złotą Palmę, Romy Schneider również Cezara za "Najważniejsze to kochać". Mistrzowsko filmował archetypy. Dlatego nie dziwi mnie, że moda na Żuławskiego wróciła. Pola obejrzała właśnie w Kinotece "Opętanie" z 1981 roku, po angielsku. Sala pełna, większość to cudzoziemcy. "Szamanka", zjechana przez krytykę w 1996, też z czasem stała się elitarnie kultowa tam, gdzie Żuławski najmniej by się tego spodziewał – w USA.

Wracając po 20 latach z Zachodu, pod koniec lat 90. potrzebował szokującego triumfu, na który porzygają się wielbiciele PRL-owskich filmów moralnego niepokoju. Sam sobie szykował porażkę. Seanse "Szamanki" zamieniały się w seanse obrzydzenia. Środowisko filmowe zgodnie z przewidywaniami Żuławskiego jej nie chciało, publiczność niestety też. Już sam pomysł na scenariusz był ryzykowny. Gdyby reżyser próbował go wizualnie ozdobić, posypać blichtrem bogacącej się Warszawy. Albo rozrzewnić widzów hollywoodzką ckliwością. Ale on celowo, na przekór mieszczańskim gustom, wytarzał "Szamankę" w zgrzebnej, turpistycznej brzydocie. Nie do tego aspirowała Polska, omdlewając z wysiłku we wspinaczce po ścianie cywilizacyjnego awansu. Żuławski cucił ją jej własnymi rzygami, gdy potrzebowała zapachu mydełka Fa i powiewu zachodniego luksusu.

– Opowiedz mi pomysł jednym zdaniem – zażądał przy następnym spotkaniu.

Nigdy nie pisałam scenariusza, nie miałam pojęcia, o czym powinien być. Zupełna pustka w głowie i wpatrzony we mnie z nadzieją reżyser. Mój idol, kochanek, oprawca. Nie miałam niczego poza nim i jednocześnie musiałam się go pozbyć. Wyczuwając ludzkie słabości, ostrzył sobie na nich swoje okrucieństwo. Baron Münchhausen, ciągnąc się za włosy, wydostał się z bagna. Ja, baronowa Münchhausen, miałam trudniej. Musiałam tą samą metodą wydobyć się z samej siebie. Wyrywając sobie włosy, przy okazji wyszarpałam mózg. Dlaczego nie Żuławskiemu, za to wszystko, co mi zrobił? Tak byłoby sprawiedliwiej. I możliwe jedynie w fikcji. W niej mogłam się przed nim obronić.

 – Kochanek zrobił dziewczynie pranie mózgu. Ona rozbija mu głowę, wyżera łyżeczką mózg, na żywca – wymyśliłam z nadzieją, że to pozwoli mi się uratować.

Zajęty filmem odpuści.

– Nic by nie poczuł, mózg nie jest unerwiony. – Przyglądałam się jego oczom, rozszerzającym się z zadowolenia źrenicom.

Wchłaniały całe poranne światło warszawskiej kawiarni, gdzie byliśmy umówieni. Wilgotne i błyszczące chłeptały blask ulicy. Wysysały tlen miasta, spychając mnie do dusznej ciemnicy uzależnienia od jego zachcianek. Opisałam to dość dokładnie w "Transie", powieści dla wielu zbyt okrutnej, za szczerej.

– To prawda, co pani przeżyła?– pytano mnie na spotkaniach autorskich.

– Nie, oczywiście, że nie – uspokajałam co wrażliwszych. W prawdę nikt by nie uwierzył. Fikcja musi zachować choć trochę prawdopodobieństwa, fikcyjna autobiografia tym bardziej.

Żuławski był zbyt skomplikowany, by jednoznacznie opisać go jako dobrego lub złego, potwora albo geniusza. Bywał jednocześnie jednym i drugim, a jego widzenie świata było biało-czarne, manichejskie. Nie zapytałam, od kiedy pasjonował się gnozą.

Maria Konwicka, rok 2020. (Fot. Borys Skrzyński/SFP, / CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons)

Maria Konwicka występująca w dokumencie "Ucieczka na Srebrny Glob" o mordędze tworzenia tego filmu Żuławskiego wspomniała, że oboje zaczytywali się gnostykami. Starszy od niej, też miał ojca pisarza z warszawskiego środowiska PRL-owskiej elity kulturalnej.

Lata 70. Eteryczna Marysia Konwicka, rudawa blondynka, studiująca malarstwo i uwodzący ją dyskusjami o gnozie, wykształcony we Francji reżyser o zabójczej aparycji.

– Gdybym wtedy dała się uwieść urokowi Żuła, dzisiaj byśmy nie rozmawiały – powiedziała Maria Konwicka, dając mi zezwolenie na zacytowanie jej wspomnień. 

– Wylądowałabym na zawsze w szpitalu psychiatrycznym. Miał nade mną przewagę wieku i erudycji. Nasze spotkania w mojej pracowni pozostały sekretem duchowej, tajemnej przyjaźni. Byłam pod ogromnym wrażeniem, że sławny reżyser, nakręcił już "Trzecią część nocy", zwierza się mnie, początkującej artystce. Póki mówił o gnostykach, chłonęłam każde słowo. Ale gdy zaczynał pić, a przynosił zawsze butelkę wina, zmieniał się. Wyłaziły z niego lęki. Na ramieniu pojawiało się mu czarne ptaszysko. Byłam przerażona tym, co widziałam. Jakby na potwierdzenie moich intuicji, że coś jest z nim nie tak, że ma jakieś pęknięcie diaboliczne, pojawił się ten czarny stwór, ni ptak, ni demon. Autentycznie się bałam i nie mogłam nikomu powiedzieć, jemu też nie, o tym, co widzę. Nie zwariowałam, serio wyłaziło po alkoholu z niego coś mrocznego i widzialnego. Pisał wtedy "Diabła". Uchronił mnie demon. W Żuławskim było pęknięcie, uroczy człowiek na trzeźwo i diabelski, gdy pił. Doktor Jekyll i mister Hyde. Manichejska osobowość. Pytałaś, od kiedy interesował się gnozą. Myślę, że to było u niego organiczne, on był po prostu gnostykiem, nie musiał się nim stawać. Lektury o Justynianie, Szymonie Magu tylko go utwierdziły w gnostycznej manichejskości świata. Bóg jest diabłem, złym Demiurgiem, a materialny świat jego gnijącym tworem zawierającym upadłą iskrę boskości. Tak w skrócie można zdefiniować gnozę.

Zobacz wideo Czy świadomość posiadania wyboru może być obciążeniem dla człowieka?

– Widziałaś u kogoś innego podobne wizualne "demony"? – dopytuję.

– Nie, ale jestem pewna, że to było ostrzeżenie, nie halucynacja. On był opętany swoim demonem, nie bez powodu zrobił "Opętanie"…

– Ale nie weszłaś z nim w związek? – Oj, niestety weszłam. Byłam nieprzytomnie zauroczona. To był przecież wyborny hipnotyzer. Tak jak sama to nazwałaś: TRANS. Ale ponieważ miałam już paszport do Ameryki, więc udało mi się w odpowiednim momencie uciec.

Nie byłam równie ostrożna i mądra jak Konwicka. Nie widziałam czarnych demonów Żuławskiego. Nic dziwnego, skoro przeoczyłam nawet czerwone flagi łopoczące mi w twarz. Niektóre z jego kobiet nadal kultywują pamięć o mężczyźnie życia, myląc genialnego reżysera z dobrym bogiem. Tworzą mit boskiego artysty, szukającego ocalenia w ramionach muzy. Chociaż jedyną muzą Żuławskiego, wierną do końca, był alkohol. Rozstaliśmy się, gdy poznałam mojego przyszłego męża, psychoterapeutę. Wiedząc, z czego po dwóch latach toksycznej relacji się wyplątuję, powiedział: "Nie ma w naturze nic bardziej groteskowego niż męskie zwierzę, któremu się wydaje, że jest bogiem… Chwilami przyćmiewa go własna mamusia".

W książce Aleksandry Szarłat "Żuławski. Szaman" jego matka we władzy zdradzającego męża mizogina jest zakłamana i złośliwa. Okrutna wobec najbliższych, a zwłaszcza obcych. Synowi przekazała pogardę i strach przed kobietami. Obrzydzała mu kolejne "narzeczone", znajdując w nich ohydne wady. Kobieca strona Żuławskiego była jego własną matką kołyszącą wszelkie potworności ludzkiej natury. Ułomność bliskich, a zwłaszcza swoich kochanek, wyolbrzymiał, dodając im poniżające, monstrualne cechy.

Małgorzata Braunek była żoną Andrzeja Żuławskiego, miała z nim syna, Xawerego. (fot. Michał Mutor) (Małgorzata Braunek (fot. Michał Mutor))

Alter ego porzucającej go żony, Małgorzaty Braunek, zagrała hipnotycznie w "Opętaniu" Adjani. Zdradzając męża, tarza się z falliczną ośmiornicą. Opuszczająca Żuławskiego, reżysera, twórcę, stwórcę, kobieta to zwierzę owładnięte seksem. Szczęścia może szukać tylko w mackach podobnej sobie perwersyjnej, bezrozumnej galarety z oczami. Żuławski dla tej wizji nie potrzebował wsparcia mizoginii katolicyzmu równającego córki Ewy do cór Koryntu. Nienawidził kleru, nietzscheańsko gardził chrześcijaństwem. Jego lewicowe poglądy przejęte po partyjnym ojcu nie zawierały jednak cienia idei równości z komunistycznymi towarzyszkami, tym bardziej z towarzyszkami życia. Duszę młodego Żuławskiego tuczył nie "Manifest komunistyczny", a gnostycy sprowadzający kobietę do roli k***y, w najlepszym razie k***y błogosławionej. Jego mizoginia przefiltrowana przez perspektywę matki przypominała tybetański "podniebny pogrzeb", polegający na zostawieniu martwego ciała sępom. Wyłapywała najlepsze, najbardziej śmierdzące kąski z wnętrza kobiet. Karmiła nimi mentalnie synka, ucząc, gdzie dziabnąć, by dostać się do najsmakowitszej części – mózgu. Lamowie roztrzaskują czaszkę trupa i ukrywają mózg, żeby sępy nie zostawiły resztek, zanim zjedzą swój galaretowaty przysmak. Wiem to od lamy Choe-Khor Tshanga, syna lamy pomagającego w takim pochówku swojemu ojcu. Wracał zbryzgany krwią, ale szczęśliwy, że pogrzeb się udał. Złych ludzi sępy nie tykały.

Publikujemy fragment książki Manueli Gretkowskiej "Posag dla Polki", która ukaże się 27 listopada 2024 roku nakładem Znak Literanova.