Historia
Proces inżyniera Pawła Grzeszolskiego oskarżonego o otrucie talem żony i dwójki dzieci przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie, rok 1936. (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Proces inżyniera Pawła Grzeszolskiego oskarżonego o otrucie talem żony i dwójki dzieci przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie, rok 1936. (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Sobotni wieczór 13 lutego 1937 roku w krakowskim Hotelu Polskim przy ulicy Floriańskiej był niezwykle nerwowy ze względu na dość dramatyczne okoliczności. Konieczne stało się wezwanie pogotowia i policjantów. W jednym z pokojów, który wynajął czterdziestoczteroletni Antoni Woźniak, handlowiec, wraz ze swoją córką, obsługa hotelowa zastała widok mrożący krew w żyłach: mężczyzna leżał martwy na łóżku, młoda kobieta na podłodze dawała jeszcze słabe oznaki życia. Pogotowie zabrało ją do szpitala świętego Łazarza, zwłoki mężczyzny przewieziono do kostnicy.*

Śledczy drobiazgowo zbadali hotelowy pokój, zabezpieczyli fiolki po luminalu, przeszukali rzeczy hotelowych gości i szybko znaleźli ich dokumenty. Okazało się, że pokoju nie wynajął żaden Woźniak z córką, ale Paweł Grzeszolski z żoną Pelagią, z domu Staciwińską, słynny "truciciel z Sosnowca", o którym od wielu miesięcy pisała prasa.

Śledczy wiedzieli już, że trafił im się nie podrzędny skandal, ale sensacja, którą żyła cała Polska. W pokoju pary zabezpieczono listy, które napisał Grzeszolski. Jeden był adresowany do sądu – autor pisał w nim, że nie ma sił i ochoty przeżywać jeszcze jednego procesu i dlatego postanowił odebrać sobie życie; drugi do mecenasa Zygmunta Hofmokl-Ostrowskiego, w którym Grzeszolski dziękował mu za pomoc i wszelkie starania oraz informował, że poczynił zarządzenia, by otrzymał on należne mu honorarium; trzeci list był do brata Pelagii z prośbą o zajęcie się sprawami majątkowymi.

Sprawa tak słynna jak Gorgonowej**

Z przesłuchań personelu Hotelu Polskiego wynikało, że para przez trzy dni pobytu opuszczała pokój jedynie wieczorem, i to nie na długo. Przyjechała tylko z dwiema małymi walizkami i już w piątek uregulowała rachunek za pobyt – łącznie z sobotą. Ustalono też, że po raz ostatni Grzeszolscy byli widziani właśnie w piątek wieczorem, gdy wyszli z hotelu i udali się do kina Sztuka na seans niemieckiej komedii "Allotria", a gdy wrócili, kazali sobie podać herbatę i zamknęli się w swoim pokoju.

Hotel Polski Pod Białym Orłem, widok współczesny. (Fot. Maatex / CC BY-SA 3.0 via Wikimedia Commons)

W następnych dniach prasa skrupulatnie relacjonowała kolejne wydarzenia: pogrzeb Grzeszolskiego na Cmentarzu Rakowickim, który ściągnął tłumy, apatię jego żony Pelagii, którą udało się odratować; spekulowano, kiedy kobieta opuści szpital i co się z nią stanie.

Przed wojną ludzie żyli tą sprawą podobnie jak inną zbrodnią i procesem – Rity Gorgonowej, guwernantki skazanej za zabójstwo Lusi Zaremby, córki lwowskiego architekta Henryka Zaremby. Aby zrozumieć, skąd się brała ta ekscytacja, trzeba się cofnąć w czasie do pewnej styczniowej nocy w 1933 roku i przenieść na ulicę Rybną do sosnowieckiej dzielnicy Pogoń. Tam w jednej z kamienic mieszkała rodzina Grzeszolskich: Paweł, który ukończył szkołę handlową w Będzinie, w Berlinie studiował budowę maszyn i był inżynierem w Rurkowni Huldczyńskiego, jego żona Anna oraz dwoje ich nastoletnich dzieci, bliźnięta Lucyna i Jerzy.

On – pan z wąsem, szczupły, ani specjalnie przystojny, ani brzydki; ona – przy kości, o miękkich rysach twarzy. Ot, małżeńska para, jakich wiele. Tamtej styczniowej nocy Anna Grzeszolska, kobieta zdrowa, która miała za sobą aktywny dzień i spotykała się z różnymi ludźmi, nagle zmarła. Jeszcze wieczorem odwiedziła rodziców – państwo Bugajów, których dom stał obok. Mieszkali z siostrą Anny Eugenią, noszącą nazwisko Kuczalska, po mężu, który ulotnił się niedługo po zawartym ślubie. Anna opowiadała wówczas matce, że jej mąż zaciągnął pożyczkę, którą w całości wydał na kochankę. O północy Grzeszolscy udali się na spoczynek, a niedługo później Anna zaniemogła; zaczęła wymiotować, mąż przynosił jej do łóżka herbatę. Rano, gdy do jej sypialni weszła służąca Maria Cabajówna, Anna już nie żyła. Lekarz, który przybył na miejsce, nie był w stanie określić, jaka była przyczyna śmierci, i wystawił zwykłe świadectwo zgonu. Kilka dni później, indagowany przez Pawła, uzupełnił je o dopisek: "Śmierć była nagła". "Teraz już nic mu nie stoi na przeszkodzie. Może już brać sobie tę młódkę" – tak na wieść o śmierć Anny szeptali sąsiedzi na Rybnej.

Oskarżona Rita Gorgonowa ze swoją córką Ewą na dziedzińcu więziennym, rok 1933. (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Tą "młódką" była brunetka o melancholijnym uśmiechu, dwudziestojednoletnia wówczas Pelagia Staciwińska, uczennica sosnowieckiego seminarium nauczycielskiego. Jej siostra była podwładną Grzeszolskiego w Rurkowni Huldczyńskiego i to właśnie przez siostrę Pelagia poznała starszego o dziewiętnaście lat mężczyznę. Z relacji świadków wynikało, że niedługo później tych dwoje zaczęło się ze sobą spotykać, a mężczyzna kupował młodej kobiecie prezenty – przybory do manicure czy tomik poezji miłosnej. Z kolei u Anny Grzeszolskiej jakiś czas później pojawił się młody człowiek i poskarżył się, że jej mąż ukradł mu narzeczoną. Wzburzona Grzeszolska pobiegła do mieszkania Pelagii, która przyznała się do znajomości z jej mężem. Oddała Annie prezenty od Pawła: książkę i neseserek z przyborami do paznokci. Od tamtej pory w domu przy ulicy Rybnej co jakiś czas dochodziło do awantur i kłótni o młodą Pelagię.

"Najpierw żona, teraz syn!"

Po śmierci Anny piętnastoletnim Jerzemu i Lucynie matkować postanowiła Eugenia Kuczalska. Miała własne klucze do mieszkania Grzeszolskich, bywała w nim, kiedy chciała; wiele wskazuje na to, że odwiedzała Pawła w sypialni i "pocieszała" wdowca. Stosunki między dziećmi a ojcem, który uchodził za oschłego, wręcz oziębłego wobec nich, układały się poprawnie. Z czasem jednak Lucyna zaczęła opowiadać koleżankom, że jej ojciec żyje ze Staciwińską albo że służąca Cabajówna chodzi do niego na noc. W lutym 1934 roku Jerzy i Lucyna zjawili się u ciotki Kuczalskiej, narzekając na ból brzucha i wymioty. Ta poszła do ich mieszkania, by sprawdzić, co jedli. W kuchni zastała służącą Cabajównę wraz z krewną, która przyjechała do niej w odwiedziny; ona również skarżyła się, że wymiotowała. Wszyscy jedli wcześniej zupę, której resztki znajdowały się jeszcze w garnku. Kobiety nachyliły się nad nim i znalazły przypominający kaszę manną osad. "Na pewno stara, zepsuta śmietana" – orzekły. Miesiąc później bliźnięta i Cabajówna ponownie poczuli się źle – całej trójce doskwierały wymioty, biegunka, bolało ich ciało, zwłaszcza nogi i stawy, zaczęły im też wypadać włosy. Najgorzej czuł się Jerzy, Lucyna lepiej. Służącą przewieziono do szpitala, gdzie była leczona na zapalenie stawów. Jerzy dochodził do siebie w domu.

'Prasa skrupulatnie relacjonowała kolejne wydarzenia: pogrzeb Grzeszolskiego na Cmentarzu Rakowickim, który ściągnął tłumy, apatię jego żony Pelagii, którą udało się odratować'. Zdjęcie ilustracyjne, Cmentarz Rakowicki, lata 20.XX wieku. (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

 Ciotka Kuczalska i babka Bugajowa wzywały różnych lekarzy, którzy diagnozowali a to zapalenie opon mózgowych, a to reumatyzm, a to jeszcze inne choroby. Całkowicie wyłysiały Jerzy zmarł 18 marca. "Najpierw żona, teraz syn!" – część mieszkańców Rybnej aż trzęsła się z emocji. "Czy to przypadek?" – ściszali głos inni. "Truciciel!" – patrzyli spode łba na przechodzącego ulicą Grzeszolskiego. Czy te szepty, plotki, głosy doszły do uszu Lucyny? Czy po prostu przestała się czuć bezpiecznie we własnym domu? Faktem jest, że córka Grzeszolskiego przeniosła się do dziadków, opiekowała się nią Kuczalska. Jednak jakby na przekór tej logice nastolatka dalej stołowała się w domu ojca – stamtąd przynoszono jej jedzenie. Był on dużo lepiej uposażony niż Bugajowie. W kwietniu wyzdrowiała Cabajówna, opuściła szpital i wróciła do domu na Rybnej. Jakiś czas później stan zdrowia Lucyny uległ pogorszeniu, wystąpiły objawy identyczne jak wcześniej u Jerzego. Po wizytach lekarzy to Kuczalska odwiozła ją do szpitala w Czeladzi. Paweł Grzeszolski zachowywał się wobec córki dość obojętnie. Odwiedził ją co prawda w szpitalu, przyniósł pomarańcze. Lucyna nie zdążyła zjeść ani jednej – zmarła 4 maja o godzinie trzeciej nad ranem.

"Na ulicy Rybnej, / Pod numerem trzecim, / Otruł pan Grzeszolski / Żonę z dwójką dzieci" – nuciła teraz sosnowiecka ulica. W  lipcu 1934  roku, dwa miesiące po śmierci córki, Paweł Grzeszolski wziął ślub z  Pelagią Staciwińską. Eugenia Kuczalska mimo starań nie została więc panią Grzeszolską numer dwa.

"Dzieci były z natury chorowite"

Para pobrała się w Urzędzie Stanu Cywilnego w Katowicach. W Sosnowcu ślubu zapewne brać nie chcieli – byli na językach, a przede wszystkim ze względu na obowiązujące prawo musieliby wziąć ślub kościelny, co byłoby, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, co najmniej karkołomnym zadaniem. Mieszkańcy Pogoni na świeżo upieczonych małżonków patrzyli wilkiem, na ulicach, w sklepach nie szczędzili im pogróżek, ironicznych docinków. Nie brakowało ich też w miejscu pracy Grzeszolskiego w Rurkowni Huldczyńskiego. Swoje czynności podjęli tymczasem śledczy – śmierć trzech osób z tej samej rodziny w niezwykłych okolicznościach w ciągu stosunkowo niedługiego okresu czasu, ich dziwne i dość podobne objawy chorobowe nakazywały szczególnie ostrożne postępowanie. Zlecono ekshumacje zwłok zmarłych i przeprowadzenie drobiazgowej sekcji.

Grzeszolski tymczasem z powodu plotek stracił posadę w fabryce, bez powodzenia szukał innej, bo potencjalni pracodawcy, słysząc jego nazwisko, milkli i odwracali głowy. Sekcja Anny Grzeszolskiej nie przyniosła w sprawie niczego nowego, gdyż zwłoki były w daleko posuniętym rozkładzie. W ciałach dzieci znaleziono tal, metal ciężki, którego jeden gram wystarczy jako dawka śmiertelna. Niedługo później Paweł Grzeszolski został aresztowany. Pelagia była wówczas z nim w ciąży. Urodziła przed terminem dziewczynkę, ale dziecko z powodu słabego stanu zdrowia żyło tylko miesiąc.

[…]

17 stycznia 1935 roku profesor Jan Stanisław Olbrycht, uznany autorytet w  medycynie sądowej, który był biegłym również we wcześniejszym, głośnym procesie Rity Gorgonowej, przesłał do Sosnowca orzeczenie w sprawie Grzeszolskiego. Olbrycht nie miał wątpliwości, że dzieci zostały otrute talem. Kilka dni później Paweł Grzeszolski został przesłuchany już jako oskarżony o zabójstwo. Nie przyznał się, twierdził, że dzieci były z natury chorowite, a jeśli zostały otrute, to mogła się tego dopuścić Kuczalska, która, jak uważał, miała powód  – chciała się zemścić, bo zawiódł jej nadzieję, że zostanie jego żoną. "Najpierw z Pelagią Staciwińską łączyła mnie luźna znajomość. Ta zacieśniła się po śmierci dzieci" – mówił śledczym. "Poza zapoznaniem się z Grzeszolskim i ukłonami do wiosny 1934 roku nie rozmawiałam z nim" – zeznawała początkowo Pelagia. Później jednak zmieniła zdanie: "Spotykałam się z Grzeszolskim prawie codziennie, idąc do szkoły. Nie otrzymywałam od niego żadnych prezentów". "Grzeszolski odprowadzał Staciwińską do szkoły, wychodził po nią, przysłał jej kwiaty, kupował bilety miesięczne na dwie osoby do kina Palace, jeździł z nią do Katowic. A to wszystko przed śmiercią Anny Grzeszolskiej" – zeznawał Zygmunt Liszczyk, była sympatia Pelagii. "Wobec plotek, jakobym była kochanką Grzeszolskiego, wskutek czego byłam pozbawiona nadziei na wyjście za mąż za kogoś innego, sama zaproponowałam mu małżeństwo" – przekonywała Pelagia. "Ożeniłem się ze Staciwińską, bo miałem moralny obowiązek zaopiekowania się nią. Z mojego powodu została ona narażona na oszczerstwa ludzkie i represje władz w postaci rewizji i dochodzeń. Wyswatał mnie prokurator i rodzina Bugajów" – wyjaśniał z przekąsem Paweł.

Śledczy nie mieli wątpliwości: jako kierownik biura sprzedaży wielkiej firmy hutniczej Grzeszolski miał styczność z zakładami, które wytwarzały środki chemiczne. Związki talu były też wtedy używane w kosmetykach lub jako trutka na gryzonie, w postaci past i ziaren. Grzeszolski znał się na chemii, poza tym w jego mieszkaniu znaleziono książki o znamiennych tytułach: "Służba śledcza", "Medycyna sądowa" – były to niuanse, ale przypieczętowały sprawę.

Zobacz wideo Po czym poznać, że nasi bliscy są uzależnieni od używek?

"Łóżko było zasłane zalotnie"

Na początku marca 1936 roku dziennikarze z całej Polski zaczęli rezerwować pokoje w sosnowieckich hotelach. Na ten proces czekali wszyscy: od robotników i gospodyń domowych po wyższe sfery. Oczy opinii publicznej nakierowane były na Sosnowiec. Paweł Grzeszolski został oskarżony o otrucie syna, córki i nieumyślne otrucie służącej Cabajówny. Nie przedstawiono mu zarzutu otrucia żony, bo nie dało się tego udowodnić ze względu na znaczny rozkład zwłok. Broniła go gwiazda warszawskiej palestry – mecenas Zygmunt Hofmokl?Ostrowski. Sala sądowa pękała w szwach, na rozprawy przychodziły tłumy żądnych sensacji mieszkańców. Na widok oskarżonego wykrzykiwali obelgi, obrzucali go niewybrednymi epitetami; niektórzy z gapiów trzymali w rękach zdjęcia Anny Grzeszolskiej, Lucyny i Jerzego i wygrażali mu pięściami. Raz kilkuset rozwścieczonych ludzi napadło na Grzeszolskiego przed sądem, gdy wchodził w asyście dwóch policjantów. "Wytruł całą rodzinę!" – krzyczeli. Gdyby nie szybka ucieczka funkcjonariuszy z oskarżonym, doszłoby do linczu.

[…]

"Ostatnie Wiadomości" dodawały, że mecenas Hofmokl?Ostrowski dołączył do akt "świadectwa dziewictwa", z którego wynikało, że Staciwińska do 7 kwietnia 1934 roku była dziewicą. Wątki dotyczące intymnego pożycia rozgrzewały publiczność zgromadzoną w sądzie i czytelników gazet jeszcze bardziej. Na jednej z rozpraw zeznawał policjant, który bywał w mieszkaniu Grzeszolskich na Rybnej. Przyszedłszy […] na dochodzenie, zauważyłem, że Cabajówna posiada prześliczne łóżko, dookoła którego znajdowała się moc kwiatów. Dało mi to do zrozumienia, że między Cabajówną a Grzeszolskim istniały stosunki bardziej intymne. Sędzia: Po czym pan to poznał? Świadek: Łóżko było zasłane zalotnie. (Na sali wesołość). Sędzia: Nie rozumiem, jak łóżko może być zasłane zalotnie? Świadek: Miałem takie wrażenie. Sędzia: Czy wiadomo było panu, że Kuczalska chciała się wydać za Grzeszolskiego? Świadek: Miałem wiadomości konfidencjonalne, że Kuczalska chciała się wydać za Grzeszolskiego i w tym celu właśnie tak często przebywała w mieszkaniu Grzeszolskich – relacjonowały w innym artykule "Ostatnie Wiadomości".

W jeszcze innym obszernym tekście nazywano oskarżonego "rozpustnikiem", który do dyspozycji miał cały harem: teściową, Kuczalską, służącą, a nawet córkę, którą "podobno zaraził chorobą weneryczną". Poszlakowy proces zakończył się już 4  kwietnia. Grzeszolski został uznany winnym i skazany na karę śmierci, którą na mocy amnestii zamieniono na dożywocie. Mecenas Hofmokl?Ostrowski odwołał się i w październiku Sąd Apelacyjny w  Warszawie uchylił wyrok oraz uniewinnił Grzeszolskiego  – uznano bowiem, że brakuje dowodów na to, kto otruł dzieci, nie wykluczono również, że zatrucie talem było przypadkowe. Grzeszolski z młodziutką żoną mogli odetchnąć z ulgą, lecz spokój panował jedynie kilka miesięcy. Prokurator wniósł kasację i 12 lutego 1937 roku Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego uniewinniający Grzeszolskiego. Zdecydowano o przekazaniu sprawy do ponownego rozpoznania oraz nakazano na powrót zatrzymać Grzeszolskiego. Ten jednak zniknął.

*Publikujemy fragment książki Anny Malinowskiej "Sosnowiec. Nic śląskiego", która ukazała się 30 października 2024 w Wydawnictwie Czarne.
**Śródtytuły pochodzą od redakcji.