Historia
Anisa, wnuczka szeptunki Warki, w młodości. (Fot. Zdjęcie pochodzi z domowego archiwum autorki książki)
Anisa, wnuczka szeptunki Warki, w młodości. (Fot. Zdjęcie pochodzi z domowego archiwum autorki książki)

We wspomnieniach mojej mamy ta sama łąka z jej dzieciństwa była terenem podmokłym, torfowiskiem, siedliskiem jeszcze większej bioróżnorodności. Były więc to grądy właściwe lub podmokłe, a te bezpośrednio przy rzece może i popławne. Z tych właśnie łąk i lasów grądowych, dawnych uroczysk, czerpały zioła starowierskie znachorki, zielarki i zamawiaczki. We wsi było ich zawsze kilka, znacznie więcej niż w okolicy. Jedną z bardziej tajemniczych postaci w mojej rodzinie była prababka Warwara, królowa tych bagien, a przez to niedościgniony dla mnie wzór kobiecości, chociaż inny niż dzisiejszy, bo na zdjęciach wygląda jak babuleńka z bajek. Małomówna babka Warka, jak mówiła moja babcia, oszalała na starość, miała demencję, trzeba było jej pilnować, bo wychodziła i szła nie wiadomo dokąd i po co, nikogo już prawie nie rozpoznawała poza swoją powierniczką Olgą. Wcześniej oddawała ludziom to, co miała, czyli swoją moc.*

Szeptunki leczyły i dawały nadzieję**

Posługę szamanki sprawowała w powojennej Polsce wśród bliskich i sąsiadów ponad ćwierć wieku, wcześniej, przez wzgląd na większą izolację starowierów, służyła tylko bliskim. Tę rolę brały na siebie kobiety, w których widziano coś ponad zwyczajność, wierzono w nie. Miały dostęp do białej magii, która skupiała się na pomaganiu, a nie szkodzeniu. Dar szeptania był darem od Boga, nie zaś diabła, dlatego zaklęcia wplatane były w modlitwy. Ufano im, a one musiały pomagać wszystkim, którzy przychodzili po prośbie. Była w nich życzliwość, zrozumienie i wiara, że się uda. Były więc szamankami nadziei. Brzmi szlachetnie, ale ta rola musiała też męczyć. Zarażanie ludzi nadzieją oraz wiarą, że będzie lepiej, że się poprawi, szczególnie kiedy przychodzili w pogubieniu i beznadziei skomplikowanych powojennych czasów, na pewno je wyczerpywało.

Znachorek i szeptunek potrzebowano także z powodów czysto prozaicznych: dostęp do służby zdrowia na wsi w dwudziestoleciu międzywojennym był żaden, a i bezpośrednio po wojnie nie było z tym łatwo. Dlatego szukano pośród kobiet tych niezwykłych, które potrafiły dźwignąć ciężar pomagania. Dlatego ta magia była czysta i jasna. Była potrzebna. Babka Warka szeptała zawsze w tym samym miejscu, tam, gdzie lata później starzec Iwan zaczął znosić niewyjaśnionej genezy i przeznaczenia obiekty, które jeszcze chwila, a ożyłyby jako osoba powołana przez tę osobliwą dwójkę. Pradziadek Wańka nie został nigdy nastawnikiem, bo był trochę szelmą, a jego żona była szeptuchą. Nikt tego źle nie oceniał, wszyscy przychodzili do niej, pomagała rodzić, goić rany i przetrwać, no ale jednak dziadek miał zablokowaną karierę baciuszki.

Katarzyna Roman-Rawska, autorka książki 'Zaśnięcie Anisy'. (Fot. Bartosz Bańka dla IKM w Gdańsku)

Kiedyś przyśniło mi się, że wsiadłam do pociągu w nieznane, odważyłam się pojechać i jakże się zdziwiłam, kiedy stary, telepiący się skład zatrzymał się w tym miejscu za szopą w Gabowych Grądach i dalej już nie jechał. Tam stały kruche szałasy, a w nich zamieszkiwały piastunki roślin, kobiety scalone w persony akuszerek, rodzących i nowo narodzonych, które od razu wzięły mnie za rękę i obiecały, że teraz się mną zaopiekują. Sny bywają dziwne, szczególnie te o Gabowych Grądach. Życie nie szczędziło prababce trudu, obdzielało szczodrze swoją nędzną daniną. Przyszła na świat w 1904 roku, w krótkim okresie zobaczyła dwie wojny światowe, w jednej była bieżenką, w drugiej przymusową robotnicą, służącą w folwarku Pregelau. Między wojnami poumierały jej dzieci. Trudno mi sobie wyobrazić, jak można było to wszystko znieść, choć pisze się, że śmierć dzieci na wsiach była normalna i nikt się tym specjalnie nie przejmował. Ona zniosła, a po wojnach pomagała innym, leczyła ziołami, które zbierała na tych naszych grądach. Mama twierdzi, że miała specjalizację, leczyła głównie z chorób skórnych.

Chodziło o nadzieję i cyrkulację dobra**

W psychologii, ale i w medycynie uważa się, że psychosomatyczne objawy licznych dolegliwości skóry to przejaw bólu duszy, lęków, napięć i innych stanów psychicznych. Ona starała się więc ludziom ulżyć w ich traumach, bolączkach, załagodzić ból niepogodzenia, trud frustracji, przygasić ogień. Babcia Aniska nauczyła się od niej, że można próbować czarować. Wszystkie moje dolegliwości, od bólu głowy przez bolesne miesiączki do przypadłości żołądkowych, próbowała leczyć naparem ze świaroboju, czyli z dziurawca, który gęsto rósł w okolicy. To była jednak zbyt mało skomplikowana mikstura, bo jednoskładnikowa, chociaż odpowiednio gorzka jak na substancję leczniczą. Aniska miała rację, dziurawiec koił, ponieważ ma właściwości uspokajające, ale niekoniecznie leczył wszystko inne. Alona z kolei miała skłonność do kurzajek i leczyć próbowała ją ciocia Ściopka, ale też nie do końca się udało. Tu jednak nie chodziło chyba zawsze o skuteczność, ale o nadzieję i cyrkulację dobra.

O tym jest starowierska baśń "Jagiena" autorstwa Małgorzaty Sporek--Czyżewskiej, która trafiła do "Sejnieńskiej księgi baśni" wydanej przez Pogranicze. Bohaterką jest kobieta, o której niewiele wiedziano. Nosiła sarafan, rubaszkę i płatok na głowie i zajmowała się zbieraniem ziół. Była życzliwa, choć osobna. W opowieści ciekawskie dzieci przychodziły pod jej okna podglądać jej tajemne życie, a kiedy jednego z nich zabrakło w gromadce, Jagiena zapytała, co z małym Wanią. Na wieść o jego chorobie sporządziła napar, który uleczył malca, a od tej pory "wieść o uzdrowicielskich mocach Jagieny szybko rozeszła się po okolicy. Do chatynki na kraju świata zaczęli przybywać ludzie potrzebujący pomocy, nieszczęśnicy, chorzy liczący na uzdrowienie. Jagiena – cierpliwie i bez wytchnienia gotując ziołowe napary i inne mikstury – zawsze przypominała sobie to, co przytrafiło się jej przy uzdrawianiu małego Wani o lnianych włosach. Każdej nocy, kiedy była w służbie potrzebującym pomocy – tak, jak wówczas – jej dłoń wysuwała się na długim jak kij przedramieniu, by schwycić właściwy kwiat, by potem w saganie gotować pachnącą miksturę. Dłonie Jagieny zmieniały się, stając się coraz bardziej pomarszczone, stare, a jednocześnie lekkie i przeźroczyste jak skrzydła ważki"(45).

Niewiele wiem o Warwarze, ale wiem, że była dobra, bo dobro to podstawa mocy, które dawały chęć pomagania, miała w sobie iskrę społecznicy, bo to też duża odpowiedzialność próbować leczyć ludzi tym, co się ma, przy świadomości, że nic więcej się nie ma. Nawet ziemia, która po niej została, jawiła mi się jako najbardziej tajemnicza połać naszego mienia. To wąski pasek bardzo blisko puszczańskiego matecznika, w Borze, nieopodal leśnego rezerwatu, którego sercem jest dzikie jezioro Tajno. Warka opuściła swoje uroczysko i za mężem przeniosła się na drugą stronę tego świata, czyli na koniec Gabowych Grądów, więc ziemię tę z czasem porósł las i tylko przyjeżdżaliśmy tam do starego sadu zbierać trójbarwne porzeczki i włochaty agrest. Te krzewy, którymi nikt się nie opiekował, rodziły obficie latami. Może dlatego, że zbieraliśmy ich owoce, bo kiedy przestaliśmy, one też przestały.

Domy starowierów w Gabowych Grądach w powiecie augustowskim. (Archiwum Państwowe w Suwałkach / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Podobno ten kawałek boru polubiły wilki, które zaglądały do niego późnym wieczorem, tak mówili mi sąsiedzi. Ja widziałam tam tylko skaczącą po sośnie wiewiórkę o skrzących oczach. Czułam intensywny zapach mchu. Ostatnim razem postanowiłam, że tam stanie mój dom, a nikt z rodziny się temu nie sprzeciwił. Trzeba było już w końcu uporządkować ziemię, którą i tak ktoś by zajął, tłumacząc to zasiedzeniem albo nie tłumacząc tego wcale. Drzew nie miałam zamiaru wycinać, niech rosną.

Zwierzęca dusza

Kiedy patrzyłam na fotografię Warwary, widziałam przede wszystkim zmęczoną kobietę, która w końcu odeszła wyczerpana, a o której wszyscy tak mało wiedzą, poza tym, że ratowała ludzi z opresji, jak kiedyś swojego Małego Wańkę przed faszystowskim gniewem. Po niej przejął to mój dziadek, bo niósł pomoc zawsze, kiedy mógł. Ufano mu w sprawach fundamentalnych, takich jak stawianie pieca czy odnajdywanie źródła wody. Był też najlepszym masarzem w okolicy, do niego zwracano się z prośbą o pomoc w wędzeniu mięsa czy ubój świni. Zaakceptowanie, że niedawno jeszcze karmiona pokrzywami spod lasu świnia trafia pod tasak dziadka, zawsze przekraczało moje możliwości. Niemniej tak to przecież wyglądało i było znacznie bardziej etyczne niż chów przemysłowy. Świnie po to się tam trzymało, na własny użytek. Inaczej rzecz miała się ze zwierzyną leśną, dziką. Nie słyszałam o myśliwych wśród starowierów.

Kiedyś ich reguły zabraniały jedzenia mięsa zwierząt dzikich, a także kopytnych. To się jednak zmieniło z czasem. Pamiętam jedynie jak przez mgłę sceny zimowej nagonki, kiedy nagle we wsi pojawiało się mnóstwo obcych mężczyzn z gwizdkami, którzy ubrani w odblaskowe kamizelki i spodnie moro robili hałas, płosząc zwierzęta z lasu, żeby te uciekały wprost na pola, tak łatwiej było je chyba zabić? Babcia kazała nam wtedy siedzieć w domu. Jedyne zwierzęce motywy w naszej chacie, prócz grzejących się na piecu kotów, jakiejś myszy od czasu do czasu, wkurzających much latem oraz gobelinu z trzema uśmiechniętymi tygrysami na ścianie w małym pokoju, to znalezione przez Siomkę poroża łosi i jeleni, które zbierał podczas swoich wędrówek po lesie.

Zobacz wideo Gonić za szczęściem czy jednak odpuścić? Pytamy ekspertkę

Dziadek, chociaż zabijał kury i świnie, był bardzo przyjacielski wobec zwierząt. Pośród nielicznych zachowanych w domu starych dokumentów znalazłam osobliwe świadectwo dziadkowego poświęcenia dla tonącego w rzece zwierzęcia. Urzędnicza narracja przysporzyła mi kilkunastu siwych włosów, zaraz sama będę wyglądać jak Siomka, który też dość wcześnie osiwiał. Był to akt z dochodzenia w sprawie skłusowania łosia, w którym ostatecznie uniewinniono Siemiona oraz drugiego z wcześniej oskarżonych mężczyzn, a skazano dwóch innych pozwanych. Działo się to trzy dni po moich narodzinach, tamtego roku luty był mroźny.

(45) M. Sporek--Czyżewska, "Jagiena" [w:] tejże, "Sejneńska księga baśni", Sejny 2022, s. 73.

*Publikujemy fragment książki Katarzyny Roman-Rawskiej "Zaśnięcie Anisy. Opowieść o polskich starowierach", która ukazała się 25 września 2024 roku nakładem wydawnictwa Czarne. 

**Śródtytuły oznaczone dwoma gwiazdkami pochodzą od redakcji.