Historia

Wprowadzając się tutaj, Zofia była pełna złych przeczuć. Tadeusz Stryjeński słynął z porywczości i konserwatyzmu. Jeśli coś szło nie po jego myśli, wszczynał awantury, które dotykały zarówno jego współpracowników czy pracowników placów budowy, jak i jego najbliższych – żony, dzieci i wnuków. Jak inny był on od Franciszka Lubańskiego, który od początku otaczał Zofię i jej talent miłością i akceptacją. Nazywała ona swojego teścia Filipem Hiszpańskim, odwołując się do postaci władcy Hiszpanii i Portugalii uważanego za wielkiego despotę. Ale darzyła go też dużym szacunkiem, być może świadoma, jak wiele mu zawdzięczała w początkach kariery.*

Jednak w 1922 roku, opisując w pamiętniku swoją przeprowadzkę do teścia, zanotowała: "Czuję gruby wpadunek"1.

W domu mówiło się po francusku, którego Zofia nie znała, więc z pewnością musiała się czuć wyobcowana. Dom był elegancki, pełny drogocennych przedmiotów, na które trzeba było uważać. Zofia wraz z synami dostała oddzielny pokój. Trwała w konflikcie ze szwagierką, która, co tu kryć, w wychowywaniu dzieci miała większe doświadczenie niż Zofia. W końcu to właśnie Żancia opiekowała się Magdą, a z czasem również Janem i Jackiem. Angelika Kuźniak wylicza nieprzyjemne przezwiska, jakimi obdarzyła ją Zofia: "popielata ciotka", "cesarz obłudy", "mistrz cierpiętnictwa", "monteverest histerii wrzaskliwej", "żararaka nie do oswojenia". Wytykała jej konserwatyzm, wyśmiewała "zawsze źle skrojone jakieś zakonne suknie z żurnalu św. Brzyduli".

Zofia zabrała synów i uciekła do Zakopanego. Gnietli się we czwórkę w maleńkim pokoju, chłopcy spali w wysuniętych szufladach. Stryjeńska walczyła o uwagę Karola i artystycznej socjety, która w tamtych latach gromadziła się pod Giewontem. To z tego okresu pochodzą smakowite anegdoty o Zofii kradnącej kapelusz Tadeuszowi Boyowi-Żeleńskiemu, kąpiącej się w sukni balowej, przychodzącej na odczyt najbliższej przyjaciółki, Magdaleny Samozwaniec, w takiej samej jak ona sukience, wycinającej dziury we fraku Karola.

W końcu wróciła z dziećmi do Krakowa. Miotała się. Warszawa, Kraków, Zakopane – Zofia postanawia ostatni raz zawalczyć o swoje małżeństwo, jadąc za Karolem. Walka ta szybko przeistacza się w szaleńcze awantury. I to takie, o których następnego dnia czyta się w porannej prasie.

Karol Stryjeński. (Fot. Sobieski.krakow.pl)

Dziennikarze gubią się w domysłach**

Przeciętnemu krakowianinowi nazwa "Batowice" kojarzy się z jednym: największym w Krakowie cmentarzem komunalnym. To w zasadzie dwie nekropolie: przedwojenna, parafialna, należąca do dawnej wsi Prądnik Czerwony, i ta miejska, stworzona na potrzeby rozrastającego się miasta w latach sześćdziesiątych. Obie mijam, sunąc wolno w korku na wylocie z Krakowa.

Batowice to tak naprawdę wieś, która znajduje się tuż za granicami miasta, i to do niej jadę, żeby szukać śladów Zofii. Objeżdżam najnowsze osiedla Nowej Huty, wpadam w środek budowy północnej obwodnicy Krakowa, wreszcie trafiam do centrum wsi. Przy ceglanej kapliczce skręcam w prawo. To tutaj stał dwór w Batowicach, w którym dziś mieści się Dom Pomocy Społecznej. W dwudziestoleciu międzywojennym batowicki dwór trafił w ręce Tadeusza Rogalskiego. Był on lekarzem, profesorem anatomii Uniwersytetu Jagiellońskiego (w 1950 roku, po oddzieleniu Akademii Medycznej od Uniwersytetu Jagiellońskiego, został jej pierwszym rektorem). W latach dwudziestych XX wieku był na fali – po habilitacji jego popularność rosła. Sporo publikował, w tym pracę o śnie i lunatykowaniu. W posiadłości w Batowicach zorganizował komercyjną lecznicę dla chorych z zaburzeniami układu nerwowego oraz dla osób uzależnionych. W pięknym parku tuż nad rzeką Dłubnią powstały trzy pawilony sanatoryjne.

To tutaj zamożne krakowskie rodziny mogły umieścić swoich krewnych, którzy byli ich zdaniem niestabilni emocjonalnie, a przez to wymagali fachowej opieki. Z pewnością korzystny był również fakt, że znikali oni wówczas z oczu sąsiadów i znajomych. W końcu w tamtych czasach choroby psychiczne uważane były za hańbę i często stawały się wstydliwym sekretem. Przed wybuchem II wojny światowej ośrodek sanatoryjny i wypoczynkowy prowadzili bracia Braunowie, w czasie okupacji zabudowania pełniły funkcję siedziby szkoły gospodarstwa domowego Związku Dziewcząt Niemieckich.

Przyglądam się zdjęciu, które udało mi się kupić w internecie. Mały kartonik wyrwany został z jakiegoś albumu. Z tyłu ołówkiem napisano: "Batowice dwór". Widać na nim ludzi stojących na półokrągłym tarasie. Dwaj mężczyźni noszą białe kitle lekarskie, stojąca obok nich pielęgniarka ma na głowie dawno niewidziany przeze mnie czepek. Są z nimi jeszcze młoda, szczupła kobieta w sukience w kwiatki i kilkuletnia dziewczynka, którą jeden z medyków posadził na kamiennej kuli ozdabiającej betonowy murek. Sam budynek jest w kiepskim stanie – na ścianach łuszczy się farba, tynk z tarasu odpadł i widać cegły. Ale zieleń dookoła jest zadbana. Błąkam się po parku i szukam tego tarasu. Mijam pawilony Domu Pomocy Społecznej, które z pewnością nie mają przedwojennego rodowodu. Toną w zieleni, ukryte w cieniu starych drzew. W końcu zaczepiam parę rozmawiającą w jednej z alejek. To mieszkańcy DPS-u, kompletnie nie rozpoznają budynku ze zdjęcia. W końcu udaje mi się porozmawiać z pracownicami.

Zobacz wideo Jako Polacy bijemy niechlubne rekordy dotyczące zdrowia psychicznego. Jak wygląda opieka psychiatryczna w Polsce, opowiada Kasia Gandor

Jedna pani jest stąd, z dzieciństwa pamięta jeszcze, że budynki tak właśnie wyglądały. W latach siedemdziesiątych zostały przebudowane i dziś są w zasadzie nie do poznania. Jestem zawiedziona. Panie kierują mnie do kaplicy – ona jako jedyna wygląda na odrobinę starszą i nie doczekała się do tej pory kompleksowego remontu. Kształt jedynego niewymienionego jeszcze okna przypomina te, które mam na zdjęciu. Zaglądam przez szybę do środka – stara drewniana podłoga, piec kaflowy, skromny wystrój. Jeżeli cokolwiek w Batowicach pamięta czasy, kiedy przebywała tu Zofia Stryjeńska, jest to właśnie to wnętrze. I te pojedyncze secesyjne ławeczki, które można jeszcze znaleźć w parkowych alejkach. W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1927 roku Zofia została siłą zabrana ze swojej sypialni w Zakopanem i wywieziona do lecznicy dla chorych z zaburzeniami układu nerwowego oraz dla osób uzależnionych doktora Tadeusza Rogalskiego w podkrakowskich Batowicach.

Dziennikarze gubią się w domysłach. Wszyscy wiedzą, że Zofia bywa ekscentryczna i porywcza, ale czy wymaga interwencji specjalisty? A może to tylko zagrywka Karola, który szykuje się do rozwodu i chce zapewnić sobie prawa do opieki nad dziećmi? Otoczenie Stryjeńskich dzieli się na dwa obozy: jedni uważają Zofię za chorą i wymagającą hospitalizacji, inni twierdzą, że to jedno wielkie nieporozumienie. O sprawie dyskutują wszyscy. Zofia ucieka ze szpitala, jednak po namowie podążających za nią lekarzy wraca do Batowic. Po sześciu dniach sąd powiatowy w Krakowie wydaje wyrok na korzyść Zofii, która jeszcze tego samego dnia wychodzi z lecznicy.

Jak Kraków stracił Stryjeńską na rzecz Warszawy

Z Karolem nie ułoży jej się już nigdy, wkrótce sąd orzeknie na jego korzyść w sprawie opieki nad dziećmi. Ale jego niebieskie oczy pozostaną z nią na zawsze; bez wątpienia był on największą miłością jej życia. To chyba właśnie po tych zajściach Kraków traci Stryjeńską na rzecz Warszawy. I choć Zofia będzie wracać do Krakowa jeszcze kilka razy, a nawet stworzy dla niego kilka projektów (jak np. scenografię i kostiumy do Balladyny, która została wystawiona na deskach Teatru Miejskiego im. J. Słowackiego), nie będzie to już to samo – nie będzie to już ta pełna energii, kipiąca talentem i patrząca śmiało w przyszłość księżniczka Zofia. Pochlebne recenzje (które tylko czasem wytykają jej "pstrokaciznę kolorów"), prestiżowe zamówienia, komercyjny sukces. Polichromie, płótna, grafiki reprodukowane masowo jako teki wydawane przez Jakuba Mortkowicza. Projekty dla Wedla (zarówno polichromia w jego kamienicy w Warszawie, jak i projekty opakowań czekoladowych słodkości), dekoracje dla polskich statków pasażerskich "Batory" i "Piłsudski".

W 1938 roku fabryka porcelany w Ćmielowie wykupiła prawa do wydanej ponad dziesięć lat wcześniej teki "Tańce polskie" i zaczęła umieszczać je na swoich wyrobach – to wtedy sztuka Stryjeńskiej dosłownie trafiła pod strzechy (produkcję kontynuowano w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy to powstały talerze z kuchni mojej babci). A równocześnie pogmatwanie w życiu osobistym (do rozwodu z Karolem dojdzie w 1928 roku, a w 1929 roku Zofia zawrze bardzo krótkotrwałe i mało udane małżeństwo z Arturem Sochą; przelotna relacja połączy ją również z Tonym Halikiem), problemy materialne, które momentami sprawiają, że żyje na skraju ubóstwa, tęsknota za dziećmi i wyrzuty sumienia, że je zaniedbuje.

Muzeum Narodowe w Krakowie, 2008, Wystawa 'Zofia Stryjeńska 1891 - 1976' (Fot. Michał Łepecki / Agencja Wyborcza.pl)

W grudniu 1939 roku wraca do Krakowa i tam spędza II wojnę światową. Choć kusi ją wyjazd za granicę z dziećmi (który jest możliwy ze względu na szwajcarskie obywatelstwo odziedziczone po Stryjeńskich), nie chce zostawiać matki. Razem z nią i siostrą Marylą w czasie okupacji mieszka przy ulicy Sobieskiego. Trudno dziś powiedzieć, co się stało z kamienicą przy ulicy Garncarskiej 7, w której Stryjeńska tak często znajdowała schronienie. Dziś na jej miejscu stoi modernistyczna kamienica postawiona w czasie II wojny światowej. W niej malutkie mieszkania – czy budowane były dla niemieckich urzędników?

Problemy z oczami, wywołane kiłą

Zofia ma pozwolenie na pracę w zawodzie malarki wydane przez szefa propagandy w Krakowie, więc od stycznia 1941 roku codziennie rano idzie do swojej pracowni na trzecim piętrze Muzeum Przemysłowo -Technicznego. Wraca na ulicę Smoleńsk, w miejsce, gdzie jej kariera nabrała rozpędu. Przynajmniej do czasu, kiedy stan zdrowia nie uniemożliwi jej wchodzenia po schodach. Ma problemy z oczami, wywołane kiłą, o której obecności we własnym organizmie nie miała dotąd pojęcia.

W 1942 roku siostry Lubańskie wraz z matką przenoszą się na Klopstockstrasse – to nazwa, którą w czasie wojny nosiła ulica Skłodowskiej-Curie. Warunków do malowania nie ma, jest im ciasno, biednie – na tyle źle, że wynajmują pokój od Żanci w willi Stryjnia Podhalańska w Poroninie. Tam Zofia projektuje budynek, o którym marzy – słowiańską świątynię-teatr, którą nazywa "Witezjonem".

Okres wojenny to ciągłe przeprowadzki. Angelika Kuźniak w biografii Stryjeńskiej do wcześniejszych lokalizacji dodaje jeszcze okolice dworca, Swoszowice, Lanckoronę, Poronin.

Po zakończeniu wojny Zofia wraca do Krakowa. Stara się odnaleźć w powojennej rzeczywistości, jednak nie potrafi tego zrobić ani w Krakowie, ani w Warszawie. Dowiaduje się o kolejnych swoich pracach, które spłonęły w czasie powstania. W końcu w 1947 roku wyjeżdża na Zachód. Tak zaczyna się jej tułaczka po Europie.

* Publikujemy fragment książki Alicji Zioło „Krakowianki. Twarze polskiej herstorii", która ukazała się 12 czerwca 2024 roku nakładem Wydawnictwa Mando.

** Śródtytuły pochodzą od redakcji

1) A. Kuźniak, Stryjeńska. Diabli nadali, s. 79.