Społeczeństwo
Marcin Adamiec (fot. Łukasz Giza)
Marcin Adamiec (fot. Łukasz Giza)

Jest taki żart. Wikary siedzi w samochodzie na parkingu przed plebanią, silnik już chodzi. W końcu ksiądz ma dzisiaj wolne. Ktoś, mijając auto, puka w okno. Wikary opuszcza szybę. Przechodzień pyta wikarego:*

– Gdzie ksiądz jedzie?

Wikary odpowiada:

– Jeszcze nie wiem.

Kiedyś się z tego śmiałem. Później sam tak robiłem.

Byle w dzień wolny albo w ferie uciec z plebanii. Dzień wolny zwykle miałem we wtorek. Zaczynał się rano. Ale co można robić we wtorek od rana? Pozostawało mi albo iść spać, albo gdzieś jechać. To jechałem gdziekolwiek, byle nie przespać całego dnia. W ferie lubiłem coś zaplanować i jeździć autostradami. Poza tym kilka razy w roku miałem kilka dni dla siebie. Mogłem wtedy wsiąść w samochód i jechać. Siadałem sobie wygodnie w aucie i jechałem przed siebie. Jechałem, jechałem i jechałem. Często bez sensu i bez planu. Delektowałem się tą drogą. Co kilka zjazdów skręcałem na parking, paliłem na każdym dwa albo trzy papierosy, kupowałem kawę na stacji i obserwowałem ludzi, którzy razem ze mną jechali autostradą. Czułem się dziwnie na tych postojach. Dopiero później zrozumiałem dlaczego.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Tam, dokąd jechałem, nikt na mnie nie czekał. Co najwyżej opłacony pokój w klasztorze albo hotelu. Ale na tych wszystkich innych ludzi w drodze ktoś czekał. Oni się do kogoś spieszyli, chcieli szybko dotrzeć do celu. Dlatego ich postoje były krótkie i rzadkie. I mało który z nich kupował sobie najdroższą kawę na stacji benzynowej czy w przydrożnej restauracji. Czekała na nich ich własna kawa, ich własny obiad, a tam, dokąd jechali, ktoś co chwila patrzył w telefon. „Która godzina?". „Kiedy już tu będzie?". Co rusz ktoś przesuwał w oknie firankę, bo usłyszał dźwięk silnika, i zerkał, czy to już ten samochód, na który czeka. Na mnie nie czekał nikt.

Kraty i pozamykane pokoje**

Kiedy chorowałem, najbardziej się bałem, że dostanę pokój w domu księdza emeryta. Żebym tam mógł w spokoju dojść do siebie. Dlaczego tak bałem się takiego miejsca? Jedni ludzie boją się szpitala psychiatrycznego, inni domu starców, a ja się bałem domu księdza emeryta. Bałem się, że tam trafię i utknę na zawsze.

Byłem w niejednej diecezji i w każdej się mówiło o tym miejscu z dużym dystansem.

Dowiedziałem się nawet kiedyś, że w jednym domu księdza emeryta dyrektor – żeby było taniej – kupował zawsze w styczniu hurtem dziesięć trumien, by wystarczyło na cały rok. W różnych rozmiarach. Zawsze w styczniu, w promocji. Bo przecież i tak kilku umrze. Trumny więc będą sobie leżeć w szopie i czekać na swojego staruszka…

Dom Księży Emerytów w Bydgoszczy (fot. Grażyna Marks / Agencja Gazeta)

Kiedy byłem chory, bardzo realnie się przeraziłem, że tam zamieszkam. Ale ten strach przed schowaniem mnie w domu księdza emeryta, choć miałem dopiero trzydzieści parę lat, kazał mi też zobaczyć coś, czego dotąd nie zauważałem. Kapłańską starość. Zauważyłem wtedy, że w polskim Kościele bardzo niemiło się patrzy na proboszczów, którzy tak bardzo się związali z parafiami, że na emeryturze chcą w nich zostać. W niektórych diecezjach jest nawet niepisana zasada, że nie można zostać na emeryturę w parafii, w której było się proboszczem. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tej zasadzie, uważałem, że jest całkiem mądra. I w sumie taka ewangeliczna. Przychodzi siedemdziesiąt lat i ksiądz zostawia całe swoje życie, znajomości, przyjaźnie i troski, żeby kolejny raz umrzeć dla Chrystusa…

Byłem naiwny za młodu. Podczas choroby rozgryzłem, że tu chodzi o pieniądze i władzę. Póki jest stary proboszcz, ludzie mu chętnie przynoszą pieniądze na intencje, liczą się z jego opinią i są gotowi szachować nowego proboszcza hasłem: "W takim razie pójdziemy do starego proboszcza". Takie parafie z księdzem emerytem nazywa się "parafiami z teściem".

Jest też ogólnie przyjętą praktyką, że stary proboszcz nie może mieszkać na plebanii, w miejscu, o które tyle lat przecież dbał. Musi się wyprowadzić. Może zabrać, co chce, ale zostać nie może. Od dnia, który biskup wyznaczy, to już nie jest jego dom, musi oddać klucze i staje się w domu, w którym tyle razy zasypiał i który być może pokochał, już tylko gościem. I to gościem rzadkim, bo każdemu staremu proboszczowi pęka serce, gdy odwiedza swoją starą plebanię i widzi, jak mieszka tam nowy lokator.

Czasami starsi księża wynajmują sobie domek, w którym mieszkają sami albo z gosposią. Czasami kupują coś swojego. Bardzo rzadko wracają po latach do rodziny.

Jednak prędzej czy później, kiedy duchowny nie może już o siebie zadbać, trafia do domu emeryta. Chyba że broni się do końca albo nagle umrze. Każda diecezja ma takie miejsca dla starych księży. Często w domach seniora oprócz starszych duchownych przebywają inni; zawsze znajdzie się tam miejsce dla księdza, wobec którego toczy się postępowania karne albo który nie radzi sobie z alkoholem, hazardem czy innymi "słabościami".

Pensjonariuszy od ludzi i świata oddziela domofon, najczęściej taki z numerami zamiast nazwisk, oraz brama i kraty. Czasami ten dom jest gdzieś na uboczu, tak że ludzie nawet nie wiedzą o jego istnieniu.

Pamiętam, jak odwiedzałem jednego zasłużonego proboszcza w domu emeryta. Najpierw domofon i dociekliwe pytania, po co w ogóle przyszedłem. Potem ktoś mi otwierał pilotem wielką bramę. Drzwi do budynku też były zamknięte. Musiałem więc znowu dzwonić przez domofon i czekać, aż ktoś przyjdzie mi otworzyć. Mój proboszcz miał zepsuty domofon, którego nikt nie naprawiał przez lata. Po co, skoro i tak mało kto dawał radę przedrzeć się przez pierwszą bramę, kraty, wysoki płot i nieustające pytanie: "O co chodzi?".

Dom Księży Emerytów w Otwocku (fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

W środku kraty i pozamykane pokoje. Mieli tam paru "demencyjnych" księży, którzy próbowali uciekać. Jak ktoś zachorował psychicznie albo był pod specjalnym nadzorem, też tam mieszkał. Ten dom emeryta pełnił również funkcję miejsca przymusowego odosobnienia, żeby nie powiedzieć: więzienia o złagodzonym rygorze. Stąd łatwo sobie uzmysłowić, że żadni goście nie byli mile widziani. I jeszcze personel. Pracowało tam kilka sióstr zakonnych, po których było widać, że uważają pracę z księżmi emerytami, a czasami księżmi wariatami lub "zboczeńcami", za zsyłkę i osobistą klęskę. Wszystkie tam były rozdrażnione i poirytowane. Zresztą nie dziwię się. Chciały naśladować Jezusa, służyć biednym, pomagać prostytutkom stanąć na nogi, a nie opiekować się starymi księżmi w domu starców. Mój proboszcz gasł tam jak świeca. Z każdym miesiącem w tym dziwnym miejscu ubywało mu sił i ochoty do życia. Póki miał siłę, uciekał stamtąd. A pewnego dnia położył się do łóżka i więcej nie wstał. Jego nazwisko wisiało na domofonie jeszcze dwa lata po śmierci…

Szczęśliwy ksiądz

Jeden z moich przyjaciół odszedł z kapłaństwa. Mówił mi, że ostatecznie popchnęła go do tego rozmowa z przyjaciółką. Siedzieli kiedyś w parku i palili papierosy.

W końcu go zapytała:

– Słuchaj, a ty znasz jakiegoś szczęśliwego księdza?

On chwilę myślał i w końcu odpowiedział pytaniem:

– A ja?

Na to ona parsknęła śmiechem, potem zaczęła się śmiać jak szalona.

– Przecież ty masz depresję! Zapomniałeś, że poznaliśmy się w poczekalni terapeuty!?

– Masz rację, nie jestem szczęśliwy.

Potem jeszcze długo myślał i w końcu rzekł:

– Wiesz, jedyny ksiądz, o którym myślałem, że jest naprawdę szczęśliwym księdzem, niedawno umarł. Ale u nas się mówi, że przedawkował leki nasenne. I że to nie był wypadek.

Zrobiło się cicho.

Potem ona się w końcu odezwała:

– Myślałam, że moje korpo to gówno. Ale twoja firma przebija wszystko.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Mój znajomy opowiedział mi tę rozmowę. Najpierw obaj się śmialiśmy, a potem w miarę jak do nas docierała jej prawdziwa treść, zrobiło się gorzko.

Ja też długo myślałem. Fakt, na FB jest cała masa kapłanów, którzy się śmieją pełną gębą. Młodzi wikariusze się uśmiechają i śmieją. Wygłupiają. Ale koło trzydziestki bledną uśmiechy. A wśród czterdziestolatków śmiali się tylko ci, o których się mówiło, że lubią wypić. Przynajmniej w mojej diecezji.

Każdy ksiądz opuszcza seminarium jako człowiek, który w swoim przekonaniu jest przyjacielem Boga, ludzi i samego siebie. Jesteś święcie przekonany, że jesteś blisko wypełnienia dwóch Przykazań Miłości. Przez pierwsze kilka lat odkrywasz, że do Boga masz tak samo daleko albo tak samo blisko jak każdy człowiek. Twoje modlitwy wcale nie są lepsze, a więź z Nim silniejsza. Potem odkrywasz, że nie jesteś przyjacielem ludzi. Z całym bólem uświadamiasz sobie, że poza kilkoma pobożnymi sloganami niewiele możesz dać innym. A na koniec odkrywasz, że nie jesteś też przyjacielem siebie samego. Bo życie w kościelnych strukturach codziennie coraz bardziej fizycznie i psychicznie cię wyczerpuje.

Niech tu wystarczy jeden przykład. Czterdziestoletni mężczyzna mógł zostać prezydentem Polski, a w Kościele czterdziestolatek często nie może wybrać, co zje dzisiaj na obiad. Najgorzej, kiedy odkryjesz to wszystko naraz.

Po tej rozmowie bardzo chciałem znaleźć jakiegoś szczęśliwego księdza. Żeby sobie udowodnić, że się da. Ale nie umiałem.

Czy znam jakiegoś szczęśliwego księdza? Długo myślałem, że sam taki jestem. Dzisiaj nie jestem już księdzem.

Zobacz wideo Katolik-gej: "To nie bohaterstwo. Bóg jest miłością"

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

* Fragmenty książki "Zniknięty ksiądz" Marcina Adamca. Książka do kupienia w wersji papierowej w Kulturalnym Sklepie bądź w wersji elektronicznej w Publio
** Śródtytuły pochodzą od redakcji