Co jeszcze można pokazać i powiedzieć o getcie warszawskim, co nie zostało już pokazane i powiedziane?
Nie jesteśmy Muzeum Getta Warszawskiego, Muzeum Polin czy Żydowskim Instytutem Historycznym, tylko muzeum miasta. Punktem wyjścia do ekspozycji zawsze jest dla nas Warszawa, jej mieszkańcy i ich życie. Dlatego wojnę, głód, śmierć i cierpienie staramy się pokazać w inny sposób niż na wielu epatujących okrucieństwem niemieckich zdjęciach propagandowych.
Jeden z fotografów żydowskich, którego zdjęcia prezentujemy, w czasie wizyty w Szpitalu Dziecięcym Bersohnów i Baumanów sportretował nagie dzieci wyniszczone chorobą głodową. Choć jest to fotografia, na której z wielkim trudem można utrzymać wzrok, przedstawia spojrzenia pełne godności i szacunku, dzieci patrzą w obiektyw z zaufaniem, na kogoś, kto należy do tego samego świata.
Sprawczość i zaradność mieszkańców getta ukazują fotografie z uprawy ziemniaków na stadionie Skry, handlu na Miłej czy wesela Haliny Zuckerman, na którym ludzie się śmieją, pozują wspólnie zza stołu. Tę bardzo prywatną perspektywę podkreślają zdjęcia z mieszkań, rodzinne zdjęcia z ulicy. Znowu – bez martwych ciał i głodujących dzieci w tle. Jest tu radość, prywatność.
Nie da się nie opowiedzieć o bestialstwie, bo to jest prawda o tym miejscu, ale staraliśmy się je pokazać w szerszym kontekście, żeby widz nie wyszedł tylko z uczuciem grozy. Najpierw powstała książka "Antologia spojrzeń. Getto warszawskie – fotografie i filmy", później urodził się pomysł, żeby na wystawie "Świadectwa z getta warszawskiego" pokazać to, czego w albumie się nie da zaprezentować, czyli m.in. bardzo mało znany film "My, którzy przeżyliśmy" [jid. "Mir Lebngeblibene" – przyp. red.].
Nie są to obrazy z czasów istnienia getta?
Nie, to powojenny film żydowski w jidysz, który miał premierę w 1948 roku jako manifest polskich Żydów pokazujący, że pomimo narodowej katastrofy społeczność żydowska wierzy w odrodzenie. Widzimy morze ruin, w tle słyszymy kantora [wokalista oratoryjny towarzyszący zwykle rabinowi w praktykach religijnych - przyp. red.] warszawskiej synagogi Mosze Kusewickiego, który przeżył wojnę, a nasza uwaga jest przekierowywana z tragedii i koszmaru na odbudowę i nadzieję.
Zgromadzony materiał wizualny dobrze uzupełnia to, co o getcie warszawskim napisał Tomasz Szerszeń w tekście "Na pustyni", książce towarzyszącej wystawie "Antologia spojrzeń. Getto warszawskie – fotografie i filmy", że jest pustynią rozpiętą między przeszłością a przyszłością, między życiem a śmiercią.
Pustynia dla Żydów ma wymiar biblijny, może być przestrzenią, która jest szansą na zbudowanie nowego życia. Jest to jedyne miejsce na wystawie głównej Muzeum Warszawy, gdzie oddajemy głos żydowskim mieszkańcom Warszawy. Film "My, którzy przeżyliśmy" czyni to w sensie znaczeniowym, wizualnym i językowym.
Z drugiej strony dzięki zdjęciom zbiorów archeologicznych, a także tym wypożyczonym z Żydowskiego Instytutu Historycznego, pokazujemy ślady żydowskiej Warszawy, to, jak się przeplata z historią miasta. Wykopane w czasie poszukiwań archeologicznych przedmioty są materialnymi znakami życia społeczności, która przez niemal 200 lat zamieszkiwała północną część Warszawy – nie zawsze można powiedzieć, że wykopany widelec był własnością żydowskiej rodziny.
Tytuł albumu towarzyszącego wystawie to "Antologia spojrzeń". Kto spogląda na getto na nowej wystawie?
Na getto warszawskie możemy bardzo świadomie spojrzeć z różnych perspektyw. To nie są tylko obrazy pokazujące ogromne cierpienie, martwe ciała, głodujące dzieci, które rozumie się tylko w warstwie wizualnej, jak przekaz: oto Żydzi umierają na ulicach.
Mogliśmy pokazać, że Żydzi w getcie próbują zachować swoją historię, swoją godność, że też są – na tyle, na ile mogą – samostanowiący. W większości nie mają narzędzi – kamer, aparatów – żeby móc getto dokumentować na swoich zasadach.
To robią Niemcy i ludzie, którzy na getto patrzą z zewnątrz albo do niego zaglądają, przejeżdżając tramwajami. Oni też chcą coś powiedzieć. Obraz getta niuansuje się dzięki zbiorom fotografii wykonanym przez policjantów i strażaków warszawskich. Muzeum zdobyło także zdjęcia zrobione przez niemiecką pielęgniarkę, która stworzyła własną opowieść, by przekazać swoją, niezideologizowaną perspektywę.
Mamy także zbiór żydowski, który jest próbą pokazania "normalnego" życia. Te fotografie nie są spektakularne, są na uboczu dyskursu o getcie, bo opowiadają o sprawach, które wydają się nieistotne, jak uprawianie ziemi. A uprawianie ziemi to był opór cywilny, sadzenie ziemniaków to był heroizm – on jednak nie wygląda w kadrze spektakularnie.
Co staramy się teraz robić, to zestawić spojrzenia, ale nie dzieląc je na żydowskie i polskie, tylko na zewnętrzne i wewnętrzne, oddzielone murem. Inaczej patrzą Żydzi, Polacy i Niemcy, inaczej kobiety, mężczyźni czy przyjezdni. Przyglądamy się, jak te spojrzenia wyglądają i czy oraz jak ze sobą "rozmawiają".
Czymś nowym jest także próba wyjścia poza kanon opowiadania oraz pisania o getcie tylko w kontekście wojny i rozciągnięcie go poza okres wojenny. Teren po getcie wciąż istnieje, o czym często zapominamy. Jego ruiny istniały do lat 60., do 1948 roku w wielu źródłach fotograficznych w podpisach jest określenie "w getcie". Dla Żydów jest cmentarzem, raną, przestrzenią pamięci.
Co daje poszerzenie pola widzenia?
Dochodzi do rozmycia stereotypów. Niemcy tak konstruowali kadry, żeby pokazać, jak Żydzi są brudni i nie dbają o swoje dzieci i społeczność. Po wojnie na odwrót – te zdjęcia stały się dowodem okrucieństwa zbrodniarzy niemieckich w toczonych przeciwko nim procesach.
Swoją własną narrację ma Judenrat (Rada Żydowska), wynajmujący do robienia zdjęć własnych fotografów, czy polska konspiracja. Jeśli przyjrzymy się tym kolejnym, innym niż niemieckie, zbiorom, to dostrzeżemy większą podmiotowość, fotograf pokazuje ludzi, którzy się uśmiechają, działają, coś robią.
Zachował się prywatny album ppłk. Franciszka Przymusińskiego, komisarza policji granatowej, czyli Policji Polskiej Generalnego Gubernatorstwa, która towarzyszyła pacyfikacji getta. Jego zdjęcia to kopalnia niuansów. Przymusiński mógł wchodzić do getta, sam prawdopodobnie robił zdjęcia, także te z początków powstania w getcie. Był prawdopodobnie na spotkaniu z Jürgenem Stroopem, generałem SS, który prowadził likwidację warszawskiego getta, wiedział więc, na kiedy Niemcy planowali zbrojne wejście do niego. Kiedy mamy kontekst – kto zdjęcia robił, co wiedział – zyskujemy ogromną wiedzę. Bo Przymusiński w swoim albumie pokazuje coś więcej – na zdjęciu budynku pokazuje konkretne okna, bo wie, co za nimi się znajduje. Pokazuje palcem, że tam jest źródło oporu, wskazuje siedzibę głównej komórki Żydowskiego Związku Wojskowego, współpracującej z polską konspiracją.
Jakie są opowieści zza muru?
Bardziej symboliczne, bo ludzie, którzy nie mają dostępu do wydarzeń, skupiają się na symbolice płonącego, walczącego getta. W kadrze widać gapiów. Ludzi stojących i patrzących, niepodejmujących żadnych działań. Z własnej woli stawiają się w polu widzenia, przyglądają się, trochę się w ten sposób narażając, ale z drugiej strony mają także jakieś emocje, które każą się im przysuwać i patrzeć.
Jest fotografia pokazująca, że tych gapiów było tak dużo, że wręcz tarasowali dostęp bojówkom AK przy Bonifraterskiej i Muranowskiej. Obawiano się nawet, że mogą być przypadkowe ofiary wśród zgromadzonych po drugiej stronie muru getta.
Maria Ferenc z Żydowskiego Instytutu Historycznego dotarła do filmu, który powstał w czasie powstania w getcie. Nakręcił go Niemiec – pokazuje właśnie gapiów i płonące kamienice, mieszkania, balkony. Ludzie po drugiej stronie muru nie są w stanie więcej zobaczyć, niemiecki żołnierz sam więcej nie widzi. Zdjęcia robione przez Polaków, często z ukrycia, są dla mnie również aktem odwagi.
To także pokazuje, jak limitowany był dostęp do możliwości dokumentacji w czasie powstania. Miała go policja bezpieczeństwa, z niej korzystał Stroop. Są więc zdjęcia akcji likwidacyjnej i później z powstania, ale z niemieckiej perspektywy.
Niemcy pokazują chorujących, pokazują Żydów opresyjnie i przedmiotowo, filmując kobietę chorą na tyfus. Żydowski fotograf, który poruszył podobną tematykę, nie pokazuje żadnych drastycznych detali, tylko przeładowanie w szpitalu – wiele osób leżących w tym samym łóżku. Na szpitalnych zdjęciach nie ma przedmiotowego pokazywania chorych i ciała. Skalę śmierci pokazuje nie przez leżące na stosach ciała, ale przez liczbę klepsydr przyklejonych do ścian. Są nazwiska, które daje się odczytać, współcześnie zlokalizować na cmentarzu przy Okopowej, a nie zwłoki. Śmierć w getcie to dla Niemców był dowód na to, że Żydzi są brudni, chorują, nie dbają o siebie, nie troszczą się o siebie nawzajem, że grzebią w śmieciach, handlują, siedząc na ulicy, mijają dzieci leżące na chodniku, że w getcie panuje znieczulica.
Różnicę w spojrzeniach pokazują dwa zdjęcia przy kramie z warzywami. Na fotografii z Bundesarchiv widać, że nikt nie patrzy w obiektyw, każdy gra jakąś rolę, a na tym z Archiwum Ringelbluma mężczyzna kpiąco patrzy prosto na fotografa.
Można starać się normalnie funkcjonować w czasie wojny, kierować obiektyw tak, żeby pokazywać wycinek rzeczywistości.
Na wystawie prezentujemy kartę z albumu Przymusińskiego, w którym beztroski świat – życie rodzinne i zawodowe – przeplatają tragiczne wydarzenia. Z kolei na negatywach Leszka Grzywaczewskiego, który był strażakiem w getcie warszawskim, jest przeplatanka – zdjęcia z płonącego getta, a później kadry z dziewczyną w parku Ujazdowskim, i znowu getto i Niemcy podpalający kamienice, ludzie z nich wyskakujący. Grzywaczewski jest w rozdarciu. Angażuje się w trudną rzeczywistość i pomaga, a za chwilę wraca do swoich spraw. Powstał z tej dokumentacji album wydany przez Muzeum Polin.
Po getcie zostało morze ruin, gros zdjęć i filmów jest niemieckich. Skąd bierze się zdjęcia do zasobów muzealnych?
Można walczyć o zdjęcia na eBayu – za 500 czy 1000 zł – wystawiane tam przez handlarzy, którzy zdobywają je od rodzin byłych żołnierzy niemieckich. Część instytucji ma etyczny problem z takimi zakupami. Te zdjęcia są często wyrwane z kontekstu, nie za wiele da się o nich i pokazanej na fotografii sytuacji powiedzieć.
My materiały do książki i albumu mamy częściowo z Żydowskiego Instytutu Historycznego, który jest partnerem wystawy i współwydawcą albumu, a częściowo ze zbiorów własnych Muzeum Warszawy, a także z wielu innych instytucji polskich, niemieckich czy żydowskich. Film z kolei pochodzi z Filmoteki Narodowej Instytutu Audiowizualnego.
Byłam na otwarciu nowego muzeum Holocaustu w Amsterdamie. Tam ekspozycję tworzą kolorowane i animowane zdjęcia, co pokazuje, że ludzie bardzo potrzebują narracji wizualnej, a jej z Warszawy nie ma dużo.
Żydzi po wojnie też jej bardzo potrzebowali – w 1948 roku nakręcili film o powstaniu w getcie. Powstał z fragmentów niemieckiego filmu z powstania warszawskiego, z wybuchami, pożarami. Dodano także sceny zaaranżowane z aktorkami i aktorami odgrywającymi walki.
Potrzebujemy obrazów, ich nie ma, ale tylko – jak się czasami okazuje – pozornie. Bo żyjemy w Polsce w przekonaniu, że jak coś wreszcie znajdziemy, to jest to jedyny, niepowtarzalny, unikatowy obraz. Ostatnio dowiedziałyśmy się, że w Niemczech jest prywatne archiwum, w którym filmów z ujęciami z getta warszawskiego jest 60! Nie jeden, wyjątkowy, tylko 60! Na taką skalę żołnierze mieli dostęp do kamer i aparatów. Wiele filmów nakręcono przejazdem – w czasie przejazdu na front wschodni żołnierze zatrzymywali się w Warszawie i filmowali ją i getto. To archiwum jest chętne do odpłatnej współpracy, ale uznaliśmy, że te obrazy powtarzają pewien schemat, który jest dobrze znany, nie ma więc potrzeby ich zdobywać.
Niemcy sprzedający zdjęcia? Ich zachowanie nie spotyka się z oceną?
Jest grupa handlarzy jeżdżących do Niemiec i wyciągających od Niemców ich albumy. Niemcy z wielką dumą je robili – wkładali wiele pracy we wklejanie, układanie, tworzenie własnej opowieści. Patrzą na to jak na swoje życie, coś, co ich spotkało, co chcą zostawić dla następnych pokoleń.
Znamy inny przypadek niemieckiej pielęgniarki, Helmy Spethman, która udokumentowała swoją podróż, pracę, ale zdjęcia z getta schowała za okładkę. Jej siostrzenica je później znalazła.
Odpłatność nie jest kwestią poddawaną dyskusji?
W Polsce tak – płacenie za zdjęcia stronie oprawców jest kontrowersyjne. Czy w Niemczech wzbudza to podobne emocje, nie wiem.
A strona żydowska? Jak udostępnia materiały zdjęciowe?
Są dwie główne instytucje: Yad Vashem i Ghetto Fighter’s House. One udostępniają materiały online, wszystko za darmo. Uważają, że ludzie mają prawo mieć pełen bezpłatny dostęp i wgląd do całych zbiorów. Szczególnie Archiwum Kibucu Bohaterów Gett (Ghetto Fighter’s House) świadomie decyduje się na nieograniczanie dostępu. Wiem, że jak dotąd nie było żadnej sprawy sądowej wytoczonej im przez niemieckich autorów.
Muranów jest dzielnicą powstałą na zgliszczach. Teraz zdałam sobie sprawę, że okolice Anielewicza to dla mnie trójkąt bermudzki – za każdym razem, kiedy wjeżdżam samochodem w tę okolicę bez nawigacji, to się dziwnym trafem gubię.
Jestem zainfekowana myśleniem Jacka Leociaka, który mówi, że tam wszystko jest pod ziemią i wystarczy dosłownie delikatnie poskrobać, żeby się natknąć na historię tego miejsca.
"Chociaż getto warszawskie zmiecione zostało z powierzchni ziemi, to jednak jego mocne, rozrośnięte w głąb korzenie wciąż tkwią pod asfaltem nowych ulic, pod chodnikami wyłożonymi nowoczesną kostką brukową, pod zielenią osiedlowych trawników".
Tak. Prace archeologiczne na tym terenie przyniosły wstrząsające odkrycia, np. ciało skulonej pod podłogą kobiety. Nie trzeba bardzo szukać, żeby trafić na kryjówkę, w której znaleźć można niedojedzone jedzenie w garnku czy nadgryzioną bułkę.
Mam skrzywienie zawodowe, nie mogę więc być obiektywna, ale pamiętam, że kiedy kupowałam mieszkanie w starej kamienicy przy Ogrodowej, to moja babcia, której ojciec wywieziony z Pawiaka zginął rozstrzelany w Treblince, powiedziała mi, że chyba na głowę upadłam, że chcę mieszkać na terenie getta.
Ostatecznie była u mnie w odwiedzinach raz. Nie znosiła tego mieszkania i idei, że można chcieć żyć w jakimś sensie na cmentarzu. Zresztą takie były żydowskie odczucia – że to jest wielki cmentarz bez grobów.
Czy za szybko został zabudowany?
Natan Rapaport, rzeźbiarz i autor pomnika Bohaterów Getta, w swojej wizji widział go stojącego na pustyni, nie w otoczeniu bloków i parkingu. To byłoby bardzo wymowne upamiętnienie. Pomnik staje w morzu ruin, jak na zdjęciu-panoramie z dziennika budowy pomnika przechowywanego w Muzeum Polin.
Miasta z taką historią jak Warszawa to miasta palimpsesty – mają swoje życie i trudno zrobić z nich Rzym z ruinami w centrum. Wydaje mi się bardzo ludzką ta skłonność do przechodzenia dalej, do zaczynania na nowo. Ale sądzę, że w tkance miasta i w pamięci warszawiaków getto jest obecne.
Trudny był moment, kiedy ze względu na podeszły wiek umierały osoby, które przeżyły likwidację getta. Kolejne pokolenia przestają mieć możliwość usłyszenia świadectwa, a nic nie działa tak na upamiętnienie przeszłości, jak ludzie i ich obecność. Pamięć będzie musiała znaleźć inną formę. Młode pokolenia chętniej sięgają po narrację bohaterską, oporową, heroiczną, z nią się bardziej identyfikują. To też jest sukces Muzeum Powstania, fakt, że młode pokolenia odnajdują się w rebelianckiej, walecznej postawie. My chcemy dodać do tego refleksję związaną z pamięcią o ofiarach.
Jaki jest powód powstania gabinetu "Świadectwa z getta warszawskiego"? Bo nie okrągła rocznica.
Nie. Chcieliśmy, żeby powstał. W zeszłym roku się nie udało, z poślizgiem otwieramy go w nowym kształcie. Zależy nam na tym, żeby włączyć historię żydowskich mieszkańców w historię Warszawy w tym właśnie, osobnym miejscu. Pozwala to także pokazać, dlaczego ich historia w Warszawie nagle się urywa i nie przenosi do współczesności. Pokazujemy wyrwę w historii miasta.
Anna Duńczyk-Szulc. Dyrektorka ds. kolekcji i rozwoju Muzeum Warszawy. Absolwentka Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego o wieloletnim doświadczeniu zawodowym w instytucjach kultury. Od ponad 20 lat zajmuje się projektami wystawienniczymi i wydawniczymi związanymi z fotografią.
Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.


