Historia
Członkowie załogi obozu zagłady w Treblince (od lewej): Paul Bredow, Willi Mentz, Max Möller oraz Josef Hirtreiter (fot. Domena publiczna)
Członkowie załogi obozu zagłady w Treblince (od lewej): Paul Bredow, Willi Mentz, Max Möller oraz Josef Hirtreiter (fot. Domena publiczna)

Kosów Lacki, miasteczko na północnym Mazowszu, dziesięć kilometrów do Treblinki – według klasyfikacji hitlerowskiej Judenstadt Kosow, miasto żydowskie.* 

W 1939 roku Żydzi stanowili ponad dziewięćdziesiąt procent mieszkańców osady miejskiej. Do Kosowa Lackiego przylegały przysiółki zamieszkałe przez polskich rolników. Obie społeczności spotykały się w dni targowe, dwa razy w tygodniu. 

Według spisu z 1921 roku w Kosowie mieszkało tysiąc trzystu piętnastu Żydów i czterdzieści sześć osób innej narodowości, przede wszystkim Polaków. W 1947 roku, kiedy Kosów odwiedził Mordechaj Canin, w miasteczku nie było już Żydów. Pozostały ich domy, ale nie były puste. 

Canin pisał: "I tutaj – jak we wszystkich miastach i miasteczkach na Podlasiu – Polacy mieli nadzieję, że Hitler ich uszczęśliwi. Uwalniając od Żydów. Od Żydów ich uwolnił. (…) Kosowskie męty wzięły nawet znaczący udział w zgładzeniu Żydów. Jak wszędzie, także tutaj rabowali i mordowali swoich żydowskich znajomych, którzy przyszli do nich, aby się ukryć". 

Prawdopodobnie Canin odniósł się do wydarzeń z września 1942 roku, kiedy Niemcy przystąpili do likwidacji getta. W Kosowie całe miasteczko było gettem. Przez trzy dni Żydów formowano w kolumny i prowadzono do Treblinki, gdzie natychmiast trafiali do komory gazowej. Buntujących się rozstrzeliwano. Nielicznym udało się uciec do okolicznych lasów. Niemcy, korzystając z donosów polskich mieszkańców przysiółków Kosowa, większość z nich wyłapali i stracili. To oczywiste, że donoszono na Żydów nie bezinteresownie. 

Budynek stacji kolejowej w Treblince (fot. Domena publiczna)

Wcześniej to żydowscy rzemieślnicy z Kosowa, cieśle, murarze, ślusarze na rozkaz niemieckiej komendantury pomagali w budowie baraków i rampy kolejowej na terenie Treblinki II. Obok istniała już Treblinka I – obóz pracy głównie dla polskich więźniów. Treblinka II to obóz śmierci. Pierwszymi ofiarami tej morderczej fabryki zostali właśnie Żydzi z Kosowa Lackiego. Ich miejscowość była na tyle blisko obozu, że doprowadzono ich pieszo. 

Aj, aj, ale wrzeszczeli 

Canin znał dobrze przedwojenny Kosów. Jeździł tutaj na wycieczki z rodzinnego Sokołowa Podlaskiego. Zapamiętał miasteczko jako centrum żydowskiej kultury. Biblioteka, szkoła ludowa, liczne stowarzyszenia, ugrupowania polityczne, chasydzi kłócący się z rabinami, syjoniści i bundowcy. Rozdyskutowana młodzież. "Żydowska młodzież spacerowała po sokołowskiej szosie, rozprawiając o wyzwoleniu ludzkości. W gorących dyskusjach o Spinozie, Marksie i Kancie wykuwała nowe lepsze światy, które na pewno nadejdą, a ona, kosowska młodzież znajdzie w tych lepszych światach należne miejsce. Polscy sąsiedzi przyglądali się życiu kosowskich Żydów, niewiele z tego rozumiejąc. Dla nich wszystko to były żydowskie »geszefty«. Nawet żydowska młodzież na spacerach handlowała i targowała się – bo o czym innym mogli tak zażarcie dyskutować? O co by się tak kłócili na spacerach?". 

Teraz, kiedy przyjechał do Kosowa, tamtego świata już nie było. W miasteczku żydowskie domy zajęli wieśniacy z okolicznych wiosek. Z pociągu wysiadł w Małkini, pieszo dotarł do Prostynia (około ośmiu kilometrów) i tam wynajął chłopa z furmanką. Powiedział mu, że jedzie do kościoła w Kosowie po świadectwo chrztu, czym wzbudził zaufanie swojego furmana, bo Polak Polakowi powinien pomagać. Czekała ich piętnastokilometrowa trasa, nie w kij dmuchał. Woźnica, aby podróż uprzyjemnić wyciągnął wielką flachę bimbru. Popijał raz za razem i już nieźle podchmielony zaczął opowiadać: 

"Tą szosą pędzili tysiące Żydów do Treblinki. Aj, aj, ale wrzeszczeli. Prosiliśmy tych Żydków, żeby wyrzucali pieniądze i złoto, które mieli poukrywane, ale nie chcieli. Myśleli, że prowadzi ich się do raju. A prowadzili ich do lasu i wykańczali. Potem, kiedy Żydy się zbuntowały, wszystkie pieniądze zostały w zgliszczach, musieliśmy szukać w piachu". 

Bunt Żydów wybuchł w Treblince 2 sierpnia 1943 roku. Spalono wtedy część baraków, a z obozu wydostało się około czterystu więźniów. Tylko siedemdziesięciu z nich przeżyło. Krótko potem obóz w Treblince zlikwidowano, spalono zwłoki Żydów, pozostałe baraki rozebrano. Ukrywano ślady zbrodni. Po wojnie teren obozu i pobliskie lasy metodycznie przeszukiwali chłopi z okolicznych wsi w nadziei, że znajdą pożydowskie złoto. 

Obóz w Treblince podpalony przez zbuntowanych więźniów; zdjęcie wykonane potajemnie przez Franciszka Ząbeckiego (fot. Domena publiczna)

Woźnica tak relacjonował Caninowi: "Nawet z tamtej strony Bugu przyjeżdżali. Ale nasza gmina powiedziała »wynocha«! Co się znajdzie, to nasze. Ci z Kosowa się upierali, że ta ziemia należy do ich powiatu i też mają prawo szukać. Całe chmary przylatywały z Kosowa z widłami i łopatami. Mówiliśmy im: »Odejdźcie po dobremu. Wam w Kosowie zostały domy po Żydach i narzędzia, wszystko, co Żydzi mieli w domach. A my? Niemcy i Ruscy bili się tutaj nad Bugiem, spalili nam domy, to mamy pierwszeństwo do złota z Treblinki«". 

Ale ci z Kosowa przychodzili nadal, tyle że nocami. Wynosili – według woźnicy – worki z popiołem, aby u siebie, na spokojnie, szukać w nim złota i brylantów. A potem tym popiołem nawozili pola. "Ludzki popiół to najlepszy nawóz, nie ma lepszego na świecie" – twierdził furman. – "Nawet w piachu, jak się go nawiezie ludzkim popiołem, można sadzić kartofle. A cielaki, jak się tego popiołu doda do paszy, to rosną jak byki. O, ten popiół z Treblinki to błogosławieństwo dla pól". 

I tak, raczony opowieścią woźnicy, Mordechaj Canin dojechał w końcu do Kosowa. Zobaczył żydowskie miasteczko wyczyszczone ze wszystkiego, co było żydowskie. W mieszkaniach po Żydach wisiały święte obrazki z Częstochowy, bo nowi lokatorzy to ludzie bogobojni. 

To tylko plamka przy framudze 

Spacerujemy po Kosowie Lackim z Arturem Ziontkiem, pracownikiem tutejszego Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury. Z wykształcenia jest polonistą, sam siebie określa jednak mianem historyka regionalisty. Redaguje prace historyczne dotyczące przeszłości Kosowa i Podlasia, sam zapisuje w nich całe rozdziały. Jednym z recenzentów naukowych tych opracowań jest doktor Mariusz Bechta, historyk zatrudniony w IPN. Ziontek ceni Bechtę i uważa go za autorytet w dziedzinie historycznej. 

Działalność doktora Bechty budzi kontrowersje. Sympatyzował ze środowiskami skrajnie nacjonalistycznymi, jako student organizował akcję solidarnościową z Januszem Walusiem, zabójcą czarnoskórego Chrisa Haniego, lidera Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej. Promował zespoły rockowe grające dla środowisk naziskinów. Założył firmę pod nazwą Narodowa Scena Rockowa, ale przedsięwzięcie się nie udało, bo liderzy ultraprawicowych grup muzycznych podejrzewali go o nieuczciwe rozliczenia finansowe. Krytycy zarzucają mu, że w swoich publikacjach wyraża poglądy antysemickie. 

To dziwny zbieg okoliczności, że po miasteczku Kosów Lacki oprowadza mnie człowiek uważający doktora Mariusza Bechtę za swojego mentora. Artur Ziontek zapytany, czy może polecić kogoś, kto interesuje się historią Kosowa, zbiera dokumenty i relacje mieszkańców, może miejscowy nauczyciel, mówi, że nie zna nikogo takiego. 

– Tylko ja się tutaj zajmuję badaniem lokalnej historii – stwierdza. Słyszę potem opinie, że pan Ziontek ma dobry warsztat naukowy i pisze prace w sposób obiektywny, na podstawie wiedzy. 

Zobacz wideo Powstaniec Warszawski wspomina wydarzenia sprzed lat

Fasady pożydowskich domów wzdłuż ulicy Wolność przemalowano, ślady po mezuzach na framugach przy drzwiach pracowicie zaklajstrowano. Artur Ziontek mówi, że właściwie nic się nie stało: 

– Bo o co było zadbać? O plamkę przy framudze? – pyta. 

Ale farby kiepskiej jakości, już się sypią, a nad drzwiami jednej z małych kamieniczek odsłania się stary napis. Na dole po polsku: "Piekarnia". A wyżej niewyraźne litery układają się w końcówkę kerei. Po niemiecku piekarnia to Bäckerei. W języku jidysz piekarnia w polskiej transkrypcji brzmiałaby bakerei. Jest prawdopodobne, że podczas okupacji Niemcy przejęli żydowską piekarnię i zakryli napis żydowski swoim. Zabrakło jedynie rosyjskiej nazwy, bo okupant radziecki nie zdążył się w Kosowie Lackim osadzić na dłużej. We wrześniu 1939 roku Rosjanie zajęli miasteczko na dziesięć dni i zaraz się wycofali poza wyznaczoną traktatem Ribbentrop-Mołotow linię graniczną na Bugu. 

Dawna ulica Bożniczna zmieniła nazwę na bardziej swojską, dzisiaj zwie się Łąkowa. Jako Bożniczna wiodła do murowanej synagogi. Budynek pozostał, ale znikło oznaczenie właściwe żydowskim bożnicom: ornament z gwiazdą Dawida. Jak mówi Artur Ziontek, po wojnie przez lata w budynku po synagodze, w dużej sali do modlitw, urządzano wesela, a kiedy przyjeżdżało kino objazdowe, seanse odbywały się w tej samej sali modlitewnej. Potem działał tu sobie w najlepsze elektryczny młyn, ale i on przestał być potrzebny. Drzwi i okna zabito deskami i nikt tam nie zagląda. 

Artur Ziontek, patrząc na zrujnowaną synagogę, przypomina sobie o fragmencie Tory, jaki posiada w swoich zbiorach lokalny dom kultury. Musiała pochodzić z miejscowej bożnicy. Jakim sposobem znalazła się w rękach Józefa Maleszewskiego, miejscowego działacza ONR i Falangi, Ziontek nie wie. Wie jedynie, że po latach Torę przekazał do domu kultury pasierb Maleszewskiego. Oświadczył przy tym, że Tora jest niekompletna, bo skóra, z której ją zrobiono, idealnie nadała się jako naciągi do werbli. Jacy to werbliści walili pałkami w skórę urwaną z Tory, dokładnie nie wiadomo, chociaż Ziontek uważa, że byli to miejscowi harcerze. 

W budynku po żydowskiej łaźni, czyli mykwie, zagospodarowali się policjanci. Łaźnię ładnie odremontowano i urządzono w niej posterunek. Obok, w zaułku za domami, jak wskazuje Ziontek, przed wojną funkcjonowało żydowskie centrum rzeźnicze. Tu ubijano koszernie drób i zwierzęta hodowlane i wystawiano na sprzedaż w jatkach. A w pobliżu wielkiego jak katedra kościoła (jak twierdzi Ziontek, największego w diecezji drohiczyńskiej) mieściła się żydowska karczma. I to tyle, co zachowała pamięć o żydowskich mieszkańcach Kosowa. Pan Ziontek nie zna nazwisk żydowskich rodzin, nie interesował się nimi. Mówi, że w świadomości polskich powojennych i współczesnych mieszkańców Kosowa te nazwiska nie przetrwały. – Ludzie obawiali się, że Żydzi wrócą i odbiorą, co swoje – tłumaczy. 

'Czarna Droga' łącząca obozy Treblinka I i Treblinka II (fot. Adrian Grycuk / CC BY-SA 3.0 pl / Wikipedia Commons)

Zamykać sklepy, nadchodzi szabas 

Ale w publikacji "Żydzi Kosowa Lackiego" Artur Ziontek, chociaż odżegnywał się od znajomości nazwisk żydowskich mieszkańców Kosowa, wymienia całą listę Żydów znaczących dla przedwojennej społeczności. Szczególnie cenionym prawnikiem w mieście był adwokat o nazwisku Lejbka. Icchak Liberman handlował gazetami. "Codziennie chodził na stację kolejową, by z popołudniowego pociągu z Warszawy odebrać przesyłkę z prasą. Dzienniki w języku jidysz: syjonistyczny »Hajnt« (»Dzisiaj«), folkistowski »Der Moment« (»Chwila«), komunizujący »Folkszeitung« (»Gazeta Ludowa«) oraz jedno z bardziej opiniotwórczych pism żydowskich, skupione wokół ortodoksów religijnych, lojalne wobec państwa polskiego »Dos Jidisze Togblat« (»Dziennik Żydowski«), a także polskojęzyczny »Nasz Przegląd« (o sympatiach prosyjonistycznych).  Najczęściej nie zdążył z nimi dojść do rynku, gdyż znaczna część otrzymanego nakładu rozchodziła się już po drodze ze stacji" – pisał Ziontek.

Szmul Banak sprzedawał losy loteryjne i kierował w Kosowie kółkiem dramatycznym. "Pan Motel miał na rynku drobny sklepik, w którym dzieci kupowały słodycze i wodę sodową. Był on także wspólnikiem Polaka Domańskiego, z którym prowadził młyn zbożowy, a przy nim niewielką elektrownię. Mordechaj Liberman wytwarzał zamki do drzwi i artykuły metalowe. Szymon Kowal adekwatnie do nazwiska był kowalem, który dbając o swoją markę, wszystkie podkowy miał opatrzone nazwiskiem. Krawcy, kowale, szewcy, blacharze, kuśnierze, garbarze i kaletnicy, stolarze. Istniały także żydowskie piekarnie, olejarnia, dwie farbiarnie oraz firma browarnicza. Rynek, stanowiący centrum miejscowości, szczelnie otaczały kamieniczki i drewniane domy, które z tyłu i na górze miały pomieszczenia mieszkalne, natomiast od frontu witryny zakładów, sklepów (spożywczych, łokciowych, galanteryjnych itd.) oraz jatek". 

W przedwojennym Kosowie było kilku żydowskich stolarzy, którzy wykonywali meble głównie sprzedawane na okolicznych jarmarkach i targach – jeden z nich nosił nazwisko Lejbel i specjalizował się w produkcji łóżek, stołów i krzeseł bez użycia gwoździ i śrub. Szewc Mosze Pióro szył buty dobrej jakości. Pan Rajzman butelkował, kapslował i etykietował piwo znanych producentów: browaru parowego Braci Teitel z Ostrowi Mazowieckiej, browaru Henryka Przewłockiego z Mordów oraz browaru Haberbusch i Schiele z Warszawy. 

Rywka Barlew, która w drugiej połowie lat trzydziestych wyemigrowała do Palestyny, tak opisywała swój Kosów Lacki: 

"Główna ulica mająca około 2000 stóp długości była zabudowana wzdłuż dwupiętrowymi budynkami. Najczęściej na parterze znajdował się sklep, a na górze były jedno- lub dwupokojowe mieszkania. Ulica była brukowana, a po jej obu stronach znajdowały się wąskie chodniki. (…) Od głównej ulicy odchodziły liczne zaułki. W nich to właśnie, ściśnięci razem, mieszkali krawcy, szewcy, kapelusznicy i nosiciele wody. Wszyscy ci ludzie ledwo wiązali koniec z końcem. Sześć piaszczystych dróg prowadziło do drogi głównej. Przybywali nimi wieśniacy, rolnicy, chłopi i bogaci posiadacze ziemscy z okolic Kosowa. 

W miasteczku wymieniano się towarami i przeprowadzano rozmaite interesy. A już w dni targowe, wtorki i piątki, ulice te były kompletnie zatłoczone. Drewniane wozy, pociągane przez wychudłe konie, pełne ziemskich dóbr – ogórków, ziemniaków, kapusty – zmierzały wcześnie rano na rynek. 

Wielu chłopów z okolicznych wiosek przychodziło pieszo, niosąc w koszykach jajka, masło, śmietanę i inne drobne towary. Ubogie kobiety przychodziły czasami z jedną lub dwiema rzeczami na sprzedaż. Na koniec każdego targu ludzie tłumnie zapełniali żydowskie sklepy. Kupowali nici, przędzę, materiały, co bogatsi mogli sobie pozwolić na cukier, biały chleb czy wódkę. Piątki w szczególności były dniami o największym ruchu, a to z powodu szabasu. 

Z chwilą, gdy tylko słońce zaszło, starszy człowiek wychodził na środek głównej ulicy i obwieszczał: "Zamykać sklepy, nadchodzi szabas!". W jednej chwili sklepy zostały zamykane, a ulice pustoszały. A wkrótce ludzie ubrani w odświętne ubrania, zmierzali do domów modlitwy i synagog. Trudno było sobie wyobrazić, że jeszcze przed godziną wszyscy ci ludzie byli zajęci całkowicie kupowaniem, sprzedawaniem czy ubijaniem interesów". 

*Fragmenty książki "Strefa niepamięci" Piotra Pytlakowskiego. Autopromocja: Książka do kupienia w formie elektronicznej w Publio >>>