Sporo napisano jedynie o Julii Świtalskiej. Nie można się temu dziwić, bo jej historia była rzeczywiście wyjątkowa. Ta pionierka polskiej kosmetyki ukończyła studia medyczne, pracowała jako lekarz wojskowy podczas I wojny światowej, a w wolnej Polsce najpierw zaczęła specjalizować się w dermatologii, a następnie, w roku 1922 uruchomiła swoje pierwsze laboratorium kosmetyczne - Laboratorium Kosmetyków Higienicznych "Świt". Z czasem założyła w warszawskich Alejach Ujazdowskich jedną z najnowocześniejszych klinik leczenia skóry, a w 1934 roku na otwarciu nowej siedziby Świtu, który nazywano też "przybytkiem światła", bawili się aktorzy, politycy z żonami, znani literaci oraz… biskupi warszawscy.
Świtalska gromadziła wokół siebie ustosunkowanych ludzi, a razem z nimi dziennikarzy brukowców, którzy uwielbiali pisać o jej bujnym życiu towarzyskim i uczuciowym, zwłaszcza o jej wpływowych mężach. Najpierw o Kazimierzu Świtalskim, sanacyjnym polityku, zastępcy szefa Kancelarii Cywilnej Prezydenta, następnie o Mieczysławie Fularskim, dyrektorze Orbisu. Jasne, że utrzymywano, iż wszystko osiągnęła dzięki nim. Pokpiwano też z zabiegów oferowanych w jej gabinecie. Bo pamiętajmy, że w okresie międzywojennym dbanie o ciało czy codzienne stosowanie kosmetyków to wciąż nie były praktyki powszechne. O ile jednak Świtalska nigdy nie dementowała plotek na temat swojego życia osobistego, o tyle na kpiny z kosmetyki była wrażliwa. Podczas rautów potrafiła nawymyślać szukającym sensacji dziennikarzom; wysłannikowi "Światowida" miała powiedzieć, że brak higieny jamy ustnej, doprowadzi go wkrótce do grobu.
Gdybyśmy więc spróbowali stworzyć ranking najpopularniejszych międzywojennych gabinetów kosmetycznych, z pewnością w czołówce musielibyśmy umieścić właśnie "Świt". Chociaż nazywanie go gabinetem byłoby sporym niedoszacowaniem. 24 pokoje, w których wykonywano zabiegi i przeprowadzano konsultacje kosmetyczne oraz lekarskie różnego typu, to przecież coś więcej niż salon kosmetyczny. To było miejsce, w którym z jednej strony prowadzono fizjoterapię, z drugiej oferowano odchudzanie na specjalnych krzesłach masujących klientów metalowymi wałkami. Zimą kremy nakładano ogrzewanymi łyżeczkami, latem podawano napoje z lodem, a pod łóżkami montowano wentylatory. Wrażenie ekskluzywności robiło też to, że każdemu klientowi Świtalska dobierała indywidualne systemy pielęgnacji skóry. I najważniejsze –- jej działalność nie ograniczała się do tego, co działo się w kamienicy numer 37 przy Alejach Jerozolimskich. Wciąż prowadziła własne laboratorium kosmetyczne, w którym tworzyła kosmetyki (głównie kremy do twarzy) i suplementy, wydawała miesięcznik "Kultura Ciała", książki i poradniki. Jako jedna z pierwszych produkowała saszetki z próbkami kosmetyków, które były rozdawane za darmo na ulicach Warszawy razem z ulotkami promującymi wieloetapową pielęgnację skóry. Prowadziła też kursy racjonalnej kosmetyki, wydawała dyplomy zawodowe. Poza tym w jednym z 24 pokojów w "Świcie" pracowały asystentki Świtalskiej, które zajmowały się pakowaniem paczek kosmetycznych dla abonentek z kraju i zagranicy, którym wcześniej wysyłano katalogi produktów marki. W tym pokoju nadzorowano też pracę lokalnych przedstawicielek "Świtu". Zatrudniając terenowe konsultantki, oferując im pensje prowizyjne i zapasy kosmetyków służących reklamie, Świtalska została pierwszą Polką, która sprzedawała swoje produkty za pomocą marketingu wielopoziomowego. Między innymi z tego powodu już w latach 30. uwielbiano porównywać ją z największymi międzywojennymi przedsiębiorcami, np. z Marianem Dąbrowskim, krakowskim magnatem prasowym, twórcą "Ilustrowanego Kuriera Codziennego", który podobnie jak ona "miał dorobić się na mydle".
Wspomniany już "eksportowy" pokój, który działał w klinice Świtalskiej, pokazuje też, jak dobrze rozumiała ona potrzeby swoich klientek i że nigdy nie ograniczała działalności tylko do wielkich miast, nie zwracała się wyłącznie do społecznych elit. Abonentkami jej katalogów były przede wszystkim kobiety z małych miasteczek. Świtalska oferowała również darmową sprzedaż wysyłkową na wieś. Wiele swoich książek przekazywała za darmo organizacjom Kół Gospodyń Wiejskich, Związkowi Pań Domu i stowarzyszeniom kosmetycznym. W 1939 roku na poważnie zajęła się budową fabryki, w której miały być produkowane wyłącznie polskie i tanie kosmetyki. Spodziewała się ogromnego odzewu, bo klientki na polskiej prowincji kojarzyły jej nazwisko z listów, na które odpowiadała w "Mojej Przyjaciółce", piśmie, które kupowało w Polsce ćwierć miliona kobiet. Nie zdążyła.
Historii Świtalskiej nie można redukować wyłącznie do opowieści o sukcesie, który w jakimś stopniu odniosła dzięki protekcji mężów. Jej biografia pokazuje, że zawód kosmetyczki czy kosmetologa w okresie międzywojennym to nie był tylko blichtr i bankiety z aktorkami, ale przede wszystkim praca u podstaw, a nawet misja edukacyjna.
Na kosmetycznym froncie
Pierwszymi polskimi kosmetyczkami zostawały przeważnie pomocnice lekarskie, higienistki, czyli działaczki Polskiego Zakładu Higieny, ale też kobiety w jakimś stopniu spokrewnione albo zaprzyjaźnione z wytwórcami kosmetyków, którzy szukali dodatkowych sposobów na reklamowanie swoich produktów. Pomagali kosmetyczkom (zwłaszcza finansowo) otwierać salony – pod warunkiem, że w sprzedaży znajdą się ich kosmetyki. Taka pomoc bywała nieoceniona, bo o ile możemy założyć, że kobiety zainteresowane wykonywaniem tego zawodu, mogło być stać na opłacenie samych kursów lub studiów lekarskich (w kraju bądź za granicą), o tyle zebranie kapitału na rozpoczęcie samodzielnej działalności raczej okazywało się sporym wyzwaniem. I nie chodzi jedynie o kupno czy wynajem samego lokalu, ale o wyposażenie go w niezbędne maszyny, które nieraz kosztowały tyle co samochód.
Podstawą były lampy do naświetlania skóry, takie jak Perihel (słynna lampa rtęciowo-łukowa produkowana przez Zygmunta Grabińskiego), mniejsze lampy kwarcowe (takie jak "Kwarza Bona"), urządzenia do ondulacji włosów, a więc wszelkie wirniki, parownice i suszarki (prym w produkcji tych maszyn wiodła w Polsce lwowska firma J. Bunda), a przede wszystkim urządzenia ssące do oczyszczania skóry.
Salony kosmetyczne w okresie międzywojennym projektowane były zazwyczaj jako salony wielofunkcyjne, w których pracowały zarówno specjalistki od masażu oraz pielęgnacji twarzy, jak i manikiurzystki czy fryzjerki. W latach 30. standardem gabinetów stały się też opalarnie, czyli ówczesne solaria. Dzięki prasie branżowej, która propagowała projekty takich "modelowych salonów kosmetycznych", możemy dziś zobaczyć, że były to okazałe przestrzenie, których wyposażenie i utrzymanie z pewnością wiązało się z wysokimi kosztami. "Kosmetyka Nowoczesna" w 1938 roku opublikowała np. obszerny materiał o tym, że urządzone "dobrze i zgodnie z zasadami bezpieczeństwa salony piękności" powinny składać się przynajmniej z ośmiu pomieszczeń: "poczekalni charme", saloniku kosmetycznego, pokoju do kąpieli i kosmetyki ciała, pokoju do kosmetyki twarzy, myjni do włosów, suszarni, pokoju zapasowego i farbiarni. Rzeczywistość oczywiście okazywała się mniej spektakularna. Większość ówczesnych polskich salonów kosmetycznych to po prostu stanowisko do manikiuru, podgrzewane wałki ondulacyjne i znane jeszcze z XIX wieku proste maszyny do „parówki" (popularnego zabiegu polegającego na poddawaniu skóry twarzy działaniu gorącej pary wodnej). Ciekawe jest też, że nie zawsze te salony prowadzone były przez dyplomowane kosmetyczki. Bo wykonywanie tego zawodu nie było obwarowane restrykcyjnymi wymaganiami co do wykształcenia.
Przez cały okres międzywojenny nie uchwalono precyzyjnej ustawy kosmetycznej, która wyjaśniałaby i regulowała wszelkie kwestie prawne związane z kwalifikacjami, zawodem i obowiązkami kosmetyczek. W tej materii panował chaos, stale zresztą się pogłębiający, ponieważ wraz z upowszechnianiem się rozmaitych zabiegów na twarz czy kuracji odchudzających, w kraju przybywało nierejestrowanych w samorządzie lekarskim firm oferujących tanie kursy kosmetyczne, które nie dawały de facto kosmetyczkom uprawnień do wykonywania zawodu. Wiele kobiet mogło więc niewielkim kosztem ukończyć takie kursy, ale potem nie otrzymywało zgody na prowadzenie oficjalnej działalności.
Nie zawsze jednak był to powód do rezygnacji z planów założenia własnego salonu. Nieprecyzyjne były też ustalenia odnoszące się do definiowania oferowanych usług. O ile więc nie nazywano gabinetów "instytutami upiększania", jak zgodnie z rozporządzeniem Ministra Opieki Społecznej powinno rejestrować się legalnie usługi kosmetyczne, o tyle można było prowadzić działalność kosmetyczną bez obawy o jakiekolwiek kontrole. W tej sytuacji liczba zakładanych "gabinetów pomocy kosmetycznej" czy "ośrodków zwalczania brzydoty" stale się zwiększała. Miesięcznik "Kosmetyka Polska" pod koniec 1938 roku wyliczył, że legalnych i na wpół legalnych przedsiębiorstw handlowych, gabinetów kosmetycznych i zakładów fryzjerskich działało w Polsce ponad sto tysięcy. Nad prawami dyplomowanych kosmetyczek czuwało wprawdzie założone w listopadzie 1931 roku Stowarzyszenie Właścicieli Gabinetów Kosmetycznych, ale jego działalność była oparta na pracy społecznej. Poza tym w drugiej połowie lat 30. pojawiło się nowe zagrożenie. W kraju jak grzyby po deszczu wyrastały filie gabinetów międzynarodowych sieci kosmetycznych, takie jak CEDIB czy KLYTIA, i stowarzyszenie zajmowało się głównie zniechęceniem do korzystania z takich usług. Sprawa nielegalnie praktykujących kosmetyczek polskich zeszła na dalszy plan.
W kontekście warunków pracy kosmetyczek, problem kształcenia, nielegalnej konkurencji czy trudności z wyposażeniem salonów to jedno. Ważne - o ile nie ważniejsze - są nastroje społeczne i ogólne kiepskie warunki higieniczne, w jakich w okresie międzywojennym na co dzień żyła większość Polaków. Nawet w centrach największych polskich miast nie było kanalizacji ani wodociągów. Jak podawał "Mały Rocznik Statystyczny", w 1931 roku około 13 proc. wszystkich budynków mieszkalnych w polskich miastach było podłączonych do kanalizacji, mniej niż 16 proc. miało dostęp do wodociągów. Przedmieścia czy wieś najczęściej w ogóle nie miały infrastruktury sanitarnej, nie miały dostępu do wodociągów, kanalizacji, elektryczności ani do bieżącej wody. W mieszkaniach i domach zdecydowanej większości Polaków nie było łazienek i toalet. Do higieny służyła najczęściej miednica z wodą, w większych miastach korzystano z usług wanien kąpielowych na wynajem lub łaźni publicznych.
Możliwości rozwoju kosmetyki trzeba więc skonfrontować z tymi warunkami. Na samym początku pierwsze polskie kosmetyczki ściśle współpracowały z zakładami higieny, jeździły w kolumnach odkażająco-oczyszczających PCK, a jeśli uzyskały zgodę Wydziału Zdrowia Publicznego, to nawet na ulicach wygłaszały odczyty na temat mycia się. Co druga kosmetyczka wydawała też własne pismo lub broszury uświadamiające. Niech nikogo nie zmyli liczba czasopism kosmetycznych i higienicznych, które ukazały się w Polsce w latach 20. One nie powstawały wyłącznie po to, żeby reklamować opakowane w stylu art déco kosmetyki. Ich zadaniem było edukowanie przede wszystkim o podstawowych zasadach higieny i chorobach, które brak higieny wywołuje. Można wręcz powiedzieć, że działalność pierwszych polskich kosmetyczek, to nie tylko malowanie i pielęgnowanie aktorek, hrabin, bywalczyń eleganckich przyjęć. Taka praca nie dałaby im specjalnego zysku, mogła ewentualnie służyć reklamie. Pośród kosmetyczek były działaczki społeczne, takie jak np. Maria Kretczmerowa, która usiłowała przekonywać polityków, że obroty polskiego przemysłu kosmetycznego nie mają nic wspólnego z rzeczywistą sprzedażą środków higienicznych w kraju. Była też wywrotowa działalność Ireny Lubomiejskiej z lwowskiego salonu "Eureka", nazywanej "korektorką niekształtnych brył nosa", bo uczyła masażu, który pomagał niwelować rozmaite nierówności twarzy. Jak widać, na Świtalskiej świat międzywojennej kosmetyki się nie kończył. Zatrzymajmy się przy tych, o których w tym czasie było zdecydowanie najgłośniej.
Znaczenie gospodarcze szminek
A więc Maria. Wieloletnia prezeska Stowarzyszenia Właścicieli Gabinetów Kosmetycznych, prywatna kosmetyczka aktorki Mieczysławy Ćwiklińskiej, właścicielka salonu Kleopatra przy ulicy Wilczej w Warszawie, który prowadziła we współpracy z firmą kosmetyczną Fryderyka Pulsa. To u Kretczmerowej, jako pierwszej w Polsce, wprowadzono lecznicze metody masażu twarzy, który wykonywała wyprofilowanymi kamieniami po uprzednim posmarowaniu twarzy tzw. olejem ześlizgowym. Kretczmerowa była też trycholożką, choć oczywiście nie nazywała siebie w ten sposób. W wywiadach powtarzała, że pasjonują ją metody walki z łysieniem u kobiet, a dzięki przyjaźni z Ćwiklińską dla łysiejących klientek przerabiała teatralne peruki w ten sposób, by "oddychały" i umożliwiały działanie preparatów leczniczych. Do pielęgnacji głowy używała znanych nawet dzisiaj prądów d’Arsonval regenerujących skórę.
Kretczmerowa była jednak znana przede wszystkim ze swojej działalności politycznej i organizacyjnej. We wrześniu 1932 roku uczestniczyła w przygotowaniach jednego z najważniejszych wydarzeń kosmetycznych w międzywojennej Polsce. Na terenie wystawowym Bagatela w Warszawie zorganizowano wówczas dwutygodniowe targi "Młodość – Wdzięk – Uroda", podczas których spotykało się środowisko lekarskie, kosmetyczne i przedstawiciele polskiego przemysłu perfumeryjno-kosmetycznego. Wielu traktowało to wydarzenie jako okazję do reklamy i korzystania z darmowych bufetów, ale podczas imprezy odbywały się również wykłady, na których rozważano ważne sprawy społeczne. Występowała m.in. Maria. Mówiła o tym, że chociaż kilkanaście lat istnienia wolnej Polski przyniosło rozwój branży kosmetycznej, to ani nie służy ona "patriotyzmowi gospodarczemu", ani nie produkuje "pachnideł dla różnych warstw społecznych". Co z tego, że w roku poprzednim wartość branży kosmetycznej w Polsce wyceniono na 32 miliony złotych, co z tego, że wyprodukowano blisko trzy tysiące ton kosmetyków, skoro przeciętny Polak wydaje miesięcznie na artykuły kosmetyczne mniej niż złotówkę. Ten sam wykład powtórzy podczas drugiej edycji targów, pięć lat później. Będzie mówiła o tym, że wprawdzie "znaczenie gospodarcze szminek" nigdy nie było w kraju większe, ale jaką to może mieć wartość, jeśli wciąż nie każda kobieta w kraju ma dostęp do mydła?
Oprócz Marii ogromne zainteresowanie ze względu na zaangażowanie społeczne budziła Zoja Wasilewska, właścicielka warszawskiego salonu Gracja. Szerzej znana była przede wszystkim z tego, że jej stałymi klientkami były siostry Halama i Nina Grudzińskie, ale swoje dla rozpoznawalności zrobił też udział Zoi w 1935 roku w pierwszej podróży transatlantykiem "Piłsudski" dookoła Europy, podczas której udzielała porad kosmetycznych. W specjalnie zaaranżowanym dla niej gabinecie kosmetycznym dobierała pasażerkom statku kosmetyki, wykonywała zabiegi na twarz, prowadziła też utrzymane w stylistyce kabaretowej odczyty na temat pielęgnowania urody podczas podróży okrętem. Ta urodzona w Petersburgu absolwentka szkoły sanitarnej i paryskich kursów kosmetycznych nie lubiła jednak mówić o sobie. Popularność wykorzystywała do edukowania. Jeździła np. po kraju z wykładami pt. "Piękno w harmonii" i podczas tych wystąpień udowadniała, że "potrafi upiększyć kobiety brzydkie". Od razu dopowiem, że to hasło było przewrotne i nie miało nikogo obrażać – jak na tamte czasy dobrze reklamowało też usługi, które Wasilewska oferowała w swoim salonie.
Na czym polegało "leczenie brzydoty"? Na odwracaniu uwagi. Jeśli klientka miała krzywy nos, Zoja proponowała jej zmianę fryzury i pomiar twarzy maszyną Max Factora – pierwsza w kraju miała aparat do mierzenia proporcji twarzy, za pomocą którego ustalano indywidualne zasady makijażu. Niesymetryczny kształt twarzy uczyła niwelować masażami albo gimnastyką oddechową. Przekonywała, że stosując odpowiednie "ćwiczenia chuchowe", każda kobieta, która ma na to ochotę, może się odchudzać. Wystarczy tylko nauczyć się mocnego napinania mięśni brzucha podczas brania oddechu. Można uznać, że specjalizowała się we wszystkim, co uznawano za wstydliwe. Udzielała porad w zakresie dolegliwości intymnych i "stylistyki negliżu" (uczyła dobierać bieliznę i kostiumy kąpielowe). Gracja była salonem, który w ofercie oprócz najnowszych "kabin do odchudzania" miał "rozmowę intymną". Zazwyczaj ta usługa była darmowa i kierowano ją do młodych dziewczyn, które zostały wysłane przez rodzinę do miasta na pensję, do szkoły lub pracy i nie miały do kogo zwrócić się z problemami dotyczącymi chociażby bolesnego miesiączkowania czy niedostępności wkładów i podpasek. Znając dolegliwości swoich klientek, Zoja starała się też na swój sposób walczyć z firmami gorseciarskimi, które w okresie międzywojennym wcale nie zakończyły działalności. Bielizna wprawdzie się uelastyczniła i nikt właściwie nie nosił już twardych gorsetów przypominających rusztowania, ale wciąż popularne były fasony ściśle modelujące sylwetkę. Takie jak znany "pancerzyk pani", czyli obcisły gorset zaczynający się od linii biustu i kończący w połowie uda, albo "pasy Anieli" - gorsety spłaszczające brzuch, zdaniem Wasilewskiej szkodliwe dla kręgosłupa i wywołujące zaparcia. Ponieważ zdawała sobie sprawę, że najczęściej noszą je kobiety tuż po porodzie, zaprojektowała dla nich konkurencyjne przepaski maskujące brzuch, nadające się też do zakładania po operacjach brzusznych. Również dlatego często powtarzała, że w jej pracy kosmetyka jest tak samo ważna jak rozmowa.
Przesiewaczki pudru w salonie Distinction
Trzeba też wspomnieć działalność kosmetyczną lwowianek. Lwów w międzywojennej prasie branżowej prezentowany był jako ośrodek wykonywania najbardziej skomplikowanych zabiegów "kosmetyki plastycznej". Popularne gabinety prowadziły tam Irena Lubomiejska i Stefania Hawrysiewiczowa. Ta pierwsza specjalizowała się w korekcjach nosów i podbródków, które przeprowadzała za pomocą wieloetapowych masaży i fizjoterapii. Efekt wzmacniała przez maski naklejane na twarz, często też worki wypełniane ciepłym powietrzem i pobudzające krążenie. Pod koniec lat 30. w jej salonie wykonano też z udziałem chirurga zabiegi usuwające fałdy na twarzy, polegające na nacinaniu i podciąganiu skóry za pomocą specjalnych nitek. Ze względu na swoją sławę "korektorki nosów" Lubomiejska miała pośród klientek Polki, które były pierwszymi, które poddały się w kraju chirurgicznym operacjom plastycznym. Swoje kroki kierowały najpierw do Ireny, ta zaś odsyłała je do gabinetu "Zniekształcenia" albo "Przychodni dla Zniekształconych", które prowadził Stanisław Michałek-Grodzki, jedyny w II Rzeczypospolitej chirurg przeprowadzający operacje rekonstrukcyjne i plastyczne piersi.
Hawrysiewiczowa to kolejna społeczniczka. W swoim salonie „Distinction przyjmowała z jednej strony lwowską śmietankę towarzyską, z drugiej w każdym miesiącu urządzała dzień darmowych konsultacji i pomocy kosmetycznej dla robotnic z okolicznych fabryk. Uczyła je oczyszczania skóry twarzy, usuwania niedoskonałości skórnych za pomocą łyżeczek "unny", a przede wszystkim masaży rozluźniających. Ten pomysł, początkowo niejasny dla stałych klientek, Stefania tłumaczyła licznymi wizytami w fabrykach kosmetycznych, z których zamawiała produkty do gabinetu. Zauważyła, że przedstawiciele fabryk oprowadzali ją zazwyczaj po destylarni perfum, gdzie pracowały elegancko ubrane panie, tymczasem w mniejszych i zimnych pomieszczeniach, w których np. tłoczono oleje eteryczne albo mieszano kremy, pracowały zgarbione, choć młode kobiety. Z tych konsultacji korzystały głównie robotnice z "Odolu", największej lwowskiej fabryki kosmetycznej, którym Stefania wywalczyła u kierownictwa fabryki przestrzeń do mycia się. Niekiedy Hawrysiewiczowa zaciągała je też na swoje kursy kosmetyczne. Chwaliła się potem, że dawne przesiewaczki pudru z tej fabryki, teraz masują klientki w najlepszych lwowskich salonach.
Zaniedbanie stóp polskich
Międzywojenne kosmetyczki pracowały także prężnie w mniejszych polskich miastach. Prawdziwym zagłębiem salonów opalających i odchudzających był Sosnowiec. Tam swój gabinet Uroda prowadziła Władysława Wnukowa, znana również z wymieniania ze Ślązaczkami listów na temat higieny i kosmetyki. Do sosnowieckiego niewielkiego salonu Iris Antoniny Meyer zjeżdżały kobiety ze Śląska i Małopolski, by "japońskimi metodami" i wyrabianymi przez nią preparatami leczyć trądzik. Nieznane wcześniej "parowe sposoby zwalczania fałdowości nóg" stosowała w Kaliszu pani Holtzowa, redaktorka działu kosmetycznego w "Echu Kaliskim". Pisały o niej i dzienniki ogólnokrajowe, bo jej salon raz po raz stawał się przedmiotem ataków ze strony niezadowolonych klientek, które twierdziły, że do Holtzowej nie można się dostać, i że władze miejskie nie pomagają rozładować napięć społecznych związanych z kolejkami do salonu, bo "zupełnie nie rozumieją potrzeb kobiet kaliskich".
Nie mogę też nie wspomnieć o pedikiurzystkach u Baty. W okresie międzywojennym znacznie popularniejsze od gabinetów kosmetycznych stały się salony obuwnicze tej firmy, w których standardem było wykonywanie zabiegu masażu stóp i pedikiuru. Bata był światowym liderem, jeśli chodzi o eksport obuwia piankowego i gumowego, prowadził łącznie kilka tysięcy sklepów własnej marki, których działalność znacznie wykraczała poza samo szewstwo. W Polsce sklepy Baty działały w dużych i małych miastach, a pedikiur oferowano w nich od 1932 roku. Do podejmowania tej pracy zachęcano przede wszystkim młode dziewczęta, które chciały łączyć pracę ekspedientek, kosmetyczek i społeczniczek. Bo biorąc pod uwagę powszechne niedobory obuwia wśród najuboższych Polaków i "zaniedbanie stóp polskich", pracę tę uznawano za rodzaj służby publicznej. Ogłoszenie i anonse o pracy u Baty informowały też, że kursy kosmetyczne umożliwiające zatrudnienie Bata oferuje bezpłatnie, co zachęcać miało do pracy kobiety mniej zamożne. W każde wakacje odbywały się więc 10-dniowe kolonie dla nowych pracowników chcących przeszkolić się w zakresie pielęgnacji stóp. Kończyło się je z nową parą obuwia i podręcznikiem dotyczącym anatomii i pielęgnacji stóp wraz z zaleceniami postępowania w przypadku określonych schorzeń i sugestiami, jak te schorzenia wykorzystać, by pozyskać dla Baty nowych klientów. Jeśli przyjąć za wskazówkę reklamy Baty i podręcznik, z którego korzystali sprzedawcy, to standardowa usługa kosmetyki stóp składa się w tych salonach z kąpieli stóp, usuwaniua odcisków i stwardniałego naskórka, dezynfekcji ewentualnych ran, naświetlania lampą z filtrem, masażu i krótkiej fizjoterapii, a finalnie oprószania stóp specjalnym proszkiem rozluźniającym palce. Nie była to praca przynosząca wysokie zarobki, ale dla wielu kobiet, które marzyły o zostaniu kosmetyczkami, i których nigdy nie byłoby stać na opłacenie kursów czy szkół medycznych, zajmowanie się stopami u Baty było jedynym sposobem na realizację tego pragnienia.
Wielu może się wydawać, że praca kosmetyczek skończyła się razem z wybuchem II wojny światowej. Nic podobnego. Część z nich pracowała jako pielęgniarki, część wciąż prowadziła działalność kosmetyczną i społeczną, przekonując, że podczas wojny - nawet bardziej niż w czasie pokoju - dbanie o siebie ma znaczenie, czasami może w wręcz bronić przed śmiercią. Maria Kretczmerowa w czasie okupacji nadal z pasją organizowała kursy kosmetyki, podczas których uczyła dezynfekcji, przerabiania kosmetyków, rozrzedzania tych ocalałych sprzed wojny, by mogły służyć dłużej. Julia Świtalska zamieniła swój gabinet na praktykę lekarską, zaczęła też przyjmować potrzebujących. Irena Lubomiejska wciąż kierowała do doktora Michałka-Grodzkiego swoich pacjentów i pacjentki. Podczas okupacji pracował on w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie i lecznicy "Omega" w których przeprowadzał zabiegi ratujące żołnierzy od kalectwa i odwracające skutki obrzezania u Żydów.
Magdalena Idem. Reporterka i redaktorka. Doktorantka w Instytucie Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej UJ. Autorka książki Manekin w peniuarze. Moda w II RP. Stypendystka Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego, laureatka stypendium im. Leopolda Ungera.
Cytowane w tekście fragmenty pochodzą z następujących pism: "Świat Pięknej Pani", "Kosmetyka Nowoczesna", "Kosmetyka. Tygodnik poświęcony racjonalnej kosmetyce, estetyce ciała i perfumerii", "Kultura Ciała. Miesięcznik ilustrowany poświęcony szerzeniu kultu zdrowia fizycznego i kosmetyce", "Bluszcz", "Moja Przyjaciółka", "Echo Kaliskie", "Kurier Warszawski", "As", "Ilustrowany Kurier Codzienny", "Światowid", "Pani Domu".
***
Podczas pisania tekstu wykorzystano:
Mały Rocznik Statystyczny, Główny Urząd Statystyczny, Warszawa 1931.
Mały Rocznik Statystyczny, Główny Urząd Statystyczny, Warszawa 1939.
Rozporządzenie Ministra Opieki Społecznej, Dozór nad wyrobem i obiegiem środków kosmetycznych, Warszawa 1939.
Ciesielska M., Lekarze wykonujący operacje plastyczne i zabiegi likwidujące skutki obrzezania wykonywane w Warszawie w czasie II wojny światowej, [w:] Cena odwagi. Między ocaleniem życia a ocaleniem człowieczeństwa, red. A. Bartuś, P. Trojański, Oświęcim 2019, s. 209–219.
Czy wiesz, kto to jest, red. S. Loża, Warszawa 1938.
Fleming D., Warszawianka w kąpieli. Problem higieny w warszawskiej prasie kobiecej lat 1860–1918, Warszawa 2008.
Galiński F., Gawędy o Warszawie, Warszawa 1960.
Hunter Z., Z dziejów handlu drogeryjnego, Warszawa 1972.
Jankowiak W. Kosmetyki w praktyce aptecznej i przemysłowej na ziemiach polskich do roku 1939, Poznań 2015.
Litwicz L., Kosmetyka współczesna, Warszawa 1937.
Łyskanowski M., Medycyna i lekarze dawnej Warszawy, Warszawa 1976.
Milejkowski I., Dermatologia i kosmetyka, Warszawa 1931.
Mikoskova B., Design obuwia z wykorzystaniem wiedzy fizjoterapeutycznej i diagnostycznej [tytuł oryginalny: Design obuvi pro konkretniho zakaznika,s vyuzitim fyzioterapeutickych a diagnostickych poznatku], Zlin 2009.
Młodość, wdzięk, uroda. Drugi pokaz — targi przemysłu perfumeryjno-kosmetycznego i przemysłów pomocniczych w Warszawie, katalog wystawy, Warszawa 1937.
Młodość, wdzięk, uroda. Pierwszy pokaz — targi przemysłu perfumeryjno-kosmetycznego i przemysłów pomocniczych w Warszawie, katalog wystawy, Warszawa 1932.
Modna kosmetyka. Poradnik dla Pań, Górzno-Pomorze 1928.
Paczkowski A., Prasa polska w latach 1918–1939, Warszawa 1980.
Program kursów racjonalnej kosmetyki Dr. Med. J. Świtalskiej, Warszawa 1935.
Prużan M., Technologia środków kosmetycznych. Nowoczesna aparatura, surowce, przepisy, ustawodawstwo, Łódź 1950.
Samozwaniec M., Maria i Magdalena, cz. 1, Kraków 1956.
Świtalska J., Abecadło zdrowia i urody, Warszawa 1939.
Świtalska J., Mój system piękności i zdrowia, Warszawa 1930.
Wodniak K., "Moja Przyjaciółka" 1934–1939, Żnin-Bydgoszcz 2020.
Zaruba J., Z pamiętnika bywalca. Patrząc na Warszawę, Warszawa 2007.

