Historia
Mała prywatna rewolucja kobiet - domowy test ciążowy (Fot. Shutterstock.com)
Mała prywatna rewolucja kobiet - domowy test ciążowy (Fot. Shutterstock.com)

Jeszcze dwa lata temu dwie kreski na plastikowym teście kojarzyły nam się z jednym: ciążą. Ale przyszła pandemia i kilka uniwersalnych skojarzeń się zmieniło.  

"Dwie kreski mimo szczepienia. To nie covid. To Michał", napisała kilka tygodni temu na swoim koncie na Instagramie Ola Żebrowska, informując, że spodziewa się czwartego dziecka.  

Z kolei filmik pewnego tiktokera stał się wiralem, po tym jak mężczyzna pomylił test ciążowy z testem na covid.  

Gdy podekscytowana partnerka kazała mu zamknąć oczy i podała mu pudełko z testem, wziął je do ręki, otworzył oczy i natychmiast się skrzywił. "Mogłaś wysłać SMS-a, zamiast narażać moje życie, a w ogóle to przecież wiesz, że mam wyjazd w przyszłym tygodniu", słyszymy na nagraniu. "Jaki to ma związek? Czy wiesz, co to jest?", pyta zdezorientowana kobieta, ale słyszy tylko kolejne pretensje. "Czy wiesz, co to jest?", dopytuje już rozbawiona, ale i lekko zniecierpliwiona. "Tak, masz covid". "Przeczytaj, co tam jest napisane".   

Nagranie, które jego bohater uznał za "najbardziej żenujące w swoim życiu", odtworzono na TikToku ponad 35 mln razy. Wniosek? Czytanie ze zrozumieniem bardzo się przydaje. A historia testu ciążowego jest jedną z ciekawszych w dziejach wynalazków.  

Pszenica – dziewczynka, jęczmień – chłopiec

Na to, że ciążę można stwierdzić, badając mocz, jako pierwsi – około 3,5 tys. lat temu – wpadli Egipcjanie. Metoda zapisana w jednym z medycznych papirusów była czasochłonna: kobieta musiała codziennie przez tydzień podlewać swoim moczem ziarna pszenicy i jęczmienia trzymane w dwóch osobnych workach. Jeśli po upływie tygodnia obydwa rodzaje zbóż zaczynały kiełkować, ale szybciej rosła pszenica, uznawano, że spodziewa się narodzin dziewczynki, jeśli jęczmień – chłopca. Brak kiełków oznaczał brak ciąży.

Gdy egipski test zweryfikowano w XX wieku, okazało się, że w 75 proc. przypadków dawał prawidłowy wynik pozytywny i w 85 proc. prawidłowy wynik negatywny, bo zboże reagowało na zawarty w moczu hormon.  

Późniejsze metody wykrywania ciąży też skupiały się na obserwacji uryny. Grecko-rzymski lekarz Galen (131–201) upowszechnił uroskopię – określanie ogólnej kondycji pacjenta na podstawie analizy moczu. Perski lekarz i filozof Awicenna (980–1037) wierzył, że z moczu ciężarnej zmieszanego z siarką wyskoczą robaki. W średniowieczu zaś uroskopia zrodziła uromancję – wróżenie z moczu. Tak zwani piss-prophets (co można przetłumaczyć jako "prorocy" lub "czytacze" z sików) przepowiadali ciążę i płeć dziecka z koloru, zapachu i smaku (!) moczu, a nawet sposobu, w jaki uderzał o ścianki nocnika. Twierdzono, że mocz ciężarnych zmienia kolor liści, odrdzewia metale, a nawet wmawiano kobietom, że pod światło widać w płynie mikroskopijne dziecko.   

Pszenica (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl) , Obraz Jana Steena 'Wizyta doktora', ok. 1660 (Fot. Wikimedis Commons, domena publiczna)

Nie bociany, tylko myszy, króliki i żaby  

Dopiero w XIX wieku badacze zaczęli podejrzewać, że mocz ciężarnych musi mieć jakieś wyjątkowe cechy, których jednak nie da się dostrzec gołym okiem. Ale zanim dowiedzieli się jakie, dwaj angielscy fizjolodzy Ernest Starling (1866–1927) i William Bayliss (1860–1924), badając wydzielanie trzustkowe, odkryli sekretynę – peptydowy hormon tkankowy regulujący pracę żołądka i jelit. Starling uznał, że w ciele musi być więcej podobnych substancji. W 1905 roku nazwał je hormonami, dając początek endokrynologii.   

Milowym krokiem na drodze do stworzenia nowoczesnego testu ciążowego było zidentyfikowanie ludzkiej gonadotropiny kosmówkowej (hCG), czyli hormonu, który występuje w moczu i krwi ciężarnych kobiet. Udało się to w 1926 roku dwóm berlińskim badaczom: Bernhardowi Zondekowi (1891–1966) i Selmarowi Aschheimowi (1878–1965).  

Gonadotropina nakazuje macicy wstrzymać cykl miesiączkowy i przygotować się do ciąży, a potem ją podtrzymać. Przez to, że utrzymuje się w określonych stężeniach przez cały okres ciąży, można określić jej wiek i prawidłowy przebieg. Stężenie hCG w moczu nauczyli się mierzyć Amerykanie Judith Vaitukaitis i Glenn Braunstein w 1972 roku.  

Wróćmy jednak do Zondeka i Aschheima. Co prawda błędnie założyli, że hCG produkuje przysadka mózgowa (w rzeczywistości – łożysko, co 10 lat później zweryfikowała dr Georgeanna Jones), lecz nie przeszkodziło im to w dalszych testach. A te były zabójcze dla zwierząt.  

Już rok po swoim odkryciu Zondek i Aschheim zaczęli wstrzykiwać ludzką gonadotropinę młodym myszom, po czym uśmiercali je i poddawali sekcji zwłok. Po co? By sprawdzić, czy hormon wywołał u myszek ruję. Jeśli tak, stwierdzano ciążę.

Test Aschheima-Zondeka dawał bardzo wysoką, bo aż 98,5-proc. skuteczność, ale każdorazowo kosztował życie pięciu myszy. Za pierwszy w historii biochemiczny test ciążowy jego twórcy byli bliscy otrzymania Nagrody Nobla z medycyny. Kilka lat po przełomowym odkryciu musieli jednak uciekać z Niemiec – obaj byli Żydami.   

Potem przyszła pora na króliki i żaby. "Test królika" opracowali w 1931 roku na Uniwersytecie Pensylwanii Amerykanie Maurice Harold Friedman (1904–1991) i Maxwell Edward Lapham (1899–1983). Dożylnie podawali kobiecy mocz niedojrzałej króliczycy, a po dobie lub dwóch uśmiercali ją i przeprowadzali sekcję. Wywołanie owulacji u zwierzęcia potwierdzało ciążę. Jeden test Friedmana wymagał zabicia jednej króliczycy (plotka głosiła, że zwierzę umrze tylko wtedy, gdy kobieta będzie w ciąży, ale króliczki zabijano każdorazowo), był skuteczny w 98 proc. przypadków, a do potocznej angielszczyzny weszło określenie "królik zdechł" (ang. the rabbit died) oznaczające bycie w ciąży.

Test Aschheima-Zondeka dawał bardzo wysoką, bo aż 98,5-proc. skuteczność, ale każdorazowo kosztował życie pięciu myszy. (Fot. Shutterstock.com) , Przydatność żab do przeprowadzania testów ciążowych odkryto niechcący. Gatunek afrykańskiej żaby szponiastej niemal wyginął w wyniku masowego eksportu do Europy (Fot. Shutterstock.com)

Kolejny po Friedmanie naukowiec sięgnął po żaby. Brytyjski zoolog eksperymentalny Lancelot Hogben (1895–1975) badał w Kapsztadzie zdolność afrykańskich żab szponiastych do zmieniania koloru w zależności od środowiska naturalnego. Przydatność żab do przeprowadzania testów ciążowych odkrył niechcący. Usuwał im przysadki mózgowe i podawał wyciąg z przysadki mózgowej wołu, chemicznie bardzo podobny do hCG. Po kilkunastu godzinach żaba zaczynała składać ikrę. Plusem było to, że żab nie trzeba było zabijać i po pewnym czasie można było wykorzystać je ponownie, co obniżało koszt badania. Ale i tak gatunek niemal wyginął w wyniku masowego eksportu do Europy. Rząd RPA musiał wprowadzić embargo.  

To nie koniec kontrowersji. Do dziś nie wiadomo, czy "test Hogbena", który stał się wiodącym testem ciążowym na świecie od połowy lat 30. do lat 40. XX wieku, faktycznie był zasługą Hogbena. Dwaj jego uczniowie, Hillel Shapiro i Harry Zwarenstein, twierdzili, że to oni stali za wszystkim, Hogben jedynie zasugerował im żabę do badań nad testem, a sam nie poświęcał żabiej owulacji uwagi, po czym przypisał sobie cały sukces. Zdaniem części naukowców mogło to być prawdą.   

Antygeny – najlepszy przyjaciel dziewczyny  

Jeszcze do lat 60. XX wieku laboratoria przyjmowały tylko próbki moczu przesłane przez lekarza, a ci zlecali testy ciążowe, jeśli istniało wskazanie medyczne. Procedura trwała, a kobieta musiała wykazać się nie lada cierpliwością, czekając na wynik. Co za tym idzie, testy ciążowe nie były powszechne i sporo kosztowały.  

Jeszcze do lat 60. XX wieku laboratoria przyjmowały tylko próbki moczu przesłane przez lekarza, a ci zlecali testy ciążowe, jeśli istniało wskazanie medyczne (Fot. Shutterstock.com)

W 1961 roku dwóm naukowcom ze szwedzkiego Uniwersytetu w Uppsali – byli to Carl Axel Gemzell (1931–2006) i Leif Wide (ur. 1934) – udało się po raz pierwszy w historii odejść od testu ciążowego in vivo (przeprowadzonego we wnętrzu żywego organizmu) i wykryć obecność ludzkiej gonadotropiny kosmówkowej bezpośrednio w kobiecym moczu. Test dawał blisko stuprocentowo wiarygodny wynik już tydzień po terminie spodziewanej miesiączki i nie zajmował tygodnia ani nawet dwóch dni, lecz góra półtorej godziny. Zapoczątkowało to erę testów immunologicznych, wykorzystujących przeciwciała, czyli cząsteczki, które rozpoznają inne cząsteczki i się do nich przyczepiają. W tym przypadku były to komórki hCG i krwinki, początkowo pozyskiwane z krwi owcy. I tak to antygeny – a nie diamenty – stały się najlepszym przyjacielem dziewczyny.  

Na pewno da się to zrobić prościej  

Jednak prawdziwą rewolucją dla kobiet był dopiero domowy test ciążowy. Na jego pomysł wpadła 26-letnia nowojorska graficzka Margaret M. Crane. Gdy w 1967 roku odwiedziła laboratorium firmy Organon Pharmaceuticals w New Jersey, dla której miała zaprojektować opakowania nowej linii kosmetyków, jej uwagę zwróciły wiszące na tle lustrzanej powierzchni setki probówek. "Powiedziano mi, że to testy ciążowe. Każda probówka zawierała odczynniki, które w połączeniu z moczem ciężarnej kobiety ukazywały czerwony pierścień u podstawy probówki, co odbijało się w lustrze", wspominała.  

Wynik testu wracał do kobiety po tygodniach za pośrednictwem laboratorium, lekarza i poczty. Crane uznała, że na pewno da się to zrobić prościej. W swoim nowojorskim mieszkaniu metodą prób i błędów zmontowała zestaw, który zawierał plastikowy uchwyt na spinacz do papieru, lusterko, probówkę i zakraplacz, a całość zmieściła w przejrzystym pudełku na zszywki. Na pudełku napisała "Predictor". Test wyglądał jak zabawka, ale działał, choć Crane nie miała chemicznego wykształcenia. Była za to rezolutna, konsekwentna i świetnie rozumiała to, że informacja o ciąży powinna być dla kobiety prywatnym doświadczeniem.   

Prototyp domowego testu Crane (z lewej) kupiony na aukcji za 12 tys. dol. kilka lat temu trafił do muzeum. Obok niego zestaw, który pod nazwą Predictor można było w późnych latach 70. kupić w amerykańskich aptekach. (Fot. 123RF)

Przez kilka miesięcy prezentowała wynalazek firmie Organon, ale ta odrzucała go w obawie, że gdy kobiety zaczną same kupować testy ciążowe, firma straci zyski ze sprzedaży odczynników laboratoriom. Dopiero w 1969 roku holenderscy właściciele Organona złożyli wniosek patentowy na nazwisko Crane i zdecydowali, że spróbują sprzedać taki test. Zbadali rynek, nic nie równało się z zestawem Meg. Kampanię reklamową Predictora powierzono agencji z Nowego Jorku, którą kierował Ira Sturtevant. Jedna z pierwszych reklam głosiła: "Każda kobieta ma prawo dowiedzieć się, czy jest w ciąży. I to samodzielnie, w domu, na osobności, w parę minut". Reklama z 1978 roku nazwała Predictora "prywatną małą rewolucją, którą każda kobieta może łatwo kupić w swojej drogerii". Slogany wymyślili wspólnie Crane i Sturtevant. Zakochali się w sobie już na pierwszym spotkaniu.

W 1972 roku Predictor trafił na półki sklepowe, ale tylko w Kanadzie. W USA rządowa Agencja Żywności i Leków (FDA) zatwierdziła go dopiero w 1976 roku, a w aptekach pojawił się rok później. Dziesięcioletnia blokada testu była na rękę lekarzom moralistom, którzy głośno przekonywali, że kobiety w "stanie emocjonalnego niepokoju" nie będą umiały wykonać nawet "najprostszych instrukcji". Co gorsza, po test mogą sięgać z niewłaściwych pobudek "niewłaściwe kobiety", czyli nie mężatki, ale "przestraszone 13-latki". A co, jeśli w ciążę zajdzie nieletnia córka senatora i po wykonaniu testu skoczy z mostu? Czy firma za to odpowie? Crane te argumenty szokowały, ale ziarno niepokoju zostało zasiane. Gdy Robert A. Lerner, założyciel firmy Remington, kierujący się tą samą co Crane filozofią prawa kobiet do prywatności i podejmowania własnych decyzji, zaczął reklamować swój test ciążowy Remington Self-Check Kit w gazetach uniwersyteckich, FDA kazała mu zamknąć firmę.

Zobacz wideo Co warto wiedzieć o okresie ciąży? Na częste pytania odpowiada położna

Dwie niebieskie kreski 

Cichej prywatnej rewolucji jednak nie dało się już zatrzymać. W ciągu czterech lat od zatwierdzenia Predictora przez FDA sprzedaż domowych testów ciążowych osiągnęła 40 mln dolarów. Kobiety zaczęły masowo kupować produkt, dzięki któremu nie musiały długo żyć w niepewności i udawać w kolejkach do lekarzy, że mają mężów. Mogły podejmować własne decyzje. Na czas. 

Crane rozumiała, że wiadomość o ciąży nie zawsze jest dla kobiety radosna. Gdy w 1990 roku Marcel Wanders projektował grafikę wyniku testu Organona, wziął to pod uwagę. Zamiast uśmiechniętej buzi dziecka, poruszających się plemników albo dużego brzucha zaproponował symbol pozbawiony wszelkich znaczeń: dwie niebieskie kreski. Jak powiedział w wywiadzie dla "The New York Timesa", każda kobieta robiąca test w zaciszu własnej łazienki mogła nadać mu własne znaczenie. I to był strzał w dziesiątkę.  

Crane rozumiała, że wiadomość o ciąży nie zawsze jest dla kobiety radosna. Projektując grafikę testu wzięto to pod uwagę (Fot. Shutterstock.com) , Dziś 8 na 10 kobiet dowiaduje się, że jest w ciąży, po wykonaniu testu z drogerii (Fot. ZikG/Shutterstock.com)

A co się stało z Meg Crane? Ze sprzedaży swojego rewolucyjnego projektu nie zobaczyła ani centa. Wcześniej władze firmy kazały jej sprzedać sobie prawa do wynalazku za symbolicznego dolara, którego zresztą nigdy jej nie wypłacono. Meg wystarczała miłość do Iry, zresztą skrzętnie ukrywana przed klientami z Organona (w swoim malutkim mieszkanku Meg i Ira mieli dwie linie telefoniczne, po dwóch stronach łóżka). Nikt w Organonie nie zadbał też o to, by nazwisko Crane powiązać z pierwszym domowym testem ciążowym. I o to musiała się upomnieć. Zrobiła to dopiero w 2012 roku, bez przekonania, za namową siostrzenicy. Gdy na łamach "New York Times Magazine" ukazał się krótki artykuł "Who Made It?" o domowych testach ciążowych, który ani słowem nie wspominał o Margaret Crane, napisała e-mail do autora tekstu. "Nadal miałam prototyp. Gdyby ktoś po mojej śmierci sprzątał moje mieszkanie, pomyślałby: co to jest?, i go wyrzucił", wspominała.  

Oryginalny prototyp Predictora wraz z pierwszą wersją konsumencką testu Margaret Crane przekazała w 2015 roku domowi aukcyjnemu Bohnam’s. Za 11 875 dolarów zakupiło je Narodowe Muzeum Historii Amerykańskiej – Instytut Smithsonian.  

Pierwszy Predictor kosztował 10 dolarów i na zawsze zmienił podejście kobiet do ciąży. Sprawił, że od pierwszej chwili mogły traktować ciążę jak prywatną sprawę, o której nikt inny nie musi wiedzieć. Margaret Crane nigdy nie zrozumiała oporu części mężczyzn przed daniem kobietom takiej wiedzy. "Mówili, że nie wolno mi tego robić. Ale od kobiet nigdy nie usłyszałam na temat mojego testu złego słowa", mówiła po latach.   

Dziś 8 na 10 kobiet dowiaduje się, że jest w ciąży, po wykonaniu testu z drogerii.  

Meg i Ira spędzili razem 41 lat, aż do śmierci Sturtevanta w 2008 roku. Bez ślubu i bez dzieci.  

Przy opracowaniu tekstu korzystałam z artykułów opublikowanych m.in. w "The New York Times""Smithsonian Magazine" i "The Atlantic"

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do Grand Press.

Historia w rzeczy samej

Cykl "Historia w rzeczy samej" to teksty o przedmiotach codziennego użytku, czasem okrzykniętych mianem kultowych. Kolejnych odsłon szukajcie raz w miesiącu w magazynie Weekend.gazeta.pl. Za nami już historie powstania papieru toaletowego, regału na książki, klapek japonek, kanapki, dildo, mydła, espresso, skarpetek, rozbieranych kalendarzy, sztucznych rzęs, tapety, basenu, bikini, podpaski, grilla, chipsów, kalendarza adwentowego i puzzli.

Wszystkie historie w rzeczy samej znajdziesz tutaj >>