Świat
Turystyka wojenna. 'Byłem tam dla podglądactwa, dla emocji'. Zdjęcie ilustracyjne. (Mohammad Bash / Shutterstock)
Turystyka wojenna. 'Byłem tam dla podglądactwa, dla emocji'. Zdjęcie ilustracyjne. (Mohammad Bash / Shutterstock)

Przez ostatnich kilkanaście dni obserwowaliśmy wojnę między Izraelem a Iranem. Czy to znaczy, że otworzył się nowy "kierunek turystyczny" – dla tych, którzy uprawiają turystykę wojenną?

Tak, na pewno. Sytuacja w Iranie jest inna niż większość konfliktów. Polega przede wszystkim na wymianie pocisków dalekiego zasięgu i na atakach lotnictwa na punktowe cele. Nie toczą się walki na lądzie, ale wciąż można zobaczyć efekty ostrzału, wojsko na ulicach, poczuć tę atmosferę. To wystarcza, żeby wzbudzić zainteresowanie. Zawsze, kiedy zaczyna się wojna, pojawiają się ludzie, którzy chcą ją zobaczyć na własne oczy. Sam byłem jednym z nich. Przez ponad 20 lat jeździłem na wojnę z ciekawości, żeby popatrzeć. Nie jestem z tego dumny.

Gdybyś nadal zajmował się turystyką wojenną…

Na pewno byłbym już w drodze. Pewnie spróbowałbym polecieć do Turcji albo do północnego Iraku i stamtąd dostać się jakoś do Iranu.

Czułbyś ekscytację?

Zawsze ją czułem, kiedy ruszałem na "wycieczkę" tego typu.

Dlaczego?

Chciałem poczuć samą atmosferę wojny, zobaczyć to, co wszyscy oglądali w telewizji. Znaleźć się w teatrze działań wojennych. Zobaczyć miejsca, w których kilka dni wcześniej toczyła się wymiana ognia, chodzić wśród uzbrojonych ludzi, odwiedzić ruiny miast i zobaczyć, jak wygląda życie na wojnie. To nie była tylko ciekawość – szukałem adrenaliny. Podobała mi się myśl, że w jestem w miejscu, w którym w każdej chwili może zacząć się ostrzał. Byłem w Somalii, w regionie, w którym kręciło się wielu bojowników Asz-Szabab [somalijska organizacja terrorystyczna – przyp. red.]. Wiedziałem, że jeśli mnie znajdą, to albo zginę, albo zostanę porwany jako zakładnik. Widziałem z bliska bitwę i pomiędzy ISIS, i lokalną bojówką, widziałem zabijanie.

'Jest wojna i są ludzie, którzy chcą ją zobaczyć. Byłem jednym z nich' (Archiwum prywatne)

Skąd w ogóle pomysł, żeby robić coś tak perwersyjnego? 

Zaczęło się od tego, że z kuzynem byliśmy w Demokratycznej Republice Konga, wtedy jeszcze w Zairze [nazwa DRK w latach 1971–1997 – przyp. red.]. Przypadkiem znaleźliśmy się na terenie prywatnej plantacji. Jeden z pracowników wziął nas za złodziei i rzucił się na nas z maczetą, a my wzięliśmy nogi za pas. Nigdy nie biegłem tak szybko, nie byłem tak zmobilizowany. Odkryłem, że życie ma jakiś smak, którego wcześniej nie znałem… i chciałem więcej.

Uznałeś, że największe szanse na zastrzyk adrenaliny będziesz miał, jeżdżąc do niebezpiecznych miejsc?

Mniej więcej.

Każdy może sobie pojechać na wojnę?

W zasadzie tak. Część ludzi jedzie do kraju, w którym toczy się wojna, bez planu i pyta na miejscu. To podwójne ryzyko, bo nie wiadomo, komu zaufać. Nie wiesz, czy sami nie zrobią ci krzywdy, nie wiesz, czy mają wiedzę i kontakty, by bezpiecznie cię przewieźć.

Istnieją biura turystyczne, które takie "wycieczki" mogą zaaranżować za ciebie. Można znaleźć ich strony w sieci. Działają trochę pod przykrywką, nigdzie nie jest napisane, że zabierają ludzi pod front, ale w ich ofercie znalazłbyś propozycje wycieczek do krajów ogarniętych wojną. Gdybyś do nich zadzwonił jako dziennikarz, powiedzieliby ci, że nie działają w niebezpiecznych terenach, ale w rzeczywistości zabiorą cię tam, gdzie chcesz. Przecież nie tylko mnie to interesowało. Kiedy pojawia się popyt, jest też podaż. 

Ile kosztuje taka wycieczka? 

To zależy od kraju, tego, jak długo chcesz w nim zostać i jak wiele chcesz zobaczyć. Zwykle od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów.

Ktoś musi cię polecić?

Niekoniecznie. Jeśli ktoś oferuje "ekstremalną wycieczkę" do Jemenu, można się łatwo zorientować, o co chodzi. Nazwy konkretnych firm można znaleźć w internecie.

Korzystałeś z takich ofert?

Byłem na takiej "wycieczce" w Somalii, w Afganistanie, Iraku, Iranie. Kiedyś też sam dostałem telefon od przedstawiciela takiego biura podróży, który zapytał mnie, czy nie chciałbym pojechać do Helmandu w Afganistanie zobaczyć wojnę. Ale później miałem już własne znajomości i dostęp do fixerów. W ten sposób, za odpowiednią cenę, mogłem docierać w jeszcze bardziej ekstremalne miejsca.

Widziałeś obozy dla uchodźców, cywilów, którzy stracili swoje domy, swoich bliskich. Jak mogłeś na to patrzeć i chcieć więcej? Nie prześladowało cię to po powrocie do domu?

Na pewno byłoby mi ciężko, gdybym się nad tym zastanawiał. W tamtym momencie, kiedy widziałem takie sceny, nie analizowałem tego, jakbym zamykał pewne obrazy w pudełku w mojej głowie. Myślałem sobie, że wojna to wojna, nie mogę nic z tym zrobić. Nikomu nie robię krzywdy, za to ktoś na mojej obecności tutaj skorzysta.

Bo to nie tak, że nie obchodził mnie los tych ludzi. Zabierałem ze sobą zabawki i rozdawałem dzieciom, dawałem pieniądze, które pozwalały im kupić najpotrzebniejsze rzeczy, zabezpieczyć się na kilka tygodni czy miesięcy. Uważam, że z niektórymi ludźmi, których poznałem, się zaprzyjaźniłem i wracałem w to samo miejsce kilka razy, żeby się z nimi znów spotkać.

Ale moralnie moje zachowanie nie było właściwe. Było samolubne. Nie jeździłem na wojnę, żeby komukolwiek pomóc. Jeździłem tam dla siebie.

Poznawałeś innych "turystów"? Jak oni reagowali na wojnę?

Raczej nie. Z tego, co wiem, funkcjonują większe grupy turystów wojennych. Słyszałem o wycieczce, która pojechała w miejsce z dobrym widokiem na Strefę Gazy. Turyści z foteli obserwowali bombardowania i eksplozje. Sam kiedyś widziałem ludzi, którzy rozłożyli się z piknikiem, żeby obserwować wymianę ognia na Wzgórzach Golan. 

Zniszczenia w północnej Gazie, marzec 2024. Zdjęcie ilustracyjne. (ImageBank4u / Shutterstock)

Mnie oglądanie łuny wojny z daleka nigdy nie wystarczało. Chciałem być jak najbliżej tego, co się dzieje. Spałem blisko linii frontu, wolałem być sam. Raz zabrałem ze sobą młodego zamożnego Amerykanina.

Na czym polegał twój problem? 

Nie mogłem znieść myśli o tym, że moje życie będzie zwyczajne.

W Wielkiej Brytanii wszystko układało mi się dobrze. Założyłem firmę budowlaną, która okazała się dochodowa, miałem wygodne życie, ożeniłem się, mam czworo dzieci. Bycie dobrym szefem, mężem i ojcem powinno mi wystarczyć, prawda? Każdego dnia iść rano do pracy, zarabiać pieniądze, spędzać wieczory w domu i jechać na dwa tygodnie wakacji w roku, dokładnie tak jak wszyscy dookoła. Tylko że to mi nie wystarczało. Nie przynosiło mi ani spełnienia, ani nawet emocji.  Kiedy wybierałem się do kraju ogarniętego wojną, musiałem się zaangażować, w pełni skupić. Czułem, że żyję. 

Zawsze chciałem osiągnąć i przeżyć jak najwięcej. Nie chciałem być szarym człowiekiem.

Uznałeś, że staniesz się kimś, jeśli opłacisz przewodników, którzy dadzą ci dostęp do wyjątkowych przeżyć? 

Tak. I to działało. Miałem dużo historii do opowiedzenia, byłem ciekawym człowiekiem.  "Gdzie jedziesz teraz?" – pytali mnie znajomi. Czułem wręcz, że mnie zachęcają do tego, czekają, aż pojadę i przywiozę im kolejne opowieści. Żaden z nich nie chciał ze mną jechać na wojnę, ale byli ciekawi.

A twoja rodzina? Masz żonę i czwórkę dzieci.

Moja żona wyszła za mnie już wtedy, kiedy jeździłem na wojny, i wiedziała, że to moja rzecz. Oczywiście nie pochwalała tego, mówiła, że to egoistyczne. Kiedy wróciłem z wyjazdu, w którym znalazłem się bardzo blisko wymiany ognia, nie odzywała się do mnie przez tydzień. Nie postawiła mi nigdy ultimatum, myślę, że zaakceptowała, że to część mnie.

Dzieci?

Wiedzą, że jestem podróżnikiem. Uważają mnie za takiego poszukiwacza przygód czy awanturnika. 

Co sprawiło, że zrozumiałeś, że to, co robisz, jest niewłaściwe?

To był proces. Zaczął się od tego, że spędziłem noc na dachu zwykłego domu w towarzystwie irakijskiego partyzanta z szyickiej milicji. To było w jednej z wiosek w pobliżu Kirkuk [miasto w północnym Iraku – przyp. red.]. Zabudowania po jednej stronie kontrolowali partyzanci, po drugiej stronie było ISIS. Widziałem, że partyzant przez cały czas celuje w jedno miejsce. Zapytałem go o to. Powiedział, że to dom, w którym mieszkają jego żona i dzieci. Patrzył tam, żeby się upewnić, że są cali. Poczułem, że dla tego człowieka to całe życie. A ja z nim jestem dla podglądactwa, dla emocji. Zrobiło mi się wstyd. I tej rozmowy nie umiałem zamknąć w pudełku, prześladowała mnie po powrocie.

Wróciłem później w to samo miejsce, żeby spróbować go znaleźć i spytać, czy spotkał się z rodziną, kiedy ISIS się wycofało. Powiedziano mi, że nie żyje.

Zniszczenia w Mosulu po walkach z ISIS. Zdjęcie ilustracyjne. (Sebastian Castelier / Shutterstock)

Już na pierwszej wyprawie musiałeś być obok wielu ludzi, którzy mieli nie mniej poruszające historie.  

Może po prostu dojrzałem? To był przełomowy moment, ale nie przestałem wtedy jeździć, by oglądać wojnę. Stałem się dość rozpoznawalny jako "wojenny turysta". Można powiedzieć, że byłem kimś, tak jak chciałem. Pojawiłem się w kilku programach telewizyjnych, wystąpiłem w filmie dokumentalnym Vity Drygas, który opowiadał o zjawisku turystyki wojennej. I wcale nie podobało mi się to, co widzę.

Kogo zobaczyłeś, patrząc na siebie z perspektywy filmu? 

Zobaczyłem kogoś, kto czerpie radość z cierpienia innych osób.

Wciąż jeździsz do krajów ogarniętych wojną.

Tak. Przez te wszystkie lata wyrobiłem sobie wiele znajomości, dotarcie do strefy konfliktu nie jest dla mnie trudne. Teraz robię to jako dziennikarz. Chcę opowiadać historie o wojnie, bo wierzę, że one mogą coś zmienić, tak jak historia tego partyzanta w Iraku zmieniła mnie. Niedługo zaczynam pracę nad materiałem o osobach uwolnionych z więzień Asada w Syrii, chcę pojechać i zrobić materiał o Strefie Gazy.

Nie zaspokajasz tej samej ciekawości i potrzeby adrenaliny co wcześniej?

To prawda, że nie jestem w stanie zadowolić się spokojnym życiem. Taki jestem. Wojna nie przestała mnie interesować. Teraz staram się robić z tym coś pożytecznego.

Jednego nie potrafię zrozumieć: wcześniej nie zastanawiałeś się nad moralnością tego, co robisz?

W jakiś sposób byłem w swojej strefie komfortu. Nikt nie zadawał mi zbyt wielu pytań. I sam ich sobie też nie zadawałem.

Wszyscy w krajach, które są bezpieczne, są ciekawi wojny. Dlaczego oglądamy filmy wojenne? Dlaczego lubimy strzelanki, czemu filmiki z bombardowań mają miliony wyświetleń w mediach społecznościowych? Wszyscy oglądaliśmy, co się dzieje w Izraelu i Gazie. A później wyłączaliśmy telewizję i zajmowaliśmy się codziennymi sprawami. Złe wiadomości zawsze przyciągają więcej zainteresowania niż te dobre.

Nie wiem, skąd ta ciekawość. Może kiedy widzimy cudze nieszczęście, czujemy się lepiej z naszym życiem? Albo po prostu lubimy, kiedy coś się dzieje, i chcemy wiedzieć więcej?  Myślę, że nie ma w tej potrzebie nic złego. Liczy się to, co później z tą wiedzą zrobisz.

Andrew Drury. Brytyjski przedsiębiorca, ojciec czwórki dzieci. Dawniej turysta wojenny, obecnie dziennikarz - freelancer. 

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w Weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią. Kontakt z autorem: jan.rybicki@grupagazeta.pl

Zobacz wideo