Badania nad tym, ile czasu dana nacja przeznacza na sen, pokazują, ku wielkiemu naszemu zaskoczeniu, że naród kojarzący nam się ze sjestą i leniwą drzemką po spożyciu dzbana wina śpi najkrócej w Europie!*
Według danych CEAMS, Comité Español de Acreditación Medicina del Sueño, czyli Hiszpańskiego Komitetu Akredytacyjnego do spraw Medycyny Snu, oraz Centro de Investigaciones Sociológicas (CIS), czyli Centrum Badań Socjologicznych, przeciętny Hiszpan przeznacza na sen zaledwie siedem i dwanaście setnych godziny na dobę, przy czym sześćdziesiąt trzy procent badanych uważa ten czas za wystarczający. Jedna trzecia (trzydzieści dwa i dwie dziesiąte procent) jest przekonana, że powinno się spać dłużej. I tylko cztery i pół procent twierdzi, że śpi zbyt długo. Co ciekawe, Hiszpanie śpią o dziesięć minut dłużej niż Hiszpanki.
Najdłużej drzemią młodzi, a najkrócej osoby między czterdziestym piątym a sześćdziesiątym czwartym rokiem życia, co akurat nie wyróżnia Hiszpanii na tle innych cywilizowanych krajów. W ciągu tygodnia średnia spada i przeciętny Hiszpan nie śpi nawet tyle, ile ona wynosi, czyli siedem i dwanaście setnych godziny na dobę, to i tak europejski rekord. Gdzie tam Hiszpanom do takich Łotyszy (osiem i sześć dziesiątych), Holendrów (także osiem i sześć dziesiątych) czy Estończyków (osiem i pół), nie mówiąc już o Bułgarach czy Francuzach, którzy wylegują się aż dziewięć godzin!
Mylące okazuje się również wyobrażenie o leniwej, sennej sjeście. Prawie pięćdziesiąt dziewięć procent Hiszpanów przyznaje się do tego, że nigdy w czasie sjesty nie ucina sobie drzemki. A jeszcze nie tak dawno odsetek przestrzegających wszystkich związanych ze sjestą przykazań był znacznie wyższy.
O czym śnią i marzą Hiszpanie w objęciach boskiego Morfeusza? Połowa o dobrym zdrowiu, znacznie mniej o zachowaniu dobrych relacji z rodziną (dziesięć procent), dalej – rzecz w Polsce nie do pomyślenia – by mieć zagwarantowane wolności (sześć i pół procent), wystarczającą ilość pieniędzy na prowadzenie wygodnego życia (pięć i dziewięć dziesiątych – tylko!) i dobrych przyjaciół (pięć i osiem dziesiątych). Dobre relacje z partnerem, posiadanie dzieci i kariera zawodowa we śnie prawie w ogóle nie zaprzątają im głowy. Ogólnonarodowa awersja do spania skutkuje tym, że dziesięć procent populacji cierpi na chroniczną i przewlekłą bezsenność, dziewiętnaście procent przejawia nadmierną senność w ciągu dnia, co zdaniem pięciu procent znacząco zakłóca jakość ich życia.
Bezsenność dotyka, rzecz jasna, nie tylko Hiszpanów. Ale to oni sprawiają wrażenie, jakby nigdy nie byli zmęczeni, jakby byli nienasyceni i nigdy nie mieli dość. W zatłoczonych barach, knajpkach i dyskotekach przesiadują do białego rana – nie lada wyczyn, jeśli się zważy, że latem robi się tu widno dopiero około siódmej, nie zaś o czwartej jak nad Wisłą.
Nie zapomnę mojej pierwszej wizyty w madryckiej dyskotece. Umówiłem się z pewną Polką mieszkającą od kilku lat w Madrycie, która w ciągu dnia oprowadzała mnie po mieście, żebym jako tako zorientował się w terenie, że wieczorem wybierzemy się zasmakować nocnego życia. I już sama propozycja wyruszenia na miasto o dwudziestej drugiej wprawiła mnie w osłupienie. – Jak to? – zapytałem. – Co ty chcesz robić w mieście o tej porze? Myślałem, że gdzieś usiądziemy, coś przekąsimy, wypijemy... – Wcześniej nie ma sensu – usłyszałem w odpowiedzi. – Wcześniej oni śpią. Rzeczywiście w czasie weekendu, choć w tym przypadku zaliczyłbym doń również czwartek, o dziewiętnastej czy dwudziestej centrum Madrytu, Barcelony czy innych hiszpańskich miast jest jeszcze stosunkowo puste, to znaczy da się przejść ulicą bez ocierania się o innych uczestników ruchu pieszego, mijających cię po lewej i prawej. Prawdziwa jazda bez trzymanki i walka o przeżycie zaczyna się właśnie w okolicach dwudziestej drugiej.
Tłumy wylegające wówczas na ulice są nie do opisania. Morze ludzkich głów. Gotowych na nocną zabawę. Restauracje otwierane są zazwyczaj o dwudziestej pierwszej lub pół godziny później. O dwudziestej nic z branży kulinarnej jeszcze nie działa. Poszliśmy kiedyś z większą grupą gości z Polski, mocno wygłodniali, do restauracji o dwudziestej trzydzieści. Po dłuższych negocjacjach, żeby nas w ogóle wpuszczono, czekaliśmy dobrą godzinę na podanie pierwszej przystawki.
– Piece musieliśmy rozpalić, szanowny panie – oznajmił, ziewając, przemiły skądinąd kelner. Kiedy około dwudziestej drugiej opuszczaliśmy lokal, mijaliśmy w drzwiach klientów, którzy właśnie przyszli na kolację, i restauracja zaczynała pękać w szwach. Olbrzymią grupę stałych bywalców knajp i barów stanowią kibice piłkarscy. A że w Hiszpanii są ich miliony, biznes ten kręci się wybornie. Kibice są do dyspozycji przybytków gastronomicznych często dopiero od dwudziestej, to znaczy po ostatnim gwizdku sędziego. Mecze hiszpańskiej ligi Primera División rozgrywane są w każdą sobotę i niedzielę (ostatnio też – to nowość – w piątek i poniedziałek), z tym że w sobotę część z nich, jeszcze do niedawna, zaczynała się o dwudziestej drugiej. Dziesiątki tysięcy kibiców, którzy mecz oglądali na żywo ze stadionowych trybun, też przecież trzeba nakarmić. W Polsce o dwudziestej drugiej można obejrzeć co najwyżej dawno zmontowane podsumowanie ligowej kolejki w telewizji.
Barze, ojczyzno moja!
Sama chęć zjedzenia posiłku nie wystarcza. W niektórych co bardziej znanych restauracjach stoliki na weekendową kolację trzeba zamawiać przynajmniej dwa, trzy tygodnie wcześniej. W całej reszcie też bez rezerwacji się nie obejdzie. Mimo że nigdzie indziej w Unii Europejskiej nie ma więcej barów w przeliczeniu na jednego mieszkańca! A precyzyjniej ujmując, w Hiszpanii, jak wynika ze studium badawczego przeprowadzonego w 2023 roku przez Narodowy Instytut Statystyki, INE, jeden bar przypada na stu siedemdziesięciu pięciu mieszkańców, jako że w sumie tego rodzaju przybytków łącznie jest około trzystu pięćdziesięciu tysięcy! Na samym tylko południu Hiszpanii zlokalizowanych jest więcej barów niż w Danii, Irlandii, Finlandii i Norwegii razem wziętych! Z agresywnie rzucającymi się zewsząd w oczy barami zetknie się każdy, kto tu przybywa. Pewnie jeszcze nieraz będę wracał do tego wątku, może nawet się powtarzał, ale to dlatego, że jedzenie i picie stanowi niezwykle istotny element życia przeciętnego Hiszpana. Bar jest w tym życiu prawdziwą instytucją. Nawet nie starajmy się zrozumieć tego fenomenu, bo z dużym prawdopodobieństwem możemy założyć, że ta sztuka nam się nie uda. Bary są dosłownie wszędzie.
W peryferyjnych dzielnicach wielkich ośrodków miejskich, wydawałoby się, przez Boga i ludzi zapomnianych, gdzie na pierwszy rzut oka kompletnie nic się nie dzieje, w maleńkich mieścinach i leżących na odludziu wioskach. Statystyczny Hiszpan zagląda do baru przynajmniej raz dziennie! A są tacy, którzy tę statystykę znacznie zawyżają. Im bardziej bar jest zaśmiecony, to znaczy im więcej papierkopodobnych przedmiotów i resztek jedzenia leży na podłodze, tym lepiej, tym bar jest lepszy. Turystów często to odstrasza. "O matko, co za speluna", myślą. I wychodzą.
Hiszpanom, szczególnie w centrach miast, zupełnie to nie przeszkadza. W trakcie spożywania tapas wszechobecni, zwłaszcza w Barcelonie, turyści do niczego nie są im potrzebni. Do baru idą nie tylko, by zjeść i się napić, lecz również w celach towarzyskich. Inaczej przecież mogliby się stołować w domu. W barze zawsze są znajomi i zaprzyjaźniony kelner. Do baru idzie się pogadać o życiu, polityce, rodzinie, sporcie. W barze można zagrać w rozmaite gry. Obejrzeć mecz. Wypić kawkę. Zorganizować imprezę ze znajomymi. No i schronić się przed prażącym słońcem. Każdy powód jest dobry, co tłumaczy horrendalną mnogość barów.
W barowych godzinach szczytu tłok jest zazwyczaj ogromny. I to zarówno porannych, lunchowych, jak i wieczornych. Je się, a właściwie "pikuje" (od hiszp. picar, jedzenie przekąsek) na ogół na stojąco. Po pierwsze, Hiszpanie tak lubią, a po drugie, nawet gdyby chcieli usiąść, to i tak nie znaleźliby wolnego miejsca. Rozłóżmy teraz dzień, a nawet dobę, na czynniki pierwsze. Śniadania prawie nigdy nie je się w domu, śniadanie je się w barze. Hiszpanie zaczynają pracę teoretycznie o dziewiątej, ale rzucają teczkę czy torebkę na biurko i idą do baru. Na czczo się przecież pracować nie da. A do sjesty jeszcze pięć godzin! Tak więc śniadanie zwykle jedzą przed dziesiątą. Trzeba jednak podkreślić, że spośród trzech celebrowanych w ciągu dnia jedzeniowych rytuałów poranny ma znaczenie zdecydowanie najmniejsze.
I to kolejny element jaskrawo odróżniający Hiszpanię od innych cywilizowanych krajów, zwłaszcza Europy anglosaskiej czy Środkowo-Wschodniej. Do tego stopnia, że wielu Hiszpanów, sam nieraz z takimi pracowałem, w ogóle z porannego posiłku rezygnuje. Wystarczy im lekka kawka, gorąca czekolada albo świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy. Ci bardziej żarłoczni dorzucają do tego croissanta, jakąś namiastkę naszej drożdżówki albo babeczki – coś z rodziny wypieków cukierniczych lub tost z marmoladą.
Popularne jest też jedzenie z samego rana smażonych w głębokim oleju i wysokiej temperaturze churros z cukrem – tradycyjnych, niezwykle tłustych hiszpańskich ciastek, których więcej niż intensywny zapach roznosi się i wdziera dosłownie wszędzie.
Po porannym posiłku teoretycznie bary powinny pustoszeć. Tymczasem dzieje się dokładnie na odwrót. Od wpół do jedenastej aż do południa nadal pękają w szwach pod naporem ludzi pracy, którzy wpadają na kawę czy małego drinka – słynna pausa de café – co pozwala im przetrwać trudne chwile ciągnące się aż do sjesty, w okolice czternastej. Czyli do pory dnia dla zdecydowanej większości Hiszpanów uchodzącej za świętą, nienaruszalną, nietykalną... a ściśle biorąc, najmilszą i najfajniejszą.
Obiad, nazywany tutaj almuerzo, jest dokładnie zaplanowanym aktem wielkiej duchowej celebracji. Na samo hasło "lunch" Hiszpan purpurowieje. Lunch kojarzy się z szybkim wypadem z pracy, nerwowym oczekiwaniem w kolejce, jak najszybszym zjedzeniem posiłku i jeszcze szybszym uregulowaniem rachunku, po czym pozostaje jedynie powrócić za biurko, do zakładu pracy – gdziekolwiek i jakkolwiek zarabiamy na życie. Hiszpański obiad w dosłownym sensie nie ma z lunchem nic wspólnego. I pisząc "nic", mam na myśli naprawdę nic, nie zaś na przykład niewiele. Przeciętny Hiszpan na obiad przeznacza mniej więcej dwie godziny. Nikt się nigdzie nie śpieszy.
*Publikujemy fragment książki "Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko" Macieja Bernatowicza, która ukazała się 14 sierpnia 2024 roku nakładem wydawnictwa MUZA S.A.

