Podczas czterogodzinnej ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich w Paryżu miała miejsce krótka scena, w której drag queen stoją w układzie parodiującym "Ostatnią wieczerzę". W Polsce te kilka minut odebrano bardzo żywiołowo: abp Jędraszewski mówił o "tęczowej parodii" i „prymitywnej ideologii", a Patryk Jaki pisał o "zdeprawowanych do szpiku kości, złych ludziach", którzy za to odpowiadali. A czy Francuzów w ogóle obeszła ta scena?
Oczywiście. To jest wielki temat, który podzielił ich natychmiast – po krótkiej chwili jedności, dumy i urzeczenia wspaniałą uroczystością. Wiele osób mówi o parodii, prowokacji albo drwinie. Niektórzy – o bluźnierstwie.
Ceremonia była zaplanowana jako prowokacja?
Bez dwóch zdań. Dyrektor artystyczny igrzysk Thomas Jolly przygotował to w ten sposób, bo taki ma styl. Organizatorzy igrzysk wybrali go na tę funkcję ze świadomością, że widowisko będzie prowokowało. Wszystkie jego poprzednie spektakle były zrobione w podobny sposób.
W takim razie dlaczego on?
Nie sądzę, żeby głównym celem było wywołanie kontrowersji. Myślę, że chodziło o zrobienie czegoś absolutnie wyjątkowego, o zrobienie show, jakiego nikt wcześniej nie zrobił: na Sekwanie, w Paryżu, z wielkim rozmachem. To się udało. Większość "zwykłych" Francuzów jest z ceremonii zadowolona.
Skąd zatem kontrowersja?
Prowokacja jest artystycznym narzędziem, którym Jolly się posługuje. Tym razem – jak twierdzą różne środowiska – posunął się za daleko. I nie są to tylko reakcje katolików, jak można by sobie to wyobrazić na pierwszy rzut oka. Protestowali również centrowi ateiści i skrajna lewica. Każdy ze swoich powodów i w swoim stylu.
To bardzo ciekawe! Zacznijmy od katolików.
Biskupi francuscy wystosowali list i wyrazili ubolewanie, że uczucia religijne katolików zostały tym spektaklem zranione. Ale powiedzieli również, że mimo wszystko ceremonia była piękną fetą sportu. Pisali, że ten incydent nie jest w całej uroczystości najważniejszy. Ich list był zredagowany w bardzo umiarkowanym tonie.
A czy stanowisko biskupów pokrywa się ze zdaniem wiernych?
W znakomitej większości – tak. Katolicyzm dla większości francuskich katolików nie oznacza instytucji. Oznacza społeczność, w którą żywo zaangażowani są zarówno księża, jak i świeccy. Ta społeczność –razem z hierarchią – jest inkluzyjna, otwarta i międzynarodowa. Mocno ukształtowana przez – nazwijmy ją w ten sposób – nowoczesną etykę katolicką. List episkopatu wyrażał zdanie tej grupy.
Dla przykładu: w piśmie "La Croix", które można porównać z "Tygodnikiem Powszechnym" albo "Znakiem", pisano o tym incydencie jako o "niezręczności" i wyrażano żal, ale nie atakowano organizatorów jako lewaków czy prowokatorów.
Podobnie zresztą wypowiadało się wielu konserwatystów, niekoniecznie katolików. "To był kicz". Wyrażali pewne... zniesmaczenie. Nie tylko w stosunku do sceny z "Ostatnią wieczerzą", tylko w ogóle, w odniesieniu do popkulturowości całego otwarcia. "Francja to kraj dziedzictwa kulturowego, książek, filozofów". W tych kręgach podkreślano na przykład, że znakomity był występ Celine Dion, która na koniec zaśpiewała odę do miłości Edith Piaf. Mówiono, że to był jednoczący moment i ubolewano, że więcej było prowokacji niż takich scen.
Oczywiście jest też grupa katolików, którzy przyjmują pozycje znacznie bardziej doktrynalne i mniej tolerancyjne.
Jak oni zareagowali?
Wyrazili głębokie oburzenie. Skrajna prawica od razu skorzystała z okazji, żeby zbić na tym polityczny kapitał. Na przykład Marion Maréchal, związana ze skrajną prawicą, jedną z najbardziej skrajnych – z Zemmourem, który jest na prawo od Marine Le Pen.
A sama Marine Le Pen?
Nie zajęła stanowiska. Ona w swojej narracji nie odwołuje się do Kościoła. Jej Front Narodowy nie jest kopią PiS-u w Polsce.
Ale Marion Maréchal od razu opublikowała wpis na X w imieniu katolickich Francuzów: "Przepraszamy świat za ten wstydliwy incydent".
Rozumiem, że środowiska konserwatywne tak zareagowały. Ale mówiła pani, że skrajna lewica też protestowała?
Tak. Mélenchon, radykalny lewicowy polityk, powiedział, że to była przesada. Można by sobie wyobrazić, że chciałby zaatakować Kościół przy tej okazji, ale stwierdził, że ceremonia otwarcia powinna być świętem sportu i różnorodności, a nie prowokacją.
Dlaczego?
Sądzę, że w myśl poprawności politycznej. To jest myślenie, które przyjęły elity intelektualne Francji i lewica. Dla nich dyskryminacja i obraza uczuć różnych grup nie wchodzi w grę, bo jest brakiem inkluzyjności. W związku tym środowiska Mélenchona bardzo dbają o to, by nie zostały oskarżone o obrazę tożsamości: seksualnej, religijnej, narodowej.
Rozumiem, że dla Mélenchona i ogółu Francuzów tematem nie jest sama obecność drag queen’s, tylko odniesienie do "Ostatniej Wieczerzy", prawda?
Tak, najbardziej szokowało skojarzenie z "Ostatnią Wieczerzą". Queer w Paryżu nie bulwersuje. Może być wyzwaniem dla odbiorcy w tzw. "głębokiej Francji", ale kwestia LGBTQ nie jest najgorętszym tematem debaty publicznej we Francji. Spory dotyczą raczej kwestii wieku emerytalnego, eutanazji, pauperyzacji dużych grup społecznych.
Zastanawia mnie, dlaczego w laickiej Francji tego typu wydarzenie odbija się takim echem?
Laickość we Francji to jest doktryna, która znaczy, po pierwsze, szacunek dla wszystkich religii. Po drugie, oznacza neutralność państwa. Po trzecie, zamknięcie religii w życiu prywatnym. Powstrzymanie się od manifestacji religijności w szkole, w miejscach pracy czy na ulicy. Odwołanie do "Ostatniej wieczerzy" naruszyło wszystkie te zasady, bo odbyło się w miejscu publicznym, w czasie oficjalnej ceremonii, a nie w teatrze, skierowane było do całego świata i zaistniało ryzyko dotknięcia uczuć religijnych niektórych widzów. Prawdopodobnie bez echa przeszłyby znacznie ostrzejsze prowokacje, ale w ramach prywatnej wypowiedzi czy spektaklu teatralnego. Ale to była ceremonia zorganizowana pod egidą państwowych instytucji.
Ale czy Francuzi ze swoją historią nie powinni być jednak bardziej gruboskórni? W notatce Reutersa na temat otwarcia igrzysk przeczytałem: "Bluźnierstwo jest nie tylko [we Francji] legalne. Jest też uważane za filar wolności mowy w demokratycznym społeczeństwie".
Pełna zgoda, tylko że kwestia jest w ostatnich latach coraz bardziej problematyczna. Katolicy od dawna ułożyli się z tak pojętą wolnością słowa. Przez lata byli zresztą bardzo "pokorni" w takich sytuacjach. Byli zdyskredytowani po II wojnie światowej: ze względu na zaangażowanie wielu katolickich intelektualistów w kolaboracyjne władze Pétaina i ze względu na obraz ruchu oporu, który był widziany jako ruch komunistyczny i lewicowy. Dopiero od niedawna katolicy mocniej zabierają głos i są widoczni w debacie publicznej. Ale w tej debacie nie chodzi wyłącznie o uczucia religijne katolików.
Jest kontekst innej mniejszości religijnej: muzułmanów. Oni nie mają dosyć swoich miejsc kultu, manifestują swoją religijność na ulicach, żądają określonych praw dla siebie. Wielu z nich nie przeszło przez proces oddzielenia sfery publicznej i prywatnej. Niektórzy nie rozumieją do końca francuskiej laickości. Ona jest bardzo specyficzna i trudna do przełożenia nie tylko na inne kultury, ale nawet języki. W tle dyskusji o obrazie uczuć religijnych są również traumatyczne zamachy terrorystyczne i pytanie o to, czy integrystyczna część mniejszości muzułmańskiej da się włączyć do państwa laickiego na tych samych zasadach co inne wyznania. Czy należy znaleźć inne metody współistnienia religii i państwa laickiego. To jest kluczowy kontekst, bez którego nie sposób zrozumieć dyskusji o laickości, którą toczą Francuzi.
Ale wracając do tradycji "bluźnierstwa", o której pan wspominał, zgadzam się z cytatem z Reutersa. Bluźnierstwo jest legalne jako środek wyrazu artystycznego. Może godzić w religię, nie może być zniewagą konkretnych osób. A Francja od zawsze drwi, bluźni, złorzeczy, używa grubiańskich słów... Wystarczy sięgnąć do Rabelais’go.
Więc w czym problem?
W tym, że w odbiorze wielu Francuzów prowokacja poszła za daleko. Cała ceremonia była przecież dość transgresyjna. Dyrektor artystyczny igrzysk Thomas Jolly sądzi, że kultura to jest przede wszystkim popkultura. Uważa, że w każdym aktorze jest jakieś "monstrum", że spektakl musi być właśnie monstrualny, przerośnięty, że wszystkiego musi być za dużo. Jego estetyka to hybris – potworna przesada – i całe otwarcie takie było: głośne, bombastyczne, ocierające się momentami o kicz. To była prowokacja à la française i dyskusja o niej również jest w stylu francuskim. Gdyby ta prowokacja nie poszła tak daleko, to jestem przekonana, że większość Francuzów byłaby zachwycona. Ze względu na wątek urażonych uczuć religijnych – zamiast być świętem inkluzyjności – podzieliła.
We francuskiej debacie scena, o której rozmawiamy, nie była zresztą jedyną, która wywołała kontrowersje i miała znaczenie polityczne.
Co ma pani na myśli?
W Wandei, konserwatywnej części Francji, od około 40 lat wystawia się spektakl w parku tematycznym Puy du Fou, największym tego typu we Francji. Prezentuje on konserwatywną, patriotyczną wizję historii Francji, bez żadnych elementów lewicowych, poza paroma obrazami chłopów i życia na wsi. Opowiada dramatyczną historię Wandei, która stanęła po stronie monarchii podczas Rewolucji Francuskiej. Jeździ tam niesamowita liczba ludzi i Puy du Fou uznany jest za wspaniałe widowisko historyczne.
Spektakl olimpiady przypominał w wielu elementach Puy de Fou. Fajerwerki, ten galopujący koń, dziesiątki odniesień do historii… Można znaleźć wiele analogii. Jeśli zna się oba spektakle, to widać, że ceremonia otwarcia olimpiady jest widowiskiem zrobionym w kontrze: to coś antyprawicowego, antykonserwatywnego. Jeśli Puy de Fou prezentuje historię Francji, która kończy się rewolucją, to ceremonia otwarcia opowiada Francję, która zaczyna się od rewolucji i odcina się od tego, co było wcześniej.
No tak, na początku spektaklu królowa Maria Antonina trzyma własną obciętą głowę, a później widzimy hasła rewolucji. A potem metalowy zespół spuszcza nam muzyczny łomot.
Do "wolności", "równości" i "braterstwa" dorzucono kilka innych haseł, na przykład "siostrzeństwo", „solidarność", „tolerancję".
Ale czy zwrócił pan uwagę na to, co śpiewa głowa Marii Antoniny? Dla mnie to właśnie była najbardziej wstrząsająca scena. Otóż ona śpiewała to, co stało się obecnym "hymnem" skrajnej lewicy – "Ça ira, ça ira" – "wszystko gra, zetniemy głowy arystokratom". To piosenka antyelitarna, radykalna, może o nowej rewolucji. Ma wydźwięk: my wam pokażemy – wyzyskiwaczom, dyrektorom i ministrom, tej nowej arystokracji.
Dominującą siłą w nowym francuskim parlamencie będzie skrajna lewica. To ona czuje się dziś silna i to jest jej pieśń. We Francji ten element ceremonii był żywo dyskutowany: właśnie dlatego, że istnieje strach przed niepokojami społecznymi, które się rozlewają na kraj i wymykają spod kontroli.
A jak pani ocenia te wydarzenia z perspektywy już kilku dni?
Moim zdaniem ceremonia dobrze zrobiła Francji. Miała pokazać jej wielkość i rzeczywiście była olśniewająca. Nawet konserwatyści obserwujący wydarzenie komentowali: No, daliśmy sobie radę. Nic się strasznego nie stało, nie było zamachu, porządek został utrzymany, rozmach spektaklu przerósł nasze oczekiwania.
Taki sukces był Francji bardzo potrzebny. Pokazanie się jako kraj nowoczesny, silny, a nie kraj rozdarty konfliktami, słabnący na arenie międzynarodowej, czasem staroświecki.
Francja staroświecka?
Francja jest awangardowa w sensie praw kobiet, laickości... Natomiast ekonomicznie nie daje rady wejść w XXI wiek na poziomie swoich ambicji, choć może być bardzo innowacyjna i kreatywna, jak na przykład w dziedzinie AI. Wie, że musi dokonać reform, a nie jest w stanie tego dokonać. W tym sensie jest konserwatywna. Uważam, że ona na współczesny świat "się obraziła" i nie chce się zmienić w tak szybkim tempie. Jest w tym coś z Don Kichota. Teraz Francja miała okazję to przełamać. Zrobiła widowisko nowoczesne, oryginalne i z wielkim rozmachem.
Zamierzała pokazać, że jest znowu wielkim krajem, którego głos się liczy w "koncercie narodów". I to się udało.
Joanna Nowicka: profesor na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu CY Cergy Paris. Pełniła tam funkcję prorektora do spraw współpracy z Europą Środkowo-Wschodnią. Obecnie kieruje programem "Mastera Ingénierie Editoriale et Communication".
W swej pracy badawczej zajmuje się antropologią kultury, historią myśli i relacji kulturowych Wschód/Zachód, wyobraźnią zbiorową Europejczyków, tożsamością pogranicza i współegzystencją kultur.
Jan Rybicki: laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią.

