CHIBA – 2. PIĘTRO – WIADOMOŚĆ Z GWIAZD
Kiedy w urzędzie do spraw wynajmu lokali w Hanamigawa Katarzyna Pawlus-Ono i jej mąż Makoto poprosili o mieszkanie jiko bukken, pani za biurkiem wstrzymała oddech i spojrzała na nich z niepokojem. Po chwili jednak wyciągnęła z szuflady plik dokumentów i zaproponowała trzy lokale.
– Jiko bukken, "nieruchomości z wadą", to miejsca, w których doszło do wypadku lub gwałtownej śmierci, zazwyczaj w wyniku samobójstwa, morderstwa czy pożaru. To także domy, w których ich właściciele zmarli samotnie z przyczyn naturalnych, a ich ciała, zamiast ulec spaleniu i spocząć w rodzinnym grobie zgodnie z wymaganym ceremoniałem, pozostawały nieodkryte przez dłuższy czas. Miejsca te opisuje się bardziej obrazowym określeniem kashi bukken, czyli lokale wywołujące psychiczną szkodę. Japończycy nie chcą w nich mieszkać, boją się "złej aury", dlatego ceny tych nieruchomości są znacznie niższe – tłumaczy mi Makoto, który wraz z żoną i córką postanowił w 2019 roku wrócić do Japonii.
Jako że jiko bukken to nie tylko zjawisko kulturowe, ale i prawne, japońscy pośrednicy mają obowiązek informować najemcę o "piętnie", czyli o tym, co dokładnie zdarzyło się w danym miejscu i kto w nim zmarł.
– Mieliśmy wybrać pomiędzy mieszkaniem 80-letniego mężczyzny, który odszedł z przyczyn naturalnych, 40-letniej kobiety pokonanej przez chorobę i 60-latka zmarłego z powodów niewyjaśnionych – wspomina Katarzyna.
Makoto dodaje: – Ostatnia opcja brzmiała nieco podejrzanie, lokalizacja pierwszego miejsca nie była najlepsza, więc wybraliśmy lokum po kobiecie. Wynajem kosztował nas około 25 tys. jenów, połowę mniej niż normalnie. Po roku czynsz wrócił do ceny rynkowej. Bo skoro najemcy przetrwali w pośmiertnym lokum aż 12 miesięcy, widać złe moce nie objęły tam panowania i miejsce pozbyło się piętna jiko bukken.
Dwupokojowe mieszkanie wyglądało ładnie, świeżo i nowocześnie, mimo że stało puste od pięciu lat. – Głupio przyznać, ale zastanawialiśmy się, w którym miejscu zmarła poprzednia lokatorka. Pewnie w sypialni. Dlatego początkowo spaliśmy w salonie – dodaje Katarzyna.
Kilka miesięcy później urodziła drugą córkę. Gdy przywiozła ją ze szpitala i położyła do łóżeczka w sypialni, Makoto niby w żartach rzucił: "Może nie powinnaś jej tu kłaść?". – Ta kobieta pewnie też była matką. Nic nam nie zrobi – odpowiedziała Katarzyna.
Pewnego mroźnego dnia otrzymała od niej "wiadomość". – Podczas przymrozków na oknie zbierała się para, a wraz z nią na szybie pojawiły się ślady po dawnych naklejkach w kształcie gwiazd, które poprzednia lokatorka przylepiała pewnie z dzieckiem. Nie zmyłam ich, zachowałam jako pamiątkę – mówi Katarzyna.
Jakiś czas później dowiedziała się od sąsiada, że poprzednim najemcą była młoda wdowa, która mieszkała tu razem z córką.
W Hanamigawa Katarzyna przemieszkała dwa lata. Przez cały ten czas teściowie, dalsza rodzina męża i japońscy znajomi odmawiali składania im wizyt.
OGNISTA MAPA
Mapa na pozór wygląda zwyczajnie. Są na niej arterie tras, zielone połacie parków, nazwy ulic i numery dróg – wszystko to, co znajduje się w większości aplikacji nawigacyjnych. Jedyną różnicę stanowią płomienie, a dokładnie małe ikonki złocistych ognisk pojawiające się gdzieniegdzie albo kłębiące razem niczym ogniste stosy. To miejsca, w których zdarzyła się śmierć.
Gdy dotykam palcem ogniska na ekranie, z boku wyskakują informacje, co dokładnie wydarzyło się pod wskazanym adresem. Niektóre są krótkie i neutralne, na przykład ta ze zjazdu przy drodze krajowej 115 w Jokohamie: "Śmiertelna ofiara motocyklistów". Inne nie szczędzą szczegółów: "Kajicho, Kioto: 68-letni mężczyzna popełnia samobójstwo przy użyciu siarkowodoru w samochodzie zaparkowanym na płatnym parkingu".
Z Teru Oshimą, pomysłodawcą i twórcą mapy "pośmiertnych" miejsc oshimaland.com, rozmawiam o trzeciej w nocy. To znaczy u mnie jest noc, bo w Tokio za godzinę wybije południe.
– W jakim celu stworzył pan tę aplikację?
– Uruchomiłem ją w 2005 roku. W tamtym czasie Facebook dopiero co wszedł na rynek, Twitter jeszcze nie wystartował, a YouTube dopiero się rozwijał – mówi Teru Oshima, dziś przedsiębiorca, a kiedyś student Uniwersytetu Columbia, który na fali otwieranych w Dolinie Krzemowej start-upów stworzył stronę internetową oshimaland.com, odpowiadającą potrzebom japońskiego rynku.
Temat morderstw, wypadków czy śmierci w ogóle go nie interesował. Wolał politykę i gospodarkę. Jednak prowadząc w tamtym okresie biuro nieruchomości w Tokio, szybko przekonał się, że najemców interesuje nie tylko stan techniczny budynku, ale także to, kto i jak w nim umarł. – Dla ludzi równie mocno liczyły się dostępne miejsca parkingowe co brak obecności duchów – mówi Oshima.
Kondycję budynku i jego stan prawny dość ławo było sprawdzić przy pomocy fachowców. W tym zakresie konsultował się z prawnikami, architektami, budowlańcami. Nie mógł jednak znaleźć specjalisty od duchów, wypadków czy śmierci, która wydarzyła się w danej lokalizacji. Sam więc zaczął prowadzić dochodzenia na temat historii budynku, śledził głośne sprawy, wypadki, które miały w nich miejsce, pytał policję. A rezultaty poszukiwań zaznaczał na mapie.
Zjawisko jiko bukken Teru uważa za wymysł nowych czasów. – Nie wydaje mi się, że to japońska tradycja licząca setki lat. Raczej efekt starzejącego się i kurczącego społeczeństwa. Podaż mieszkań przewyższyła popyt i klienci stali się bardzo wymagający – komentuje twórca Oshimaland. A jego słowa potwierdzają dane. Do roku 2065 liczba ludności Japonii prawdopodobnie zmniejszy się ze 126 mln do około 88 mln i na rynku pozostanie wiele niewykorzystanych mieszkań. Już teraz słychać o całych wioskach, które stoją opustoszałe, ja na przykład Okutama, położona około dwóch godzin jazdy pociągiem od Tokio.
Z aplikacji, która – jak twierdzi jej twórca – nie ma konkurencji, zarówno w Japonii, jak i za granicą, korzystają najczęściej dwa typy ludzi: ci, co od pośmiertnych lokali chcą się trzymać z daleka, i tacy – głównie obcokrajowcy – którzy wabieni obniżonym czynszem nic sobie z duchów nie robią.
– Użytkownicy mogą sami dodawać wpisy. Mapa nie jest oficjalnym wykazem – wyjaśnia Teru Oshima.
To w dużej mierze dzięki temu aplikacja z "pośmiertnymi" lokalizacjami rozrosła się poza granice Japonii (i objęła nawet kilka miejsc w Polsce!).
– A co, jeśli ktoś wpisze nieprawdę? – pytam Teru.
– Właściciele lub wynajmujący mogą się ze mną skontaktować poprzez e-mail czy social media w celu zweryfikowania i korekty informacji – wyjaśnia i dodaje, że ze strony dziennie korzysta ponad pół miliona osób.
NAGOJA – 7. PIĘTRO – CZYSTY ASFALT
Wieżowca w centrum prefektury Aichi, w którym mieszkał Daniel z Brazylii, nie oznaczono na mapie portalu oshimaland.com. Dwa lata po tym, jak Daniel przeprowadził się do budynku, zdarzył się wypadek. Mężczyzna z piętra niżej wyskoczył z okna. Ponoć było to karojisatsu – samobójstwo wywołane przepracowaniem. Ciało znaleziono na asfalcie jednego z miejsc parkingowych, tuż obok wejścia do wieżowca. – Właściciel miejsca od razu z niego zrezygnował. Kiedy administrator ogłosił, że zwalnia się przestrzeń parkingowa, byłem jedyną osobą, która się zgłosiła – opowiada Daniel.
Agencja wynajmująca mieszkania w bloku upewniła się, czy wie o tragedii i o tym, że na jego przyszłym miejscu postojowym umarł człowiek. – Pytali mnie kilkakrotnie, aż pomyślałem, czy nie chcą dać mi do zrozumienia, że mam coś zrobić: wziąć mopa, wiadro, wymyć beton? – relacjonuje Daniel. – Ależ skąd! Miejsce poddano wysokociśnieniowemu czyszczeniu. Usłyszałem: "Zastanawiamy się, czy nie chciałby pan, abyśmy zmienili wierzchnią warstwę asfaltu?".
AKASAKA – 3. PIĘTRO – DWA LATA PIĘTNA
Erik Oskamp, prezes Akasaka Real Estate, biura nieruchomości zarządzającego obecnie tysiącem mieszkań w Akasace, luksusowej dzielnicy Tokio, i na nieco uboższych przedmieściach, nie proponował nikomu wymiany asfaltu. Ale jeśli chodzi o jiko bukken, firma w ciągu 16 lat działalności wypracowała parę zasad.
– Pamiętam przypadek 80-letniej pani, która zmarła samotnie w domu. Miała ustawioną automatyczną płatność za mieszkanie. Nie utrzymywała kontaktów z rodziną, sąsiadami, nie miała przyjaciół, więc nikt się nie zorientował, że odeszła – mówi Oskamp. – Dopiero po sześciu miesiącach zwłoki odkrył jeden z pracowników naszej firmy. Widok był straszliwy, a nasz agent przez tydzień nie mógł dojść do siebie – dodaje prezes Akasaki.
By uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości, opracował plan działania. – Zaczęliśmy współpracować z centrami opieki społecznej, które mają kontakt z dostawcą wody. Jeśli w mieszkaniu przez pewien czas nikt jej nie używa, urzędnik jedzie na miejsce i dyskretnie bada sytuację. Sprawdza, czy skrzynka pocztowa jest pełna, czy w mieszkaniu pali się światło. Gdy spodziewa się najgorszego, dzwoni na policję i do nas – wyjaśnia Oskamp.
Mając w pamięci doświadczenia, przestrzega pracowników. – Jeśli funkcjonariusze proszą o otwarcie drzwi, należy włożyć klucz do zamka i oddalić się na bezpieczną odległość. Chodzi o widok, a i zapach bywa zbyt intensywny.
Służby wezwane przez policję usuwają ciało. – Wynajmujemy specjalną firmę, która zajmuje się pozostałościami po zwłokach. Kiedy wykonają swoją robotę, przychodzi nasza ekipa, by doczyścić lokal. A potem układamy nową podłogę, maty tatami, tapety – mówi Oskamp.
Wszystko ma lśnić czystością i świeżością. Żadnych skojarzeń ze śmiercią. Jednak wieści szybko się rozchodzą i nie jest łatwo wynająć takie miejsce. – Wszystko zależy od ceny. Oferujemy 40-procentową zniżkę w wynajmie przez pierwszy rok i 20 proc. rabatu podczas kolejnego – tłumaczy Erik Oskamp.
Japonia – ze średnią długością życia rzędu 84 lat – ma najwyższy odsetek starszych obywateli spośród wszystkich krajów świata. Coraz więcej z tych osób mieszka samotnie, nie utrzymuje więzi z innymi, co idzie w parze z szybującą liczbą samotnych zgonów. – Dlatego zdarzają się przypadki dyskryminacji seniorów, jeśli chodzi o najem. Agencje za wszelką cenę chcą uniknąć łatki jiko bukken. Jednak dla naszej firmy często seniorzy to klient docelowy. To solidni najemcy, dlatego udostępniamy im lokale, nawet jeśli miałyby przybrać miano "pośmiertnych" – dodaje prezes Akasaki.
Zresztą stygmat jiko bukken nie jest wieczny. Obowiązek informowania najemców o przykrych zdarzeniach w danym miejscu to umowne dwa lata. Gdy miną, piętno znika, a z nim rabaty i – najwyraźniej – duchy. – Rząd nie jest zainteresowany zachęcaniem do przesądów. Ludzie umierali, umierają i będą umierać każdego dnia. Trzeba więc postawić granicę. Dwa lata piętna wystarczą. W końcu chodzi o to, żeby żyć dalej – wyjaśnia prezes Akasaka Real Estate.
OSAKA – 6. PIĘTRO – SANDAŁ NA SUFICIE
Sześciopiętrowy blok w Osace, do którego wprowadził się Timothy Pixely, stał na pocmentarnej ziemi. Tim był pierwszym lokatorem, który zamieszkał w budynku. Przynajmniej do czasu, gdy nie zdradził znajomym cudzoziemcom, jak śmiesznie niski płaci czynsz.
– Kiedy dostałem klucz i wszedłem do środka, w całym mieszkaniu była kilkucentymetrowa warstwa kurzu. Wszystko nowiutkie, ale niedotykane od dłuższego czasu – opowiada mi o swoich doświadczeniach z jiko bukken Timothy, Szkot z urodzenia, przedsiębiorca i designer sprzętu medycznego żyjący w Japonii od ponad 30 lat. Mieszkanie znajdowało się na szóstym piętrze, na parterze Timothy wynajmował biuro. – Budynek został wzniesiony kilkanaście lat wcześniej przez zagranicznego inwestora, który nie znał lokalnego rynku ani zwyczajów. Okazało się, że ziemia, na której stanął blok, była miejscem pochówku i Japończycy nie chcieli tu zamieszkać – tłumaczy mi designer.
Gdy się wprowadził, okazało się, że w mieszkaniu jest problem z elektroniką. Od czasu do czasu telewizor sam się włączał lub wyłączał, podobnie klimatyzacja czy odtwarzacz DVD. Także w nocy słychać było zdalnie sterowaną bramę garażową, która sama się podnosiła i opuszczała. – Mam ścisły umysł, chciałem znaleźć przyczynę. Sprawdzałem kable, napięcie, ale wszystko wydawało się w porządku – mówi Timothy.
Zagadka rozwiązała się, gdy pewnego ciepłego wieczoru, siedząc na dachu i popijając piwo z kolegą, usłyszał słabe brzęczenie, które dochodziło z niedaleka. – Zbiegłem na dół do mieszkania i okazało się, że właśnie resetowała się elektronika. Uświadomiliśmy sobie, że w pobliżu znajduje się wojskowa baza lotnicza i najwidoczniej jej radar wywołuje zakłócenia – wyjaśnia.
Po obłożeniu folią aluminiową portów na podczerwień we wszystkich elektronicznych urządzeniach problem zniknął.
Mimo to japońscy znajomi i tak omijali jego blok szerokim łukiem. Kiedy najemca z czwartego piętra w końcu zdołał namówić dziewczynę na odwiedziny, nie skończyło się to dobrze – wybiegła z mieszkania. Ponoć na suficie zobaczyła ślady butów. – Kolega zadzwonił po mnie i wspólnie przeprowadziliśmy inspekcję – wspomina Timothy. – Pod pewnym kątem na suficie rzeczywiście można było dostrzec odbicie podeszwy. Jednak gdy wspięliśmy się na drabinę, w środku odcisku zobaczyliśmy pozostałości rozgniecionego komara. Najwidoczniej ktoś pacnął owada sandałem, uwieczniając ślady swoje i szkodnika.
TOKIO – PARTER – DUCH KACPER
Niektórych nawet największy rabat nie jest w stanie skłonić do zamieszkania w jiko bukken. – Japończycy wierzą, że dusza nie zazna spokoju, póki ciało nie zostanie spalone i pochowane w rodzinnym grobie zgodnie z odpowiednią ceremonią – mówi mi Ewelina, która pięć lat temu przeniosła się do męża do Tokio. – Nagłej śmierci z pewnością towarzyszy ogromny ładunek emocji. Morderstwo to strach, gniew i chęć zemsty. Samobójstwo – wielka rozpacz. Samotna, niedostrzeżona śmierć to ból. Japończycy wierzą, że te dusze wciąż tu są, wracają do swoich domów. I że niektóre nie zdają sobie sprawy z własnej śmierci. Stąd strach ludzi przed tymi miejscami. Mój teść mieszka w domu, w którym zmarło wiele osób, aczkolwiek odeszły one otoczone bliskimi osobami, ciepłem, czułością. Od razu odbyły się pogrzeby i ten dom nie jest klasyfikowany jako jiko bukken – wyjaśnia Ewelina.
Agencje nieruchomości stosują różne sposoby, by zmyć czarny PR z pośmiertnych miejsc. – Jedna stworzyła nawet postać duszka, który miał złagodzić ich wizerunek. Taki duch Kacper w naszym wydaniu. Ale nie zadziałało, bo w dalszym ciągu pośmiertne nieruchomości budzą grozę i pomimo obniżonej ceny nie cieszą się w Japonii popularnością – komentuje Ewelina.
Może dlatego, że lęki są mocno podsycane przez media społecznościowe. Na YouTube jest masa filmików osób, zwłaszcza młodych, które zdecydowały się wynająć lokale, gdzie doszło do śmierci. Opowiadają przerażające historie, których wiarygodność trudno jest sprawdzić. Łatwo natomiast się domyślić, że autorzy filmików po prostu chcą zdobyć popularność. – Tylko utwierdzają innych w przekonaniu, że nie są to lokalizacje dobre do zamieszkania – kwituje Ewelina.
Dlaczego wraz z mężem nie zdecydowała się na jiko bukken podczas poszukiwania mieszkania? – Agent zaproponował nam duże, odnowione lokum położone w dobrej okolicy. Cena była podejrzanie niska, więc mąż spytał o powód. Okazało się, że zmarła w nim starsza osoba. Przez długi czas jej ciało pozostawało w mieszkaniu. Nawet nie poszliśmy go obejrzeć. Może wydać się to dziwne, nawet absurdalne. I pewnie w Polsce bym o tym nie pomyślała, ale kiedy mieszka się w Japonii, przejmuje się pewnego rodzaju lokalne wierzenia i atmosferę, która tu panuje.
Dorota Salus. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, tłumaczka. Publikowała w Wysokich Obcasach i Polityce, tłumaczyła dla National Geographic.


