Reportaż
'Dziekan złapał kolegę za rozporek. Odwróciłem wzrok'. Co się dzieje na Wydziale Nauk Politycznych UW (Katarzyna Kaffka)
'Dziekan złapał kolegę za rozporek. Odwróciłem wzrok'. Co się dzieje na Wydziale Nauk Politycznych UW (Katarzyna Kaffka)

W czwartek 27 marca 2025 roku Uniwersytet Warszawski poinformował, że "rozwiązał stosunek pracy z dr. hab. Danielem Przastkiem". Stało się to po naszym reportażu na temat nadużyć, których dopuszczał się dziekan Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW. Więcej tutaj.

To było bardzo długie spotkanie. Mój rozmówca mówił z wysiłkiem, w niektórych momentach na jego twarzy widziałem odrazę. Opowiedział mi o tym, jak pierwszy raz obnażył się przed nim Daniel Przastek, dziekan Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW.

Wszedł do mojego gabinetu, zamknął za sobą drzwi i wyciągnął ze spodni penisa. Skamieniałem. Pomachał nim, powiedział, że "na jego ch**u karierę wybujałem". I wyszedł.

Później powiedziałem dziekanowi, że jeśli jeszcze raz coś takiego zrobi, to oskarżę go o molestowanie. Dziekan publicznie śmiał się na korytarzu, mówiąc, że "ja go chcę oskarżyć o molestowanie, a to on powinien mnie".

– To ciekawe, w jakiej materii? – zapytałem.

– Jak chce się uderzyć psa, to i kij się znajdzie – powiedział.

Wolałbym do tego nigdy nie wracać. Tylko wie pan, z czym nie mogę się pogodzić? Że Danielowi wciąż wszyscy biją brawo, a nam nikt nie wierzy. Nazywam się Maciej Pietrasiak i to jest moja historia.

Gotowi

Kilka dni wcześniej napisał do mnie inny pracownik tego wydziału. Twierdził, że władze uczelni od miesięcy wiedzą o stosowanej tam przemocy fizycznej i psychicznej. "Działają tak, żeby zamieść sprawę pod dywan". Nawet po artykułach Pawła Marcinkiewicza w "Gazecie Wyborczej", który upublicznił w 2024 roku anonimowe wypowiedzi o niektórych zachowaniach dziekana Daniela Przastka. Mój informator przesłał mi kontakty do dwóch osób, "gotowych mówić otwarcie i pod nazwiskiem".

W trakcie mojego śledztwa dotarłem do protokołów zeznań oraz do nowych świadków i pokrzywdzonych. Jedna z pierwszych rozmów uświadomiła mi, że być może najpoważniejsze zarzuty pod adresem dziekana jeszcze nigdy nie zostały wypowiedziane.

'Danielowi wciąż wszyscy biją brawo, a nam nikt nie wierzy' (Katarzyna Kaffka)

Dyrektor

Maciej Pietrasiak zaczął pracę na Uniwersytecie Warszawskim we wrześniu 2017 roku. Zbiegło się to z oddaniem do użytku budynku, którego kierownikiem technicznym miał zostać. W pierwszym miesiącu pracy było tyle rzeczy do dopilnowania w związku z przygotowaniem budynku, że w tygodniu spał w jednej z uniwersyteckich kwater, żeby oszczędzić sobie dojazdów do Warszawy. Zależało mu, żeby wszystko działało, kiedy na uczelnię przyjdą studenci.

Jego przełożonym był wtedy Daniel Przastek, wówczas jeszcze prodziekan. Macieja zdziwiło to, że Daniel przedstawiał go jako swojego przyjaciela, co nie było prawdą – wcześniej spotkali się dwa razy.

Od jego koleżanki słyszę, że Maciej był profesjonalny i że trudno było go wyprowadzić z równowagi. "Bardzo skryty" – mówi. Dużo pracował. W 2019 roku awansował na asystenta Przastka, w 2020 został dyrektorem administracyjnym na wydziale.

"Nieraz bronił nas przed wybuchami wściekłości dziekana" – dodaje inna pracowniczka. I zauważa, że z czasem Maciej został "stłamszony".

Dziekan

Daniel Przastek z Wydziałem Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych związany jest od zawsze: tu studiował i przeszedł kolejne etapy kariery naukowej i administracyjnej. Energiczny, dowcipkujący, często bezpośredni i dosadny. Zaangażowany w administrowanie wydziałem, reżyser kilku sztuk i dyrektor artystyczny Festiwalu Teatrów Studenckich "Start".

Dr Seweryn Dmowski, pracownik naukowy na wydziale: – Znam Daniela przez większość swojego życia. Jaki jest? Przeinteligentny facet. Bardzo dobry organizator. Świetny dydaktyk. Potrafi być absolutnie czarujący.

"Du*ą sprzątać"

Maciej z kolei już w pierwszych miesiącach pracy zorientował się, że Daniel Przastek na dużo sobie pozwala w stosunku do osób, nad którymi ma władzę. Zdarzyło się, że w trakcie dnia pracy rzucił w niego mokrym ręcznikiem, który przyniósł z akademickiego pokoju hotelowego. "Kąpałem się", powiedział, nakazując Maciejowi, by zlecił firmie sprzątającej serwis pokoju.

Innym razem wykrzyczał do Macieja i jego kolegi, że w budynku jest brudno i że "du***mi mają sprzątać".

"Nikt się nie nadaje, tylko ty"

Maciej mówi, że praca z Danielem Przastkiem była wyczerpująca. Z czasem coraz częściej odnosił wrażenie, że jego szef złośliwie mu ją utrudnia. Przastek potrafił odwołać lub zmienić decyzję w ostatnim momencie, więc Maciej wypadał źle przed współpracownikami, albo dawał mu zadania niemożliwe do wykonania.

Maciej opowiada między innymi o sytuacji związanej z biletami na parking uniwersytecki: – Daniel obiecywał je na lewo i prawo, a mieliśmy ograniczoną pulę. Odsyłał wszystkich do mnie: "Moją zgodę pani ma. Maciej jeszcze tego nie załatwił, proszę do niego". Przecież wiedział, że ich nie urodzę. A ludzie myśleli, że to ja zawaliłem sprawę.

Kiedy Maciejowi nie udawało się zrealizować poleceń szefa, stawał się obiektem jego wściekłości – tak jak wielu innych pracowników. Daniel Przastek krzyczał Maciejowi w twarz, że jest kmiotem, że nic nie umie zrobić, że jest do niczego, że nadaje się do wyj***nia.

Maciej w końcu załatwił – półoficjalnie – brakujące pozwolenia na wjazd na parking.

"Nikt inny się nie nadaje na dyrektora administracyjnego, tylko ty. Reszta to są nieudacznicy". "Nikt inny tego nie ogarnie poza nami" – chwalił go czasem Przastek.

Podobne zachowania w rozmowie ze mną potwierdziło 12 osób. 

Niezbędny

Żona Macieja, Agnieszka Pietrasiak, mówi, że w pierwszych miesiącach zatrudnienia na Uniwersytecie Warszawskim Maciej faktycznie był bardzo zapracowany – zawsze miał skłonności do pracoholizmu. Wydawał się zadowolony, mówił, że miejsce pracy jest "obiecujące". Po kilku miesiącach zaczął narzekać, że jest zmęczony, że go ta praca dojeżdżała.

Agnieszka zwróciła uwagę, że po pracy często dzwoni do niego Daniel Przastek – jak gdyby Maciej był przez cały czas potrzebny.

"Ja mogę wszystko"

W znacznej większości ofiarami wściekłości Przastka byli pracownicy administracyjni. Ale nie tylko. Zgłosiła się do mnie prof. Marta Witkowska. Uważa, że przez dziekana została skrzywdzona. Nie widzi możliwości rozliczenia sprawy w ramach procedur uniwersyteckich, dlatego pierwszy raz zdecydowała się rozmawiać z prasą.

– Wiele razy byłam przez Daniela Przastka upokarzana. Krzyczał na mnie i wyprosił z pokoju podczas spotkania z podlegającymi mi pracownikami. Wrzeszczał, zanim jeszcze powiedział, co zrobiłam źle, jakie ma w stosunku do mnie oczekiwania. Raz zapytałam go, czy mam jego zachowanie zgłosić do rzeczniczki akademickiej. Krzyczał na mnie: "Jak śmiesz mi grozić!", "Marsz do pokoju na dywanik". Inne osoby pamiętają sytuacje, kiedy – podobnie jak w przypadku Macieja – dziekan wydawał polecenia przekraczające ich możliwości albo wręcz niezgodne z prawem.

Bożena Sikorska, emerytowana pracowniczka wydziału: – Dziekan żądał ode mnie, żebym spowodowała zamknięcie przewodu doktorskiego jego doktorantki, z którą był skonfliktowany. Powiedziałam, że można to zrobić, jeśli on złoży taki wniosek z uzasadnieniem do Rady Naukowej Dyscyplin. Ewentualnie jeśli poprosi o to sama doktorantka. Daniel Przastek nie chciał załatwiać tego oficjalnie, bo musiałby podać uzasadnienie (gotowa praca doktorska była już w jego posiadaniu). "Może znajdzie pani jakąś furtkę?" "Musi być jakiś sposób, niech pani coś zrobi!"

Adam, pracownik wydziału: – Polecił mi, żebym sprawę administracyjną załatwił w określony sposób. Próbowałem mu wytłumaczyć, że to byłoby niezgodne z przepisami, że w ten sposób nie można tego załatwić. "Ja mogę wszystko" – odpowiedział.

'Ja mogę wszystko'. (Katarzyna Kaffka)

Historia Michała

Staram się uchwycić moment, w którym opisywane przeze mnie zachowania mogły się zacząć albo przybrać na sile. Pytam o to Michała Jareckiego, który poznał Przastka jako student jeszcze w 2014 roku. Przez dwa lata współpracowali w ramach koła naukowego Polityka i Teatr, którego przewodniczącym był Przastek.

– Mam wrażenie, że Daniel widział ludzi w czerni i bieli: albo ktoś jest super, albo jest do du*y – mówi Michał.

Pamięta, że (wtedy) doktor Przastek na początku go wyróżniał i chwalił. A później, po jakiejś sprzeczce, nagle trafił do drugiej kategorii. "Jesteś idiotą, że tego nie rozumiesz", "Nawet idiota by to ogarnął", "Zawsze musisz coś spie*lić?", "Czemu wszystko, czego dotykasz, jest do du*y?" – zaczął się do niego zwracać naukowiec. Mówił o nim "grubas" i że wygląda jak bezdomny.

Michał wspomina, że w wieku 20 lat zabrakło mu pewności siebie, by się wykładowcy postawić. Uznał, że może Przastek ma rację. Nikt nie zrobił tak wiele, żeby czuł się jak gó**o. I rzeczywiście czuł się tak przez wiele lat.

"Może lodzik"

Pracownicy administracji wydziału nie kojarzą, żeby Daniel Przastek wyrażał się złośliwie na temat czyjegoś ubioru albo wagi. W wielu relacjach przewija się jednak, że zagadywał ich o tematy związane z seksem.

Sylwia Kucharek, była pracowniczka sekretariatu dziekana: – Dziekan pytał na przykład, czy komuś z rana "stał namiot". Innym razem śmiał się z tego, że starsze kobiety mają duże psy po to, by uprawiać z nimi seks. Pamiętam, że raz do mnie podszedł, stanął blisko i zapytał, "czy oglądam pornosy". To było bardzo niekomfortowe. Sytuacji w podobnym stylu było znacznie więcej.

Bożenę Sikorską dopytywał, czy jeszcze uprawia z mężem seks. Kobieta pamięta też, że dziekan, przechodząc obok niej, wyraźnie otarł się o jej piersi. Zrobił to w taki sposób, że nie miała wątpliwości, że było to celowe. Sylwia Kucharek pamięta, że zażartował z tego: "Musimy się poocierać" albo: "Przyszedłem się poocierać". Na pewno użył tego słowa.

Sylwia zwraca mi uwagę na to, że Maciej był obiektem seksualnych zaczepek stosunkowo często.

Bożena: – Często słyszałam, jak komentował rozmiar przyrodzenia Maćka, określając je "legendarnym". Maciej wielokrotnie prosił go, by tego nie robił.

Adam: – Pamiętam, że razem z Maćkiem weszliśmy do gabinetu dziekana, żeby coś przedyskutować. Maciek wspomniał, że jest zmęczony. "To może lodzik?" – zapytał Przastek.

Innego razu widział, jak Maciej pochylał się nad komputerem, za nim stał dziekan. Adam zauważył, jak w pewnym momencie Daniel zbliża się do Macieja i uderza go w tyłek jednoznacznym wyrzutem bioder symulującym seks.

Więcej niż żarty

Pytam Michała Jareckiego, czy pamięta, żeby Daniel Przastek często robił aluzje do seksu. On również to potwierdza: "Penisy były częstym tematem jego żartów". Również jego kolega (nazwisko znane redakcji) w rozmowie ze mną przyznaje, że dwuznacznych tekstów padało z ust Przastka sporo, chociaż nie jest już w stanie przywołać cytatów.

Od Michała dowiaduję się, że nie chodziło tylko o żarty.

Michał Jarecki: – To było na jednym z festiwali artystycznych. Byliśmy na piwie. Było już późno, Daniel siedział z moim kolegą, obaj mieli mocno wypite. Widziałem, że trzymał rękę na jego kroczu.

Zły dotyk

Maciej pamięta, że dziekan go dotykał, na przykład podczas oficjalnych spotkań.

– Pod pretekstem, że chce mnie uciszyć czy wejść mi w słowo. Tylko że on tej ręki nie zabierał i czułem, jak mu ta ręka pracuje. Kiedy łapał mnie za kolano czy za tyłek, to mu te łapy wykręcałem. Bałem się go. Nie wiem, jak to opisać.

Maciej przerywa na chwilę. Mówi, że czuje odrazę. Do siebie, do Przastka: za jego dotyk, żarciki, za pytania o masturbację ("jest przed? po?"), kiedy byli razem w pokoju. Przysuwał się do niego, blisko, na jakieś dziesięć centymetrów. "No i co mi zrobisz?" – pytał.

Maciej nie jest jedyną osobą, od której słyszę o tym, że Przastek potrafił w dwuznaczny sposób dotykać inne osoby.

Franciszek, pracownik wydziału: – Któregoś razu dziekan położył swoją dłoń na mojej, niby mimochodem, i trzymał ją tam. Nie chciałem pokazać, że się tego boję, po chwili zabrałem rękę. Notorycznie żartował, że jesteśmy gejami albo kryptogejami. Widziałem, jak złapał kolegę za rozporek. Odwróciłem wzrok. To było bardzo niezręczne, nie wiedziałem, jak się zachować.

Osoba spoza uczelni (pełne dane znane redakcji): – Daniela Przastka poznałem przy okazji różnych wydarzeń teatralnych. Pamiętam sytuację, jak poszliśmy na obiad jeszcze z kimś. Daniel próbował dwukrotnie położyć mi rękę na kolanie. Zaprotestowałem, mówiąc: "Daniel, przestań". Przesiadłem się. To było niekomfortowe, ale przez to, że byliśmy w luźnej relacji koleżeńskiej, łatwo było mi stawiać granice.

Jeden z pracowników naukowych mówi mi, że Daniel proponował studentowi, żeby potrzymali się za ręce. Student czuł się z tym źle, opowiedział o tym wspomnianemu pracownikowi naukowemu, ale nie chciał sprawy zgłaszać.

Daniel obnażył się przed Maciejem w 2019 roku, kiedy ten chciał się zwolnić z pracy. To właśnie wtedy Przastek, jeszcze prodziekan, wszedł do jego pokoju, by pokazać mu swoje genitalia i powiedzieć Maciejowi, że "wybujał się na jego chu*u". Podobna sytuacja miała miejsce dwa razy.

Od innego mężczyzny również słyszę, że Daniel Przastek nieproszony pokazywał mu swoje genitalia. Swoje dane i oświadczenie potwierdzające to zdarzenie przesłał redakcji.

Jestem pierwszą osobą, która dotarła do tych zdarzeń. Nie ma ich w zeznaniach, które zostały złożone przed komisją wyjaśniającą.

Ciosy

Na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW dochodziło do rękoczynów.

Sylwia Kucharek: – Maciej po ostrej wymianie zdań wyszedł z gabinetu Daniela. Był bardzo zły, wręcz purpurowy na twarzy. Dziekan szedł za nim, mówiąc, że on się na coś nie zgadza. Nie wiem, czego to dotyczyło. Maciej odwrócił się w jego stronę, Przastek wziął zamach, jakby chciał go uderzyć w twarz. Wymierzył mu lekki policzek i złapał go za krocze. "Bo ci jaja urwę" – powiedział, trzymając rękę w okolicy genitaliów Macieja.

Dziekan miał też na przestrzeni lat Macieja uderzać. W brzuch, w twarz. Świadkami tych zdarzeń są dwie osoby, między innymi Sylwia Kucharek. Do jednej z takich sytuacji doszło na imprezie podczas wyjazdu integracyjnego. Adam zapamiętał wymianę zdań przy śniadaniu następnego dnia:

– Panie dziekanie, czy pan pamięta, że uderzył mnie pan w twarz? – zapytał Maciej.

– Tylko ciebie? To wszystko zostanie w rodzinie – zaśmiał się Daniel Przastek.

"Ja jestem dziekanem"

Maciej mówi, że mniej więcej w połowie 2019 roku zaczął udawać sam przed sobą, że nic się nie dzieje. Nie rozmawiał z nikim poza współpracownikami o tym, co go spotyka. Takich krótkich wymian zdań jak ta przy śniadaniu zdarzyło się jeszcze kilka. Nie przyjmował do wiadomości, że takie rzeczy się dzieją. Starał się o nich od razu zapomnieć, wyprzeć je. Stracił pewność siebie i nie wierzył już, że może znaleźć pracę poza wydziałem. Nie miał siły ani czasu jej szukać. Nie wierzył, że w ramach struktur uniwersyteckich może otrzymać pomoc.

Maciej: – Przastek powtarzał: "Idź do rzeczniczki. Jak myślisz, komu ludzie uwierzą? Mnie czy tobie? Ja jestem dziekanem tego wydziału!". Czułem, że może wszystko.

Agnieszka Pietrasiak, żona Macieja: – Przed wyjściem do pracy dostawał biegunki. Starał się to ukryć, ale widziałam, że cierpi. Pamiętam, że zadzwonił raz z toalety wydziału. Był przed rozmową z Przastkiem czy po niej. Powiedział, że cały przełyk go pali, że już nie ma czym wymiotować. Wydawał mi się złamany.

Maciej znalazł w sobie siłę, żeby odejść z pracy na początku 2024 roku. 31 stycznia był w pracy ostatni raz.

'Czułem, że może wszystko' (Katarzyna Kaffka)

Część druga: dziekan jest spokojny

Maciej: – Miałem nadzieję, że kiedy zarzuty stały się publiczne, Przastek przyzna się do błędu. Wycofa się i nie będzie kandydował na drugą kadencję.

Stało się inaczej.

20 maja 2024 roku ukazał się artykuł w "Gazecie Wyborczej". Była w nim mowa o uderzeniu Macieja przez Przastka, o seksualnych odzywkach dziekana, o tym, jak dziekan "zorganizował" swoim pracowniczkom konkurs na parzenie najlepszej (jego zdaniem) herbaty.

Uniwersytet milczał. Pojawił się za to list poparcia dla dziekana ze strony pracowników administracyjnych wydziału; podpisało go około 70 osób. Pracowników poproszono, żeby swoje poparcie zgłaszali e-mailowo, w trybie "odpowiedz wszystkim". Dostali na to dwie godziny.

Patrycja*, pracowniczka wydziału: – Co chwila wyskakiwały mi e-maile od kolejnych osób, że podpisują. Ja się boję dziekana, znam prawdę, słyszałam te historie wcześniej. Uznałam, że będę palić głupa, że tego apelu nie widziałam.

Inny pracownik mówi: – Nie zdążyłem się nawet zapoznać z artykułem, o jego treści dowiedziałem się od osób broniących dziekana. Prosili pilnie o podpis, więc podpisałem, wszyscy podpisywali. Nie wiedziałem, że moje nazwisko zostanie później upublicznione.

Przeciwko takiemu sposobowi zbierania wyrazów poparcia dla dziekana zaprotestowała Solidarność, pocztą elektroniczną rozsyłając swoje stanowisko do pracowników wydziału. W odpowiedzi część pracowników administracyjnych odpowiedziała, że poparli dziekana zupełnie szczerze.

Odpowiedział też prof. Roman Kuźniar. Pisał, że Solidarność "przestała już dość dawno odgrywać pozytywną rolę w naszym życiu publicznym". Dzielił się wrażeniem, że uniwersytecka komórka wpisuje się "w ten negatywny zwrot, który dokonał się jakiś czas temu na szczeblu krajowym".

Jeśli w tych dniach na Uniwersytecie toczyła się walka o przyszłość Daniela Przastka, to można powiedzieć, że pierwszą rundę wygrał miażdżącą przewagą.

Sposób załatwiania spraw

Nie było to pierwsze pospolite ruszenie, by bronić dziekana Przastka. W kwietniu 2024 roku pojawiły się zarzuty dotyczące tego, że w książce, na podstawie której (między innymi) habilitował się Przastek, znajdują się fragmenty będące plagiatem i autoplagiatem. Było to tuż przed planowanym terminem wyborów. Mówiło się o "brudnej kampanii".

– Nie była to żadna brudna kampania. To ja byłam autorką analizy, która pokazywała nieuczciwe praktyki dziekana – mówi prof. Marta Witkowska.

Pokazuje mi całe akapity przepisane z poprzednich publikacji Daniela Przastka bez podania źródła.

Ze względu na jej analizę Uczelniana Komisja Wyborcza zawiesiła wybory.

Pod pismem pracowników wydziału "sprzeciwiającym się ingerowaniu w [ich] prawo wyboru" podpisało się 180 osób. 

Rektor powołał specjalną komisję do zbadania tej sprawy. Na przewodniczącego wyznaczył prof. Kuźniara, wydziałowego kolegę i podwładnego Daniela Przastka. Raport okazał się korzystny dla dziekana.

Daniel, zjednoczyłeś nas!

Między innymi w sprawie raportu komisji 27 maja odbyło się spotkanie pracowników wydziału z rektorem w Audytorium Maximum. Pracownicy wydziału z sali wołali, żeby raport upublicznić, żeby pokazać, że dziekan jest "czysty".

 "To nie jest świetna opinia, raczej byście tego nie chcieli" – odparł rektor do pełnej sali.

Była też mowa o artykule w "Gazecie Wyborczej". Rektor Nowak miał ze sobą wydrukowane kartki. Mówił, że ma tu e-maile w sprawie Daniela, że są opinie dobre i złe, a on nie jest od tego, żeby to rozsądzać.

'Opinie dobre i złe, a on nie jest od tego, żeby to rozsądzać' (Katarzyna Kaffka)

Atmosfera spotkania była wiecowa: pracownicy wydziału krzyczeli, stukali w stoły, klaskali. Rektor Uniwersytetu Warszawskiego Alojzy Nowak mógł zobaczyć na własne oczy, jak ogromne poparcie na wydziale ma Przastek.

Dr hab. Dorota Heidrich: – Jeżeli kogoś biją, to on powinien iść na policję!

Dr Materska-Sosnowska: – Daniel, my cię wszyscy wspieramy, zjednoczyłeś nas!

Większość osób na sali nie zajęła stanowiska. "Zjedliby mnie" – tłumaczy jedna z pracowniczek wydziału, przekonana o prawdziwości zarzutów.

 – Jako były pracownik wydziału nie dostałem zaproszenia na spotkanie – mówi mi Maciej. Wspomina o tym dlatego, że później padały pytania – także z ust rektora – czemu, skoro dochodziło do przemocy, żadna z poszkodowanych osób nie zabrała wtedy głosu.

Wola w narodzie

Uniwersytet ma struktury, które powinny chronić pracowników przed przemocą. Dlaczego w przypadku Macieja nie zadziałały?

Na uczelni od 13 lat jest stanowisko rzecznika/rzeczniczki akademickiej. Wtedy piastowała je dr Anna Cybulko. To do niej po publikacji "GW" zgłosili się Maciej, Sylwia, Bożena oraz cztery inne osoby, by opowiedzieć swoje historie.

Dr Cybulko nie chce komentować sprawy Przastka, ale zgadza się opowiedzieć o swojej pracy. – Moja funkcja sprowadzała się do działania "na miękko" – tłumaczy.

Mediowała, tłumaczyła, prowadziła warsztaty antydyskryminacyjne. – To przynosiło efekty, o ile była wola w narodzie – komentuje Cybulko.

W rozmowie z moim informatorem w maju 2024 powiedziała, że od "pewnego czasu" jej próby mediacji na wydziale stały się "zupełnie nieskuteczne".

Ofiary przemocy na UW mogą zgłosić się do rzecznika dyscyplinarnego albo do komisji ds. mobbingu. Rzeczniczka na wydziale była jednak lepiej znana, cieszyła się zaufaniem części zaangażowanych w sprawę osób i w efekcie to ona stała się instytucją pierwszego kontaktu.

Problem polegał na tym, że sama nie mogła zrobić wiele. W "skrajnych" sytuacjach za zgodą poszkodowanych nieoficjalnie przedstawiała sprawę bezpośredniemu przełożonemu razem z nazwiskami osób gotowych zeznawać.

– Zwykle brano to na poważnie. Jeśli nie działało, w absolutnej ostateczności zwykłam pisać formalne stanowisko – wyjaśnia Cybulko.

4 czerwca 2024 roku wysłała do rektora oficjalne pismo, pisząc wprost, że dziekan "systematycznie" naruszał "godność pracowników" i że "dochodziło do przemocy psychicznej i fizycznej". Prosiła rektora o jak najszybsze działanie ze względu na zbliżające się wybory. Treść pisma opublikowała "Gazeta Wyborcza".

"Bardzo łatwo jest zniszczyć człowieka"

Przed wyborami rektor Nowak próbował nieoficjalnie przekonać Daniela Przastka, by zrezygnował z kandydowania na dziekana.

10 czerwca na wydziale odbyły się wybory. Kandydat był jeden: Daniel Przastek. Ze 180 elektorów "za" głosowało 100 osób. Mimo że zarzuty, które pojawiły się w prasie potwierdzała pod nazwiskiem rzeczniczka Anna Cybulko.

Dr Anna Materska-Sosnowska: – Są to stanowiska, a nie wiedza, fakty, argumenty. Z tego, co wiem, to były oskarżenia i pomówienia, ale nie zarzuty. Dobrze, że wszczęto postępowanie wyjaśniające.

Mówi, że publikacja w "GW" wyglądała, "jakby gazeta była wykorzystana do czarnego PR" w brudnej walce wyborczej. Ona protestuje przeciwko takim metodom. "W czasach, gdy słowo może zabijać, bardzo łatwo jest zniszczyć człowieka" – puentuje dr Materska-Sosnowska.

Dr hab. Dorota Heidrich: – Nie znam stanowiska rzeczniczki akademickiej, nikt nam go nie przesłał oficjalną drogą.

Pisze w e-mailu, że zna tylko plotki. A plotki były też takie, że osoby, które wypowiadały się w tekście, mogły mieć osobiste powody, by oskarżać dziekana.

Plotki na wydziale po odejściu Macieja mówiły, że grożono mu zwolnieniem dyscyplinarnym, co nie jest prawdą. Mówiło się również, że uzależnił się od narkotyków i rozwiódł się z żoną. Nic z tego nie było prawdą.

Wielu pracowników naukowych nie chce rozmawiać. "Nawet jeśli sympatyzuję z osobami pokrzywdzonymi bądź jestem czymś oburzony, to nie chcę, żeby moja osoba była elementem gry którejkolwiek ze stron ewidentnego konfliktu w naszym środowisku" – słyszę od jednego z szanowanych profesorów.

Dowolnie długo

Niemal od razu po wyborach rektor przekazał sprawę zarzutów wobec Daniela Przastka do wyjaśnienia w ramach procedury dyscyplinarnej. W czerwcu i lipcu rzecznik dyscyplinarny Tomasz Kamiński usłyszał o uderzeniu Maćka (potwierdziło to dwóch naocznych świadków), dowiedział się o "ocieraniu się", o tym, że Przastek złapał Macieja za genitalia, mówiąc, że "jaja mu urwie". Zeznawali między innymi Maciej, Sylwia, Bożena, Michał Jarecki.

Na razie nic z tego nie wynika. Procedura wyjaśniająca ciągnie się do dzisiaj. Dopiero kiedy się zakończy, możliwe jest powołanie komisji dyscyplinarnej – a i to nie zamknie sprawy.

Cybulko: – Komisja dyscyplinarna pracuje zwykle przez przynajmniej rok. Następnie przewidziana jest procedura odwoławcza w komisji przy Radzie Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego, gdzie sprawa może trwać dowolnie długo. Ta procedura jest niewydolna, to jest wiadoma sprawa.

Rektorskie alternatywy

Procedura jest niewydolna, więc trzeba rozłożyć ręce i czekać? Nie do końca. Rektor mógł nie przyjąć nominacji dziekana. Pytam Alojzego Nowaka, czemu tego nie zrobił.

"W związku z wolą większości społeczności wydziałowej [Daniel Przastek] został powołany na stanowisko" – słyszę. "Rektor nie może w żaden sposób ingerować w toczące się postępowanie" – informuje mnie rzeczniczka prasowa UW. 

Rzeczniczka UW: 'Wykorzystano wszystkie możliwości prawne' (Katarzyna Kaffka)

Prof. Tomasz Ochinowski, specjalista od mobbingu i pracownik UW, tłumaczy, że działania poza "normalnym" trybem postępowania wyjaśniającego byłyby odebrane jako zamach na autonomię wydziału.

Od osoby dobrze zorientowanej w uniwersyteckich procedurach słyszę, że istniały możliwości wykraczające poza to, co zostało wykorzystane. Przyznaje to też Anna Cybulko.

Rektor może powołać komisję, która zbada sprawę i przedstawi mu swoją opinię, na podstawie której będzie mógł podjąć decyzję znacznie szybciej niż w ramach postępowania dyscyplinarnego. Poza tym na Uniwersytecie obowiązuje prawo pracy, które pozwala dyscyplinarnie zwolnić pracownika, na przykład w związku z naruszeniem zasad współżycia społecznego.

Ochinowski mówi, że taki sposób rozwiązywania spraw leży poza uniwersyteckim konwenansem. Nie jest jednak niemożliwy.

Cybulko: – Znam sytuacje, kiedy pracowników naukowych chciano zwolnić w trybie dyscyplinarnym. Zwykle kończyło się rozwiązaniem umowy za porozumieniem stron, ale wszystko odbywało się w oparciu o Kodeks pracy.

"Wykorzystano wszystkie możliwości prawne, którymi dysponuje rektor, w zakresie wszczęcia postępowania wyjaśniającego w ramach obowiązujących przepisów prawa" – informuje tymczasem rzeczniczka.

Nowy rok, nowy wydział

We wrześniu rektor uścisnął Danielowi Przastkowi rękę, powołując go na stanowisko dziekana.

Alojzy Nowak ponad tydzień później spotkał się z członkami Solidarności, Sylwią i Maciejem. Rektor przytoczył historię pewnej pani archeolog, której sprawa utknęła w trybie odwoławczym, i przyznał, że procedura może jeszcze potrwać. Powiedział, że jest mu bardzo przykro, że tak zostali potraktowani. Obiecał powołanie komisji rektorskiej, która działałaby sprawniej niż rzecznik dyscyplinarny na wypadek nowych okoliczności.

Nagroda

Tymczasem na wydziale zostało utworzone stanowisko prodziekana ds. organizacyjnych, który "wspiera" dziekana w zakresie kierowania administracją.

Patrycja*: – Było krótkie zebranie, przywitał się. Nikt nie odniósł się do tego, że toczy się jakieś postępowanie i że stało się coś złego. Dziekan zresztą we wrześniu stał się bardzo miły. Do dzisiaj taki jest. Pilnuje się.

W październiku 2024 roku Wydziałowa Rada Dydaktyczna pozytywnie zaopiniowała kandydaturę Daniela Przastka do nagrody rektora dla nauczycieli akademickich. Kandydatury ostatecznie zatwierdza dziekan, a rektor jedynie podpisuje nagrodę. W efekcie Rada Dydaktyczna proponowała dziekanowi, by sam sobie przyznał nagrodę.

Dr Tomasz Mering, przewodniczący komisji, tłumaczy, że właśnie z tego względu (formalnego) dziekan nagrody nie dostał.

Konsolidacja

Sylwia Kucharek pracuje na UW, teraz na Wydziale Zarządzania. Mimo to zgodziła się mówić pod nazwiskiem. – Nie jestem sama, wiem, jaka jest prawda. Została wyrządzona nam krzywda. Nie chcę, żeby kolejne osoby musiały przez to przechodzić.

Seweryn Dmowski: – Od kiedy postawiłem się Danielowi, stałem się wrogiem dla niego i większości jego współpracowników: jedni nie odpowiadają na "dzień dobry", inni patrzą na mnie jak na gów*o. Nie sądzę, żebym dostał jeszcze jakąkolwiek nagrodę – nie szkodzi. Mogę prowadzić swoje badania, mam dydaktykę, którą lubię. Można powiedzieć, że nic mnie złego nie spotkało – poza tym, że część ludzi, z którymi od lat pracowałem, ma mnie za zdrajcę dziekana i wydziału.

Inny pracownik na wydziale dodaje: – Do dzisiaj atmosfera jest napięta. Nie rozumiem, czemu w sprawie Przastka dalej nic nie wiadomo. Nie mówię o tym na głos. Sam już nie wiem, komu mogę ufać, a kto powtórzy coś dziekanowi.

Dr Anna Materska-Sosnowska: – Nastąpiła konsolidacja wydziału, jakiej dawno nie widziałam.

Z okazji świąt Bożego Narodzenia jedna z wydziałowych choinek została przyozdobiona podobizną Daniela Przastka.

Choinka przyozdobiona zdjęciem dziekana: grudzień 2024 roku (Znany autorowi)

"Jestem spokojny"

Co dalej z postępowaniem?

Rzeczniczka prasowa UW Anna Modzelewska: – Pozostaje na etapie wyjaśniającym. Nic więcej nie możemy powiedzieć.

Maciej: – Praca z Danielem zniszczyła mnie psychicznie. Chciałbym ujawnieniem tej historii spróbować uchronić innych przed tym, co spotkało mnie i innych pracowników wydziału.

Zapytałem Daniela Przastka, czy kiedykolwiek naruszył integralność cielesną osoby bądź osób związanych z wydziałem. Czy znieważał pracowników. Czy w rozmowach z nimi przywoływał często temat seksu. W końcu: jak rozumie fakt, że wiele osób zeznawało przeciwko niemu w postępowaniu wyjaśniającym.

Nie odniósł się do moich pytań. Napisał, że dopóki trwa postępowanie wyjaśniające, "nie będzie zabierał głosu". Odesłał mnie do swojego stanowiska z 2024 roku, w którym przekonywał, że próbuje się go dyskredytować przed wyborami. "W pracy zawsze kieruję się profesjonalizmem i odpowiedzialnością" – twierdził wtedy. Wciąż podtrzymuje swoje stanowisko. 

W e-mailu do mnie podkreślił jeszcze, że posiada mocny mandat od "Społeczności Wydziału". O wynik postępowania wyjaśniającego "jest spokojny".

Maciej do dziś leczy się psychiatrycznie. W trakcie pracy na Uniwersytecie Warszawskim podjął próbę samobójczą.

[AKTUALIZACJA]

Kilka godzin po publikacji tekstu Alojzy Nowak powołał "dodatkową komisję rektorską, której celem jest zbadanie zasadności publicznie stawianych zarzutów".

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu Polska Stories. Obecnie współpracuje z redakcją Weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m. in w Dużym Formacie i Tygodniku Powszechnym. Kontakt z autorem: jan.rybicki@grupagazeta.pl.