Mariusz: Po sezonie? Jak co roku – liczenie kromek chleba. Bieda.
– W trakcie sezonu jesteśmy tu uwięzieni – mówi Tomek. Pociągi niesamowicie zatłoczone, samochodem dojazd do Pucka (miasta powiatowego) może zająć dwie–trzy godziny, na Helu tłumy.
Dla Mariusza i Tomka czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień to praca bez weekendów po dziesięć–dwanaście godzin dziennie. Tomek woził turystów meleksem, Mariusz sprzedawał ubrania. Szef Mariusza mawia, że w sezonie o weekendach zapominają, a od chorowania jest reszta roku.
Mariusz: – Mała pociecha, jeśli człowiek pracuje tylko w sezonie.
On, wyrabiając 70 godzin w tydzień, na koniec miesiąca ma na rękę około sześciu tysięcy. Mieszka z rodzicami i odkłada na resztę roku.
W połowie września Hel zaczyna się zwijać i po dwóch tygodniach, na początku października, nie ma już lodów i kebabów z przyczep ani magnesów z napisem "Hel". Zamyka się część restauracji i publiczna toaleta. "Dwa różne światy" – mówi Tomek. Jego zdaniem zimą się po prostu czeka.
Tomek: – Życie po sezonie? Wstaję koło 10, żeby wyjść z psem, coś tam porobić. Cokolwiek. Rodzicom w czymś pomogę. Czasem złapię dodatkową pracę, na przykład przy remoncie jakiejś agroturystyki.
Mówi, że z meleksów, jeśli człowiek jest pracowity, z pięciu miesięcy pracy, od maja do września, jest w stanie odłożyć tyle, żeby – o ile dorabia – utrzymać się i nawet raz w roku pojechać za granicę na wakacje.
Dla Mariusza jesień i zima są trudne.
– Jest czas, ale nie ma na tyle pieniędzy, żeby fajnie żyć. Opłaty, zakupy… jest siedzenie i mówienie sobie: dobra, tego to nie potrzebuję, bez tego też się obejdę… Zaczynają się długi. W sezonie się spłaca i tak w kółko.
Cykl (wyprostowani)
Tutejsza pomoc społeczna wspiera obecnie około stu osób. W większości, jak wyjaśnia Irena Lenc, kierownik ośrodka, są to osoby bezrobotne, bez prawa do zasiłku dla bezrobotnych, z chorobą alkoholową. Korzystają z pomocy także osoby starsze, przewlekle chore, z niewielką emeryturą. Dla nich sezon niewiele zmienia.
– Ale są i tacy, którym uchylamy na sezon decyzję administracyjną przyznającą wsparcie finansowe. Ci ludzie idą do pracy, zarabiają. Po trzech miesiącach wręcz widać, że jakość życia się u nich podniosła. Są jakby pewniejsi siebie, mam wrażenie, że wręcz bardziej "życiowo" wyprostowani. Zadbani, w nowych ubraniach. Czasem spłacają zadłużenie mieszkania, dzięki czemu mogą ubiegać się o dodatek mieszkaniowy na kolejne miesiące.
Bursztynek
Irena Lenc na Helu spędziła całe swoje życie. Rozmarza się nieco, kiedy opowiada o miasteczku, w którym dorastała. Wtedy, do 2006 roku, na Helu stacjonowało wojsko, w miasteczku znajdował się port wojskowy. Wojsko tworzyło miejsca pracy, gwarantowało przywileje. Na przykład basen dostępny dla wszystkich dzieciaków w szkole. Albo kino Wicher, do którego mogli przychodzić wszyscy mieszkańcy.
– Wszystkie filmy mieliśmy nawet wcześniej niż w kinach ogólnodostępnych! "Gwiezdne wojny", "Szczęki", "Czas apokalipsy"… – wymienia Irena Lenc.
Przy wojsku działał zespół taneczny Bursztynek, w którym pani Irena też występowała. – Rywalizowaliśmy z zespołami z Trójmiasta! – mówi z satysfakcją.
Teraz kino jest zburzone, Bursztynka nie ma. A Irena Lenc pracuje jako kierownik lokalnego ośrodka pomocy społecznej.
Cykl (większe ambicje)
Większość osób, które w sezonie przestały potrzebować wsparcia, w okolicach października znowu się po nie zgłasza. – Są osoby, które naprawdę chcą pracować. Ale realia są takie, że pracy tu nie ma – mówi Irena Lenc na koniec rozmowy.
– Jest PoloMarket, urząd, firma komunalna, a poza tym głównie restauracje i hotele. Ekipa zarządzająca też zwykle jest z zewnątrz – mówi jeden z mieszkańców Helu, zagadnięty przeze mnie po rozmowie z kierowniczką MOPS-u. – Osoby stąd dostają pracę w recepcji, przy sprzątaniu pokojów. Moje dzieci mieszkają w Gdyni i tam pracują. I dobrze. Ja jako rodzic mam większe ambicje.
"Początek Polski. To zobowiązuje"
Mirosław Wądołowski jest burmistrzem Helu szóstą kadencję. – Jesteśmy miastem zależnym od turystyki – mówi bez ogródek. – Nie ma u nas zakładów przemysłowych, nie ma terenów na rolnictwo. Turystyka to nasze być albo nie być. Poza usługami prężnie działa jedynie przeładunek i połów śledzi oraz szprotów.
Burmistrz przyznaje, że dla wielu osób sezon jest źródłem utrzymania na resztę roku, ale zaznacza, że w Helu jest coraz więcej całorocznych miejsc pracy: fokarium, kilka muzeów, wiele restauracji, dwa hotele.
– Nie sposób sezonu turystycznego ująć w liczby, ponieważ miasto nie jest przedsiębiorstwem – mówi.
Ale zyski dla miasta są wymierne – 1 mln 800 tys. zł za dzierżawy miejsc na stragany, około 400 tys. zł za opłatę miejscową, 200–250 tys. zł z opłat za pozwolenie na parkowanie w mieście. Sezon to też koszty: pół miliona na promocję miasta, pensje i zakwaterowanie dla 24 policjantów, którzy przyjeżdżają na ten okres z Polski.
– Samo przygotowanie plaży to spory koszt, ale nasze hasło reklamowe to "Hel. Początek Polski". To zobowiązuje. Co roku staramy się być w czołówce Polski, jeśli chodzi o najpiękniejsze plaże – mówi burmistrz.
Pytam, czy śmieci nie są kolejnym dodatkowym wydatkiem. Przyznaje, że miasto dopłaca co roku około 200–300 tys. do wywozu odpadów. – Ale nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakbym narzekał na turystów. Jest przeciwnie – my turystów zapraszamy.
100 proc. przebicia
W sezonie oprócz turystów można spotkać dziesiątki osób, które przyjechały na Hel do pracy. To sezonowi pracownicy i przedsiębiorcy.
Bazę nurkową Dive Land prowadzi Kamil z Warszawy. Wypożycza turystom sprzęt, prowadzi kursy. Mówi, że w Bałtyku można oglądać nieźle zachowane statki z nawet XVI–XVII wieku – ewenement na skalę światową.
Przez lata przyjeżdżał tu na sezon, a później wiózł z powrotem sprzęt do Warszawy, ale uznał, że nie ma to najmniejszego sensu. Zakochał się, ma tu dziecko i zimą mieszka w mieszkaniu partnerki w bloku. Większość roku – niesezonową – poświęca na naprawę i konserwację sprzętu. Przyznaje, że ten interes nie jest szczególnie dochodowy; jeździ chryslerem z 1990 roku. – Zajmuję się tym z pasji, nie dla pieniędzy – tłumaczy.
Leszek sprzedaje pamiątki, również z pasji – do pieniądza, gotówki i handlu. Jest żwawym mężczyzną z siwym wąsem. Mówi, że nigdy nie miał konta w banku, karty bankomatowej, że nawet portfela nie używa.
– Handluję całe życie. Woziłem tulipany – żeby było śmieszniej, z Polski do Holandii – tetry z Francji. Niesamowity zarobek.
Na Helu, gdzie mieszka w małym domku, którego jest właścicielem, codziennie – od poniedziałku do niedzieli – sprzedaje ze swojego stoiska (8 tys. za miejsce na sezon) pamiątki. – Magnesy, czapki, kapitańskie i zwykłe, i foki, i rekiny, zegary w środku, co dusza zapragnie. Na każdym produkcie muszę mieć 100 proc. przebicia minimum.
W zeszłym roku po odliczeniu wszystkich kosztów zostało mu około 40 tys. zł. Z tymi pieniędzmi wraca na Śląsk, gdzie jako człowiek w wieku emerytalnym zajmuje się działką, a domek na Helu stoi pusty.
Ile potrzeba, żeby zacząć taki biznes? Leszek szacuje, że około 30 tys. zł: z dzierżawą, towarem, stojakami, z dodatkowymi kosztami, jak na przykład śmieci czy sam wjazd do miasteczka. Można by zacząć od mniejszej inwestycji, zależy, co kto chce sprzedawać. On interes ma poważny.
"Sezonowcy"
Na wakacje przyjeżdża na Hel rzesza ludzi, którzy zatrudniają się u helskich większych przedsiębiorców. Na przykład u Radosława Sikory, tutejszego magnata meleksów. "Sezonowcy" trzymają się razem – przekonuje jeden z nich. Co czwartek wieczorem spotykają się przy wejściu na plażę nr 66 i tam grają we flanki [gra polegająca na rzucaniu do celu, bieganiu i przede wszystkim piciu piwa na czas – przyp. red.]. Zaproszony jest każdy.
W połowie września "sezonowcy" zaczynają się pakować, na przełomie września i października są już w drodze do domu. Wśród nich Adam i Piotrek.
Wychowali się na Helu, ale mieszkają w Trójmieście. Przyjeżdżają pracować w sezonie. Później Piotrek wraca na studia, a Adam w miesiącach jesienno-zimowych pracuje jako kurier, który dowozi jedzenie. Później będzie szukać czegoś innego – jeszcze nie wie czego. Chciałby się ustatkować i kupić mieszkanie, ale nie stać go na kredyt.
Piotrek mówi, że kocha Hel, ale to miłość pomieszana z nienawiścią. Nie zamierza tu nigdy więcej mieszkać.
Natasza z okolic Lwowa. Lato spędza w toalecie nad morzem, inkasując od każdego 5 zł. Zarabia około 150 zł za dzień. Kiedy kończy się sezon, wraca do domu.
Hilton
Na Helu można nieźle zarobić na wynajmie pokoi turystom, szczególnie jeśli można pokój czy mieszkanie zareklamować jako lokal "premium". Niższy standard można zaoferować pracownikom.
Fasada budynku przy ulicy Maszopów wygląda jak z dwóch różnych światów. To Hilton, jak o nim mówią pieszczotliwie niektórzy. Jedna część jest odmalowana i odnowiona. Z drugiej sypie się tynk – i to do niej trafiają pracownicy.
Dziewięć pokoi, osób przynajmniej kilkanaście, a prysznice dwa, czasem z ciepłą, czasem z zimną wodą. Prąd był, dopóki wieczorem wszyscy lokatorzy nie wrócili. Wtedy wywalało korki.
– Ale w sezonie szło się do pracy i wracało tylko spać, więc dało się wytrzymać – mówi jedna z osób, które tam mieszkały.
W budynku nie ma ogrzewania, ale dopiero we wrześniu to zaczyna być problem.
Nasza klasa
Pracowników w sezonie można ulokować nie tylko w dawnych budynkach przemysłowych, ale też w szkole.
– Miałem nadzieję, że będę w mieszkaniu pracowniczym, bo tam zaczynałem sezon, ale szef powiedział, że przenoszę się do szkoły – mówi Maciek, który przyjechał z okolic Poznania.
Szkoła w Helu latem zamienia się w tanią noclegownię z około trzema setkami miejsc. Mogą tam się przespać harcerze, zorganizowane wycieczki, niektóre sale wynajmują też pracodawcy.
Maciek: – Było nas osiem osób. Łazienki na korytarzu, łóżka obok siebie, zero prywatności – wiadomo. I w dodatku pluskwy, człowiek pogryziony wstawał. Nie wiem, jak u innych, nasza klasa miała taki problem. Na szczęście firma załatwiła nam nowe materace. Przynajmniej za zakwaterowanie nie płaciłem dużo: 300 zł za miesiąc.
Dyrektor zespołu szkół w Helu Dawid Migacz zaznacza, że szkoła jedynie dzierżawi przestrzeń prywatnej firmie, która wynajmuje "pokoje" w szkole i obsługuje pole namiotowe przed szkołą.
Mówi, że jest świadomy trudności związanych z nieregularnym rytmem życia na Helu. Widzi to po swoich uczniach. Zdarzyło się, że w czerwcu jeden z dojeżdżających do szkoły z Jastarni nie został wpuszczony do pociągu z powodu tłoku. Szkoła interweniowała.
– Staramy się, żeby na Helu cały czas coś się działo. Po pierwsze, drugi rok funkcjonuje liceum. Dojeżdżają do niego dzieciaki z całego Półwyspu Helskiego. Mamy uczniów, którzy z rodzicami przeprowadzili się do Pucka, ale oni chcieli skończyć edukację u nas, dojeżdżają. Co miesiąc w szkole organizujemy wydarzenie, które ma integrować uczniów i ich rodziców.
Przekonuje, że w małej miejscowości takie akcje mają sens. Rodzice, którzy się polubią w szkole, widują się później na ulicy. – Wiem, że wiele osób decyduje się wyjechać z Helu. Młodzi ludzie, którzy chcą studiować, jadą do Trójmiasta i raczej nie wracają. Na pewno jednym z powodów są ceny mieszkań.
Bo z lokalami mieszkalnymi mają problem nie tylko "sezonowcy".
Między młotem a kowadłem
– Jest drogo i w dodatku nie ma w czym wybierać – złości się sprzedawczyni w jednym ze sklepów, która sama wychowuje dziecko. – Mam umowę do końca października i znalazłam dwa mieszkania w cenach, które można wziąć pod uwagę. Jedno nie ma sprawnego ogrzewania, a drugie to kawalerka za 2800. Moja pensja to trochę ponad 3200!
Zimą jest sporo wolnych pokoi i apartamentów dla turystów, ale wielu właścicielom bardziej opłaca się trzymać je puste, niż ryzykować lokatora, który może nie wyniesie się przed sezonem. – Zresztą przeprowadzać się co kilka miesięcy z małym dzieckiem, to też byłoby nie do zniesienia – macha ręką Ania.
Kamil się nie zgadza. On z partnerką i dzieckiem wynajmują tanio mieszkanie zimą, a latem przeprowadzają się do kampera. Ma w ten sposób blisko do klientów. Nie narzeka.
"Ostatni grunt"
Dla Ani sezon czy po sezonie – jedna bieda.
Prawdziwe pieniądze na turystyce w Helu robią ci, którzy mają nieruchomości i ziemię. Dochodowe są nawet parkingi, które są w stanie w sezonie zagwarantować setki tysięcy złotych przychodu.
Hel składa się z domów i kilku bloków zbudowanych w PRL-u, dużych hoteli i nowoczesnych osiedli, które często są przeznaczone na "apartamenty" dla turystów. Na dwóch popularnych serwisach sprawdzam ceny nieruchomości. Tanio za metr wychodzi, jeśli się ma 15 mln w gotówce. Można wtedy zapłacić około 8 tys. zł za metr kwadratowy. Ziemi, nie mieszkania. Ale działka jest w pakiecie z projektem "premium" zabudowy oraz zezwoleniem na budowę. "Ostatni grunt w samym sercu Helu" – reklamuje pośrednik.
Najtańsze mieszkanie (z rynku wtórnego), które znajduję na dwóch serwisach, jest po 8800 zł za metr. 550 tys. za całość. Większość ofert – po kilkanaście, czasem kilkadziesiąt tysięcy złotych za metr.
Hel jest jedną z najszybciej wyludniających się gmin w Polsce. W latach 2002–2021 jego populacja zmniejszyła się o 24 proc. W roku 2023 saldo migracji wynosiło minus 39 osób. W mieście pozostało (zameldowanych) 2786 osób.
Burmistrz Wądołowski: – Nikt nie powiedział, że Hel musi być dużym miastem. Ten spadek ludności wynika przede wszystkim ze zlikwidowania dużej jednostki wojskowej na Helu.
A ceny ziemi i apartamentów? Oczywiście, że są wysokie i że większość mieszkańców nie jest sobie w stanie na nie pozwolić. – Nie mamy na to wpływu – mówi burmistrz.
Wiele ziemi w mieście posiada Agencja Mienia Wojskowego. Miasto zarządza portem, ale nie jest właścicielem portowych zabudowań, częściowo pustostanów. Większość ziemi w samym Helu jest w rękach prywatnych.
– Zadaniem miasta nie jest gromadzenie nieruchomości – mówi burmistrz.
Dlatego miasto swoje tereny raczej sprzedawało: działki inwestorom, lokalne komunalne – mieszkańcom (z dużą bonifikatą).
– Co nie znaczy, że nie staramy się rozwiązać problemu mieszkaniowego – zapewnia Wądołowski.
Miasto wynajmuje na przykład od Agencji około 80 mieszkań i podnajmuje je mieszkańcom. – Nie zarabiamy na tym złamanego grosza – mówi Wądołowski.
Zaznacza, że miasto obecnie stara się pozyskać od Agencji trzy działki, m.in. na dodatkowe ujęcie wody i na nową siedzibę Ochotniczej Straży Pożarnej.
Nowa nadzieja
Miasto Hel niebawem oddaje do użytku 30 nowych mieszkań komunalnych. Burmistrz Wądołowski chce, żeby w przyszłości powstały kolejne bloki.
Przy szkole ma powstać nowa pływalnia, dostępna dla wszystkich mieszkańców – jak za czasów wojska 20 lat temu.
Mariusz, który co roku po sezonie "liczył kromki chleba", w końcu zdobył pracę stałą – jako sprzedawca w sklepie.

