Reportaż
Zdjęcie ilustracyjne (Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl)
Zdjęcie ilustracyjne (Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Rozdział I. Decyzja

42-letnia Ania zgłosiła się do mnie, żeby wypowiedzieć się na temat "babciowego", o którym pisałam tekst. W trakcie rozmowy okazało się, że jest solo mamą z wyboru.

Spotykamy się w Warszawie, w kawiarni w centrum miasta. Ania robi sobie przerwę na lunch. Przyjeżdża na rowerze, z tyłu ma zamocowany fotelik dla dziecka.

– Z różnych względów związki, w które wchodziłam, nie kończyły się ciążą. Gdy miałam 37 lat i rozstałam się z partnerem, dotarło do mnie, że jest mi smutno przede wszystkim nie z powodu rozstania, ale dlatego, że nie jestem w ciąży – zaczyna Ania.

'Gdy miałam 37 lat i rozstałam się z partnerem, dotarło do mnie, że jest mi smutno przede wszystkim nie z powodu rozstania, ale dlatego, że nie jestem w ciąży' (Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl)

Zrozumiała wtedy, że nie musi mieć partnera, by założyć rodzinę. – Nieuczciwe byłoby też z mojej strony szukanie mężczyzny, żeby mieć dziecko. Zaczęłam więc rozważać zostanie solo mamą. Miałam stabilną sytuację życiową: dobrze płatną pracę, mieszkanie w Warszawie, wsparcie rodziców. Wiedziałam, że podołam – opowiada.

Długo zastanawiała się, czy powinna to robić. – Może to egoistyczne z mojej strony, że od początku skazuję dziecko na brak ojca? Psychoterapeuta, gdy usłyszał o moim pomyśle, kazał mi się zastanowić, dlaczego potrzeba posiadania dziecka się u mnie pojawiła. Przez kilka dni przygotowywałam w myślach listę argumentów, czułam się, jakbym miała stanąć przed sądem. Ale potem się wkurzyłam – kobiety posiadającej partnera, która zdecydowałaby się na założenie rodziny, na pewno by o to nie poprosił. Powiedziałam mu o tym. Przyznał mi rację i przeprosił – wspomina Ania.

– Myślałam, że moje życie potoczy się tradycyjnym torem: w pewnym momencie poznam kogoś, kto też będzie chciał założyć rodzinę, zakochamy się w sobie i w sposób naturalny pojawią się w naszym życiu dzieci. Ale tak się nie stało – mówi 39-letnia Kasia, z którą skontaktowała mnie Ania. Zdzwaniamy się w którąś sobotę wieczorem – tylko wtedy Kasia ma czas, gdy jej dziecko idzie spać.

W wieku 36 lat Kasia uznała, że nie będzie dłużej czekać, aż spotka właściwego partnera. – Potrzeba posiadania dziecka była już tak silna, że pomyślałam: może zrobię to sama? Pojawiło się jednak pytanie, czy w ogóle jestem w stanie mieć własne dzieci – kontynuuje.

Gdy miała dwadzieścia kilka lat, pojawiły się u niej problemy z nieregularnymi miesiączkami, objawy jak przy menopauzie: nerwowość, uderzenia gorąca. – Chodziłam od lekarza do lekarza, ale nikt nie był w stanie powiedzieć, co jest nie tak. W końcu pewna ginekolożka, po długim wywiadzie, szeregu badań, postawiła diagnozę – przedwczesne wygasanie czynności jajników. Zaleciła natychmiastowe leczenie niepłodności, zasugerowała, abym zamroziła jajeczka. Skonsultowałam się z jedną kliniką. Lekarz, gdy zobaczył moje wyniki, stwierdził, że moje szanse na wyhodowanie jajeczek są praktycznie zerowe. Zniechęcił mnie. Poza tym miałam dopiero 29 lat, zupełnie nie myślałam o zakładaniu rodziny – opowiada Kasia.

Pomysł mrożenia jajeczek trafił do kosza. Na siedem lat.

– Stworzyłam plan działania – kontynuuje opowieść Kasia. – Samodzielną mamą mogłam zostać na trzy sposoby: metodą in vitro z użyciem własnej komórki i wykupionego nasienia, tą samą metodą z użyciem zarówno adoptowanej komórki jajowej, jak i nasienia, mogłam też adoptować dziecko. Postanowiłam: jeśli pierwsza opcja okaże się niemożliwa do realizacji, przechodzę do kolejnej.

40-letnią Agnieszkę znajduję w grupie na Facebooku "In vitro w Polsce". W jednym z postów z lipca 2023 roku wyznaje, że jest samodzielną mamą z anonimowego dawcy. Ma 14-miesięcznego synka i znów jest w ciąży. Piszę do niej na Messengerze. Na moją propozycję rozmowy odpowiada entuzjastycznie. Dwa tygodnie później odwiedzam ją w Żyrardowie.

Drzwi mieszkania w jednej z pofabrycznych kamienic z czerwonej cegły otwiera uśmiechnięta kobieta. Ma półdługie siwe włosy, ułożone, jest umalowana. Za nią stoi Tadzik, który dzień wcześniej skończył dwa lata. Na kanapie w salonie leży zawiniątko. Z dziecięcego gniazda wystaje tylko główka – to dwumiesięczna Różyczka.

Wypowiadam swoje myśli na głos:

– Dwójka dzieci, a tu posprzątane, pani wyspana, umalowana!

– Wiedziałam, że pani ma przyjechać, więc wstałam wcześniej, żeby się przygotować. Ale zazwyczaj jest tak, że przez trzy dni nie mam kiedy uczesać włosów, a jak już znajdę chwilę, by to zrobić, to wyczesuję z nich okruchy chleba.

Agnieszka zaczyna swoją historię. – Przez wiele lat byłam przekonana, że nie mogę mieć dzieci. Gdy byłam jeszcze przed trzydziestką, przez sześć lat z moim byłym narzeczonym staraliśmy się o dziecko. I nic. Badałam się w kierunku niepłodności, ale wszystkie wyniki miałam prawidłowe. Uznaliśmy, że problem musi być po jego stronie. Byliśmy już gotowi, żeby planować życie tylko we dwójkę, kiedy nagle któregoś dnia dowiedziałam się, że jego koleżanka jest z nim w ciąży. Zostałam sama z myślą, że to ze mną był problem. I zaczęłam znów się badać.

Kolejni lekarze nie byli jednak w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Agnieszka nie mogła zajść w ciążę. – Gdy trafiłam na lekarza, który powiedział: "Wszystko z panią w porządku, proszę się modlić", uznałam, że kończę z tymi badaniami. W tamtym momencie swojego życia i tak o dzieciach nie myślałam, byłam skupiona na pracy – przekonuje.

Minęły cztery lata i Agnieszka poznała o 20 lat starszego mężczyznę. Rozwodnika z dwójką dorosłych dzieci. Zakochali się w sobie. Od razu pojawił się temat potomstwa. – Mój partner miał obawy, że będę chciała założyć rodzinę, a on miał dzieci. Odpowiedziałam – zgodnie z wewnętrznym przekonaniem – że nie ma się o co martwić, bo najprawdopodobniej jestem bezpłodna. Podobnie jak z narzeczonym nie zabezpieczaliśmy się, w ciążę nie zachodziłam – mówi Agnieszka.

W 2020 roku wybuchła pandemia. Ludzi ogarnęła panika i strach o życie własne i bliskich. – Któregoś dnia mój partner mi zakomunikował, że nie może się ze mną spotykać przez jakiś czas, ponieważ sprowadził do siebie mamę, a ja z racji częstego kontaktu z ludźmi w pracy mogę zarazić ją covidem – wspomina Agnieszka.

Na początku okazała zrozumienie. Do czasu. – Zaczęły pojawiać mi się myśli, że niby się kochamy, ale w trudnej sytuacji nagle staję się obcą osobą. Zaraz stuknie mi czterdziestka i co dalej? Nie chcę zostać sama na stare lata! Skoro on nie traktuje mnie jak rodzinę, muszę stworzyć sobie własną. Poczułam silny instynkt macierzyński.

I tak Agnieszka trafiła na stronę internetową o samodzielnym macierzyństwie.

Rozdział II. Jak?

– Moja ginekolożka opowiedziała mi o metodzie inseminacji – w przypadku kobiet zdrowych szanse na zapłodnienie są duże, poza tym jest to opcja zdecydowanie tańsza niż procedura in vitro. Wystarczy wybrać bank nasienia i dawcę – mówi Ania.

Nasienie przyszło do niej pocztą na adres domowy. – Zrobiłam sobie romantyczny wieczór sama ze sobą, zapaliłam świece – opowiada.

Dwie pierwsze próby inseminacji się nie powiodły. – Gdy spróbowałam trzeci raz zrobić zamówienie z banku, pojawiła się informacja, że przepisy europejskie uległy zmianie i od tej pory można zamówić nasienie wyłącznie do kliniki. Żadna polska klinika nie wydałaby mi jednak nasienia jako solo matce bez podpisu mężczyzny, jedyną opcją dla mnie było wykonanie tego we współpracy z zagraniczną kliniką – tłumaczy Ania.

Zaczęła kalkulować. – Stwierdziłam, że metoda inseminacji jest dla mnie zbyt niepewna. Wymagałaby też wielu wyjazdów za granicę, co przy etatowej pracy było kłopotem. Uznałam, że zdecyduję się na in vitro. Wybrałam klinikę w Czechach. Miałam już umówioną wizytę na pobranie komórek jajowych, kiedy wybuchła pandemia i zamknięto granice.

Klinika leczenia niepłodności (Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl)

Ania musiała uzbroić się w cierpliwość. Po kilku miesiącach wróciła do planowania wyjazdu. – Zarezerwowałam fajny apartament, na wyjazd wzięłam ze sobą moją ukochaną ciocię, żeby trzymała mnie za rękę przed zabiegiem. Spędziłyśmy w Czechach dwa tygodnie, w trakcie których udało się zarówno pobrać mi jajeczka, wyhodować zarodki, jak i dokonać transferu – wspomina Ania.

Kasia: – Znalazłam lekarza na południu Polski, który specjalizował się w tak beznadziejnych przypadkach jak ja. Zaproponował, że przeprowadzi całą stymulację hormonalną, a na sam zabieg pojadę do Ukrainy, do kliniki, z którą współpracował.

Kasia miała już podpisywać umowę z kliniką na wykonanie całej procedury, ale po kolejnych badaniach jej lekarz wydał wyrok: nic z tego nie będzie. – Powiedział, że wyniki są za słabe. Kilka tygodni zajęło mi pogodzenie się z tym, że nie mogę mieć własnych dzieci. Ale potem wróciła myśl: nieważne jak, dla mnie najważniejsze jest to, żeby po prostu zostać mamą – opowiada.

I przeszła do punktu drugiego.

– Chciałam kontynuować współpracę z ukraińską kliniką, ale w mediach zaczęło się pojawiać coraz więcej informacji o potencjalnym ataku Rosji na Ukrainę. Przestraszyłam się, że pojadę na zabieg i nagle zastanie mnie tam wojna! Mimo, że byłam już na etapie wybierania dawczyni komórek oraz miałam umowę gotową do podpisu, postanowiłam zmienić klinikę. Inna solo mama, z którą udało mi się nawiązać kontakt, poleciła mi rozważenie placówek estońskich. Zdecydowałam się na jedną z nich – mówi Kasia. 

Agnieszka o swojej decyzji, by zostać solo mamą, od razu powiedziała partnerowi. – Jeśli chcesz mi w tym towarzyszyć, to będę szczęśliwa, ale jeśli nie, zrozumiem. Był w szoku, ale po kilku dniach zadzwonił i zapewnił, że mnie nie zostawi.

Na stronie o samodzielnym macierzyństwie Agnieszka wyczytała, że może poddać się in vitro jako singielka w trzech krajach: Grecji, Szwajcarii lub Ukrainie. – Ukraina odpadła, bo źle mi się kojarzyła, z korupcją, bezprawiem. Na Szwajcarię nie byłoby mnie stać. Została więc Grecja – wspomina Agnieszka. – Okazało się, że jedną z greckich klinik prowadzi lekarz z Polski. Napisałam do niego mejla i opisałam, kim jestem, ile mam lat, jaka jest moja historia.

Lekarz oddzwonił do niej tego samego dnia i spytał: "Na co ty czekałaś tyle lat?! I co to za lekarze, co kazali ci się modlić! Jak dobrze, że wyjechałem z tego kraju. Bierzemy się do roboty".

Tylko jemu udało się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Agnieszka do tej pory nie zaszła w ciążę. –Okazało się, że mam bardzo dużo komórek NK [z ang. natural killers, czyli limfocyty – przyp. red.]. W ciąży mogłam być co miesiąc, ale mój organizm traktował zarodek jak zagrożenie, wirusa, którego należy wyeliminować – tłumaczy.

'O tym, że chcę zostać solo mamą, wiedzieli moi rodzice i najbliżsi przyjaciele' (Krzysztof Koch / Agencja Wyborcza.pl)

Podczas procedury przygotowywania się do pobrania komórek i transferu zarodka Agnieszka musiała przyjmować duże dawki sterydów obniżających odporność. – W efekcie stymulacji hormonalnej udało mi się wyhodować aż 22 jajeczka. Pamiętam, jak leciałam do Grecji na punkcję z brzuchem, jakbym była w ciąży! – wspomina Agnieszka.

W podróży do kliniki towarzyszył jej partner, ale z wyjazdu wróciła już jako singielka. – Z wizyty, podczas której lekarz opisywał medycznym językiem, co jeszcze mnie czeka – kolejne dawki hormonów, transfer, potem, jeśli wszystko się powiedzie, ciąża, poród – mój partner wyszedł cały blady. Wyznał mi: kocham cię, ale już raz przez to przechodziłem, kolejny nie dam rady. Poza tym jak to twoje dziecko będzie się do mnie zwracać? Per wujku? Dziadku? Miałam złamane serce, ale musiałam go zrozumieć – wspomina Agnieszka.

Rozdział III. Trudny wybór

– Na początku czułam się jak na zakupach w Amazonie – podekscytowana i jednocześnie przytłoczona – tyle dawców miałam do wyboru – mówi Ania. – Pomyślałam, jakie to niesamowite, że mogę podjąć decyzję w kwestii puli genów, którą otrzyma moje dziecko. Mogłam wybrać kolor oczu, włosów, kolor i rodzaj skóry. Dostępne były także zdjęcia z dzieciństwa dawców, a nawet próbki głosu. Opisane były ich zainteresowania, a nawet osobiste opowieści typu "zabawna historia z życia", "najstraszniejsza historia z życia". Niekiedy dawców porównuje się do znanych osób, więc w pewnym momencie wybierasz między Benem Affleckiem a Mattem Damonem...

Szybko jednak dopadła ją frustracja. – Czym się kierować przy wyborze? Czy to nie trąci eugeniką? Robiłam listy za i przeciw. Wciąż jednak czułam, że żadne z przyjętych przeze mnie kryteriów nie jest tym właściwym. Pomyślałam, muszę poczuć "to coś". Ostatecznie wybrałam gościa, który mnie rozbawił.

Jak podsumowuje Ania, miał być blondyn o niebieskich oczach, a skończyło się na szatynie o ciemnej karnacji.

Bank nasienia i komórek jajowych, z którym współpracowała klinika w Estonii wybrana przez Kasię, ma w swojej bazie wyłącznie dawców anonimowych. Wynika to z miejscowego prawa. – Dostępnych jest niewiele informacji na temat dawców: pochodzenie etniczne, kolor włosów, oczu, wzrost, budowa ciała, grupa krwi, wykształcenie – precyzuje Kasia.

Wybór wciąż jednak nie był prosty. – Przesłano mi plik z kilkudziesięcioma dawcami! Na pewno zależało mi, żeby dawca był wysoki, bo lubię takich mężczyzn, ale potem okazało się, że większość estońskich facetów jest raczej wysoka – śmieje się Kasia.

Ostatecznie padło na wysokiego szatyna.

Kasia musiała także dokonać adopcji komórek jajowych. – Tutaj problem był mniejszy. W związku z tym, że dawczyń jest znacznie mniej niż dawców - proces pobierania komórek w przypadku kobiet jest o wiele bardziej skomplikowany – przedstawiono mi zaledwie dwa profile. Do Estonii musiałam wybrać się zaledwie raz – na transfer zarodka. Pamiętam, co powiedziała mi po zabiegu lekarka: "Proszę zrobić test ciążowy z krwi 11 kwietnia". Odparłam: "To dobra data, mam wtedy urodziny" – wspomina.

Agnieszka: Któregoś dnia lekarz dzwoni do mnie i pyta, bo przez kilka miesięcy milczałam: "Agnieszka, czy ty się rozmyśliłaś? Bo my tu czekamy na decyzję w sprawie dawcy". Ja na to: "Nie, po prostu nie wiem, kogo wybrać".

Pierwsza selekcja trudna nie była – opowiada. – Na pewno chciałam kogoś wysokiego, masywnego – marzył mi się chłopczyk duży i silny, a nie chucherko. Ale nie otyły. Musiał być też rasy białej, bo nie chciałam, żeby społeczeństwo dało mu w kość. Wystarczy, że będzie z in vitro i będzie miał solo mamę.

Potem zaczęły się schody. – Najpierw pomyślałam: wybiorę kogoś podobnego do mnie… Bez sensu. Przecież ja nie szukam partnera dla siebie, tylko dobrej puli genów dla mojego dziecka. Zaczęłam od początku. Tym razem wybierałam tych, którzy są moim przeciwieństwem. Padło na kogoś, kto zna kilka języków – bo ja nawet angielski kaleczę, kto ma zdolności muzyczne – mnie przerasta zaśpiewanie "Sto lat" – tłumaczy.

Rozdział IV. Ten dzień

Ania w ogóle nie dopuszczała do siebie myśli, że tym razem nie zajdzie w ciążę. – Nie mogłam się doczekać dnia, w którym będę mogła zrobić test. Wyniki były bardziej niż zadowalające: miałam bardzo wysoki poziom beta-hCG [hormon, który organizm wytwarza od momentu zapłodnienia komórki jajowej – przyp. red.].

Procedura in vitro (Kamila Kotusz / Agencja Wyborcza.pl)

Kasia była przekonana, że za pierwszym razem na pewno się nie uda. – Test zrobiłam, jak zaleciła lekarka, w moje urodziny. Gdy zobaczyłam wynik, byłam w szoku. Tydzień później już miałam mdłości.

Na pierwszy transfer Agnieszka pojechała sama. Nie przyjął się. Już planowała drugi, gdy jej mama powiedziała: "Zabierz mnie ze sobą. Na maturę pojechałam z tobą – zdałaś, na egzamin na prawo jazdy pojechałam z tobą – zdałaś za pierwszym razem. Może ja ci po prostu szczęście przynoszę?". – Zgodziłam się – opowiada Agnieszka.

Niecałe dwa tygodnie po transferze nie czuła żadnych zmian. – Uznałam, że jeszcze poczekam. 14. dnia od transferu dzwoni do mnie mama, grożąc, że jak zaraz nie pojadę na badanie, to sama mnie zawiezie. Pojechałam. Tego samego dnia rodzice mnie odwiedzili, poszliśmy na lody. W pewnym momencie zajrzałam na stronę laboratorium diagnostycznego sprawdzić, czy są już wyniki. Patrzę – beta-hCG 156. Stoimy na parkingu, wokół mnóstwo ludzi, a ja wrzeszczę: "Jezu, 156!". Tej liczby nie zapomnę do końca życia [wynik beta-hCG ponad 25 mlU/ml wskazuje na duże prawdopodobieństwo ciąży – przyp. red.].

Rozdział V. Narodziny

– Całą ciążę chodziłam dumna jak paw – opowiada Ania.

Wzrusza się, kiedy pytam o moment narodzin. – Gdy urodziłam Stefkę, od razu ją pokochałam. Była taka malutka, taka piękna.

Kasia: – Przez kilka miesięcy po porodzie zastanawiałam się nad tym, do kogo Tymek jest podobny: czy do niej – dawczyni – czy do niego, czy jest choć trochę podobny do mnie? Potrzebowałam czasu, żeby oswoić się z tym, co się właściwie wydarzyło. Od kilku miesięcy już nie mam tych myśli. Mam fantastyczne dziecko i wiem, że podjęłam najlepszą decyzję w swoim życiu.

Agnieszka: – Po narodzinach Tadzika poczułam, że dopiero teraz moje życie nabrało sensu.

Rozdział VI. Wsparcie

Ania nie ukrywa, że jest solo mamą, ale też się z tym nie obnosi. – Mam wrażenie, że wieść się rozchodzi pocztą pantoflową – stwierdza.

Do tej pory nie spotkała się praktycznie z żadnymi negatywnymi reakcjami wśród znajomych czy rodziny. – Zdaję sobie jednak sprawę, że jestem uprzywilejowaną kobietą z dużego miasta, która w dodatku funkcjonuje w bardzo liberalnej bańce. Mam w rodzinie też osoby o konserwatywnych poglądach, ale nawet one bardzo mnie wspierają. Najfajniejsze było to, że wszystkie moje ciocie ogłosiły się babciami i są z nami bardzo blisko. Moja córka ma dużą kochającą rodzinę – opowiada.

Kasia: – O tym, że chcę zostać solo mamą, wiedzieli moi rodzice i najbliżsi przyjaciele. Gdyby rodzice nie stali za mną murem, to raczej nie zdecydowałabym się na ten krok. Gdy Tymek się urodził, wzięli mnie do siebie. Miałam mieszkać u nich przez miesiąc, zostałam na rok.

Agnieszka: – Gdy rodzice dowiedzieli się, że planuję sama dziecko z in vitro, byli przeszczęśliwi. Gdy zaszłam w pierwszą ciążę, mój tata zachorował na raka prostaty. Woziłam go kilka razy w tygodniu na naświetlania do Łodzi, a on klepał mnie po brzuchu i mówił: "Wszystko będzie dobrze, tu jest moja motywacja". Wyzdrowiał.

Rodzice Agnieszki mieszkają w małej wsi pod Łowiczem. – Jak moja ciąża stała się już bardzo widoczna, sąsiedzi zaczęli pytać: A z kim? A jak? Przecież ona nikogo nie ma? Moi rodzice wszystko im wyjaśniali – opowiada.

Rozdział VII. Co dalej?

Ania rozważa posiadanie drugiego dziecka, choć raczej już nie solo. – Nie planuję samodzielnego macierzyństwa do końca życia. Czuję, że właśnie robi się w moim życiu miejsce na partnera – wyznaje.

Kasia: – W trakcie procedury powstały w sumie cztery zarodki, z czego jeden został wykorzystany do transferu. Postanowiłam zachować pozostałe, co roku opłacam utrzymywanie ich w kriobanku. Obecnie nie sądzę, żebym dała radę jako solo mama zaopiekować się dwójką dzieci.

Agnieszka, jeszcze będąc w ciąży z Tadzikiem, fantazjowała o posiadaniu kolejnego dziecka. – Najpierw myślałam, że chcę je mieć dla siebie, ale gdy Tadzik się pojawił, to motywacja zupełnie mi się zmieniła. Poczułam przede wszystkim, że nie chcę, żeby Tadzik był sam. Zwłaszcza w sytuacji, w której nie ma jednej części rodziny. Ja też nie jestem młodą matką, moi rodzice są już starsi – tłumaczy.

Gdy Tadzik skończył rok, Agnieszka zaczęła przygotowania do kolejnego transferu. Udało się znów za drugim razem. Dziewięć miesięcy później na świat przyszła Różyczka. Czy Agnieszka chciałaby znaleźć kogoś, z kim mogłaby wspólnie wychowywać swoje dzieci? – Wciąż kocham mojego partnera. Czasem sobie myślę, że jak moje dzieci pójdą do szkoły, to może się zejdziemy?

Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl)

Rozdział VIII. Najtrudniejsze chwile

– Odkąd mam dziecko, czuję, że zbiedniałam – przyznaje Ania. – Zdaję sobie jednak sprawę, że swoje macierzyństwo realizuję na własnych zasadach – córkę wysłałam do żłobka prywatnego, o 12 odbiera ją niania, która zajmuje się nią do 18. Dzięki temu moje dziecko nie siedzi w placówce cały dzień, ja mogłam wrócić do pracy na pełen etat, a po południu mam jeszcze czas, żeby zrobić zakupy, pójść do lekarza, przygotować jedzenie – mówi.

Najbardziej samotna poczuła się, gdy córka miała rok i zachorowała na zapalenie krtani. – Trzecia w nocy, Stefka dostaje ataku kaszlu. Wpadam w panikę, nie wiem, co robić. Dzwonię do przyjaciółki, nie odbiera. Chcę córce zmierzyć temperaturę, szukam termometru, ale nie jest łatwo z płaczącym i omdlewającym dzieckiem szukać czegoś jedną ręką. Zadzwoniłam na infolinię kliniki i uparłam się, żeby pojawił się u nas lekarz. Przyjechała pediatrka i powiedziała, że to zapalenie krtani. Nieleczone może się źle skończyć. Odetchnęłam z ulgą. Ale ile jeszcze takich samotnych nocy przede mną? Ile jeszcze samodzielnych decyzji do podjęcia? – zastanawia się Ania.

Kasia: – Dla mnie najtrudniejsze jest to poczucie odpowiedzialności, że jestem jedynym rodzicem Tymka, że cały ciężar opieki nad nim spada na mnie, na jeden etat. Że nie mogę nagle stwierdzić: mam dość, wychodzę na dwie godziny i zostawiam dziecko z tatą.

Agnieszka: – Największe wyzwanie z dwójką dzieci? Zakupy! Z jednym dzieckiem było łatwo – brałam wózek i obwieszałam go siatami. Ale teraz mam i wózek, i Tadzika, który siedzi w specjalnej dostawce, więc miejsca na torby brak. Zakupy robię więc raz w tygodniu – rodzice przyjeżdżają na dwie godziny zająć się dziećmi, a ja śmigam do sklepów. Marzy mi się, żeby mieć czas na przeczytanie składu czy daty ważności na produkcie.

Rozdział IX. Nielegalne

Ania, żeby zostać samodzielną mamą, musiała zapłacić około 45 tys. zł. Kasia – 40 tys., Agnieszka – 120 tys. Nie obyło się bez kredytów i pożyczek od rodziny.

– Uważam, że fakt, że w Polsce korzystanie z in vitro przez samodzielne mamy jest nielegalne, jest ograniczaniem praw człowieka – twierdzi Ania.

Ponadto bardzo nie podoba jej się, że przy rejestrowaniu narodzin dziecka w urzędzie ma obowiązek podać imię ojca. – To może być fikcyjne imię, ale jeśli tego nie zrobię, urzędnik zrobi to za mnie! – denerwuje się.

Kasia zwraca uwagę na element finansowy. – Pieniądze, które wydałam za granicą, równie dobrze mogłabym wydać w Polsce, co z perspektywy ekonomicznej byłoby dla naszego kraju o wiele korzystniejszej – przekonuje.

Agnieszka: – Nigdy nie zapomnę lekarki, która robiła mi badanie prenatalne. Wiedziała o tym, że jestem solo mamą z in vitro. Powiedziała: "To dziecko będzie chore, ale skoro miała pani pieniądze, żeby zrobić je sobie w Grecji, to znajdzie pani pieniądze, żeby je tam usunąć". Polska nie jest gotowa nawet na dzieci z in vitro, a co dopiero na solo mamy, ale wierzę, że kiedyś się to zmieni.

Jeśli jesteś solo mamą i chcesz opowiedzieć mi swoją historie, napisz do mnie: ewa.jankowska@grupagazeta.pl

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. W mediach od 2011 roku. Słuchanie ludzi to, obok tańczenia, jej ulubiona aktywność. Wierzy, że każda historia jest wyjątkowa. To, co jednak w każdej opowieści najcenniejsze, to jej walor uniwersalny. Takie historie chce opowiadać.